Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznań 2021.
Pasja
Na rynku literatury dla dzieci często pojawiają się biografie, które mają zainspirować i przekonywać zwłaszcza do wyboru mniej popularnych zajęć czy do realizowania marzeń na przekór przeciwnościom losu. Rzadko jednak zdarza się, żeby te biografie przybierały formę wierszyków. Eliza Piotrowska dość dobrze czuje się w takim zrygoryzowanym stylu, dlatego też postanawia nadać nim lekkości samej historii. Opowieść o lekarce, która najpierw wcześnie straciła rodziców, później walczyła w szeregach AK, a w wieku czterdziestu lat mogła zrealizować swoje marzenie i wyruszyć do Ugandy, aby tam nieść pomoc chorym na trąd potrzebowała czynnika, który łagodziłby poszczególne wydarzenia. I Eliza Piotrowska upatruje go w wierszyku. Owszem, zdarzają się jej stylistyczne słabostki (ile razy można rymować „wojna” i „spokojna” po „Weselu”?) i uproszczenia wynikające z konieczności zachowania rytmu, jednak Piotrowska rymować potrafi dość zgrabnie i nie ma tu w większej części narracji zgrzytów. Autorka skupia się na tym, żeby pokazać koleje życia Wandy Błeńskiej – wie doskonale, że ta postać ani dzieciom, ani ich rodzicom nie jest znana – więc zanurza się w biografii i dość skrupulatnie rejestruje różne wybory i decyzje. Co ciekawe, stara się też w ramach tej samej ciągłej rymowanki pokazywać kontekst społeczny i polityczny – fakty, które utrudniały bohaterce książki realizowanie pragnień. I tak dzieci przekonają się, że kobiety nie były dobrze widziane na uniwersytetach, poznają też charakterystykę trądu. Zrozumieją, że płeć i wiek właściwie wykluczały Wandę Błeńską z grona ludzi, którzy mogli robić to, na co mieli ochotę. Znajduje Eliza Piotrowska szczegóły, które przyciągną najmłodszych: między innymi przedstawia „Doktę”, która jeździ na motorze, ma swój kajak i przygarnia małpkę. Przygody tej bohaterki nadają się na lekturę awanturniczą – jednak Eliza Piotrowska trzyma się konwencji biografii i wyznacznika serii, czyli hasła Dobrze być dobrym.
Odrębny temat w opowieści stanowi Bóg i wiara bohaterki. Wanda Błeńska prowadzi z Bogiem własne rozmowy i targi, często prosi o pomoc, albo czeka na sygnał, co powinna zrobić – i w tej historyjce Bóg zyskuje głos i możliwości reagowania na modlitwy. Ciekawym motywem staje się rozczarowanie Wandy Błeńskiej Matką Teresą z Kalkuty – Piotrowska pokazuje tu zderzenie między oczekiwaniami bohaterki i samym spotkaniem.
Liczy się tu dynamika i mnogość wydarzeń bardzo urozmaicanych. Wanda Błeńska mogłaby być postacią literacką, w oczach małych odbiorców jej doświadczenia są jak z wyobraźni. Eliza Piotrowska sama zilustrowała ten tomik – tak, żeby mieć kontrolę nad całością przekazu i żeby jak najlepiej wykorzystać możliwości publikacji. To lektura przybliżająca sylwetkę odważnej kobiety, można zatem traktować książkę jako źródło inspiracji – jednak dystans czasowy i kulturowy sprawia też, że będzie ten tomik postrzegany jako ciekawostka dla najmłodszych, a w mniejszym stopniu wzór do naśladowania.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święty Wojciech Dom Medialny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święty Wojciech Dom Medialny. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 16 grudnia 2021
niedziela, 28 listopada 2021
Günther Jakobs: Tata umie prawie wszystko
Zielona Litera, Poznań 2021.
Obowiązki
Ten malutki tomik zasługuje na to, żeby dotrzeć do jak największej grupy małych odbiorców. "Tata umie prawie wszystko" to bardzo dowcipna propozycja obrazkowa. Günther Jakobs zapewnia rozrywkę i dystans, codzienne sprawy zamienia w powód do śmiechu. Narracja prowadzona z perspektywy malucha przesycona jest humorem i ironią - którą wychwycą zarówno docelowi odbiorcy, jak i dorośli czytający im przed snem. Jest to również sposób na przełamanie stereotypów: tym razem to mama jest cały dzień w pracy, a tata zajmuje się pociechami w domu. Wychodzi mu to różnie, czasami popełnia komiczne błędy, czasami mimo starań czegoś nie uda mu się zrobić - wszystko po to, żeby wywołać śmiech. Nic dziwnego, w końcu "Tata umie prawie wszystko" - a nie wszystko. Nie ma tu idealizowania: nawet największy majsterkowicz czasami przegrywa w starciu z rozbitą zabawką, czego by nie nauczył się gotować, dzieci i tak wybiorą pizzę. Tata czasami odprowadza dziecko do zamkniętego przedszkola, a na drodze wie wszystko lepiej od innych kierowców. Tata przydaje się przy czytaniu na dobranoc - wprawdzie często przy tym zasypia, ale maluchy wiedzą, jak sobie z tym poradzić. Spojrzenie z perspektywy dziecka pozwala na lekkie naigrawanie się z rzeczywistości dorosłych: tata chciałby być bohaterem dla swoich pociech, a te przymykają oko na drobne niedociągnięcia. Wiadomo, że tata nie będzie tak doskonały jak mama - ale przynajmniej się stara, a to warto docenić.
Narracja jest bardzo prosta: sprowadza się do wyliczenia, co tata potrafi i co robi i z drobnych komentarzy precyzujących jego zdolności w danej kwestii. Oznacza to, że jeśli nawet można uwierzyć w entuzjastyczne zapewnienia o przydatności taty w kolejnych zajęciach, autor wprowadza element niedowierzania lub powątpiewania w talenty. I dość szybko wychodzi na jaw, że komentarz jest dwuznaczny, wskazuje nowe spojrzenie na rodzica. Nie ma tu bezkrytycznego podejścia, ale nie ma też złośliwości - wszystko utrzymane jest w tonie dobrodusznych żartów, które nikogo nie skrzywdzą. Pokazuje tylko Jakobs, że dorośli nie są idealni i nigdy nie będą - bez względu na to, co sami o sobie sądzą. Buduje zatem porozumienie z małymi odbiorcami. Krótki tekst to oczywiście nie wszystko, liczą się także ilustracje. Na tych ilustracjach znów uruchamiane zostają żarty - te, które nie miały szans zmieścić się w lakonicznych opisach. Dzięki komiksowym rysunkom dzieci przekonają się, jak działa ironia i czego dotyczy - to dosłowne pokazanie tego, co w komentarzach słownych jest tylko przemycone i zasugerowane. W związku z taką podpowiedzią nawet najmłodsi zrozumieją sens żartów i będą czerpać radość z tomiku. Książeczka "Tata umie prawie wszystko" ucieszy odbiorców - bez względu na wiek. Można ją równie dobrze podsunąć kilkulatkom, jak i dumnym ojcom - udana realizacja sprawia, że ta publikacja nie zestarzeje się nigdy.
Obowiązki
Ten malutki tomik zasługuje na to, żeby dotrzeć do jak największej grupy małych odbiorców. "Tata umie prawie wszystko" to bardzo dowcipna propozycja obrazkowa. Günther Jakobs zapewnia rozrywkę i dystans, codzienne sprawy zamienia w powód do śmiechu. Narracja prowadzona z perspektywy malucha przesycona jest humorem i ironią - którą wychwycą zarówno docelowi odbiorcy, jak i dorośli czytający im przed snem. Jest to również sposób na przełamanie stereotypów: tym razem to mama jest cały dzień w pracy, a tata zajmuje się pociechami w domu. Wychodzi mu to różnie, czasami popełnia komiczne błędy, czasami mimo starań czegoś nie uda mu się zrobić - wszystko po to, żeby wywołać śmiech. Nic dziwnego, w końcu "Tata umie prawie wszystko" - a nie wszystko. Nie ma tu idealizowania: nawet największy majsterkowicz czasami przegrywa w starciu z rozbitą zabawką, czego by nie nauczył się gotować, dzieci i tak wybiorą pizzę. Tata czasami odprowadza dziecko do zamkniętego przedszkola, a na drodze wie wszystko lepiej od innych kierowców. Tata przydaje się przy czytaniu na dobranoc - wprawdzie często przy tym zasypia, ale maluchy wiedzą, jak sobie z tym poradzić. Spojrzenie z perspektywy dziecka pozwala na lekkie naigrawanie się z rzeczywistości dorosłych: tata chciałby być bohaterem dla swoich pociech, a te przymykają oko na drobne niedociągnięcia. Wiadomo, że tata nie będzie tak doskonały jak mama - ale przynajmniej się stara, a to warto docenić.
Narracja jest bardzo prosta: sprowadza się do wyliczenia, co tata potrafi i co robi i z drobnych komentarzy precyzujących jego zdolności w danej kwestii. Oznacza to, że jeśli nawet można uwierzyć w entuzjastyczne zapewnienia o przydatności taty w kolejnych zajęciach, autor wprowadza element niedowierzania lub powątpiewania w talenty. I dość szybko wychodzi na jaw, że komentarz jest dwuznaczny, wskazuje nowe spojrzenie na rodzica. Nie ma tu bezkrytycznego podejścia, ale nie ma też złośliwości - wszystko utrzymane jest w tonie dobrodusznych żartów, które nikogo nie skrzywdzą. Pokazuje tylko Jakobs, że dorośli nie są idealni i nigdy nie będą - bez względu na to, co sami o sobie sądzą. Buduje zatem porozumienie z małymi odbiorcami. Krótki tekst to oczywiście nie wszystko, liczą się także ilustracje. Na tych ilustracjach znów uruchamiane zostają żarty - te, które nie miały szans zmieścić się w lakonicznych opisach. Dzięki komiksowym rysunkom dzieci przekonają się, jak działa ironia i czego dotyczy - to dosłowne pokazanie tego, co w komentarzach słownych jest tylko przemycone i zasugerowane. W związku z taką podpowiedzią nawet najmłodsi zrozumieją sens żartów i będą czerpać radość z tomiku. Książeczka "Tata umie prawie wszystko" ucieszy odbiorców - bez względu na wiek. Można ją równie dobrze podsunąć kilkulatkom, jak i dumnym ojcom - udana realizacja sprawia, że ta publikacja nie zestarzeje się nigdy.
niedziela, 20 czerwca 2021
100 wyzwań na 365 dni, czyli jak odkryć siebie na nowo?
Zielona Litera, 2021.
Dla znudzonych
Jest to książka wzorowana na poradnikach do samorozwoju i na tomach kreatywnych kierowanych przeważnie do nastolatek. „100 wyzwań na 365 dni czyli jak odkryć siebie na nowo” to publikacja dla kobiet, które chciałyby spróbować czegoś nowego, ale nie są w stanie samodzielnie wymyślić sobie inspiracji czy wyzwań (i, najwyraźniej, nie mają w swoim otoczeniu przyjaciółek z ciekawym hobby). Nacisk kładzie się tu na doświadczanie nowości, na poszukiwania tego, co twórcze i zapewniające rozwój, a także zajęcie na pewien czas (niekoniecznie przynoszące dochód albo oszczędności, ale uruchamiające twórczy potencjał). Nie ma tu mowy o wprowadzaniu podstaw do kolejnych zadań kreatywnych: pojawiają się tylko tematy, a już samych podpowiedzi co do wykonania trzeba będzie szukać gdzieś indziej.
Książka została podzielona ze względu na czasowe ograniczenia wyzwań. Najpierw – gadka o motywacji i o tym, jak znaleźć w sobie chęć do działania. Następnie pojawiają się wyzwania segregowane przez czas realizacji. Jednodniowe, tygodniowe, miesięczne i roczne – podpowiedzi, jak zmienić swoje przyzwyczajenia i w co się zaangażować. Jednodniowe brzmią najbardziej banalnie i są najmniej kuszące: to dzień bez butów, dzień bez przeklinania, dzień uśmiechania się do wszystkich albo dzień bez mówienia nie: to raczej zwrócenie uwagi na to, że niektóre rzeczy faktycznie warto zmieniać – i że nawet drobiazgi potrafią wnieść sporo urozmaiceń w nudną codzienność. Bez wątpienia bowiem ten tom jest przeznaczony dla ludzi, którzy się nudzą i potrzebują bodźców do działania. W wyzwaniach siedmiodniowych kryje się między innymi odstawienie telefonu, lustra czy kawy, w trzydziestodniowych – rezygnowanie z telewizora i sprzątanie. Czasami próbuje się tu zachęcić czytelniczki do pisania (wierszy albo dzienników, żeby w ten sposób przekierować uwagę na tworzenie), znacznie częściej – do podążania za modami na określone zachowania (tu między innymi pojawiają się kwestie sprzątania świata, ograniczania zakupów ubrań czy wyrzucanie cukru z diety, moda na bieganie i na abstynencję). Zdarza się, że czytelniczki mogą odrobinę się dokształcić: poszukać wiadomości na temat konkretnych epok literackich, filmów albo lektur. Innym razem wprowadza się tu podpowiedzi dotyczące robótek ręcznych: robienia na drutach, szydełkowania, szycia (ale bez konkretów dotyczących rozpoczynania takiego hobby, co może sprawić, że część odbiorczyń nie podoła wyzwaniu zrobienia szalika lub poncho i będzie rozczarowana takimi poleceniami). Gdzieś znajdzie się miejsce na serię różnych ćwiczeń fizycznych, gdzie indziej – lekcja miłego zachowania wobec innych. Są zadania, które bez dodatkowych wyjaśnień mogą się okazać dziwne: kaligrafowanie jednego słowa dziennie lub robienie jednego zdjęcia dziennie, ale są i zachęty do pracy nad związkiem czy do samoakceptacji. W tym wszystkim nie ma zadań faktycznie oryginalnych, chodzi o to, żeby wszystko było łatwo dostępne i raczej nie zniechęcało czytelniczek. Kierowana jest ta lektura raczej do naiwnych odbiorczyń, to niewymagający tekst z szeregiem wyliczeń i prostymi poleceniami, przebodźcowany graficznie – spełni swoją funkcję, jeśli oderwie kogoś od mediów elektronicznych i pozwoli na odkrywanie nowych przestrzeni do ujawniania kreatywności.
Dla znudzonych
Jest to książka wzorowana na poradnikach do samorozwoju i na tomach kreatywnych kierowanych przeważnie do nastolatek. „100 wyzwań na 365 dni czyli jak odkryć siebie na nowo” to publikacja dla kobiet, które chciałyby spróbować czegoś nowego, ale nie są w stanie samodzielnie wymyślić sobie inspiracji czy wyzwań (i, najwyraźniej, nie mają w swoim otoczeniu przyjaciółek z ciekawym hobby). Nacisk kładzie się tu na doświadczanie nowości, na poszukiwania tego, co twórcze i zapewniające rozwój, a także zajęcie na pewien czas (niekoniecznie przynoszące dochód albo oszczędności, ale uruchamiające twórczy potencjał). Nie ma tu mowy o wprowadzaniu podstaw do kolejnych zadań kreatywnych: pojawiają się tylko tematy, a już samych podpowiedzi co do wykonania trzeba będzie szukać gdzieś indziej.
Książka została podzielona ze względu na czasowe ograniczenia wyzwań. Najpierw – gadka o motywacji i o tym, jak znaleźć w sobie chęć do działania. Następnie pojawiają się wyzwania segregowane przez czas realizacji. Jednodniowe, tygodniowe, miesięczne i roczne – podpowiedzi, jak zmienić swoje przyzwyczajenia i w co się zaangażować. Jednodniowe brzmią najbardziej banalnie i są najmniej kuszące: to dzień bez butów, dzień bez przeklinania, dzień uśmiechania się do wszystkich albo dzień bez mówienia nie: to raczej zwrócenie uwagi na to, że niektóre rzeczy faktycznie warto zmieniać – i że nawet drobiazgi potrafią wnieść sporo urozmaiceń w nudną codzienność. Bez wątpienia bowiem ten tom jest przeznaczony dla ludzi, którzy się nudzą i potrzebują bodźców do działania. W wyzwaniach siedmiodniowych kryje się między innymi odstawienie telefonu, lustra czy kawy, w trzydziestodniowych – rezygnowanie z telewizora i sprzątanie. Czasami próbuje się tu zachęcić czytelniczki do pisania (wierszy albo dzienników, żeby w ten sposób przekierować uwagę na tworzenie), znacznie częściej – do podążania za modami na określone zachowania (tu między innymi pojawiają się kwestie sprzątania świata, ograniczania zakupów ubrań czy wyrzucanie cukru z diety, moda na bieganie i na abstynencję). Zdarza się, że czytelniczki mogą odrobinę się dokształcić: poszukać wiadomości na temat konkretnych epok literackich, filmów albo lektur. Innym razem wprowadza się tu podpowiedzi dotyczące robótek ręcznych: robienia na drutach, szydełkowania, szycia (ale bez konkretów dotyczących rozpoczynania takiego hobby, co może sprawić, że część odbiorczyń nie podoła wyzwaniu zrobienia szalika lub poncho i będzie rozczarowana takimi poleceniami). Gdzieś znajdzie się miejsce na serię różnych ćwiczeń fizycznych, gdzie indziej – lekcja miłego zachowania wobec innych. Są zadania, które bez dodatkowych wyjaśnień mogą się okazać dziwne: kaligrafowanie jednego słowa dziennie lub robienie jednego zdjęcia dziennie, ale są i zachęty do pracy nad związkiem czy do samoakceptacji. W tym wszystkim nie ma zadań faktycznie oryginalnych, chodzi o to, żeby wszystko było łatwo dostępne i raczej nie zniechęcało czytelniczek. Kierowana jest ta lektura raczej do naiwnych odbiorczyń, to niewymagający tekst z szeregiem wyliczeń i prostymi poleceniami, przebodźcowany graficznie – spełni swoją funkcję, jeśli oderwie kogoś od mediów elektronicznych i pozwoli na odkrywanie nowych przestrzeni do ujawniania kreatywności.
niedziela, 14 lutego 2021
Paulina Szymańska: Projekt panna młoda, czyli wszystko, co musisz wiedzieć o ślubie i weselu
Zielona Litera/ Święty Wojciech, Poznań 2021.
Wskazówki
Jest to drobny skoroszyt, który wpisuje się w trendy rynku ślubnego. Bardziej organizer niż pełna lektura, Paulina Szymańska skupia się tutaj najbardziej na podsuwaniu zagadnień do opracowania i na pilnowaniu terminów, jednak od czasu do czasu proponuje krótkie komentarze dotyczące ślubu. Pojawiają się ślubne przesądy, kształty figur oraz rodzaje sukni ślubnych (żeby najłatwiej było dopasować odpowiedni fason), informacje, jak zaoszczędzić, jak ustawić stoły dla gości, wiadomości dotyczące stylistów i próbnego makijażu, podróży poślubnej czy podpowiedzi prezentów zamiast kwiatów. Najważniejsze dla autorki jest uporządkowanie informacji i tego, co trzeba przygotować, jeśli chce się samodzielnie zorganizować całą imprezę. Trochę wprawdzie we wstępie niezręczności stylistycznych i kontrastów (wesele jako przedsięwzięcie, czyli sztuka?), jednak nie długie teksty i komentarze są podstawowym celem w tej publikacji. Paulina Szymańska tworzy planer - przygotowuje na meandry pracy nad organizacją ślubu i wesela i sprawia, że narzeczone będą spokojniejsze i będą mogły dopilnować rozmaitych działań samodzielnie lub z pomocą przyjaciółek. Automatycznie książka "Projekt panna młoda" będzie też dobrym prezentem dla kobiet przed ślubem - gadżetem do wykorzystania.
Ta książka zyskać może na wartości dopiero po wypełnieniu przez odbiorczynie. To kołonotatnik do uzupełniania: trzeba będzie wpisywać tu liczne adresy, listy gości, komentarze i uwagi, pomysły oraz zestawienia wydatków. Na początek - kalendarz na trzy najbliższe lata oraz skrótowy terminarz (każdy miesiąc to jedna strona) - żeby łatwiej było powpisywać zobowiązania lub zaplanować działania. Później odbiorczynie będą wpisywać dane oraz zadania świadków a także osób, które mogą pomóc w organizacji wesela, listy zakupów, formalności do załatwienia w kościele i w urzędzie, wstępne oraz ostateczne listy gości (na tej drugiej mieszczą się nie tylko dane adresowe i miejsce na zaznaczenie potwierdzenia przybycia, ale też uwagi co do menu). Można też wpisywać propozycje dotyczące pierwszego tańca. Wprowadza Paulina Szymańska checklisty związane z organizacją dekoracji, pozwala spisać dane dotyczące stylistów czy DJ-ów, a także adresy innych usługodawców, propozycje menu i zaproszeń, a nawet ustawienia stołów na sali. Autorka chce, żeby odbiorczynie zapanowały nad każdym aspektem ślubnych przygotowań i mogły sobie notować sprawy załatwione czy - do realizacji. "Projekt panna młoda" pozwala systematyzować dane, wprowadzać ład i uspokajać odbiorczynie. Autorka proponuje również zestaw możliwych do wyboru tematów ślubu i wesela - przedstawia motywy charakterystyczne i pasujące do siebie, modne lub ponadczasowe - po to, żeby zasygnalizować czytelniczkom, co mogą potraktować jako inspirację albo potwierdzenie własnych wyborów. "Projekt panna młoda" to publikacja stworzona z potrzeby rynku - nie ma tu żadnych zaskoczeń, chodzi o systematyczne gromadzenie informacji i zestawianie ich w przejrzystych tabelach. Przydaje się, kiedy ktoś potrzebuje wsparcia i fachowych wskazówek - to poradnik i zeszyt do uzupełnienia, dla części odbiorczyń - wielka pomoc w stresujących sytuacjach.
Wskazówki
Jest to drobny skoroszyt, który wpisuje się w trendy rynku ślubnego. Bardziej organizer niż pełna lektura, Paulina Szymańska skupia się tutaj najbardziej na podsuwaniu zagadnień do opracowania i na pilnowaniu terminów, jednak od czasu do czasu proponuje krótkie komentarze dotyczące ślubu. Pojawiają się ślubne przesądy, kształty figur oraz rodzaje sukni ślubnych (żeby najłatwiej było dopasować odpowiedni fason), informacje, jak zaoszczędzić, jak ustawić stoły dla gości, wiadomości dotyczące stylistów i próbnego makijażu, podróży poślubnej czy podpowiedzi prezentów zamiast kwiatów. Najważniejsze dla autorki jest uporządkowanie informacji i tego, co trzeba przygotować, jeśli chce się samodzielnie zorganizować całą imprezę. Trochę wprawdzie we wstępie niezręczności stylistycznych i kontrastów (wesele jako przedsięwzięcie, czyli sztuka?), jednak nie długie teksty i komentarze są podstawowym celem w tej publikacji. Paulina Szymańska tworzy planer - przygotowuje na meandry pracy nad organizacją ślubu i wesela i sprawia, że narzeczone będą spokojniejsze i będą mogły dopilnować rozmaitych działań samodzielnie lub z pomocą przyjaciółek. Automatycznie książka "Projekt panna młoda" będzie też dobrym prezentem dla kobiet przed ślubem - gadżetem do wykorzystania.
Ta książka zyskać może na wartości dopiero po wypełnieniu przez odbiorczynie. To kołonotatnik do uzupełniania: trzeba będzie wpisywać tu liczne adresy, listy gości, komentarze i uwagi, pomysły oraz zestawienia wydatków. Na początek - kalendarz na trzy najbliższe lata oraz skrótowy terminarz (każdy miesiąc to jedna strona) - żeby łatwiej było powpisywać zobowiązania lub zaplanować działania. Później odbiorczynie będą wpisywać dane oraz zadania świadków a także osób, które mogą pomóc w organizacji wesela, listy zakupów, formalności do załatwienia w kościele i w urzędzie, wstępne oraz ostateczne listy gości (na tej drugiej mieszczą się nie tylko dane adresowe i miejsce na zaznaczenie potwierdzenia przybycia, ale też uwagi co do menu). Można też wpisywać propozycje dotyczące pierwszego tańca. Wprowadza Paulina Szymańska checklisty związane z organizacją dekoracji, pozwala spisać dane dotyczące stylistów czy DJ-ów, a także adresy innych usługodawców, propozycje menu i zaproszeń, a nawet ustawienia stołów na sali. Autorka chce, żeby odbiorczynie zapanowały nad każdym aspektem ślubnych przygotowań i mogły sobie notować sprawy załatwione czy - do realizacji. "Projekt panna młoda" pozwala systematyzować dane, wprowadzać ład i uspokajać odbiorczynie. Autorka proponuje również zestaw możliwych do wyboru tematów ślubu i wesela - przedstawia motywy charakterystyczne i pasujące do siebie, modne lub ponadczasowe - po to, żeby zasygnalizować czytelniczkom, co mogą potraktować jako inspirację albo potwierdzenie własnych wyborów. "Projekt panna młoda" to publikacja stworzona z potrzeby rynku - nie ma tu żadnych zaskoczeń, chodzi o systematyczne gromadzenie informacji i zestawianie ich w przejrzystych tabelach. Przydaje się, kiedy ktoś potrzebuje wsparcia i fachowych wskazówek - to poradnik i zeszyt do uzupełnienia, dla części odbiorczyń - wielka pomoc w stresujących sytuacjach.
sobota, 26 marca 2016
Tosca Lee: Judasz
Święty Wojciech Dom Medialny, Poznań 2016.
Godzina próby
Skoro Judasz staje się pierwszoplanowym bohaterem powieści, nie może być do końca zły. Jego rozdwojenie przedstawia Tosca Lee w epilogu przeniesionym na początek tomu „Judasz”, sugerując, jak będzie przyglądać się tej postaci, jednoznacznie zwykle ocenianej. Judasz wyda Jezusa, przebieg fabuły wolny jest od niespodzianek, bo Lee sięga po gotową historię, którą wszyscy w dodatku znają. Przerabia ją jednak na powieść psychologiczną o namacalnej niemal treści. Wszystko dlatego, że mniej skupia się na biblijnych przekazach i cytatach, a bardziej na obyczajowości czasów Jezusa. W gruncie rzeczy obudowuje fundamenty chrześcijaństwa tonami sensacyjnymi, thrillerowymi lub po prostu kulturowymi, żeby nie tyle zidentyfikować relacje z Biblii, co na nowo je zinterpretować.
Judasz od dzieciństwa mierzy się z okrutną rzeczywistością i to Tosca Lee prezentuje bez otoczki psychologicznej w kilku zaledwie krwawych i wstrząsających scenach. Nie ma tu analizowania sytuacji, są proste i filmowe obrazy. Łatwo z nich pojąć postawy dorosłego człowieka, również zmuszonego do dokonywania wyborów. Ale wbrew początkowym rozdziałom „Judasz” nie jest powieścią o Judaszu. Nie jest nawet, jak zapowiada autorka, powieścią pół na pół o Judaszu i Jezusie. To książka poświęcona Jezusowi widzianemu oczami ucznia. W zasadniczej części tomu znikają bowiem na długo dylematy Judasza i jego silne przeżycia, wszystko ogranicza się do bycia jednym z uczniów i do uczestniczenia w znanych wszystkim sytuacjach – rozmnażaniu chleba i ryb, uspokajaniu wody, uzdrawianiu trędowatych czy obmywaniu uczniom nóg. Tu już nie będzie miejsca na apokryfy i dodatki, Judasz zatraca się w nowych przeżyciach. Nawet jego konflikt z matką, która wolałaby dla dorosłego syna stabilne i zrozumiałe zajęcia i inne towarzystwo nie wprowadza spodziewanego poruszenia. Tosca Lee nie ma pola manewru, staje się zakładniczką historii, którą chce opowiedzieć po swojemu.
W „Judaszu” autorka wybiera przyglądanie się krwawym często kulturowym realiom, nie boi się turpistycznych obrazów ani nieprzyjemności. Odtwarza gwar uliczny i atmosferę prywatnych spotkań, nie traktuje apostołów jak świętych, ale jak zwykłych przyjaciół, którzy dobrze się bawią, spędzając razem czas (a potem wspólnie martwią się niepokojącym kierunkiem nauk Jezusa). Co ciekawe, sam Jezus w „Judaszu” bardzo często krzyczy – krzyczy, gdy musi przebić się głosem przez harmider tłumu, krzyczy, gdy ma do zakomunikowania coś ważnego, krzyczy, by zwrócić na siebie uwagę, a czasami nawet chichocze. To portrety mało biblijne, ale Tosca Lee taki właśnie efekt chce uzyskać – nie książkę pisaną z pozycji na kolanach, a tom o zwykłych ludziach, o zrozumiałych dla dzisiejszych czytelników uczuciach.
Jest „Judasz” powieścią, w której ważka okazuje się plastyczność słów. Tosca Lee nie może do końca zagłębiać się w przemyślenia postaci (dystans zachowywany przez Judasza dobrze to w narracji tłumaczy), zajmuje się więc tym, co namacalne i możliwe do dostrzeżenia. Ożywia zewnętrze, a niekoniecznie wnętrza uczniów, zresztą gdy już raz dostanie się w wir wydarzeń z Biblii, nie ma sposobu, żeby zajęła się czymkolwiek innym. „Judasz” brzmi jak książka zrodzona z fascynacji dalszoplanową historią, jak dopowiedzenie do powtarzanych od stuleci opowieści. Nie jest przesadnie szczegółowa (z czego Lee tłumaczy się w posłowiu), za to bardzo malownicza. Ta autorka udowadnia odbiorcom, że tematy zamknięte w Biblii wciąż są żywe i wzbudzają zainteresowanie, ich esencją jest bowiem nie kwestia uduchowienia a bliskości do zwykłych dylematów ludzi w chwilach zagrożenia. Tosca Lee zwycięsko wychodzi z próby przerobienia doświadczeń Judasza na powieść.
Godzina próby
Skoro Judasz staje się pierwszoplanowym bohaterem powieści, nie może być do końca zły. Jego rozdwojenie przedstawia Tosca Lee w epilogu przeniesionym na początek tomu „Judasz”, sugerując, jak będzie przyglądać się tej postaci, jednoznacznie zwykle ocenianej. Judasz wyda Jezusa, przebieg fabuły wolny jest od niespodzianek, bo Lee sięga po gotową historię, którą wszyscy w dodatku znają. Przerabia ją jednak na powieść psychologiczną o namacalnej niemal treści. Wszystko dlatego, że mniej skupia się na biblijnych przekazach i cytatach, a bardziej na obyczajowości czasów Jezusa. W gruncie rzeczy obudowuje fundamenty chrześcijaństwa tonami sensacyjnymi, thrillerowymi lub po prostu kulturowymi, żeby nie tyle zidentyfikować relacje z Biblii, co na nowo je zinterpretować.
Judasz od dzieciństwa mierzy się z okrutną rzeczywistością i to Tosca Lee prezentuje bez otoczki psychologicznej w kilku zaledwie krwawych i wstrząsających scenach. Nie ma tu analizowania sytuacji, są proste i filmowe obrazy. Łatwo z nich pojąć postawy dorosłego człowieka, również zmuszonego do dokonywania wyborów. Ale wbrew początkowym rozdziałom „Judasz” nie jest powieścią o Judaszu. Nie jest nawet, jak zapowiada autorka, powieścią pół na pół o Judaszu i Jezusie. To książka poświęcona Jezusowi widzianemu oczami ucznia. W zasadniczej części tomu znikają bowiem na długo dylematy Judasza i jego silne przeżycia, wszystko ogranicza się do bycia jednym z uczniów i do uczestniczenia w znanych wszystkim sytuacjach – rozmnażaniu chleba i ryb, uspokajaniu wody, uzdrawianiu trędowatych czy obmywaniu uczniom nóg. Tu już nie będzie miejsca na apokryfy i dodatki, Judasz zatraca się w nowych przeżyciach. Nawet jego konflikt z matką, która wolałaby dla dorosłego syna stabilne i zrozumiałe zajęcia i inne towarzystwo nie wprowadza spodziewanego poruszenia. Tosca Lee nie ma pola manewru, staje się zakładniczką historii, którą chce opowiedzieć po swojemu.
W „Judaszu” autorka wybiera przyglądanie się krwawym często kulturowym realiom, nie boi się turpistycznych obrazów ani nieprzyjemności. Odtwarza gwar uliczny i atmosferę prywatnych spotkań, nie traktuje apostołów jak świętych, ale jak zwykłych przyjaciół, którzy dobrze się bawią, spędzając razem czas (a potem wspólnie martwią się niepokojącym kierunkiem nauk Jezusa). Co ciekawe, sam Jezus w „Judaszu” bardzo często krzyczy – krzyczy, gdy musi przebić się głosem przez harmider tłumu, krzyczy, gdy ma do zakomunikowania coś ważnego, krzyczy, by zwrócić na siebie uwagę, a czasami nawet chichocze. To portrety mało biblijne, ale Tosca Lee taki właśnie efekt chce uzyskać – nie książkę pisaną z pozycji na kolanach, a tom o zwykłych ludziach, o zrozumiałych dla dzisiejszych czytelników uczuciach.
Jest „Judasz” powieścią, w której ważka okazuje się plastyczność słów. Tosca Lee nie może do końca zagłębiać się w przemyślenia postaci (dystans zachowywany przez Judasza dobrze to w narracji tłumaczy), zajmuje się więc tym, co namacalne i możliwe do dostrzeżenia. Ożywia zewnętrze, a niekoniecznie wnętrza uczniów, zresztą gdy już raz dostanie się w wir wydarzeń z Biblii, nie ma sposobu, żeby zajęła się czymkolwiek innym. „Judasz” brzmi jak książka zrodzona z fascynacji dalszoplanową historią, jak dopowiedzenie do powtarzanych od stuleci opowieści. Nie jest przesadnie szczegółowa (z czego Lee tłumaczy się w posłowiu), za to bardzo malownicza. Ta autorka udowadnia odbiorcom, że tematy zamknięte w Biblii wciąż są żywe i wzbudzają zainteresowanie, ich esencją jest bowiem nie kwestia uduchowienia a bliskości do zwykłych dylematów ludzi w chwilach zagrożenia. Tosca Lee zwycięsko wychodzi z próby przerobienia doświadczeń Judasza na powieść.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






