* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Remigiusz Grzela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Remigiusz Grzela. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lipca 2017

Remigiusz Grzela: Bądź moim Bogiem

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Zwierzenie

Wiera Gran jak mało która gwiazda dwudziestolecia międzywojennego zasługuje na miano postaci tragicznej. Wielką karierę przerwała jej wojna, artystka zmuszana do występowania dla wroga doczekała się oskarżeń o kolaborację i przez całe późniejsze życie walczyła o oczyszczenie się z zarzutów – ale nawet dziennikarskie śledztwo przeprowadzone przez Joannę Szczęsną po śmierci artystki ani biografia Agaty Tuszyńskiej nie pozwoliły Wierze Gran odzyskać należnego jej miejsca w sercach i pamięci odbiorców. Remigiusz Grzela, kiedy odnalazł Wierę Gran, spotkał kobietę złamaną i przegraną, cierpiącą na ataki manii prześladowczej, starszą panią, samotną i pozbawioną radości życia. W powieści z kluczem „Bądź moim Bogiem” zdaje relację z własnego na pół zawodowego śledztwa i szuka środków wyrazu odpowiednich do silnych przeżyć. Musi przy tym postępować ostrożnie, żeby nie zawieść zaufania pieśniarki. W 2007 roku, kiedy „Bądź moim Bogiem” ujrzało światło dzienne, Wiera Gran żyła, a autor zaprezentował jej fragmenty historii. Teraz tom wraca na rynek o wiele bardziej świadomych w sprawie Wiery Gran odbiorców – i trochę w oparciu o modę na gwiazdy dwudziestolecia.

Cała ta powieść przypomina nieoszlifowane kulisy śledztwa dziennikarza. Bohater tomu przypadkiem spotyka pewną kobietę, której kilka dekad wcześniej nie umiał znaleźć jego ojciec. To tylko jeden wątek w relacji, bo i sama Vera dostarcza szeregu ważnych przesłań. Przy niej pojawi się Lola, fantastyczna drag queen czy Martha, sąsiadka i świadek niewyobrażalnej samotności bohaterki. Dziennikarz z tej powieści robi wszystko, by poznać historię zanim będzie za późno: dostrzega w tajemnicach z przeszłości materiał na reportaż. Ale zamiast reportażu odsłania kulisy pracy, to, co dla niego nie do końca zrozumiałe. Przez pisanie nie stanie się jaśniejsze, ale autor będzie mógł dać upust rozgoryczeniu i smutkowi. Obserwuje bowiem największą samotność i sytuację, w której nikt nie da rady pomóc. Nawet jeśli spróbuje ożywić wspomnienia i oddać Verze głos, nie ma szansy na przywrócenie jej pogody ducha. Kobieta w „Bądź moim Bogiem” rozpaczliwie pragnie oczyścić się z zarzutów. W cytowanych bezpośrednio wspomnieniach powraca do najtrudniejszych momentów, pokazuje, jak to, co stało się kiedyś i dla obecnej rzeczywistości nie ma znaczenia, rozbudza demony w bezbronnej postaci. Vera przedstawia własną dramatyczną historię.

Remigiusz Grzela stawia w narracji na enigmatyczność, dba o to, żeby prawdziwe osoby można było rozszyfrować dzięki wplatanym w tekst wskazówkom – ale przy tych zabawach twórczych zapomina dać czytelnikom podstawy odczuć swojego bohatera. Dla autora jest jasne, dlaczego jego postać reaguje w konkretny – i niezbyt szablonowy – sposób. Dla odbiorców jednak motywacje będą nieoczywiste, a trudno za każdym razem je odgadywać. Przydałoby się bardziej skupić na akcji – tę jednak Grzela odsuwa, prowadząc od spotkania do spotkania. Zapośrednicza emocje i przez to „Bądź moim Bogiem” staje się lekturowym wyzwaniem. Grzela definiuje i określa stany czy reakcje dziennikarza – ale nie chce do nich przekonywać. Za to w bezpośrednich wypowiedziach Very akcentuje potęgę przeszłości. Przed tym, co się stało, nie ma już ucieczki. Trauma odzwierciedla się również w konstrukcji poszczególnych fraz. „Bądź moim Bogiem” to dobry przypis do sytuacji Wiery Gran i opowieść o niemożności wyrażania krzywdy. Remigiusz Grzela zwyczajnie nie chce, żeby ta powieść była dla czytelników wygodna czy bezpieczna – odsuwa przyjemności na czas rozliczeń. Pisze książkę pełną goryczy i przepuszcza przez bezradność – nawet walka o pamięć i dobre imię Very już nie pomoże. Nic nie przywróci spokoju.

wtorek, 2 lutego 2016

Krafftówna w krainie czarów. Barbara Krafftówna w rozmowie z Remigiuszem Grzelą

Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

Kostium Wszyscy aktorzy, którzy w ostatnich latach (masowo) decydują się na udzielanie wywiadów-rzek, powinni brać przykład z duetu Barbara Krafftówna – Remigiusz Grzela. Tom „Krafftówna w krainie czarów” pokazuje, jak połączyć biograficzne konkrety z myślową precyzją, humorem i anegdotami oraz osiągnięciami zawodowymi. Nie ma tu zbywania pytań ogólnikami (czasem ma się wręcz wrażenie, że aktorka chce powiedzieć więcej niż domaga się dziennikarz), nie ma filozofowania (choć parę zgrabnych, prawie aforystycznych myśli się znajdzie). Barbara Krafftówna jawi się tu nie jako wyrafinowana dama strzegąca własnej prywatności, ale osóbka skłonna do psot i żartów. Na początku tomu pokazuje małą Basię, która skacze po kanapach i namawia do rozmaitych wybryków (nie dla dobrze wychowanych panienek) – i ten obrazek nie znika już do końca publikacji. Remigiusz Grzela dotrzymuje kroku rozmówczyni, choć czasem ratuje się ucieczką w „didaskalia”, fragmenty rozmów półprywatnych, sprzed właściwego wywiadu. A całe konwersacje nagrywane są na dwa dyktafony. Oczywiście, jak to zwykle w wywiadach-rzekach bywa, największą wadą okazuje się fragmentaryczność, jedne role są omawiane i eksponowane, inne się przemilcza, nie da się przedstawić każdego elementu zawodowego i prywatnego życiorysu – a przecież tom zaostrza apetyty na więcej. Grzela niekiedy posiłkuje się fragmentami recenzji zamiast oddać głos aktorce – a Krafftówna opowiada tak, że chciałoby się jej słuchać bez końca.

Koncentruje się aktorka na tym, co ciekawe, zabawne i wesołe, a niekoniecznie ugrzecznione i eleganckie. Nie stroni od rozmów o flirtach, wspomina kolegów ze sceny i kawały, które sobie nawzajem starannie przygotowywali, przytacza też co smaczniejsze porady i lekcje od Iwo Galla, aktorskiego mistrza. Na początku tomu wspomnienia Barbary Krafftówny przeplatają się ze wspomnieniami Lali, przyjaciółki – ten dwugłos pokazuje czasy dzieciństwa. Później Lalę zastępują oceny fachowców, ale nie ma w tym intencji zapychania kolejnych stron czy uzupełniania luk w rozmowach: po prostu cytaty z recenzji pomagają wypełnić portret aktorki. „Krafftówna w krainie czarów” wciąż też wychodzi od drobnych dialogów z granych sztuk. Nie ma tu jednej rozmowy o aktorstwie, swoje poglądy na ten temat Krafftówna przemyca w różnych momentach, dzięki czemu tom staje się jeszcze lepszy w odbiorze. Czasami tylko szkoda, że aktorka ustępuje w książce miejsca innym: kiedy rozmowa schodzi na Kalinę Jędrusik, nagle to Kalina dominuje. Owszem, w apetycznych anegdotach – ale przecież równie dobrze mogłyby się w tym miejscu pojawić relacje dotyczące Krafftówny.

Remigiusz Grzela nie próbuje wybijać się na pierwszy plan. Jego pytania są krótkie, rzeczowe i bardzo przypominają elementy zwykłej rozmowy: w książce, czyli w wersji pisanej, Grzela ich nie rozbudowuje, nie kreuje siebie na wszystkowiedzącego dziennikarza. Oddaje inicjatywę aktorce (sama by zresztą i tak ją przejęła) i bardzo dobrze na tym wychodzi, bo „Krafftówna w krainie czarów” to jeden z lepszych wywiadów-rzek, jakie ukazały się na rodzimym rynku w ciągu ostatniej dekady. Barbara Krafftówna jest tu zjawiskowa, nie potrzebuje ozdobników (licznych zdjęć czy kwiatowych ornamentów na marginesach). Tworzy dla siebie krainę czarów, dzięki której podtrzymywać może nieustający zachwyt życiem – mimo rozmaitych dramatów. Do tego bajkowego świata zabiera czytelników, nie ukrywa przed nimi nawet paru pikantnych wspomnień – a przecież nie ma to nic wspólnego z celebryckim obnażaniem swojej prywatności w mediach. Krafftówna na scenie ceni sobie kostium – w tej książce też pewien kostium przywdziewa – ale bez obaw, czytelnicy pokochają ją za tę publikację tak samo jak za niezapomniane role. „Krafftówna w krainie czarów” to tom, który się bardzo udało.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Remigiusz Grzela: Marian Kociniak. Spełniony

Trio, Warszawa 2010.


Spowiedź aktora


Początek lektury książki „Marian Kociniak. Spełniony” wiąże się chyba nieodłącznie z zaskoczeniem. Po pierwsze dlatego, że aktor, który od dziennikarzy raczej stronił, decyduje się na wywiad-rzekę i otwarcie mówi o własnych słabościach i dawnych błędach zamiast chwalić się osiągnięciami – te traktuje jako wynik rzemieślniczej wręcz pracy. Po drugie natomiast ze względu na styl prowadzonych dyskusji. Remigiusz Grzela nazywa te fragmenty „rozmowami” – całkiem słusznie, to bardziej nieformalne pogawędki niż wywiad z prawdziwego zdarzenia. Jeśli ktoś nastawi się na erudycyjny i pełen eleganckich sformułowań tekst, może na początku się rozczarować – ale odbiorcy szybko przyzwyczają się do specyficznego klimatu głównej części książki.

Marian Kociniak nie należy do artystów-gawędziarzy, od pierwszych słów widać, że lubi odpowiadać na pytania krótko i rzeczowo, niekiedy tylko pozwalając sobie na drobne opowiastki i anegdoty. Dlatego Remigiusz Grzela dostosowuje się do sposobu opowiadania swojego rozmówcy, zadaje pytania zwyczajnie i jakby z ciekawości, bez przerwy o coś dopytuje, zakotwiczając dalsze części wywiadu w drobiazgach zasłyszanych od aktora, nie formułuje ładnych i pełnych pytań, niekiedy na przykład powtarza kilka słów Kociniaka, jakby prosząc o doprecyzowanie. Na „Spełnionym” nie da się nauczyć sztuki dziennikarskiej, cenna może być za to zdolność do mimikry. Gdyby Grzela wybrał patetyczny ton czy rozbudowane kwestie, musiałby przyćmić rozmówcę. Przyjęta forma – jedyna możliwa – pomaga uwypuklić osobowość Mariana Kociniaka, i, co tu ukrywać, wciąga odbiorców ze względu na dopuszczenie do intymnych wynurzeń.

Dwadzieścia cztery rozmowy – rozmowy, a nie wywiady, to znacząca różnica – nieraz zaskoczą. Marian Kociniak wybiera momentami formę spowiedzi, przyznaje się do niezbyt chwalebnych kart z przeszłości, sporo miejsca poświęca między innymi uzależnieniu od alkoholu – opowiada o tym jednak spokojnie i bez emocji, wykluczając sensacyjność. Grzela interesuje się niemal w jednakowym stopniu prywatnym życiem aktora, jak i jego pracą. Pojawią się zatem powroty do przeszłości i pytania o czas dojrzałości – wśród nich rozważania na temat wnuków, nie obejdzie się bez rozmów na temat współpracy z różnymi reżyserami, palących kwestii politycznych czy wspomnień o kolegach z planów filmowych i scen.

Kociniak nie skupia się na tym, by kreować siebie lub ubarwiać swoje doświadczenia, nie zależy mu na pokazaniu siebie z jak najlepszej strony. Udziela rzeczowych i szczerych odpowiedzi, ale nie wykracza poza „szybkie”, narzucające się skojarzenia. Na Remigiuszu Grzeli spoczywa zatem bardzo trudne zadanie – tylko bowiem on ma szansę nadać kierunek rozmowom, musi wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności za dyskusje, powinien też nakłonić nieskorego do zwierzeń artystę do pewnej wylewności.

Na rozmowach z Marianem Kociniakiem nie kończy się „Spełniony”. Remigiusz Grzela uzupełnia dialogi o wybór recenzji i opinii, publikowanych po występach – czasem to wyimki dotyczące samego aktora, innym razem omówienia spektakli, w których to omówieniach Kociniak jest po prostu wymieniony z nazwiska czy opisany konwencjonalnie. To dobra ilustracja dla bardziej osobistych rozmów, świetne i potrzebne uzupełnienie dyskusji, podczas których nie ma czasu na zagłębianie się w rzeczowe dopowiedzenia. Całość zamyka rejestr ról teatralnych i filmowych Mariana Kociniaka. Mnóstwo w tej książce także zdjęć z archiwum aktora.

„Jaką podróż odbył Marian Kociniak? Kim jest? Mam nadzieję, że ta książka odpowiada na te pytania. I mam nadzieję, że nie odpowiada do końca. Bo w rozmowie najważniejsze jest to, że bywa niedopowiedziana” – pisze Grzela w sensownym wstępie do „Spełnionego”. Fakt, po lekturze tej publikacji można żałować, że wiele kwestii nie zostało poruszonych, wiele tematów czeka jeszcze na rozwinięcie i uporządkowanie. Ale można też cieszyć się z postawy aktora, który mimo braku narracyjnego talentu zdecydował się podzielić wspomnieniami ze swoją wierną publicznością. Na pewno przyniesie książka kilka intrygujących opinii na temat fachu aktorskiego i podejścia do zawodu, bez wątpienia też przybliży – zwłaszcza młodszym odbiorcom – sylwetkę aktora, którego dziś pamięta się przede wszystkim jako sympatycznego Franka Dolasa z filmu „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”.