Znak, Kraków 2015.
Wycieczki
Marcin Prokop nie wyczerpał jeszcze Longinowych przygód z PRL-u i w tomiku „Longin. Tu byłem” ponownie przywołuje Martusia – dziecko, które opowiada o swojej codzienności. Ale tym razem to codzienność wakacyjna, bo bohater trafia w różne miejsca i zapewnia sobie różne rozrywki. Najpierw wybiera się z rodzicami do Paryża: u wujka i cioci z kuzynami i młodszym bratem – Bracholem – będzie poznawać najwspanialsze zabawy w parku Asteriksa (bo inne atrakcje nawet nie umywają się do polskich: Wieża Eiffla chyba zaraz się rozpadnie ze starości, a Wenus z Milo nawet nie ma rąk, nie to, co Szklana Panienka z Muzeum Techniki). Z Paryża Longin przenosi się na Mazury: tu znajduje sposób na zarobienie paru groszy, miejscowym daje lekcję przedsiębiorczości (mało kojarzy się to z zabawami z PRL-u, ale może stanowić podpowiedź dla odbiorców wychowanych już w innych czasach). Ostatnim etapem podróży Longina stają się kolonie nad morzem. Tu dzieci przeżywają najbardziej klasyczne przygody, wywodząc w pole opiekunów – służbistów. Mogą ubłocić się od stóp do głów, pobawić na dyskotekach czy płatać sobie nawzajem rozmaite psikusy – biada temu, kto podpadnie kreatywnemu Longinowi. Sam bohater prezentuje postawę typowego, niezbyt grzecznego dziecka – ale gdy na przykład ktoś dokucza nieśmiałemu i grubemu koledze, Longin bez wahania staje w obronie pokrzywdzonego i zyskuje oddanego przyjaciela. Jest jeszcze pierwsze zauroczenie…
A ponieważ Longin przedstawia swoje doświadczenia z czasów, których dzisiejsze maluchy nie znają, stara się nieco przybliżyć codzienność PRL-u. Co parę akapitów, niezbyt często, żeby nie męczyć odbiorców, wprowadza element dziś już przez dzieci niekojarzony. A to grę w kapsle lub w sznura, a to Pewex, a to Fasolki… opowiada o podróżowaniu przepełnionymi pociągami i zupie mlecznej, o plastikowych żołnierzykach i o przerwach w dostawie prądu. Żeby nie rozbijać zgrabnego i wartko toczącego się tekstu, lepszego niż w pierwszym tomie, wykorzystuje słowniczek. Hasła, które są znakami czasu z PRL-u, wyróżnia w tekście pogrubioną czcionką: to rodzaj odnośnika na tył książki. Tutaj, w dodatkowych, zwykle półstronicowych komentarzach, Prokop wyjaśnia fenomen swoich zabaw lub peerelowskich motywów. Te fragmenty nieco odróżniają się od reszty książki, są bardziej wspomnieniowe, podczas gdy tomik utrzymany jest w stylistyce powieści przygodowej dla dzieci. Longin w ten sposób buduje porozumienie między pokoleniami i wyjaśnia najmłodszym dzieciństwo ich rodziców. Zyskuje tym samym na oryginalności i wpisuje się również w modę na teksty o PRL-u.
„Longin. Tu byłem” to książka w stylistyce dużo spokojniejsza niż „Jego wysokość Longin”: autor znalazł metodę na prezentowanie swojego bohatera i czasów, w których rozgrywały się jego przygody. Pisze dowcipnie i wybiera mniej rozbudowane historie. Daje Longinowi szansę bycia zwyczajnym dzieckiem, które cieszy się z przejażdżek na karuzeli, próbuje zahartować brata, a swój pobyt w różnych miejscach zaznacza scyzorykiem o pięciu ostrzach. Longin wcale nie musi uczyć czytelników historii, wystarczy, że pobudzi ich ciekawość. A że tym razem jest bardziej chłopakiem niż wspominającym dorosłym, niejednego malucha ta lektura naprawdę ucieszy. Longin to bohater, który na rynku literatury czwartej nie ma zbyt wielu konkurentów. Marcin Prokop opowiada bajkę, która bajką wcale być nie musiała, ale tak zabrzmi dla dzisiejszych kilkulatków. Po przygody Longina chętnie sięgną również dorośli, dla których będzie to powrót do rozrywek z podwórka. Longin pokazuje, jak wygląda świat bez komputerów i komórek.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Prokop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Prokop. Pokaż wszystkie posty
środa, 12 sierpnia 2015
sobota, 13 grudnia 2014
Marcin Prokop: Jego wysokość Longin
Znak, Kraków 2014.
Dzieciństwo w PRL-u
Chyba próbuje Marcin Prokop zawczasu zasypać przepaść międzypokoleniową – i to jeszcze zanim ci, którzy w PRL-u byli dziećmi, staną się dziadkami z upodobaniem powtarzającymi, jak to za ich czasów bywało. „Jego wysokość Longin” to autobiograficzna opowieść o przygodach dzieci w latach, gdy nikt nie słyszał o bezstresowym wychowaniu, a najlepszą rozrywkę zapewniali koledzy z podwórka. Marcin od dziecka jest wyższy od kolegów (stąd przydomek Longin – ale mimo zaakcentowania tego faktu w tytule, fizyczność bohatera nie dominuje w akcji) i bez przerwy wyprowadza z równowagi tatę, który natychmiast zaczyna „szukać paska”. Marcin ogląda oczami kilkulatka najbliższe otoczenie – podwórko z Grubym, sąsiadem popijającym bimber, strych, na którym przebywa Albert – niewidzialny przyjaciel. Opowiada Marcin o codziennych zabawach i o szkole, o lekcjach religii w salce przykościelnej. Zdarza się, że trafia pod opiekę babci, przekonuje się wtedy, że babcie wiedzą wszystko (poza tym, że przygotowują pyszne pączki). Marcin stopniowo dowiaduje się, na czym polega dyplomacja (mama o pewnych sprawach nie mówi tacie, a babcia – mamie). Każdą wolną chwilę natomiast poświęca bohater na droczenie się z młodszym bratem, Bracholem. Bracholowi można wmówić każdą bajkę, wystraszyć go przed szczepieniem czy zmusić do posłuszeństwa. Brachol to typowy przedstawiciel młodszego rodzeństwa – zawsze irytujący i zawsze ciekawski, niesprawiedliwie rozpieszczany przez rodziców. Bo świat w oczach kilkulatka zawsze wygląda inaczej.
Marcin Prokop odwołuje się do beztroskiego dzieciństwa tak cennego we wspomnieniach. Jego Longin lubi oranżadę w proszku (chociaż ma ona robić dziury w żołądku), jeździ windą (co oczywiście irytuje dozorcę w budynku), wyprawia się do domu, w którym straszy, gra w kapsle starannie wcześniej przygotowywane. Zdarza mu się coś zbroić: podłożyć w szkole „bombę” lub zrobić dziurę w samochodzie taty. Longin to przecież zwykły chłopak, jakich pełno było w „chłopięcych” powieściach i na każdym podwórku. Longin jest prawdziwy, a jego doświadczenia nie zostały uporządkowane ze względu na pomysły fabularne, a na szereg wspomnień. Każdy rozdział dotyczy tu innego wydarzenia. Marcin Prokop udowadnia, że dzieciństwo w PRL-u nie było ani szare, ani nudne – momentami dzieciom będzie aż trudno nadążyć za bohaterem i całą jego rodziną.
Tę książkę przepełnia serdeczność, której nie należy mylić z sentymentalizmem. Marcin Prokop lubi swojego bohatera – czemu trudno się dziwić. Longinowi daleko do ideału – to dziecko wszędobylskie, często będące utrapieniem rodziców i babci, pomysłowe i żywiołowe. I te cechy postaci przekładają się na samą narrację. Właściwie to ciekawe, jak o przygodach i codziennych doświadczeniach Longina będzie się czytało najmłodszym – dla nich świat opisywany przez Prokopa przecież nigdy nie istniał. Tomik „Jego wysokość Longin” charakteryzuje się pewną ledwo wyczuwalną archaicznością w stylu i tematyce. Dorośli bez trudu odnaleźliby tu ślady własnych przygód i wrażeń z dzieciństwa, dla dzieci Longin będzie jedynie postacią z książki.
Marcin Prokop jako autor sprawnie posługuje się humorem (zwłaszcza sytuacyjnym), przekonuje do siebie odbiorców lekkością i swobodą stylistyczną. Jego Longin maluchom wyda się trochę egzotyczny – ale będzie jednocześnie nietypowym przewodnikiem po życiu w PRL-u: zmiana perspektywy oddaliła zupełnie „dorosłe” tematy i charakterystyczne, do znudzenia powtarzane problemy. Dla dziecka przecież liczyło się coś diametralnie różnego od kolejek w sklepach i braku papieru toaletowego. To coś Marcin Prokop uchwycił idealnie.
Dzieciństwo w PRL-u
Chyba próbuje Marcin Prokop zawczasu zasypać przepaść międzypokoleniową – i to jeszcze zanim ci, którzy w PRL-u byli dziećmi, staną się dziadkami z upodobaniem powtarzającymi, jak to za ich czasów bywało. „Jego wysokość Longin” to autobiograficzna opowieść o przygodach dzieci w latach, gdy nikt nie słyszał o bezstresowym wychowaniu, a najlepszą rozrywkę zapewniali koledzy z podwórka. Marcin od dziecka jest wyższy od kolegów (stąd przydomek Longin – ale mimo zaakcentowania tego faktu w tytule, fizyczność bohatera nie dominuje w akcji) i bez przerwy wyprowadza z równowagi tatę, który natychmiast zaczyna „szukać paska”. Marcin ogląda oczami kilkulatka najbliższe otoczenie – podwórko z Grubym, sąsiadem popijającym bimber, strych, na którym przebywa Albert – niewidzialny przyjaciel. Opowiada Marcin o codziennych zabawach i o szkole, o lekcjach religii w salce przykościelnej. Zdarza się, że trafia pod opiekę babci, przekonuje się wtedy, że babcie wiedzą wszystko (poza tym, że przygotowują pyszne pączki). Marcin stopniowo dowiaduje się, na czym polega dyplomacja (mama o pewnych sprawach nie mówi tacie, a babcia – mamie). Każdą wolną chwilę natomiast poświęca bohater na droczenie się z młodszym bratem, Bracholem. Bracholowi można wmówić każdą bajkę, wystraszyć go przed szczepieniem czy zmusić do posłuszeństwa. Brachol to typowy przedstawiciel młodszego rodzeństwa – zawsze irytujący i zawsze ciekawski, niesprawiedliwie rozpieszczany przez rodziców. Bo świat w oczach kilkulatka zawsze wygląda inaczej.
Marcin Prokop odwołuje się do beztroskiego dzieciństwa tak cennego we wspomnieniach. Jego Longin lubi oranżadę w proszku (chociaż ma ona robić dziury w żołądku), jeździ windą (co oczywiście irytuje dozorcę w budynku), wyprawia się do domu, w którym straszy, gra w kapsle starannie wcześniej przygotowywane. Zdarza mu się coś zbroić: podłożyć w szkole „bombę” lub zrobić dziurę w samochodzie taty. Longin to przecież zwykły chłopak, jakich pełno było w „chłopięcych” powieściach i na każdym podwórku. Longin jest prawdziwy, a jego doświadczenia nie zostały uporządkowane ze względu na pomysły fabularne, a na szereg wspomnień. Każdy rozdział dotyczy tu innego wydarzenia. Marcin Prokop udowadnia, że dzieciństwo w PRL-u nie było ani szare, ani nudne – momentami dzieciom będzie aż trudno nadążyć za bohaterem i całą jego rodziną.
Tę książkę przepełnia serdeczność, której nie należy mylić z sentymentalizmem. Marcin Prokop lubi swojego bohatera – czemu trudno się dziwić. Longinowi daleko do ideału – to dziecko wszędobylskie, często będące utrapieniem rodziców i babci, pomysłowe i żywiołowe. I te cechy postaci przekładają się na samą narrację. Właściwie to ciekawe, jak o przygodach i codziennych doświadczeniach Longina będzie się czytało najmłodszym – dla nich świat opisywany przez Prokopa przecież nigdy nie istniał. Tomik „Jego wysokość Longin” charakteryzuje się pewną ledwo wyczuwalną archaicznością w stylu i tematyce. Dorośli bez trudu odnaleźliby tu ślady własnych przygód i wrażeń z dzieciństwa, dla dzieci Longin będzie jedynie postacią z książki.
Marcin Prokop jako autor sprawnie posługuje się humorem (zwłaszcza sytuacyjnym), przekonuje do siebie odbiorców lekkością i swobodą stylistyczną. Jego Longin maluchom wyda się trochę egzotyczny – ale będzie jednocześnie nietypowym przewodnikiem po życiu w PRL-u: zmiana perspektywy oddaliła zupełnie „dorosłe” tematy i charakterystyczne, do znudzenia powtarzane problemy. Dla dziecka przecież liczyło się coś diametralnie różnego od kolejek w sklepach i braku papieru toaletowego. To coś Marcin Prokop uchwycił idealnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






