Egmont, Warszawa 2016.
Ucieczka z jaskini
Od dobrze zadanego pytania może się zacząć cała komiczna historyjka. Agnieszka Frączek pytania zadawać potrafi. Jej tomik „Po co komu mamut” to bajka w starym stylu (nie tylko ze względu na mamuta) – rozbudowana rymowanka z wartką akcją i nietuzinkowym bohaterem. Mały mamutek, który zlazł z naskalnego malowidła w jaskini, rusza w świat. Jako jedyny przedstawiciel gatunku wzbudza zrozumiałą sensację – już wkrótce za mamutem podążać będzie całe grono ludzi i zwierząt, żywo zainteresowanych tematem zaakcentowanym w tytule książeczki. Po co komu mamut, to oczywiście się wyjaśni na samym końcu. Najpierw trzeba będzie trochę pobiegać za bohaterem.
Agnieszka Frączek posługuje się typowym dla bajki sylabotonikiem opartym na ośmiozgłoskowcu, rytm pozwala jej utrzymać tempo opowieści i atmosferę zabawy. Rytm też zapewnia o kojącej wymowie lektury – chociaż za mamutkiem biegnie wielu, bohaterowi nic złego nie może się stać. Autorka zresztą od dawna przyzwyczaja odbiorców do uwielbienia dla śmiechu, lub żarty i chętnie po nie sięga. Z żartu przecież bierze się absurdalny temat jej historyjki. Humor przesyca całą rymowankę stopniowo, gdy autorka dodaje kolejne postacie do pościgu – wszystkie są podporządkowane dowcipowi. Wiele tu różnorakich emocji, które potęgują jeszcze komizm podczas odbioru. Niełatwo przecież dzieciom byłoby wymyślić rozwścieczonego wróbla czy język mamucki – takich niespodzianek autorka wrzuca do tekstu sporo. Podchwytuje je także Joanna Rusinek, której wystarczy zasugerowanie wyznacznika świata przedstawionego do tworzenia własnych żartów. W kwestii warsztatu: Agnieszka Frączek jest już specjalistką od rymowania i dobrze czuje się w mowie wiązanek. Owszem, od czasu do czasu stosuje rymy gramatyczne – ale w tak obszernym tekście to właściwie nieuniknione, a poza tym dobrze się tłumaczy, nie ma w tych zabiegach grafomańskich zapędów. Uwaga dzieci skupiać się będzie na mamutku, a dorośli nie mają powodu, żeby narzekać na jakość współbrzmień – to dosyć rzadkie w wierszykach dla dzieci, tym bardziej zasługuje na docenienie. „Po co komu mamut” to książeczka niemal wzorcowa pod względem warsztatowym, autorka nie idzie na kompromisy w kwestii opowiadania historii. Panuje nad słowami, co warto odnotować. Dzieciom proponuje tekst absurdalny i wolny od pouczeń. Chociaż najczęściej Agnieszka Frączek pisze bajki użytkowe, to jest – w różny sposób edukujące małych odbiorców – dopiero teraz pokazuje, co potrafi naprawdę w dziedzinie bajkowości.
O Joannie Rusinek pisać można wyłącznie w samych superlatywach. Ilustratorka idealnie wstrzeliła się w klimat opowiastki i dodaje do niej własne komiczne pomysły. Operuje różnymi technikami, a i różnymi sposobami wzbudzania śmiechu, sadza hipopotama na drzewie, a mamutka w salonie piękności, bawi mimiką postaci, a i krajobrazami, zarzuca odbiorców różnymi liściastymi deseniami, każdą rozkładówkę stara się przygotowywać inaczej niż poprzednią, żeby jak najbardziej urozmaicić dzieciom lekturę. Mały mamut z tej książeczki trochę w wyglądzie przypomina słonia Pomelo, więc do lektury przekonają się fani tych tomików obrazkowych. W serii Poczytaj ze mną pojawia się zatem książeczka dla tych, którzy lubią historie bajkowe, z przymrużeniem oka. Frączek i Rusinek zachęcają do samodzielnego czytania: tomik w starym stylu może stać się ulubioną bajką wielu maluchów – może też im udowodnić, że warto sięgać po książki dla rozrywki. Mały mamutek to obietnica całkiem dobrej zabawy – odbiorcy nie zawiodą się na tej postaci i mogą chętniej przystępować do ćwiczenia czytania. Zwłaszcza że Agnieszka Frączek nie nudzi ani nie poucza.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Frączek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Frączek. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
niedziela, 2 sierpnia 2015
Magdalena Zarębska: Nadchodzi Słoniątko. Agnieszka Frączek: Kaczka w berecie i inne historie
Wydawnictwo Debit, Bielsko-Biała 2014.
Czytanki
Seri Czytamy bez mamy w Debicie to szereg pozycji, które można podsuwać maluchom uczącym się składać litery w słowa, ale i tym, które tę sztukę już opanowały, a teraz muszą trochę poćwiczyć zanim przejdą do świata prawdziwych książek. Ale to nie jedyne jej przeznaczenie. Historie z drobnych tomików równie dobrze posłużyć mogą jako lektury przed snem czy opowiastki, które rodzice będą przedstawiać pociechom podczas wspólnych wieczorów. Nie ma tu treści nieodpowiednich dla maluchów, nie ma też trudnych słów (chociaż trudne tematy się zdarzają, jednak w dobrej realizacji). Autorzy zwracają uwagę na kształt tych historyjek i na formę. W prostych fabułkach pamiętają o małych czytelnikach.
„Nadchodzi Słoniątko” Magdaleny Zarębskiej to przedziwna opowieść o cudzie narodzin, tomik, który z pewnością zyska aprobatę matek i pomoże w tłumaczeniu dziecku, co się z nim działo, zanim przyszło na świat. W brzuchu mamy rośnie małe słoniątko. Jeszcze nie wie, jak wygląda prawdziwy świat, rzeczywistość jest dla niego połączeniem dźwięków i dotyków oraz fragmentów emocji mamy. Maluch wie, kiedy jego rodzeństwo bawi się nad wodą, kiedy inne słonice w stadzie delikatnie głaszczą trąbami brzuch mamy i kiedy mama pożywia się pysznymi liśćmi. Gdy już przyjdzie na świat, wszystko to pozna raz jeszcze, z innej perspektywy. Teraz będzie prawdziwym uczestnikiem wydarzeń. Zarębska stawia na zmysłowość w opowiadaniu: gra brzmieniem, pisze z typowym dla matek rozczuleniem. Tomik „Nadchodzi Słoniątko” przepełnia matczyna duma i miłość – to uczucia, które we wspólnej lekturze połączą mamy z kilkulatkami. Historia słoniątka to również dobry wstęp do rozmowy o tym, skąd się biorą dzieci. Niekoniecznie natomiast to fabuła, która samodzielnych czytaczy skusi – jednak jeśli to nastąpi, dzieci poszerzą swoje słownictwo i wypracują zwiększoną wrażliwość.
Na Agnieszkę Frączek zawsze można liczyć. Jej „Kaczka w berecie i inne historie” to tomik zawierający trzy dynamiczne opowiadania, a każde z innej perspektywy poruszające temat obecności zwierząt w domu. Jest to więc podwójny wabik dla dzieci – obok takich zagadnień nie sposób przejść obojętnie, zwłaszcza że Frączek ma zawsze ciekawe pomysły i realizuje je z humorem. Najpierw wprowadza do tomiku gadający worek żeglarski. Zawartość worka (a właściwie pasażera na gapę) trzeba wypuścić, jednak przy okazji udaje się spełnić marzenie dzieci i zapobiec lękom mamy. Poza początkową tajemnicą Agnieszka Frączek wprowadza zatem scenariusz, który maluchom bardzo się spodoba. W drugim opowiadaniu gadająca papuga staje się atrakcją okolicy i pomaga samotnemu człowiekowi zdobyć przyjaciół. Co do kaczki w berecie natomiast… tytułowa bohaterka w ogóle nie zachowuje się jak kaczka, ale to już nie dziwi u autorki, która nieszablonowe pomysły bardzo chętnie przekuwa na opowiadania. „Kaczka w berecie” nie męczy długością, to tomik z opowiadaniami przystosowanymi do dziecięcych możliwości. Ponadto komiksowe ilustracje Artura Nowickiego ubarwiają lekturę.
Czytamy bez mamy to seria, w której nie akcentuje się przesadnie różnic i umiejętności dzieci. Można wybierać sobie najbardziej interesujące tytuły z różnych poziomów i ćwiczyć czytanie na dowolnych historiach, oznaczenia poziomu odnoszą się przede wszystkim do długości tekstu. To odróżnia tę serię od podobnych cykli edukacyjnych. Tu nie chodzi o monitorowanie postępów, a o przekonanie najmłodszych, żeby sięgali po książki dla rozrywki czy ładunku emocjonalnego. Dzięki ciekawym fabułom, humorowi i nastawieniu na niespodzianki łatwo taki efekt uzyskać – dlatego też cykl Debitu powinien się pojawiać w procesie edukacji najmłodszych.
Czytanki
Seri Czytamy bez mamy w Debicie to szereg pozycji, które można podsuwać maluchom uczącym się składać litery w słowa, ale i tym, które tę sztukę już opanowały, a teraz muszą trochę poćwiczyć zanim przejdą do świata prawdziwych książek. Ale to nie jedyne jej przeznaczenie. Historie z drobnych tomików równie dobrze posłużyć mogą jako lektury przed snem czy opowiastki, które rodzice będą przedstawiać pociechom podczas wspólnych wieczorów. Nie ma tu treści nieodpowiednich dla maluchów, nie ma też trudnych słów (chociaż trudne tematy się zdarzają, jednak w dobrej realizacji). Autorzy zwracają uwagę na kształt tych historyjek i na formę. W prostych fabułkach pamiętają o małych czytelnikach.
„Nadchodzi Słoniątko” Magdaleny Zarębskiej to przedziwna opowieść o cudzie narodzin, tomik, który z pewnością zyska aprobatę matek i pomoże w tłumaczeniu dziecku, co się z nim działo, zanim przyszło na świat. W brzuchu mamy rośnie małe słoniątko. Jeszcze nie wie, jak wygląda prawdziwy świat, rzeczywistość jest dla niego połączeniem dźwięków i dotyków oraz fragmentów emocji mamy. Maluch wie, kiedy jego rodzeństwo bawi się nad wodą, kiedy inne słonice w stadzie delikatnie głaszczą trąbami brzuch mamy i kiedy mama pożywia się pysznymi liśćmi. Gdy już przyjdzie na świat, wszystko to pozna raz jeszcze, z innej perspektywy. Teraz będzie prawdziwym uczestnikiem wydarzeń. Zarębska stawia na zmysłowość w opowiadaniu: gra brzmieniem, pisze z typowym dla matek rozczuleniem. Tomik „Nadchodzi Słoniątko” przepełnia matczyna duma i miłość – to uczucia, które we wspólnej lekturze połączą mamy z kilkulatkami. Historia słoniątka to również dobry wstęp do rozmowy o tym, skąd się biorą dzieci. Niekoniecznie natomiast to fabuła, która samodzielnych czytaczy skusi – jednak jeśli to nastąpi, dzieci poszerzą swoje słownictwo i wypracują zwiększoną wrażliwość.
Na Agnieszkę Frączek zawsze można liczyć. Jej „Kaczka w berecie i inne historie” to tomik zawierający trzy dynamiczne opowiadania, a każde z innej perspektywy poruszające temat obecności zwierząt w domu. Jest to więc podwójny wabik dla dzieci – obok takich zagadnień nie sposób przejść obojętnie, zwłaszcza że Frączek ma zawsze ciekawe pomysły i realizuje je z humorem. Najpierw wprowadza do tomiku gadający worek żeglarski. Zawartość worka (a właściwie pasażera na gapę) trzeba wypuścić, jednak przy okazji udaje się spełnić marzenie dzieci i zapobiec lękom mamy. Poza początkową tajemnicą Agnieszka Frączek wprowadza zatem scenariusz, który maluchom bardzo się spodoba. W drugim opowiadaniu gadająca papuga staje się atrakcją okolicy i pomaga samotnemu człowiekowi zdobyć przyjaciół. Co do kaczki w berecie natomiast… tytułowa bohaterka w ogóle nie zachowuje się jak kaczka, ale to już nie dziwi u autorki, która nieszablonowe pomysły bardzo chętnie przekuwa na opowiadania. „Kaczka w berecie” nie męczy długością, to tomik z opowiadaniami przystosowanymi do dziecięcych możliwości. Ponadto komiksowe ilustracje Artura Nowickiego ubarwiają lekturę.
Czytamy bez mamy to seria, w której nie akcentuje się przesadnie różnic i umiejętności dzieci. Można wybierać sobie najbardziej interesujące tytuły z różnych poziomów i ćwiczyć czytanie na dowolnych historiach, oznaczenia poziomu odnoszą się przede wszystkim do długości tekstu. To odróżnia tę serię od podobnych cykli edukacyjnych. Tu nie chodzi o monitorowanie postępów, a o przekonanie najmłodszych, żeby sięgali po książki dla rozrywki czy ładunku emocjonalnego. Dzięki ciekawym fabułom, humorowi i nastawieniu na niespodzianki łatwo taki efekt uzyskać – dlatego też cykl Debitu powinien się pojawiać w procesie edukacji najmłodszych.
niedziela, 17 października 2010
Agieszka Frączek: Rymobranie
Wilga, Warszawa 2010.
Rymobraki
Tym razem Agnieszka Frączek mnie nie zachwyciła. Jedna z ciekawszych współczesnych rymopisarek, kontynuująca najlepsze tradycje wierszy dla dzieci Brzechwy czy Tuwima w „Rymobraniu” stanowi cień samej siebie. Wydaje się, że książka została stworzona na szybko, a jeden słowotwórczy pomysł jako motyw przewodni całej serii rymowanek niezbyt imponuje, w konsekwencji „Rymobranie” może w pewnej chwili nieoczekiwanie zacząć nużyć małych odbiorców – a na pewno zmęczy ich rodziców, mimo że przecież publikacja jest poprawna i na tle wielu produkowanych dziś książek z wierszykami dla najmłodszych prezentuje się nieźle.
Jaki pomysł zapewnia istnienie „Rymobraniu”? Przekształcanie wyrazów tak, by w zmodyfikowanej wersji pojawiło się nowe znaczenie, z którego wyprowadzi się zaraz całą fabułę krótkiej opowiastki. W związku z tym dinożarł to dinozaur, który wiele żarł (notabene powtórzenie tego jeszcze w rymie nie budzi pozytywnych doznań estetycznych), poszczekalnia to poczekalnia, w której siedzą psy, rysiopis – rysopis rysia, a przeprowracka – przeprowadzka z powrotem na dawne miejsce. Nie ma w tym tak charakterystycznej przecież dla Frączek finezji, lingwistycznej lekkości i pomysłowości. Słowotwórcze przeobrażenia nie pozwalają wymknąć się wyobraźni poza ramy wyznaczone przez semantykę – przez to absurd kończy się w pomyśle na tytuł wierszyka, a dalej nic już małych czytelników nie zaskoczy. W okładkowym komentarzu pisze autorka „można się chyba trzymać słownika?! / Rymować grzecznie? Figli unikać? / Pewnie, że można! Lecz ja tam wolę / psoty i dzikie słowoswawole”. I właśnie dzikich słowoswawoli w „Rymobraniu zabrakło – te, które są, są ugrzecznione i przewidywalne, pokazują, owszem, że można dokonywać ciekawych operacji na wyrazach – lecz pozostawiają ogromny niedosyt. U innego autora wszystko byłoby w porządku – ale Agnieszkę Frączek stać na dużo więcej.
Skoro już w tytule podkreślony został fakt rymowania, kolejne zastrzeżenie dotyczyć będzie współbrzmień. Frączek sprawia wrażenie, jakby co pewien czas na moment traciła z oczu odbiorców tekstu i pozwala sobie na coś, co w wierszach dla maluchów nie ma prawa bytu, mianowicie zrównywanie fonetyczne głosek r i l. Dzieciom, które są na etapie uczenia się, jak wymawiać r (a wśród odbiorców tej książeczki wiele takich się znajdzie) nie wolno pod żadnym pozorem sugerować, że między r i l zachodzi brzmieniowe upodobnienie. Maluchy są bardzo wyczulone na punkcie zabaw słownych i echowych i pseudorymowanie „zbiera – ziela” niepotrzebnie namiesza im w głowach. To pierwszy błąd. Drugi jest taki, że autorka zniża poziom tekstów i dostosowuje się do mizerii większości rymujących przez stosowanie – znienawidzonych na przykład przez Brzechwę – zdrobnień, które nie są w utworze niczym uzasadnione. Już „spotkanko-ubranko” jest ciężkie do strawienia, „brzuszek-paluszek” po prostu mdli u autorki tej klasy zwłaszcza. W związku z tymi wykroczeniami nie ma już sensu wracać do rymów gramatycznych i powtarzanych, a także do banalnych – nie tym razem.
W krótkich wierszykach opowiada Agnieszka Frączek rozmaite historie. Z rytmem radzi sobie nieźle, opowieści wyznaczają słowotwórcze zabawy. Ale czegoś mi tu brakuje. Iskry? Natchnienia? Odwagi? Być może „Rymobranie” powstało na szybko, może było zbiorkiem wymuszonym. To tomik dobry na chwilę, ale niewiele znajdzie się tu tekstów, do których chce się wracać. Najlepszy – bo lekki i bez wrażenia sztuczności – jest według mnie „Grubelek”, czyli wierszyk o grubym wróbelku. Resztą Agnieszka Frączek nie zachwyca.
Publikacja została przepięknie wydana, zawiera bardzo kolorowe ilustracje, które przykują uwagę maluchów, chociaż momentami sprawiają nieco demoniczne wrażenie. Imitacja trójwymiarowości nie idzie w parze z urealnianiem postaci – zresztą to przy absurdalnych historyjkach nie miałoby sensu. Maciej Szymanowicz postawił na uatrakcyjnianie dwuwymiarowości – jednym spodobają się jego propozycje, innym nie – ale na pewno wpadają w oko.
Wiem, że oceniam autorkę tego tomu surowo, ale uważam, że potrafi ona dużo więcej niż zaproponowała w tej książeczce.
Rymobraki
Tym razem Agnieszka Frączek mnie nie zachwyciła. Jedna z ciekawszych współczesnych rymopisarek, kontynuująca najlepsze tradycje wierszy dla dzieci Brzechwy czy Tuwima w „Rymobraniu” stanowi cień samej siebie. Wydaje się, że książka została stworzona na szybko, a jeden słowotwórczy pomysł jako motyw przewodni całej serii rymowanek niezbyt imponuje, w konsekwencji „Rymobranie” może w pewnej chwili nieoczekiwanie zacząć nużyć małych odbiorców – a na pewno zmęczy ich rodziców, mimo że przecież publikacja jest poprawna i na tle wielu produkowanych dziś książek z wierszykami dla najmłodszych prezentuje się nieźle.
Jaki pomysł zapewnia istnienie „Rymobraniu”? Przekształcanie wyrazów tak, by w zmodyfikowanej wersji pojawiło się nowe znaczenie, z którego wyprowadzi się zaraz całą fabułę krótkiej opowiastki. W związku z tym dinożarł to dinozaur, który wiele żarł (notabene powtórzenie tego jeszcze w rymie nie budzi pozytywnych doznań estetycznych), poszczekalnia to poczekalnia, w której siedzą psy, rysiopis – rysopis rysia, a przeprowracka – przeprowadzka z powrotem na dawne miejsce. Nie ma w tym tak charakterystycznej przecież dla Frączek finezji, lingwistycznej lekkości i pomysłowości. Słowotwórcze przeobrażenia nie pozwalają wymknąć się wyobraźni poza ramy wyznaczone przez semantykę – przez to absurd kończy się w pomyśle na tytuł wierszyka, a dalej nic już małych czytelników nie zaskoczy. W okładkowym komentarzu pisze autorka „można się chyba trzymać słownika?! / Rymować grzecznie? Figli unikać? / Pewnie, że można! Lecz ja tam wolę / psoty i dzikie słowoswawole”. I właśnie dzikich słowoswawoli w „Rymobraniu zabrakło – te, które są, są ugrzecznione i przewidywalne, pokazują, owszem, że można dokonywać ciekawych operacji na wyrazach – lecz pozostawiają ogromny niedosyt. U innego autora wszystko byłoby w porządku – ale Agnieszkę Frączek stać na dużo więcej.
Skoro już w tytule podkreślony został fakt rymowania, kolejne zastrzeżenie dotyczyć będzie współbrzmień. Frączek sprawia wrażenie, jakby co pewien czas na moment traciła z oczu odbiorców tekstu i pozwala sobie na coś, co w wierszach dla maluchów nie ma prawa bytu, mianowicie zrównywanie fonetyczne głosek r i l. Dzieciom, które są na etapie uczenia się, jak wymawiać r (a wśród odbiorców tej książeczki wiele takich się znajdzie) nie wolno pod żadnym pozorem sugerować, że między r i l zachodzi brzmieniowe upodobnienie. Maluchy są bardzo wyczulone na punkcie zabaw słownych i echowych i pseudorymowanie „zbiera – ziela” niepotrzebnie namiesza im w głowach. To pierwszy błąd. Drugi jest taki, że autorka zniża poziom tekstów i dostosowuje się do mizerii większości rymujących przez stosowanie – znienawidzonych na przykład przez Brzechwę – zdrobnień, które nie są w utworze niczym uzasadnione. Już „spotkanko-ubranko” jest ciężkie do strawienia, „brzuszek-paluszek” po prostu mdli u autorki tej klasy zwłaszcza. W związku z tymi wykroczeniami nie ma już sensu wracać do rymów gramatycznych i powtarzanych, a także do banalnych – nie tym razem.
W krótkich wierszykach opowiada Agnieszka Frączek rozmaite historie. Z rytmem radzi sobie nieźle, opowieści wyznaczają słowotwórcze zabawy. Ale czegoś mi tu brakuje. Iskry? Natchnienia? Odwagi? Być może „Rymobranie” powstało na szybko, może było zbiorkiem wymuszonym. To tomik dobry na chwilę, ale niewiele znajdzie się tu tekstów, do których chce się wracać. Najlepszy – bo lekki i bez wrażenia sztuczności – jest według mnie „Grubelek”, czyli wierszyk o grubym wróbelku. Resztą Agnieszka Frączek nie zachwyca.
Publikacja została przepięknie wydana, zawiera bardzo kolorowe ilustracje, które przykują uwagę maluchów, chociaż momentami sprawiają nieco demoniczne wrażenie. Imitacja trójwymiarowości nie idzie w parze z urealnianiem postaci – zresztą to przy absurdalnych historyjkach nie miałoby sensu. Maciej Szymanowicz postawił na uatrakcyjnianie dwuwymiarowości – jednym spodobają się jego propozycje, innym nie – ale na pewno wpadają w oko.
Wiem, że oceniam autorkę tego tomu surowo, ale uważam, że potrafi ona dużo więcej niż zaproponowała w tej książeczce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






