Pascal, Bielsko-Biała 2019.
O dzieciach
Tematem wiodącym tomu “Jeszcze jeden uśmiech” jest macierzyństwo. Powieść Magdalena Majcher traktuje jak forum wymiany poglądów na temat opieki nad dziećmi. Są tu matki-kwoki, które trzęsą się także nad dorosłym już potomstwem, matki, które poświęcają nawet własne zdrowie, żeby wychowywać maluchy, matki nieuznające antykoncepcji więc traktowane jak rozpłodowe samice, ale też matki oziębłe, stawiające na zimny wychów i niepoddające się czułościom. Jedne matki nie chcą przestać karmić piersią, nawet gdy dziecko ma już kilkanaście miesięcy, a w kolejce do karmienia czeka następne. Inne matki od początku wybierają butelkę, narażając się na negatywne komentarze z zewnątrz. Jedne matki noszą dzieci w chustach, inne wolą wózki. Ile kobiet, tyle podejść do dzieci. Ale - co autorka cały czas powtarza - każda decyzja spotka się z krytyką tych lepiej wiedzących. Zawsze ktoś się przyczepi, przedstawi własną, czyli jedynie słuszną wersję wydarzeń. I tak książka momentami zupełnie niepotrzebnie zamienia się w poradnik dla mam. A przecież nie o to chodzi. Chociaż może tu akurat o to, bo Magdalena Majcher nie ma zbyt rozbudowanego pomysłu na fabułę. Proponuje odbiorczyniom wizję rozwiązywania codziennych problemów. Przedsiębiorcze kobiety otwierają w Katowicach, w centrum (na ulicy butików, jeśli chodzi o odniesienia do realności) klubokawiarnię dla matek. Jest tu kącik zabaw dla ich pociech, ale – co ważniejsze - miejsce odpoczynku i wymiany doświadczeń. Bywalczynie tej kawiarni szybko się ze sobą zaprzyjaźniają, a już wkrótce będą miały okazję udowodnić, że da się na nich polegać. Zagląda autorka do kilku domów i sprawdza, jak bohaterki realizują się w związkach. Jest tu małżeństwo podporządkowane wytycznym z wiary katolickiej (nie ma mowy o antykoncepcji, trzeba być posłusznym Bogu, a kobieta powinna dodatkowo we wszystkim słuchać męża), jest i bohaterka-feministka, która swojego partnera seksualnego nie zamierza nawet informować o ciąży. W różnych domach pojawiają się różne kryzysy do przezwyciężania wspólnie - Magdalena Majcher chce odnotowywać szereg prawdopodobnych (nawet jeśli akurat ekstremalnych) scenariuszy, sprawdzić, jak ludzie zachowują się w chwili próby - a czasami też podpowiedzieć odbiorczyniom drogę do wyjścia z kryzysu.
Celom publicystycznym podporządkowuje autorka całą powieść, dużo chce przekazać, czasem - pouczyć lub doradzić - i gubi aspekty rozrywkowe. Nie ma dla niej większego znaczenia, że bohaterki mieszkają w Katowicach (informacje lokalne nie trafiają do fabuły), nie liczy się też akcja (bo ta podporządkowana została wskazówkom w kontaktach interpersonalnych). W rozmowach postaci wyczuwa się pewną sztuczność (zbyt oficjalny w detalach język, posługiwanie się imionami w dialogach). Zupełnie jakby dla Magdaleny Majcher liczyły się wyłącznie przesłania i pouczenia, jak być dobrą matką. Owszem, odchodzi autorka od schematów z literatury masowej – ale nie do końca wykorzystuje potencjał. W efekcie zaangażuje te czytelniczki, dla których ważne jest zagadnienie dzieci – opieki, wychowania, ale i postaw świeżo upieczonych matek. Zastępuje opowieści przekonaniami, stawia na ważne społecznie (ale tylko dla pewnej jasno określonej grupy czytelniczek) zagadnienia. Pisze ta autorka lekko, ale trochę za często chce odbiorczynie do czegoś przekonywać, przedstawiać określony punkt widzenia albo zmusić do zastanowienia.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 9 marca 2019
Bolesław Ludwiczak: Mam przyjaciela energetyka
Media Rodzina, Poznań 2019.
Ludzie i prąd
Energetycy nie trafiają przeważnie do twórczości dla dzieci. Nie są tak ciekawi wizerunkowo jak strażacy czy kominiarze, nie widzą ich maluchy na co dzień, bo rzadko się zdarza możliwość przyglądania się ich pracy na przykład przy usuwaniu skutków awarii. Zresztą nawet bohater, którego przyjaciel-energetyk zabiera ze sobą na kilka „akcji”, przyglądać się może tylko z bezpiecznej odległości. Trochę trudno jest wykrzesać medialne wiadomości na temat działań energetyków, kiedy jednocześnie należy uświadomić odbiorców, że z prądem nie ma żartów. Ale Bolesław Ludwiczak radzi sobie całkiem nieźle. Wprowadza supermoce (operator może zdalnie wyłączyć prąd w innej części miasta), ciekawie wyposażone pojazdy (nie wyjaśnia, do czego przydają się kolejne narzędzia, tylko odnotowuje ich istnienie), wreszcie- interwencje. Raz wichura przewraca drzewa i słupy, raz trzeba po prostu wymienić przewody na bardziej wytrzymałe. Wszystko z dala od domu, żeby odbiorcom nie przyszło do głowy rozkręcanie gniazdek i majstrowanie przy kablach. Po lekturze tomiku „Mam przyjaciela energetyka” nie ma jak naśladować bohaterów w zabawach – za to Ludwiczak wzbogaca wiedzę dzieci o świadomość, że zawód energetyka jest potrzebny i że można wybór takiego zajęcia w przyszłości rozważyć.
Tomik – kolejny w rozbudowanej serii Mądra Mysz – pozwala najmłodszym odkrywać nieznane tematy, dotrzeć do rejonów zwyczajnie niedostępnych na co dzień. Bohater w miejscu puenty swojej narracji przedstawia ostrzeżenie- żeby nie dotykać niczego, co zostało oznaczone charakterystyczną błyskawicą. Nie straszy prądem, nie zajmuje się domowymi przejawami jego istnienia. Odbiorcy nie poznają słownictwa związanego z elektrycznością, bo autor interesuje się wyłącznie tym, co dzieje się między elektrownią a domem. Zapewne do takiej opowieści przyda się kolejne uzupełnienie, ale na pierwszy raz – wystarczy. Bolesław Ludwiczak pokazuje pracowników, którzy wiedzą, co mają robić – i nie wdają się specjalnie w wyjaśnienia. Te przedstawia mały bohater, który zdążył się dowiedzieć czegoś o obowiązkach energetyków. Dzieciom prawdopodobnie łatwiej będzie przyswoić tak zapośredniczone wiadomości, stanowi to również uzasadnienie istnienia dziecięcego narratora – skoro trochę brakuje interakcji. Informacje zostały tu podzielone na łatwe do czytania akapity. Wprawdzie przydługie jest trochę wyliczenie wyposażenia samochodu, ale to z kolei częściowo nawiązanie do zabawy, jaką proponuje się czytelnikom. Jak zawsze w tej podserii – ostatnia strona zawiera zestaw przedmiotów, które należy odnaleźć w tomiku, w różnych miejscach i na różnych stronach. Wyszukiwanka wprowadza rytm rozrywki, trochę odciąża tekst pozbawiony żartów i fabuły. Dużą rolę odgrywają w tomiku ilustracje, dzięki nim łatwiej oddać skalę obowiązków energetyków (w pewnym momencie bohater przygotowuje makietę, żeby zapamiętać lepiej, jak prąd trafia z elektrowni do domów). Wzbudzą one ciekawość maluchów – ale to przecież naturalny składnik cyklu.
Ludzie i prąd
Energetycy nie trafiają przeważnie do twórczości dla dzieci. Nie są tak ciekawi wizerunkowo jak strażacy czy kominiarze, nie widzą ich maluchy na co dzień, bo rzadko się zdarza możliwość przyglądania się ich pracy na przykład przy usuwaniu skutków awarii. Zresztą nawet bohater, którego przyjaciel-energetyk zabiera ze sobą na kilka „akcji”, przyglądać się może tylko z bezpiecznej odległości. Trochę trudno jest wykrzesać medialne wiadomości na temat działań energetyków, kiedy jednocześnie należy uświadomić odbiorców, że z prądem nie ma żartów. Ale Bolesław Ludwiczak radzi sobie całkiem nieźle. Wprowadza supermoce (operator może zdalnie wyłączyć prąd w innej części miasta), ciekawie wyposażone pojazdy (nie wyjaśnia, do czego przydają się kolejne narzędzia, tylko odnotowuje ich istnienie), wreszcie- interwencje. Raz wichura przewraca drzewa i słupy, raz trzeba po prostu wymienić przewody na bardziej wytrzymałe. Wszystko z dala od domu, żeby odbiorcom nie przyszło do głowy rozkręcanie gniazdek i majstrowanie przy kablach. Po lekturze tomiku „Mam przyjaciela energetyka” nie ma jak naśladować bohaterów w zabawach – za to Ludwiczak wzbogaca wiedzę dzieci o świadomość, że zawód energetyka jest potrzebny i że można wybór takiego zajęcia w przyszłości rozważyć.
Tomik – kolejny w rozbudowanej serii Mądra Mysz – pozwala najmłodszym odkrywać nieznane tematy, dotrzeć do rejonów zwyczajnie niedostępnych na co dzień. Bohater w miejscu puenty swojej narracji przedstawia ostrzeżenie- żeby nie dotykać niczego, co zostało oznaczone charakterystyczną błyskawicą. Nie straszy prądem, nie zajmuje się domowymi przejawami jego istnienia. Odbiorcy nie poznają słownictwa związanego z elektrycznością, bo autor interesuje się wyłącznie tym, co dzieje się między elektrownią a domem. Zapewne do takiej opowieści przyda się kolejne uzupełnienie, ale na pierwszy raz – wystarczy. Bolesław Ludwiczak pokazuje pracowników, którzy wiedzą, co mają robić – i nie wdają się specjalnie w wyjaśnienia. Te przedstawia mały bohater, który zdążył się dowiedzieć czegoś o obowiązkach energetyków. Dzieciom prawdopodobnie łatwiej będzie przyswoić tak zapośredniczone wiadomości, stanowi to również uzasadnienie istnienia dziecięcego narratora – skoro trochę brakuje interakcji. Informacje zostały tu podzielone na łatwe do czytania akapity. Wprawdzie przydługie jest trochę wyliczenie wyposażenia samochodu, ale to z kolei częściowo nawiązanie do zabawy, jaką proponuje się czytelnikom. Jak zawsze w tej podserii – ostatnia strona zawiera zestaw przedmiotów, które należy odnaleźć w tomiku, w różnych miejscach i na różnych stronach. Wyszukiwanka wprowadza rytm rozrywki, trochę odciąża tekst pozbawiony żartów i fabuły. Dużą rolę odgrywają w tomiku ilustracje, dzięki nim łatwiej oddać skalę obowiązków energetyków (w pewnym momencie bohater przygotowuje makietę, żeby zapamiętać lepiej, jak prąd trafia z elektrowni do domów). Wzbudzą one ciekawość maluchów – ale to przecież naturalny składnik cyklu.
piątek, 8 marca 2019
Aleksandra Klich: Cały ten Kutz. Biografia niepokorna
Znak, Kraków 2019 (wydanie II).
Barwny reżyser
Może i Aleksandra Klich trochę łagodzi portret Kutza – w końcu nie chce odbiorców zrażać do i tak kontrowersyjnej postaci – a poza tym czuje do bohatera swojej opowieści dużą sympatię, chce, żeby ta udzieliła się odbiorcom. “Cały ten Kutz” to książka, która na rynek wraca w wersji uzupełnionej - już po śmierci reżysera. Mimo upływu lat nie starzeje się i w dalszym ciągu może na odbiorców silnie działać, a fanom (kinomanom) dostarczać szeregu wiadomości przypisowych na temat kolejnych filmów. Aleksandra Klich buduje reportażowy portret złożony z licznych wypowiedzi, komentarzy i wspomnień. Wszystko jest tu jednak z wyczuciem zgrane, nie ma wrażenia uciekania w cudze zapiski – za to autorka wie dobrze, jak sterować uczuciami czytelników i jak dokumentować spostrzeżenia. Zamienia opowieść w atrakcyjny reportaż, zestaw spotkań z aktorami (ale nie tylko). Kazimierz Kutz jest tu opisywany przez współpracowników, przyjaciół i tych, którzy w jakimś momencie zetknęli się z nim na tyle, by móc dorzucić coś do relacji. Dzięki temu autorka zyskuje zupełnie nową, szerszą perspektywę i wciąż dynamizuje narrację. Sięga po opinie między innymi Anny Dymnej, Olgierda Łukaszewicza czy Feliksa Netza – to oni w końcu uczestniczyli w kolejnych działaniach i mogą zapewnić czytelnikom wgląd w źródło pomysłów. A te bywają niebanalne bardzo często: fakt, że Klich zadbała o zachowanie licznych wydarzeń już na prawach anegdot bardzo ucieszy poszukiwaczy zakulisowych smaczków. W tej książce owych smaczków jest mnóstwo. A przy tym nie zamienia autorka książki w zbiór ciekawostek. Pozwala naprawdę dokładnie przyjrzeć się procesowi powstawania filmów - z uwzględnieniem pomysłu, rozwiązań w ujęciach kamery, specyfiki pracy z aktorami i wydobywania z nich potrzebnych emocji. Portretuje Klich Kutza, który nie chce podporządkowywać się odgórnym wymogom, wykracza poza schematy, ale i wymyśla sobie Śląsk zupełnie niezwykły, magiczny. Mitologizuje miejsce – i przekonuje do tego odbiorców.
Udało się autorce uchwycić naprawdę różne aspekty działalności Kutza, a przy okazji sprawdzić, jak odzwierciedla się Śląsk w jego pomysłach. Spomiędzy zachowań reżysera i prywatnych jego marzeń daje się wychwycić unikatowość tej postaci. Aleksandra Klich nie poprzestaje na ogólnikach, potrafi wydobywać konkrety z kolejnych opowieści. Rezygnuje z powtarzanych pustych słów, szuka smakowitych detali i wiele znajduje. Kazimierza Kutza nie zawsze przedstawia w pełnej krasie – bo choćby kwestia miłosnych podbojów (poza żonami) pozostaje w sferze tabu. I tak jest tu sporo o rodzinie – najpierw relacje z matką i bratem, potem odrobina komentarzy na temat dzieci. Kutz prywatnie wydaje się jednak mniej interesujący niż zawodowo. Dlatego Aleksandra Klich więcej miejsca poświęca na dopowiedzenia do filmów, Kutza przedstawia kolejnymi obrazami rozbieranymi na czynniki pierwsze. Tworzy dodatek kinomana, coś, co samo w sobie jest zachętą do oglądania filmów. Pod koniec tomu znajduje też autorka miejsce na mariaż Kutza z polityką: pokazuje, skąd w ogóle się tam wziął i jak wyglądała jego praca dla ludzi (stosunek do tych, którym pomagał, również stanowi ważne uzupełnienie portretu). Tu też wkracza na scenę Krystyna Klaczkowska, która mogłaby swojego szefa przedstawić dużo dokładniej - ale zachowuje lojalną powściągliwość. I tak jest co czytać.
Jest to publikacja sycąca. Widać, że nie została przygotowana w pośpiechu czy przypadkowo. Aleksandra Klich pokazuje, jak stworzyć quasi-reportażową biografię, która w dodatku dobrze ocala charakter tak barwnej postaci. Dobrze, że ta pozycja na rynek wraca (ale wydaje się, że śląskie wypowiedzi trzeba by jednak trochę poprawić).
Barwny reżyser
Może i Aleksandra Klich trochę łagodzi portret Kutza – w końcu nie chce odbiorców zrażać do i tak kontrowersyjnej postaci – a poza tym czuje do bohatera swojej opowieści dużą sympatię, chce, żeby ta udzieliła się odbiorcom. “Cały ten Kutz” to książka, która na rynek wraca w wersji uzupełnionej - już po śmierci reżysera. Mimo upływu lat nie starzeje się i w dalszym ciągu może na odbiorców silnie działać, a fanom (kinomanom) dostarczać szeregu wiadomości przypisowych na temat kolejnych filmów. Aleksandra Klich buduje reportażowy portret złożony z licznych wypowiedzi, komentarzy i wspomnień. Wszystko jest tu jednak z wyczuciem zgrane, nie ma wrażenia uciekania w cudze zapiski – za to autorka wie dobrze, jak sterować uczuciami czytelników i jak dokumentować spostrzeżenia. Zamienia opowieść w atrakcyjny reportaż, zestaw spotkań z aktorami (ale nie tylko). Kazimierz Kutz jest tu opisywany przez współpracowników, przyjaciół i tych, którzy w jakimś momencie zetknęli się z nim na tyle, by móc dorzucić coś do relacji. Dzięki temu autorka zyskuje zupełnie nową, szerszą perspektywę i wciąż dynamizuje narrację. Sięga po opinie między innymi Anny Dymnej, Olgierda Łukaszewicza czy Feliksa Netza – to oni w końcu uczestniczyli w kolejnych działaniach i mogą zapewnić czytelnikom wgląd w źródło pomysłów. A te bywają niebanalne bardzo często: fakt, że Klich zadbała o zachowanie licznych wydarzeń już na prawach anegdot bardzo ucieszy poszukiwaczy zakulisowych smaczków. W tej książce owych smaczków jest mnóstwo. A przy tym nie zamienia autorka książki w zbiór ciekawostek. Pozwala naprawdę dokładnie przyjrzeć się procesowi powstawania filmów - z uwzględnieniem pomysłu, rozwiązań w ujęciach kamery, specyfiki pracy z aktorami i wydobywania z nich potrzebnych emocji. Portretuje Klich Kutza, który nie chce podporządkowywać się odgórnym wymogom, wykracza poza schematy, ale i wymyśla sobie Śląsk zupełnie niezwykły, magiczny. Mitologizuje miejsce – i przekonuje do tego odbiorców.
Udało się autorce uchwycić naprawdę różne aspekty działalności Kutza, a przy okazji sprawdzić, jak odzwierciedla się Śląsk w jego pomysłach. Spomiędzy zachowań reżysera i prywatnych jego marzeń daje się wychwycić unikatowość tej postaci. Aleksandra Klich nie poprzestaje na ogólnikach, potrafi wydobywać konkrety z kolejnych opowieści. Rezygnuje z powtarzanych pustych słów, szuka smakowitych detali i wiele znajduje. Kazimierza Kutza nie zawsze przedstawia w pełnej krasie – bo choćby kwestia miłosnych podbojów (poza żonami) pozostaje w sferze tabu. I tak jest tu sporo o rodzinie – najpierw relacje z matką i bratem, potem odrobina komentarzy na temat dzieci. Kutz prywatnie wydaje się jednak mniej interesujący niż zawodowo. Dlatego Aleksandra Klich więcej miejsca poświęca na dopowiedzenia do filmów, Kutza przedstawia kolejnymi obrazami rozbieranymi na czynniki pierwsze. Tworzy dodatek kinomana, coś, co samo w sobie jest zachętą do oglądania filmów. Pod koniec tomu znajduje też autorka miejsce na mariaż Kutza z polityką: pokazuje, skąd w ogóle się tam wziął i jak wyglądała jego praca dla ludzi (stosunek do tych, którym pomagał, również stanowi ważne uzupełnienie portretu). Tu też wkracza na scenę Krystyna Klaczkowska, która mogłaby swojego szefa przedstawić dużo dokładniej - ale zachowuje lojalną powściągliwość. I tak jest co czytać.
Jest to publikacja sycąca. Widać, że nie została przygotowana w pośpiechu czy przypadkowo. Aleksandra Klich pokazuje, jak stworzyć quasi-reportażową biografię, która w dodatku dobrze ocala charakter tak barwnej postaci. Dobrze, że ta pozycja na rynek wraca (ale wydaje się, że śląskie wypowiedzi trzeba by jednak trochę poprawić).
czwartek, 7 marca 2019
Katherine Arden: Dziewczyna z wieży
Muza SA, Warszawa 2019.
Ludowość
Z dziewczynki, która nie pasowała do swojego środowiska wyrasta kobieta, która nie lęka się niczego. Wasia na swoim wiernym koniu, Słowiku, przemierza lasy pod Moskwą, ratuje z opresji tych, których miało się już nie dać ocalić i ściąga na siebie uwagę parających się magią. Do ludzi dalej nie pasuje, może nawet bardziej. Siostra Wasi, Olga, wybrała drogę właściwą każdej stereotypowej kobiecie. Siedzi w domu, rodzi dzieci i czeka na męża, który stale gdzieś wojuje. Brat Wasi to obrońca uciśnionych - a przynajmniej stara się razem ze swoimi kompanami nieść sprawiedliwość. Nie zawsze jest skuteczny: w pościgu za uprowadzonymi dziećmi to samotna Wasia odnosi sukces i daje nauczkę bandytom. Bohaterka drugiego tomu rosyjskich mroźnych i ludowych opowieści wciąż jednak daje się lubić. I na własnej skórze przekonuje się, jak to jest być inną niż wszyscy. Wasia bez trudu rozmawia ze zwierzętami, widzi też zaczarowane istoty. Jest częściowo zakorzeniona w krainie magii. Nic dziwnego, że więź łączy ją z panem mrozu, Morozką. Kiedy żadne ludzkie siły nie pomogą w potrzebie - może się przydać ta niezwykła znajomość. Ale potrzeba w niej odwagi.
Katherine Arden powraca, zafascynowana ludowymi wierzeniami i klimatem rosyjskich tradycyjnych narracji jeszcze raz na wyjątkowo niegościnne tereny. Wraca, żeby pozachwycać się połączeniem ludycznych motywów i życia jako takiego. W tomach (pozbawionych przecież dostępu do mediów krain, to przecież daleka przeszłość i królestwo zabobonów) dzieje się mnóstwo - i wszystko jest do bólu prawdziwe, nawet kiedy wiąże się z czarami. Dzieci słuchają baśni i cieszą się bliskością wyobraźniowych opowieści, otrzymują wraz z nimi dawkę potężnych i zdrowych emocji. Sama autorka dla przyjemności snuje takie historie. A przecież codzienność Wasi nie odbiega zbyt daleko od takich relacji. Tu magia splata się ze zwykłym życiem i nadaje mu rytm. W “Dziewczynie z wieży” autorka przekonuje się, że właściwie niemożliwe jest zaprezentowanie pełni potencjału fabularnego Rusi. Wie, że uwiedzie czytelników surowością krajobrazu oraz ogromem uczuć postaci, ale zdaje sobie też sprawę z tego, że jeśli sama nie chce zatonąć w wątkach - powinna ograniczać opowieść i dążyć do klarownego końca - inaczej mróz zwycięży. Historia o Wasi jest śpiewna, melodyjna sama w sobie, na etapie konstrukcji. Jest też niepozbawiona humoru. Kobieta w mocno patriarchalnym środowisku, narażona w dodatku na ostracyzm ze względu na swoje paranormalne zdolności (niektórzy chcą widzieć w Wasi czarownicę) nie ma szansy na akceptację i samorealizację. Bezpieczniej dla wszystkich będzie, jeśli Wasia podawać się zacznie za mężczyznę - wtedy przynajmniej nikogo swoją odwagą nie urazi. Wraca zatem Arden do dosyć tradycyjnych pomysłów i rozwiązań z dawnych narracji, a jednocześnie tak przygotowaną kreacją bohaterki odnosi się do dzisiejszych familijnych produkcji, zgodnie z którymi kobiety są dzielne, samodzielne, mądre i niepokorne. Jest ta powieść wypadkową między fantastyką i dawnymi bajaniami, bywa momentami rozbrajająco naiwna, czasem z rozwiązaniami jak z literatury czwartej – ale autorka wie jedno, siła tej narracji tkwi w jej uroku, w przekonaniu, że odbiorcy tak samo zachwycą się niedostępną krainą z całą jej surowością i przejrzystym kodeksem wartości/ “Dziewczyna z wieży” to dowód wielkiej fascynacji motywami ludowymi i umiejętnie przeprowadzona, barwna historia. Katherine Arden ma szansę przekonać czytelników do swojej wizji nierzeczywistości, stanie się przewodniczką po wyobraźni podsycanej jeszcze magią. Ta autorka decyduje się na fantastykę pożenioną z tradycjonalizmem, widzi możliwość zaangażowania odbiorców za sprawą inności - i to wykorzystuje.
Ludowość
Z dziewczynki, która nie pasowała do swojego środowiska wyrasta kobieta, która nie lęka się niczego. Wasia na swoim wiernym koniu, Słowiku, przemierza lasy pod Moskwą, ratuje z opresji tych, których miało się już nie dać ocalić i ściąga na siebie uwagę parających się magią. Do ludzi dalej nie pasuje, może nawet bardziej. Siostra Wasi, Olga, wybrała drogę właściwą każdej stereotypowej kobiecie. Siedzi w domu, rodzi dzieci i czeka na męża, który stale gdzieś wojuje. Brat Wasi to obrońca uciśnionych - a przynajmniej stara się razem ze swoimi kompanami nieść sprawiedliwość. Nie zawsze jest skuteczny: w pościgu za uprowadzonymi dziećmi to samotna Wasia odnosi sukces i daje nauczkę bandytom. Bohaterka drugiego tomu rosyjskich mroźnych i ludowych opowieści wciąż jednak daje się lubić. I na własnej skórze przekonuje się, jak to jest być inną niż wszyscy. Wasia bez trudu rozmawia ze zwierzętami, widzi też zaczarowane istoty. Jest częściowo zakorzeniona w krainie magii. Nic dziwnego, że więź łączy ją z panem mrozu, Morozką. Kiedy żadne ludzkie siły nie pomogą w potrzebie - może się przydać ta niezwykła znajomość. Ale potrzeba w niej odwagi.
Katherine Arden powraca, zafascynowana ludowymi wierzeniami i klimatem rosyjskich tradycyjnych narracji jeszcze raz na wyjątkowo niegościnne tereny. Wraca, żeby pozachwycać się połączeniem ludycznych motywów i życia jako takiego. W tomach (pozbawionych przecież dostępu do mediów krain, to przecież daleka przeszłość i królestwo zabobonów) dzieje się mnóstwo - i wszystko jest do bólu prawdziwe, nawet kiedy wiąże się z czarami. Dzieci słuchają baśni i cieszą się bliskością wyobraźniowych opowieści, otrzymują wraz z nimi dawkę potężnych i zdrowych emocji. Sama autorka dla przyjemności snuje takie historie. A przecież codzienność Wasi nie odbiega zbyt daleko od takich relacji. Tu magia splata się ze zwykłym życiem i nadaje mu rytm. W “Dziewczynie z wieży” autorka przekonuje się, że właściwie niemożliwe jest zaprezentowanie pełni potencjału fabularnego Rusi. Wie, że uwiedzie czytelników surowością krajobrazu oraz ogromem uczuć postaci, ale zdaje sobie też sprawę z tego, że jeśli sama nie chce zatonąć w wątkach - powinna ograniczać opowieść i dążyć do klarownego końca - inaczej mróz zwycięży. Historia o Wasi jest śpiewna, melodyjna sama w sobie, na etapie konstrukcji. Jest też niepozbawiona humoru. Kobieta w mocno patriarchalnym środowisku, narażona w dodatku na ostracyzm ze względu na swoje paranormalne zdolności (niektórzy chcą widzieć w Wasi czarownicę) nie ma szansy na akceptację i samorealizację. Bezpieczniej dla wszystkich będzie, jeśli Wasia podawać się zacznie za mężczyznę - wtedy przynajmniej nikogo swoją odwagą nie urazi. Wraca zatem Arden do dosyć tradycyjnych pomysłów i rozwiązań z dawnych narracji, a jednocześnie tak przygotowaną kreacją bohaterki odnosi się do dzisiejszych familijnych produkcji, zgodnie z którymi kobiety są dzielne, samodzielne, mądre i niepokorne. Jest ta powieść wypadkową między fantastyką i dawnymi bajaniami, bywa momentami rozbrajająco naiwna, czasem z rozwiązaniami jak z literatury czwartej – ale autorka wie jedno, siła tej narracji tkwi w jej uroku, w przekonaniu, że odbiorcy tak samo zachwycą się niedostępną krainą z całą jej surowością i przejrzystym kodeksem wartości/ “Dziewczyna z wieży” to dowód wielkiej fascynacji motywami ludowymi i umiejętnie przeprowadzona, barwna historia. Katherine Arden ma szansę przekonać czytelników do swojej wizji nierzeczywistości, stanie się przewodniczką po wyobraźni podsycanej jeszcze magią. Ta autorka decyduje się na fantastykę pożenioną z tradycjonalizmem, widzi możliwość zaangażowania odbiorców za sprawą inności - i to wykorzystuje.
środa, 6 marca 2019
Atanazy Raczyński: Dziennik. Tom I
Wydawnictwo UAM, Poznań 2019.
Życie w zapiskach
Kochliwy był Atanazy Raczyński - z lektury jego dziennika płynie szereg obyczajowych obserwacji i podgląd mechanizmu plotki. Oto bohater, młody arystokrata, który zdecydował się prowadzić dziennik dla samego siebie (i właściwie niechcący zawarł w nim interesujący obraz epoki), uważnie obserwuje otoczenie. Zapiskami zabija nudę, ale też rozprawia się z własną burzą uczuć. Na kartach dziennika dzieli się spostrzeżeniami dotyczącymi najbliższego otoczenia, ocenia panie, zwierza się ze zmysłowych podniet - chociaż nie relacjonuje wydarzeń z alkowy, dość śmiało analizuje sytuacje damsko-męskie. Na papierze podsumowuje sobie krążące plotki, szuka małych sensacji. A kiedy romans zakończy się nie po jego myśli - utyskuje na zbyt łatwe panie. Przez długi czas zajmuje się wyłącznie codziennością, później przechodzi na kwestie dyplomacji i politykę także w skali międzynarodowej. Relacjonuje sytuację wojsk, opowiada o decyzjach na wysokim szczeblu, prezentuje sytuację w Europie i rozważa sensowność konkretnych poczynań władców. Jeszcze później odkrywa radość podróżowania - i tutaj przede wszystkim cieszy go możliwość zwiedzania i dzielenia się zachwytami oraz wiedzą na stronach swojego dziennika. Zapisuje, co i w jakim kraju zobaczył, skupia się na rozwiązaniach architektonicznych, w nieskończoność potrafi omawiać zabytki (fragmenty tych wywodów zostały z tomu usunięte - czytelnicy otrzymują bardzo obszerny wybór z diariusza, z zaznaczeniem, że w całości i w oryginalnych językach zostanie ten dziennik niebawem wydany w wersji cyfrowej). Atanazy Raczyński zdąży się też ożenić, porzucony przez zagraniczną kochankę - sprawdzić, jak ciąża wpływa na charakter i zachowania łagodnej dotąd kobiety, doczekać się potomstwa... miana z beztroskiego młodzieńca na świadomego obywatela następować tu będzie stopniowo i dla czytelników właściwie niezauważalnie. Na początku tomu autor wykorzystuje również jako materię tekstową listy otrzymywane od bliskich, dość dokładnie przedstawia swojego brata Edwarda i komentuje jego wybory. Jest w dzienniku szczery, nawet jeśli inni nie będą podzielać jego opinii. Można zatem dzięki lekturze wyrobić sobie całkiem interesującą wizję autora - któremu nieobce były rozmaite wygody i uciechy życia.
Osobnym tematem stają się tutaj ilustracje. Atanazy Raczyński, gdy chce utrwalić zaobserwowaną scenkę, widok, postać czy dzieło z muzeum, bardzo sprawnie tworzy wymowne i precyzyjne szkice. Wiele tu przykładów jego zdolności i umiejętności w tym kierunku, a sam dziennik zyskuje przez to jeszcze na intensywności. Autor na różne sposoby daje wyraz swojej spostrzegawczości. W dzienniku nie tylko dba o detale przedstawianych sytuacji i historii, ale również o kształt samej relacji. Chociaż zastrzega się, że prowadzi go tylko dla siebie, część wiadomości “szyfruje”, prowadząc notatki w różnych językach. Dzięki temu nie rzucają się w oczy zwłaszcza kontrowersyjne dla postronnych wyznania. Czasami autor wraca do swoich zapisków i wtedy dopowiada coś, uzupełnia lub wyjaśnia w swoistych przypisach (a orientowanie się w świecie, w którym się obraca, ułatwiają jeszcze przypisy redakcyjne). “Dziennik. Tom I” to kilkaset stron opowieści obyczajowych i społecznych (z rzadka – politycznych). Starannie prowadzone relacje z codzienności i przeżyć nie tylko prywatnych są do dzisiaj żywe. Atanazy Raczyński proponuje czytelnikom lekturę atrakcyjną - mimo że o prawie dwa wieki oddaloną w czasie. Tom został pięknie wydany – z kolorowymi półprzezroczystymi stronami z kolejnym rokiem, z kredowymi wkładkami do co bardziej udanych rysunków autora. Przez wzgląd na silnie akcentowaną obyczajowość może się podobać nie tylko literaturoznawcom.
Życie w zapiskach
Kochliwy był Atanazy Raczyński - z lektury jego dziennika płynie szereg obyczajowych obserwacji i podgląd mechanizmu plotki. Oto bohater, młody arystokrata, który zdecydował się prowadzić dziennik dla samego siebie (i właściwie niechcący zawarł w nim interesujący obraz epoki), uważnie obserwuje otoczenie. Zapiskami zabija nudę, ale też rozprawia się z własną burzą uczuć. Na kartach dziennika dzieli się spostrzeżeniami dotyczącymi najbliższego otoczenia, ocenia panie, zwierza się ze zmysłowych podniet - chociaż nie relacjonuje wydarzeń z alkowy, dość śmiało analizuje sytuacje damsko-męskie. Na papierze podsumowuje sobie krążące plotki, szuka małych sensacji. A kiedy romans zakończy się nie po jego myśli - utyskuje na zbyt łatwe panie. Przez długi czas zajmuje się wyłącznie codziennością, później przechodzi na kwestie dyplomacji i politykę także w skali międzynarodowej. Relacjonuje sytuację wojsk, opowiada o decyzjach na wysokim szczeblu, prezentuje sytuację w Europie i rozważa sensowność konkretnych poczynań władców. Jeszcze później odkrywa radość podróżowania - i tutaj przede wszystkim cieszy go możliwość zwiedzania i dzielenia się zachwytami oraz wiedzą na stronach swojego dziennika. Zapisuje, co i w jakim kraju zobaczył, skupia się na rozwiązaniach architektonicznych, w nieskończoność potrafi omawiać zabytki (fragmenty tych wywodów zostały z tomu usunięte - czytelnicy otrzymują bardzo obszerny wybór z diariusza, z zaznaczeniem, że w całości i w oryginalnych językach zostanie ten dziennik niebawem wydany w wersji cyfrowej). Atanazy Raczyński zdąży się też ożenić, porzucony przez zagraniczną kochankę - sprawdzić, jak ciąża wpływa na charakter i zachowania łagodnej dotąd kobiety, doczekać się potomstwa... miana z beztroskiego młodzieńca na świadomego obywatela następować tu będzie stopniowo i dla czytelników właściwie niezauważalnie. Na początku tomu autor wykorzystuje również jako materię tekstową listy otrzymywane od bliskich, dość dokładnie przedstawia swojego brata Edwarda i komentuje jego wybory. Jest w dzienniku szczery, nawet jeśli inni nie będą podzielać jego opinii. Można zatem dzięki lekturze wyrobić sobie całkiem interesującą wizję autora - któremu nieobce były rozmaite wygody i uciechy życia.
Osobnym tematem stają się tutaj ilustracje. Atanazy Raczyński, gdy chce utrwalić zaobserwowaną scenkę, widok, postać czy dzieło z muzeum, bardzo sprawnie tworzy wymowne i precyzyjne szkice. Wiele tu przykładów jego zdolności i umiejętności w tym kierunku, a sam dziennik zyskuje przez to jeszcze na intensywności. Autor na różne sposoby daje wyraz swojej spostrzegawczości. W dzienniku nie tylko dba o detale przedstawianych sytuacji i historii, ale również o kształt samej relacji. Chociaż zastrzega się, że prowadzi go tylko dla siebie, część wiadomości “szyfruje”, prowadząc notatki w różnych językach. Dzięki temu nie rzucają się w oczy zwłaszcza kontrowersyjne dla postronnych wyznania. Czasami autor wraca do swoich zapisków i wtedy dopowiada coś, uzupełnia lub wyjaśnia w swoistych przypisach (a orientowanie się w świecie, w którym się obraca, ułatwiają jeszcze przypisy redakcyjne). “Dziennik. Tom I” to kilkaset stron opowieści obyczajowych i społecznych (z rzadka – politycznych). Starannie prowadzone relacje z codzienności i przeżyć nie tylko prywatnych są do dzisiaj żywe. Atanazy Raczyński proponuje czytelnikom lekturę atrakcyjną - mimo że o prawie dwa wieki oddaloną w czasie. Tom został pięknie wydany – z kolorowymi półprzezroczystymi stronami z kolejnym rokiem, z kredowymi wkładkami do co bardziej udanych rysunków autora. Przez wzgląd na silnie akcentowaną obyczajowość może się podobać nie tylko literaturoznawcom.
wtorek, 5 marca 2019
Monika Utnik-Strugała: Po ciemku, czyli co się dzieje w nocy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Tajemnice nocy
Niezły to pomysł na publikację wielkoformatowego picture booka, zwłaszcza dla tych dzieci, którym proces kładzenia się do łóżka sprawia zbyt dużo kłopotów. “Po ciemku, czyli co się dzieje w nocy” to wieczorna opowieść o wszystkim tym, co przegapia się za sprawą snu – ale i o tym, dlaczego w ogóle spać trzeba i nie da się uniknąć odpoczynku. Monika Utnik-Strugała przeprowadza maluchy prze kolejne etapy przed snem - między innymi bez dydaktyzmu a przekonująco wyjaśni, dlaczego koniecznie trzeba myć twarz, opowiada o wieczornym zmęczeniu i o procesie śnienia. Uspokoi w kwestii "drgnięć” na progu snu, mówi, co dzieje się z ciałem i jakie jego partie najbardziej snu potrzebują, gdy organizm dojrzewa. Przedstawi podział ludzi na sowy i skowronki (a przy okazji nauczy, jak budzić się bardziej wyspanym, to ciekawostka, którą można samodzielnie sprawdzić, chociaż trzeba będzie wykonać pewne obliczenia). Opowie autorka o lunatykach, ale te o śpiących zwierzętach i... roślinach. Znajdzie całe mnóstwo tematów wokół snu, spania, odpoczynku i nocy - pojawią się tu rozkładówki poświęcone gwiazdozbiorom lub perseidom, opowieści o nocy polarnej i dniu polarnym (żeby zrozumieć zjawisko, można z rodzicem pobawić się w ruch obrotowy Ziemi i Księżyc jako satelitę). Będzie coś o porodówce (dlaczego dzieci często rodzą się w nocy) i o organizmach, które świecą, o nocnych odgłosach i o nocnym zwiedzaniu muzeów. Dzieci dowiedzą się, czym jest Noc Kupały, ale też... co nocą dzieje się w opustoszałym metrze. Autorka zabierze maluchy do kopalni oraz na pogotowie, przyjrzy się też pracy latarnika – noc jako taka otwiera mnóstwo ciekawych tematów, pozwala na opowiadanie o zróżnicowanych sytuacjach, zjawiskach i wydarzeniach. Pełni zatem taka publikacja funkcję edukacyjną, a ponadto przybliża najmłodszym świat, pozwala dowiedzieć się mnóstwa nowych rzeczy, ale dostarcza również pożywki dla wyobraźni. Tutaj liczy się też jeszcze jeden aspekt tomiku – mowa w końcu nie tylko o śnie, ale i o ciemności, która staje się polem do działania. Utnik-Strugała szuka tu rozwiązania dziecięcych lęków: w ciemności wcale nie czają się potwory (strachom w wersji light poświęcona została jedna rozkładówka, przy lekturze nikt nie będzie się bać). “Po ciemku” okazuje się więc również dobrym narzędziem do oswajania najmłodszych z brakiem światła. Ta książka skusi dzieci ciekawym podejściem do zagadnienia nocy: nie ma tu oczywistości ani szkolnych pouczeń, każda rozkładówka dostarcza nowych wrażeń i ciekawostek z różnych sfer. Liczy się przełamywanie monotonii, kreatywność w podejściu do realizowania tematu. Przy takim stanowisku maluchy zorientują się, że noc nie musi być nudna i nauczą się też doceniać możliwość wysypiania się, gdy wokół wre praca.
“Po ciemku” to tomik, którego nie czyta się linearnie – a przeskakuje między rozrzucanymi po stronach akapitami – ciekawostkami. Małgosia Piątkowska przygotowuje tu bardzo kolorowe ilustracje, zmienia “faktury” (inaczej wygląda królicze futerko, inaczej kwiatek, a jeszcze inaczej - kawałek wełny przeciągany przez bohaterów jak lina). Przez strony przewijają się dzieci, ale jest tu również mnóstwo królików, które oprowadzają odbiorców po nocnych przystankach. Można zatem szukać ciekawych punktów najpierw w warstwie grafiki, żeby później sprawdzać, co do powiedzenia ma na ten temat Monika Utnik-Strugała. “Po ciemku” to kolejna publikacja imponująca rozmachem i atrakcyjna dla dzieci w różnym wieku, nadająca się na długie godziny rozrywkowych poszukiwań i odkrywania tajemnic nocy. To opowieść, która zatrzymuje odbiorców w pełnej sekretów krainie dostępnej właściwie na wyciągnięcie ręki.
Tajemnice nocy
Niezły to pomysł na publikację wielkoformatowego picture booka, zwłaszcza dla tych dzieci, którym proces kładzenia się do łóżka sprawia zbyt dużo kłopotów. “Po ciemku, czyli co się dzieje w nocy” to wieczorna opowieść o wszystkim tym, co przegapia się za sprawą snu – ale i o tym, dlaczego w ogóle spać trzeba i nie da się uniknąć odpoczynku. Monika Utnik-Strugała przeprowadza maluchy prze kolejne etapy przed snem - między innymi bez dydaktyzmu a przekonująco wyjaśni, dlaczego koniecznie trzeba myć twarz, opowiada o wieczornym zmęczeniu i o procesie śnienia. Uspokoi w kwestii "drgnięć” na progu snu, mówi, co dzieje się z ciałem i jakie jego partie najbardziej snu potrzebują, gdy organizm dojrzewa. Przedstawi podział ludzi na sowy i skowronki (a przy okazji nauczy, jak budzić się bardziej wyspanym, to ciekawostka, którą można samodzielnie sprawdzić, chociaż trzeba będzie wykonać pewne obliczenia). Opowie autorka o lunatykach, ale te o śpiących zwierzętach i... roślinach. Znajdzie całe mnóstwo tematów wokół snu, spania, odpoczynku i nocy - pojawią się tu rozkładówki poświęcone gwiazdozbiorom lub perseidom, opowieści o nocy polarnej i dniu polarnym (żeby zrozumieć zjawisko, można z rodzicem pobawić się w ruch obrotowy Ziemi i Księżyc jako satelitę). Będzie coś o porodówce (dlaczego dzieci często rodzą się w nocy) i o organizmach, które świecą, o nocnych odgłosach i o nocnym zwiedzaniu muzeów. Dzieci dowiedzą się, czym jest Noc Kupały, ale też... co nocą dzieje się w opustoszałym metrze. Autorka zabierze maluchy do kopalni oraz na pogotowie, przyjrzy się też pracy latarnika – noc jako taka otwiera mnóstwo ciekawych tematów, pozwala na opowiadanie o zróżnicowanych sytuacjach, zjawiskach i wydarzeniach. Pełni zatem taka publikacja funkcję edukacyjną, a ponadto przybliża najmłodszym świat, pozwala dowiedzieć się mnóstwa nowych rzeczy, ale dostarcza również pożywki dla wyobraźni. Tutaj liczy się też jeszcze jeden aspekt tomiku – mowa w końcu nie tylko o śnie, ale i o ciemności, która staje się polem do działania. Utnik-Strugała szuka tu rozwiązania dziecięcych lęków: w ciemności wcale nie czają się potwory (strachom w wersji light poświęcona została jedna rozkładówka, przy lekturze nikt nie będzie się bać). “Po ciemku” okazuje się więc również dobrym narzędziem do oswajania najmłodszych z brakiem światła. Ta książka skusi dzieci ciekawym podejściem do zagadnienia nocy: nie ma tu oczywistości ani szkolnych pouczeń, każda rozkładówka dostarcza nowych wrażeń i ciekawostek z różnych sfer. Liczy się przełamywanie monotonii, kreatywność w podejściu do realizowania tematu. Przy takim stanowisku maluchy zorientują się, że noc nie musi być nudna i nauczą się też doceniać możliwość wysypiania się, gdy wokół wre praca.
“Po ciemku” to tomik, którego nie czyta się linearnie – a przeskakuje między rozrzucanymi po stronach akapitami – ciekawostkami. Małgosia Piątkowska przygotowuje tu bardzo kolorowe ilustracje, zmienia “faktury” (inaczej wygląda królicze futerko, inaczej kwiatek, a jeszcze inaczej - kawałek wełny przeciągany przez bohaterów jak lina). Przez strony przewijają się dzieci, ale jest tu również mnóstwo królików, które oprowadzają odbiorców po nocnych przystankach. Można zatem szukać ciekawych punktów najpierw w warstwie grafiki, żeby później sprawdzać, co do powiedzenia ma na ten temat Monika Utnik-Strugała. “Po ciemku” to kolejna publikacja imponująca rozmachem i atrakcyjna dla dzieci w różnym wieku, nadająca się na długie godziny rozrywkowych poszukiwań i odkrywania tajemnic nocy. To opowieść, która zatrzymuje odbiorców w pełnej sekretów krainie dostępnej właściwie na wyciągnięcie ręki.
poniedziałek, 4 marca 2019
Kent Haruf: Nasze dusze nocą
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
Obecność
Gdyby ludzie odważali się na takie pomysły jak Addie (która ma już siedemdziesiąt lat, ale fantazji jej nie brakuje), gdyby inni mieli podejście podobne do Louisa – nikt nie musiałby się bać samotności w podeszłym wieku. Pewnego dnia bowiem Addie odwiedza swojego sąsiada i proponuje mu wspólne spanie. Nie chodzi jej o seks (chociaż tego nie wyklucza w przyszłości), ale o zwyczajną bliskość, spędzenie nocy i śnienie w jednym łóżku. To propozycja dziwna i nie wiadomo, co z niej wyniknie – ale jej przyjęcie nie wiąże się z żadnymi zobowiązaniami, Addie wszystko dobrze sobie przemyślała i gotowa jest podjąć ryzyko. Louis zgadza się na to rozwiązanie i udaje na noc do domu Addie. Tak zaczyna się powieść “Nasze dusze nocą”, książka, która czytelników wzruszy, rozbawi ale też wstrząśnie nimi. Nie ma tutaj konwenansów, bohaterka jest pewna jednego: ludzie swoimi opiniami (a na pewno zaczną plotkować!) nie zrobią jej już krzywdy. Może zatem nie przejmować się nieżyczliwymi spojrzeniami. Louis jest trochę mniej odporny, ale też uczy się beztroski, jakiej przez życie nie zaznał. Nocne spotkania stają się okazją do rozmów i coraz szczerszych zwierzeń. Stopniowo bohaterowie poznają się lepiej, zyskują towarzysza codziennych trosk i wyzwań. Stają się dla siebie wsparciem i właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taka znajomość w końcu przerodziła się w głębsze uczucie. I wtedy pojawia się problem.
“Nasze dusze nocą” czytelników przyciągnie między innymi ze względu na oryginalność fabuły. Kent Haruf proponuje świeże spojrzenie na relacje damsko-męskie - inaczej niż w typowych scenariuszach prowadzi sytuację, pozwala kibicować bohaterom nie w dążeniu do romansu, a w samej odkrytej na nowo radości życia. Decyduje się na odważne rozwiązania, ale nie chce też zapominać o kontekście, wprowadza oczywiste i zrozumiałe reakcje otoczenia. Bohaterowie w końcu nie żyją tu w próżni i potrafią odnaleźć się w małej społeczności. Zagadnienie, które może w czytelnikach obudzić tęsknotę za najprostszymi rozwiązaniami, tutaj staje się siłą napędową opowieści. “Nasze dusze nocą” to jak baśń całkowicie zanurzona w realiach znanych odbiorcom. Nie znajdzie się tu cukierkowości ani dopasowywania akcji do potrzeb autora, wszystko naturalnie z siebie wynika. Odbiorcom pozostanie jedynie śledzić tę relację aż do końca - bo skończyć ona się może na wiele różnych sposobów. Nieprzewidywalność to jedna z zalet tomu.
Kent Haruf tę urzekającą opowieść przedstawia tak prosto, jak to tylko możliwe. Do nieskomplikowanej fabuły (której prawdziwą ozdobą i racją bytu jest pomysł) dokłada pozbawiony ozdobników język. Dialogi między bohaterami prezentuje tak, żeby czytelnicy nie mieli pewności, czy to wypowiedzi, czy tylko myśli i refleksje postaci. Krótkie akapity nie pozwalają rozczulać się nad losem Addie i Louisa, a jednak w ich doznaniach jest coś, za czym tęsknią odbiorcy. To powieść zbudowana na wrażliwości, sugerująca ludziom, że istnieją wręcz banalne rozwiązania kwestii, których ci najbardziej się boją. Podsuwa Haruf nieszablonowe podejście do tematu bycia razem, proponuje czytelnikom wprowadzenie w życie śmiałego marzenia, które nie musi wiązać się z wieloma wyrzeczeniami. Tutaj wszystko wydaje się możliwe - a odbiorcom przyda się obietnica takiego świata zwłaszcza w momencie, gdy będą czuć się najbardziej bezbronni.
Obecność
Gdyby ludzie odważali się na takie pomysły jak Addie (która ma już siedemdziesiąt lat, ale fantazji jej nie brakuje), gdyby inni mieli podejście podobne do Louisa – nikt nie musiałby się bać samotności w podeszłym wieku. Pewnego dnia bowiem Addie odwiedza swojego sąsiada i proponuje mu wspólne spanie. Nie chodzi jej o seks (chociaż tego nie wyklucza w przyszłości), ale o zwyczajną bliskość, spędzenie nocy i śnienie w jednym łóżku. To propozycja dziwna i nie wiadomo, co z niej wyniknie – ale jej przyjęcie nie wiąże się z żadnymi zobowiązaniami, Addie wszystko dobrze sobie przemyślała i gotowa jest podjąć ryzyko. Louis zgadza się na to rozwiązanie i udaje na noc do domu Addie. Tak zaczyna się powieść “Nasze dusze nocą”, książka, która czytelników wzruszy, rozbawi ale też wstrząśnie nimi. Nie ma tutaj konwenansów, bohaterka jest pewna jednego: ludzie swoimi opiniami (a na pewno zaczną plotkować!) nie zrobią jej już krzywdy. Może zatem nie przejmować się nieżyczliwymi spojrzeniami. Louis jest trochę mniej odporny, ale też uczy się beztroski, jakiej przez życie nie zaznał. Nocne spotkania stają się okazją do rozmów i coraz szczerszych zwierzeń. Stopniowo bohaterowie poznają się lepiej, zyskują towarzysza codziennych trosk i wyzwań. Stają się dla siebie wsparciem i właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taka znajomość w końcu przerodziła się w głębsze uczucie. I wtedy pojawia się problem.
“Nasze dusze nocą” czytelników przyciągnie między innymi ze względu na oryginalność fabuły. Kent Haruf proponuje świeże spojrzenie na relacje damsko-męskie - inaczej niż w typowych scenariuszach prowadzi sytuację, pozwala kibicować bohaterom nie w dążeniu do romansu, a w samej odkrytej na nowo radości życia. Decyduje się na odważne rozwiązania, ale nie chce też zapominać o kontekście, wprowadza oczywiste i zrozumiałe reakcje otoczenia. Bohaterowie w końcu nie żyją tu w próżni i potrafią odnaleźć się w małej społeczności. Zagadnienie, które może w czytelnikach obudzić tęsknotę za najprostszymi rozwiązaniami, tutaj staje się siłą napędową opowieści. “Nasze dusze nocą” to jak baśń całkowicie zanurzona w realiach znanych odbiorcom. Nie znajdzie się tu cukierkowości ani dopasowywania akcji do potrzeb autora, wszystko naturalnie z siebie wynika. Odbiorcom pozostanie jedynie śledzić tę relację aż do końca - bo skończyć ona się może na wiele różnych sposobów. Nieprzewidywalność to jedna z zalet tomu.
Kent Haruf tę urzekającą opowieść przedstawia tak prosto, jak to tylko możliwe. Do nieskomplikowanej fabuły (której prawdziwą ozdobą i racją bytu jest pomysł) dokłada pozbawiony ozdobników język. Dialogi między bohaterami prezentuje tak, żeby czytelnicy nie mieli pewności, czy to wypowiedzi, czy tylko myśli i refleksje postaci. Krótkie akapity nie pozwalają rozczulać się nad losem Addie i Louisa, a jednak w ich doznaniach jest coś, za czym tęsknią odbiorcy. To powieść zbudowana na wrażliwości, sugerująca ludziom, że istnieją wręcz banalne rozwiązania kwestii, których ci najbardziej się boją. Podsuwa Haruf nieszablonowe podejście do tematu bycia razem, proponuje czytelnikom wprowadzenie w życie śmiałego marzenia, które nie musi wiązać się z wieloma wyrzeczeniami. Tutaj wszystko wydaje się możliwe - a odbiorcom przyda się obietnica takiego świata zwłaszcza w momencie, gdy będą czuć się najbardziej bezbronni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






