* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 5 lutego 2020

Joanna Dubler: Dobre ciastko

Lipstick Books, Warszawa 2020.

Bez smaku

Kto nie lubi historyjek naiwnych i śmiesznych w swojej sentymentalności, ten po „Dobre ciastko” w ogóle sięgać nie powinien. Kto nie lubi banalnych obyczajówek podrasowywanych tanią erotyką – tak samo. „Dobre ciastko” Joanny Dubler to pokaz, jak kończy się nadmierne kibicowanie bohaterce nie do końca określonej i będącej wypadkową mód w literaturze masowej. Zuzia to postać, której najlepiej jest w domu u rodziców – tam zresztą wraca po nieudanym związku. Chociaż już planowała ślub z ukochanym, którego od trzech lat na tę okoliczność „wychowywała”, teraz trafia z powrotem pod skrzydła nadopiekuńczej matki – i będzie musiała potężnie się napocić, żeby udowodnić, że nie jest już dzieckiem i mogłaby samodzielnie o sobie decydować. Czytelniczki nabiorą jednak wątpliwości, śledząc jej perypetie z kolejnymi partnerami. Zuzia może funkcjonować jako przestroga dla odbiorczyń naiwnie wierzących w piękną miłość i w porozumienie dusz – fiaska w kolejnych związkach mówią sporo nie tylko o mężczyznach dostępnych na rynku matrymonialnym, ale też o samej postaci, efemerycznej i niedopracowanej pod kątem psychologicznym. Nie ratuje Zuzi nawet to, że w dojrzewaniu przechodzi pewną metamorfozę i uczy się, jak postawić się rodzicom – bo przecież nie o to powinno w „Dobrym ciastku” chodzić. Autorka pomysłu na tę bohaterkę nie ma, podobnie jak na jej łóżkowe perypetie. Mimo to skuszona popularnością literatury erotycznej, postanawia kupić sobie odbiorczynie wizjami pikantnych łóżkowych dokonań. Najpierw narzeczony Zuzi – namówiony przez przyjaciela – usiłuje ją nakłonić do seksu oralnego, co Zuzię, delikatnie mówiąc, brzydzi. Kolejny partner unika tradycyjnych zbliżeń, za to podnieca go myśl o seksie analnym: i tego Zuzia nie zaakceptuje. Wyobraźnia autorki kończy się na tych dwóch „odstępstwach” od seksualnej normy – dalej już Joanna Dubler postanawia iść w prostą obyczajówkę, bez ekscesów. Może to i dobrze, skoro nie była w stanie zaintrygować cielesnymi zbliżeniami (scenek łóżkowych z początku tomu nie ratuje nawet przewidywalny humor).

Autorka relacjonuje przygody Zuzi według kalendarza. Kolejne rozdziały to kolejne miesiące, a w każdym miesiącu zdarza się jeden drobiazg, który można opisać – jedna krótka scenka zastępująca cały zestaw relacji, zmian i charakterystyk. Nie popisuje się Joanna Dubler w narracji, pisze prosto – aż za prosto, co wynika między innymi z braku pomysłów na rozwój opowieści. Bohaterka – dorosła przecież – łamie reguły jak nastolatka, nie wiadomo dlaczego zawraca w głowie jednemu ze znajomych, który broni się przed uczuciem – nie ma w tym przekonania, nawet Dubler wydaje się pozostawać w bezpiecznej odległości. Kreacjami bohaterów nikogo raczej nie skusi, może jeśli ktoś będzie miał ochotę na odmóżdżające czytadło na jeden wieczór, sięgnie po tę książkę – ale „Dobre ciastko” nie zagości na długo w świadomości odbiorczyń. Brakuje tu wszystkiego: pomysłów, konstrukcji, umiejętności budowania postaci i prowadzenia narracji, szukania przekonujących motywów… Tę listę można by wydłużać, Zuzia nie trafi do przekonania czytelniczkom.

wtorek, 4 lutego 2020

Zoë Folbigg: Stacja miłość

W.A.B., Warszawa 2020.

Marzenia

Zoë Folbigg chce dodać czytelniczkom na całym świecie otuchy – i zapewnić je, że warto w życiu zdecydować się na odrobinę szaleństwa czy też ryzyka, kiedy w grę wchodzi miłość. Dla części sceptycznie nastawionej publiczności oznacza to kolejną bajkę, która nie ma większych szans powodzenia w normalnym życiu, ale autorka upiera się, że historię „Stacji miłość” oparła na faktach i przytacza pod koniec tomu własną opowieść, którą zamieniła na doświadczenia Mai. Maya pracuje w redakcji modowej i zajmuje się wymyślaniem kreatywnych nazw na kolejne części kolekcji. Dzięki niej proponowane ubrania trafiają do masowych klientów i robią furorę także w mediach. Mimo to Maya nie jest przekonana co do wartości swojego zajęcia: wydaje się jej błahe i zbędne. Przygotowuje się wprawdzie do objęcia stanowiska kierowniczego, ale jeszcze nic nie zostało przesądzone. Bohaterka, która dostrzega naiwność w swojej pracy, kompletnie nie widzi naiwności w innej dziedzinie życia. Do pracy dojeżdża pociągiem i któregoś dnia do jej przedziału wsiada cudowny Mężczyzna z Pociągu. Od tej pory kobieta będzie wzdychać do nieznajomego i zastanawiać się, jak przyciągnąć jego uwagę. Mało tego: Maya zwierza się ze swojej potajemnej i niemal nastolatkowej miłości kolegom z pracy oraz przyjaciółkom – wszyscy jej kibicują i podsuwają rady, jak zdobyć serce przystojniaka. Tyle tylko, że Maya jest nieśmiała i nie wie, jak zainicjować kontakt, a pierwsze czynione przez nią próby zasługują co najwyżej na śmiech. Mężczyzna z Pociągu okazuje się niedościgłym ideałem, a bohaterka traci czas na wmawianie sobie wielkiej miłości.

Dość to dziwne, bo w innych kwestiach Zoë Folbigg wydaje się bardziej racjonalna. Wprawdzie pozwala przyjaciółce Mai na zdobycie wielkiej i cudownej miłości w rodzinie patchworkowej bez większych komplikacji – ale to raczej ze względu na pragnienie, by wątek nie zdominował powieści. Maya zajmuje się ponadto szukaniem idealnego smaku makaroników: pieczenie pozwala jej się odstresować i ujawnić talenty. Do tego prowadzi lekcje hiszpańskiego jako wolontariusz – i wśród swoich uczniów znajduje nowe przyjaźnie, które wpłyną na jej życiowe wybory. Wiele jest motywów, które mogła Zoë Folbigg pociągnąć tak, by przykryć niefortunny główny – z idealizowaną miłością do nieznajomego – i to one naprawdę ratują powieść. „Stacja miłość” nie wypada przez to jak błaha obyczajówka. Narracja jest w tej książce niespieszna, Zoë Folbigg pozwala delektować się każdym kolejnym pomysłem i zmusza wręcz czytelniczki do zanurzenia się w świecie Mai – niezależnie od tego, czy chodzi o nieudane próby podrywu w pociągu, czy o relacje z Neną, która właśnie znalazła szczęście, o przyjaźń ponadpokoleniową czy o zachowania w pracy (zresztą – nadające najwięcej dynamiki statycznej historii). Zoë Folbigg nie musi zajmować się budowaniem skomplikowanej akcji, ma przesłanie, które kieruje do czytelniczek – i owo przesłanie powiązane jest z jej własnym doświadczeniem, przeniesionym teraz na postawę Mai. Niby wiadomo, co się wydarzy, przynajmniej w podstawowym nurcie książki – a jednak autorka chce zdobyć uwagę odbiorczyń i przekonać je do swoich racji.

poniedziałek, 3 lutego 2020

Dorota Danielewicz: Droga Jana

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Niezwykła zwyczajność

Dorota Danielewicz często zwraca się bezpośrednio do rodziców dzieci niepełnosprawnych – tych, które nigdy nie osiągną samodzielności – próbuje im uzmysłowić, że nie są sami w swojej walce i że doskonale rozumie ich problemy oraz dylematy. Sama w końcu jest mamą Jana – obecnie mężczyzny, który mieszka już osobno – w domu z innymi niepełnosprawnymi oraz ich opiekunami – a który dostarczył licznych pytań jako dziecko przez niezwykle rzadką chorobę. „Droga Jana” to opowieść szybka, lekko tylko zbliżona do literatury szpitalnej i chorobowej. Autorce zależy bowiem nie na relacjonowaniu walki, jaką dzień po dniu podejmowała, a na zarejestrowaniu uczuć i wrażeń, które zapewniają płaszczyznę porozumienia z innymi rodzicami w podobnej sytuacji. Ta książka – niewielka objętościowo – składa się z bardzo krótkich rozdziałów, czasami wpadających w rytm liryki, zupełnie jakby filozofowanie i ucieczka w „piękno” pomagały autorce w zaakceptowaniu istniejącego stanu rzeczy i w porządkowaniu swoich uczuć. W tej historii funkcjonuje ona – jako matka Jana, młodszy brat Jana (który pojawia się jako dziecko zdrowe, więc automatycznie spychane na margines i cierpiące z powodu przedwczesnej samodzielności), czasami pojawia się tata Jana i grono przyjaciół, których nie odstraszyła choroba. Najbardziej dla autorki pouczające stają się reakcje innych dzieci – rówieśników Jana – na jego niepełnosprawność. Najmłodsi wiedzą, jak się zachować – nie krygują się i nie stosują niepotrzebnych zabiegów dyplomatycznych, nie boją się szczerości przekazu i swoimi postawami dają cenną lekcję bezradnym często dorosłym. Zresztą Dorota Danielewicz lekcje próbuje wyciągać ze wszystkiego, co się wydarza – i też to w „Drodze Jana” zapisuje.

Jest tu najpierw chłopiec, który do czwartego roku życia rozwija się normalnie i nie przysparza rodzicom zmartwień. Później jednak Jan traci nabywane umiejętności, coraz więcej kłopotów sprawiają mu proste czynności. Zamiast robić postępy, chłopak cofa się w rozwoju, a Danielewicz uczy się chwytać chwile i zapewniać rozrywki dostosowane do możliwości – wie, że „następnego razu” może już nie być. Najgorsza w tym jest niepewność, bo choroba Jana budzi wątpliwości wśród lekarzy. Najpierw pediatrzy są przekonani, że chłopak wyrośnie ze swoich przypadłości, później – bezradnie rozkładają ręce, podobnie jak kolejni specjaliści, do których matka zwraca się z prośbą o pomoc. Kiedy już pojawi się trafna diagnoza, wychodzi na jaw, że Jan cierpi na nieuleczalną chorobę, którą ma niecała setka ludzi na całym świecie – i w związku z tym nikt nawet nie stara się znaleźć na nią lekarstwa. Dorota Danielewicz przechodzi przez różne tematy: potrzebę zapewnienia sobie odpoczynku (domaga się tego przeciążony organizm, do opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem potrzebna jest silna psychika i możliwość zyskania czasu dla siebie), relacje ze znajomymi (reakcje Jana, naturalne dla rodziny, mogą budzić przerażenie otoczenia, nie wszyscy wytrzymują taki test), ale i możliwość zapewnienia dziecku rozwoju lepszego niż pod skrzydłami rodziców. Jest „Droga Jana” książką trudną, ale bez pretensji czy użalania się nad sobą – Dorota Danielewicz pokazuje po prostu, jak walczyć. Część motywów powraca w podobnych sformułowaniach w kolejnych partiach książki – ale widać dzięki temu, co najbardziej autorkę męczy i zajmuje.

niedziela, 2 lutego 2020

K. C. Archer: Instytut

Uroboros, Warszawa 2020.

Sztuka myślenia

Teddy Cannon to typ wojowniczki. Dziewczyna przyzwyczaiła się do tego, że sama o sobie decyduje i sama się sobą zajmuje, nawet jeśli oznacza to szereg porażek oraz komplikacji w codziennym życiu. Teraz wynajmuje garaż od przybranych rodziców i po raz kolejny ląduje w kasynie. W przebraniu: wie, że nie może się tam pokazać, bo ma zakaz wstępu do wszystkich możliwych przybytków – jednak potrzebuje pieniędzy, a wygrywać potrafi. Nie zdaje sobie sprawy, że przyczyną tego talentu jest… jasnowidztwo. Tyle tylko, że tym razem trafia na silniejszego przeciwnika i poznaje ultimatum: albo jej rodzice odczują na własnej skórze konsekwencje zaciągniętego długu, albo Teddy uda się do Instytutu imienia Whitfielda i rozpocznie tam naukę, by poskromić własny umysł i dowiedzieć się, jak wykorzystywać zdolności paranormalne, by pomóc krajowi. Tak K. C. Archer rozpoczyna „Instytut”, powieść, która otwiera kolejną atrakcyjną serię dla starszych nastolatków – i która, chociaż opiera się na oklepanym schemacie szkoły dla czarodziejów, zaskakuje dojrzałością rozwiązań fabularnych i psychologicznych.

Teddy na studiach znajduje wielu przyjaciół – odmieńców, jak ona. Wszyscy borykają się z różnymi problemami, każdy też posiada inną umiejętność, która wyróżnia go z tłumu. Jedni charakteryzują się podwyższoną empatią, inni rozmawiają ze zwierzętami, jeszcze inni potrafią przewidzieć czyjąś śmierć. Te talenty, chociaż na razie przysparzają kłopotów młodym ludziom, już w niedalekiej przyszłości przydadzą się do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Najlepszych czeka stanowisko w FBI: jasnowidzów potrzeba tam, gdzie zwykli śledczy nie są w stanie pchnąć sprawy do przodu. Wyjątkowi wykładowcy cechują się albo ogromną wyrozumiałością w stosunku do uczniów – albo chęcią wprowadzania wojskowego rygoru. Trudno odnaleźć się w takiej placówce, ale Teddy szybko udaje się zdobyć wielu przyjaciół. W takim zespole można się porywać na naprawdę skomplikowane sprawy.

Poza intrygami kryminalnymi do rozwiązania – a są tu takie, które podadzą w wątpliwość sens studiowania z ludźmi, którzy coś ukrywają – znajdzie się i miejsce na rozwijanie wątków obyczajowych. Dla Teddy ważne są wiadomości o biologicznych rodzicach, ale też więzi, jakie ma z nowymi znajomymi. Poza tym K. C. Archer rozwija też tematy romansowe: dziewczyna wpada w oko Piro, chłopakowi, który umie kontrolować ogień (chyba że jest w łóżkowych sytuacjach, wtedy zazwyczaj uruchamia alarm przeciwpożarowy), a jednocześnie czuje coś do jednego z pracowników Instytutu. Archer bardzo sensownie buduje zainteresowanie tym, co dzieje się w życiu Teddy – sprawia, że powieść nie wypada papierowo. Nawet jeśli wziąć pod uwagę konieczność opisywania struktur Instytutu oraz relacji z przełożonymi (istnieje tu nawet ironiczne odniesienie do Harry’ego Pottera), nie ma lekturowego znużenia. Wydarzy się sporo, akcja jest prowadzona dynamicznie, a narracja – z wyczuciem na emocje postaci. Bardzo głęboko wnika K. C. Archer w psychikę bohaterów i przekonuje do ich wyborów, niezależnie od sfery. W „Instytucie” znaleźć można nawet trochę humoru. Nie tylko do nastolatków ta powieść trafi.

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Złodzieje snów

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Bez marzeń

Nic nie dzieje się przy ulicy Pachnących Bzów, przynajmniej – nie z perspektywy dorosłych, którzy motyw bezpieczeństwa dzieci postrzegają diametralnie inaczej niż same maluchy. Bo to, że rodzice się bardzo kłócą, trzaskają drzwiami, że czasami rozpadnie się jakiś talerz albo szklanka – to przecież nic. Jeśli ktoś wychodzi i nie wraca, ktoś płacze i krzyczy – to nic. Przecież dzieci mają co jeść i gdzie spać, nie zostaną zmuszone do wyprowadzki i porzucenia swoich przyzwyczajeń. Nic nie dzieje się przy ulicy Pachnących Bzów – jeśli na sprawę patrzą dorośli. Bo jeśli dzieci… Mała Basia wie, że dzieje się coś złego. Odgłosy zza ściany są bardziej przerażające niż gdyby dziewczynka była bezpośrednim świadkiem spraw rodziców. Kilkulatka nie umie poradzić sobie z emocjami i w pewnym momencie po prostu zapada się w sobie. Pierwszym objawem problemów psychicznych stają się znikające sny: Basia nie potrafi już wypocząć nocą. A to oznacza, że nawet jeśli rodzice dostrzegą to nietypowe zachowanie i spróbują coś zrobić – będzie za późno. Basia już po swojemu wytłumaczyła sobie świat. Żeby odzyskać sny, będzie musiała uciec z domu. Towarzyszy jej starszy brat, Bartek – ale dwójka maluchów w złej rzeczywistości to pomysł na katastrofę. Dzieci trafiają na postacie z przestrzeni, których istnienia nawet nie podejrzewały. Uciekając od „oswojonych” problemów, mogą trafić na prawdziwe niebezpieczeństwa, jednak nie zdają sobie z tego sprawy, a każde spotkanie z obcym wydaje im się na razie lepsze niż obecność skłóconych rodziców.

„Złodzieje snów” to książka wyjątkowa – i lektura obowiązkowa dla dzieci i dorosłych. Nie dlatego, że trzeba przełożyć poetycką narrację na fakty, konkrety i przestrogi: i bez tego maluchy zrozumieją, co się stało i jakich kroków podejmować nie wolno bez względu na stopień domowych komplikacji. Najmłodsi przygodę Basi zrozumieją i przełożą na zestaw emocji, których nie potrafiłyby samodzielnie wyrazić. Książka pomoże im w pokazaniu uczuć i w dostrzeżeniu zjawisk, które płyną bezpośrednio ze stresu. Za to rodzice zobaczą dzięki Małgorzacie Strękowskiej-Zarembie coś, co powinno być dla nich od dawna jasne: nie ma rozstań, które przeprowadzi się bez krzywdy najmłodszych. Autorka uświadomi dorosłym ważne kwestie, przygotuje do poważnych rozmów, bez których się nie obejdzie.

Ta historia urzeka sposobem poprowadzenia narracji. Za każdym razem autorka pokazuje jeden drobiazg, który wywraca do góry nogami świat Basi – przekłada na liryczną opowieść coś, co świadczy o rychłym rozstaniu rodziców i o braku miłości. Koncentruje się na detalach, które w perspektywie rozwodu kompletnie nie mają znaczenia – ale w oczach kilkulatki urastają do rangi przerażających. W tym kontekście dopiero refrenowe zakończenie, że „nic więcej nie zdarzyło się na ulicy Pachnących Bzów” pobrzmiewa dramatycznie. Jest ta książka piękna i cenna, przyniesie dzieciom i ich rodzicom sporo materiału do przemyśleń – ale też oswoi z bardzo trudnym tematem.

sobota, 1 lutego 2020

Anna Sobolewska: Mistyka i mistyfikacje

Wolno, Lusowo 2019.

Erudycyjna podróż

Anna Sobolewska próbuje przeprowadzić czytelników przez zestaw refleksji ponadczasowych i pozbawionych odniesień do „haseł dnia”: wprawdzie od czasu do czasu napomyka o czymś, co wydarzyło się w pozafelietonowym świecie – ale to najczęściej sprawy rodzinne lub powszechnie znane, i w jednym, i w drugim przypadku może zatrzymać czas i skupić się na istocie relacji międzyludzkich oraz na odnajdowaniu siebie. „Mistyka i mistyfikacje” to książka, w której zebrane zostały felietony pisane do jednego z czasopism w latach 2008–2017. W tomie zarzucony został jednak układ chronologiczny, liczy się tematyka – o datowaniu poszczególnych tekstów czytelnicy dowiedzą się na końcu. Anna Sobolewska sporo pisze o swojej córce, Celi, która ma zespół Downa, ale realizuje się artystycznie w teatrze i towarzyszy matce w wyprawach do domów pracy twórczej, zaraża entuzjazmem i kocha górskie wędrówki. Czasami napomyka o mężu, Tadeuszu – jako tym, który zapewnia stabilizację i spokój. Kiedy Tadeusz jest obok i zajmuje się swoimi sprawami, wszystko toczy się według planu i można zająć się rozważaniami na tematy egzystencjalne. Rodzinne wzmianki są w tych felietonach dość częste, chociaż nigdy nie dominują. Zresztą Anna Sobolewska wyśmiewa się z celebrytów tworzących dziś na potęgę i niekoniecznie w trybie tekstowym: dostrzega płytkość nowych mediów i jakby na przekór temu zjawisku proponuje felietony nasycone wiedzą i aluzjami intertekstualnymi. Dla tej autorki ważne są wydarzenia artystyczne, odkrywanie książek i filmów (w tym tych z kultury masowej, nie odcina się Sobolewska od tematów dostępnych szerokiej publiczności i dyskutowanych nawet na prawach mody), motywy filozoficzne oraz medytacja. Sobolewska wybiera taki sposób pracy nad sobą sporo pisze o poszukiwaniu mistrzów i o testowaniu różnych możliwości rozwoju duchowego – stara się zaproponować czytelnikom, którzy tego potrzebują, wykaz podpowiedzi. Przy okazji relacjonuje własne przygody związane z docieraniem do zakamarków duszy. Nie będzie w tym prób nawracania na zaakceptowaną przez siebie drogę, nie będzie też reklamowania jednego systemu dobrego na duchowy rozwój – Anna Sobolewska raczej wskazuje czytelnikom multum możliwości i pozostawia ich z przemyśleniami. Najbardziej istotne są dla niej przeżycia artystyczne: sięga do kolejnych dzieł i dziełek, żeby przyjrzeć się ich przesłaniom, wydobyć to, co warte zapamiętania i polecić do samodzielnych lektur. „Mistyka i mistyfikacje” to zatem rodzaj duchowego i intelektualnego przewodnika dla tych odbiorców, którym znudziło się podążanie za internetowymi trendami. To książka dla czytelników myślących – nie da się jej przeczytać szybko, lepiej poszczególne felietony sobie dawkować i traktować jak podpowiedź, po co sięgnąć, żeby uzupełniać wiedzę i wrażliwość. Można podążać tropem lektur wybranych przez autorkę, można skupić się na aspektach „domowych” i związkach z literatami. „Mistyka i mistyfikacje” to publikacja cenna dla tych czytelników, którzy chcą zatrzymać się nad książką i stopniowo odkrywać świat prezentowany przez autorkę.

Maya Hanisch: Tak wiele rzeczy. So many things

Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.

Słownik

Jest to picture book wyjątkowy i bardzo pomagający w nauce języka. Z jednej strony poszerza słownictwo, z drugiej – od razu przygotowuje do lekcji angielskiego. Dostarcza dzieciom rozrywki, rozwija również wyobraźnię, a to za sprawą podawania wielu haseł z wybranych tematów. „Tak wiele rzeczy. So many things” to publikacja wielkoformatowa i obrazkowa, ciekawa przez ogrom informacji – i przystosowana do nielinearnej lektury. Najmłodsi będą z niej czerpać wiedzę, ale też – mogą potraktować książkę jak wyszukiwankę albo zestaw inspiracji. Możliwości jest wiele, ta podstawowa dotyczy słownikowych porównań. Książka została podzielona na rozkładówki – jedna rozkładówka to jeden temat (rzadko zdarza się przeniesienie motywu na kolejne dwie strony) i dwujęzyczne wskazówki dla dzieci. Dwa zdania wprowadzające po polsku – przełożone na angielski – oraz zestaw ilustracji z podpisami (po polsku i po angielsku) to okazja do zapoznania się z ciekawostkami i meandrami lingwistycznymi. Maya Hanisch sięga po zagadnienia, które na pewno zaintrygują dzieci (obowiązkowo są tu strony ze zwierzętami, zjawiska pogodowe czy elementy garderoby, przedmioty, które można znaleźć w szkole, w supermarkecie czy na plaży). Znalazło się też miejsce na poszerzanie doświadczeń maluchów: dania z różnych stron świata czy elementy miejskiego krajobrazu, gatunki ptaków (tutaj znajdą się takie, których nie można zaobserwować w najbliższym otoczeniu) lub kwiatów. O przyjemnościach przypomina dział „świętowanie”.

Sam pomysł nie jest nowy, w końcu nauka słówek u najmłodszych polega na śledzeniu podpisów do obrazków (albo rysowaniu kolejnych definicji), ale dziwić może stopień zaawansowania. Po lekturze tej publikacji dzieci dowiedzą się między innymi, jak nazwać jedwabną apaszkę, karczochy, taczkę, soczewicę, rolki czy pachołek drogowy. Uda się zaspokoić ich ciekawość w różnych dziedzinach: przy potrawach pojawiają się czasem skomplikowane dania, na przykład ceviche (często też – takie, których nazwy brzmią tak samo po „przełożeniu” na polski). Część rzeczy do jedzenia pojawi się w dziale „na targu” albo „w supermarkecie”: tu są składniki, a nie gotowe potrawy, ale to słówka podstawowe. Dzięki takim rozwiązaniom dzieci nie będą miały problemu z wymienianiem produktów, które należy kupić, poradzą sobie z nazwaniem ulubionych zabawek (choćby pojazdów z placu budowy). Zupełnie inaczej jest w przypadku gatunków ptaków: rzadko maluchy mają okazję zaobserwować pełzacza. W przypadku owadów – parecznika czy stonogę murową nawet po polsku nie wszystkie dzieci są w stanie nazwać. Przez to tomik będzie rozwijać możliwości leksykalne kolejnych odbiorców. Ta książka szybko się nie znudzi – ze względu na ogrom nietypowych informacji, możliwość prześledzenia nie tylko nazw znanych dzieciom przedmiotów w dwóch językach – ale też dzięki szansie na poznanie zupełnie nowych zjawisk i haseł. „Tak wiele rzeczy” to publikacja przystosowana do odbioru przez dzieci w różnym wieku – i o różnym stopniu zaawansowania językowego. Rozwija, nie ma co do tego żadnych wątpliwości – przynosi czytelnikom zestaw tematów potraktowanych nie infantylnie a odkrywczo.