Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Pokolenia
Chociaż Anna Karpińska w swoim nowym cyklu (Księgarnia pod Flisakiem) mocno skupia się na budowaniu fabuły, popełnia jeden ogromny błąd, który w trakcie lektury coraz bardziej zaczyna uwierać. A mianowicie: buduje narrację na powtórzeniach. I nie chodzi tu wcale o rozwiązanie polegające na zmianie perspektywy. W kolejnych rozdziałach pojawiają się różne narratorki – bohaterki drobnych scenek – to zrozumiałe, że każda może chcieć opowiedzieć sytuację inaczej (mimo że przeważnie zgadzają się w poglądach) – i wtedy nawet powtórzenia wycinków dialogów nie męczą. Gorzej, że tak doświadczona autorka obyczajówek zaczyna powtarzać emocje i intencje z dialogów w komentarzach. Te pierwsze są wystarczająco czytelne, nie trzeba do nich jeszcze dopisywać dookreśleń i tautologicznych didaskaliów. Owocuje to pleonazmami („To jest Dagmara, a to Tania – dokonała prezentacji”). Gdyby zdarzało się to rzadziej, co kilkadziesiąt, a choćby i kilkanaście stron – nie raziłoby tak bardzo. Ale tym razem Anna Karpińska wpada w niezrozumiały szał dotłumaczania każdej wypowiedzi i kwestii. Sprawia tym samym wrażenie, jakby nie wierzyła w szczątkową nawet inteligencję czytelniczek i próbowała dla nich przetrawiać wymyślone sytuacje. To trudne do wytrzymania zabiegi – autorka musi popracować nad stylistyką.
W „Zostań ze mną” rozwija motyw z zamknięcia pierwszego tomu. Dagmara poznaje biologiczną matkę, Bożena walczy z rakiem. Tania wykazuje się ogromną dozą samolubności, podejrzewając „nową” córkę o zakusy na spadek, za to Dagmarze udaje się wreszcie dogadać z Laurą (która w pierwszym tomie przedstawiała wobec niej poważne zarzuty podobne do tych Tani). Anna Karpińska dobrowolnie zamyka się w kręgu tematów już sprawdzonych, dając kolejnym pokoleniom szansę na to, by naprawiły błędy przodkiń. Znów są tu więc niechciane ciąże i naciski rodziców na oddanie dziecka do adopcji (notabene korektę należałoby wyczulić na fakt, że nie przenosi się tego słowa jako ad-opcji), matki porzucają swoje pociechy, a szczęśliwa miłość musi trafić na mielizny i problemy z zewnątrz. Karpińska szczególnie lubi też w swoich książkach nawiązania autotematyczne – zmusza kolejne bohaterki do tego, by stały się niezawodowymi pisarkami, autorkami obyczajówek – a potem męki twórcze nakazuje rozwiązywać aluzjami do życia. Chce budować przed czytelniczkami wrażenie autobiografizmu w literaturze rozrywkowej, by móc skupić się na płynących z niego pułapkach. W „Zostań ze mną” akcja zatacza koła. Wydaje się, że wszystkie problemy już w jakiejś konfiguracji były, więc dla urozmaicenia fabuły autorka wprowadza kolejne pokolenie, również borykające się z własnymi kłopotami na miarę czasów. Dla Bożeny przyczyną złych decyzji stała się obyczajowość, mentalność zaściankowego społeczeństwa. Dagmarze sen z powiek spędza brak stabilizacji – to już nie czasy, w których może polegać na mężu i nie przejmować się wyzwaniami. Zośka testuje na własnej skórze, czym jest emigracja zarobkowa. Tylko konteksty różnią te postacie, bo Anna Karpińska wszystkie zmusza do zastanowienia się nad motywem miłości, rodziny i wsparcia. Jest „Zostań ze mną” książką przewidywalną i dosyć łzawą, ale to obyczajówka, która – w całej serii – rodzi więź czytelniczek z bohaterkami. Autorka próbuje pokazać odbiorczyniom, jak ważne jest wsparcie bliskich i jak łatwo zrujnować sobie życie niewłaściwą decyzją. Chce, żeby odbiorczynie najpierw przeżywały opowieść, a dopiero później wyciągały z niej wnioski życiowe.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 9 grudnia 2017
piątek, 8 grudnia 2017
Jan Leśniak: Jak szyć spódnice i sukienki?
Burda, Warszawa 2017.
Szafa po swojemu
Jan Leśniak uczy szycia w swojej kolejnej książce. Wie już, czego oczekują od niego odbiorczynie (chociaż mężczyźni też mogą z tomu korzystać, mimo adresowanej do kobiet narracji, co autor dla porządku zaznacza). Zdobył potrzebne doświadczenie i według tego klucza prowadzi lekcje w tomie „Jak szyć spódnice i sukienki”. Tematy, którymi są tu różne modele kobiecych strojów, szereguje od najłatwiejszych do coraz bardziej skomplikowanych, a trzynasty rozdział poświęca w ogóle na omówienie pozornej „porażki”, sukienki wymarzonej, za to pełnej błędów nie do naprawienia w realizacji – widocznych dopiero po uważnym przeanalizowaniu stroju. Uczy odbiorczynie, jak dokładnie zdejmować miarę i proponuje różne rodzaje tkanin, wie, jak z nimi pracować i które pozwolą osiągnąć wymarzony w danym przypadku efekt. Uczy wszywać paski, podaje też sztuczki pomocne w tworzeniu zakładek równej wielkości. Namawia do kreatywności: zdarza się, że ma resztkę materiału idealnie pasującego kolorystycznie do całego projektu – wystarczy kilka szwów więcej, by wykorzystać taki zapas. To przekona co bardziej oszczędne czytelniczki, które chcą szyć dla siebie.
Część poradnikowa przy każdym temacie to precyzyjne wyliczenia potrzebnych materiałów, kolejne etapy pracy nie tylko omówione, ale i zaprezentowane na konkretnych zdjęciach. Autor czasami zaznacza, co sprawi najwięcej problemów i co może wpłynąć na niepowodzenie projektu. Wymienia też każdorazowo nowe umiejętności nabywane przy okazji pracy – to wskazówka dla tych pań, które potrzebują akurat porady w ściśle określonym temacie. Instrukcje Leśniaka są bardzo rozbudowane i dokładnie obejmują osobno przygotowanie wykroju, osobno – proces zszywania całości. Nagrodą będzie nie tylko nowy element garderoby, ale i zestaw osiągnięć – to motywuje do pracy, choć tak naprawdę jest ramowym powtórzeniem pierwszej części rozdziału. Akapity motywacyjne wstawia też autor po zakończonej pracy, aby podtrzymać kontakt z czytelniczkami i dać im do zrozumienia, że interesują go ich postępy.
Po pracy przychodzi czas na moment relaksu. W tomie „Jak szyć” zapewniają go autobiograficzne wstawki. Leśniak zwierza się w nich z chwil kryzysu lub z wyzwań zawodowych, co ciekawszych zadań, klęsk, które mógł przekuć w sukces. Przedstawia w odcinkach własną drogę do realizowania marzeń, nie ukrywając najtrudniejszych momentów i odważnych decyzji. Chce przez to zachęcić czytelniczki do działania – w końcu sukces nie przyjdzie sam, bez ryzyka i ciężkiej pracy – ale bywa, że jego zwierzenia odbiera się jako zbyt tendencyjne i przegadane. Nie pasują do nich też wykropkowane przekleństwa z rzadka wprowadzane do dialogów. Nie ma Jan Leśniak talentu gawędziarskiego czy wyczucia anegdot, więc nawet dowcipy brzmią u niego sztucznie i sztywno. Lepiej, gdy zajmuje się po prostu uczeniem szycia.
Tom „Jak szyć spódnice i sukienki” trafi przede wszystkim do tych odbiorczyń, które lubią przygotowywać sobie kreacje własnoręcznie, mają czas na eksperymenty i nie boją się wyzwań. Raczej przydadzą się podstawy szycia, Leśniak idzie bardziej w kierunku rozwijania umiejętności. Zaznacza też autor moment przejścia na stronę profesjonalnego krawiectwa – więc i tej grupie nieco podpowie. Jest to poradnik starannie przygotowany i zapewniający czytelniczkom dużą dozę fachowej wiedzy.
Szafa po swojemu
Jan Leśniak uczy szycia w swojej kolejnej książce. Wie już, czego oczekują od niego odbiorczynie (chociaż mężczyźni też mogą z tomu korzystać, mimo adresowanej do kobiet narracji, co autor dla porządku zaznacza). Zdobył potrzebne doświadczenie i według tego klucza prowadzi lekcje w tomie „Jak szyć spódnice i sukienki”. Tematy, którymi są tu różne modele kobiecych strojów, szereguje od najłatwiejszych do coraz bardziej skomplikowanych, a trzynasty rozdział poświęca w ogóle na omówienie pozornej „porażki”, sukienki wymarzonej, za to pełnej błędów nie do naprawienia w realizacji – widocznych dopiero po uważnym przeanalizowaniu stroju. Uczy odbiorczynie, jak dokładnie zdejmować miarę i proponuje różne rodzaje tkanin, wie, jak z nimi pracować i które pozwolą osiągnąć wymarzony w danym przypadku efekt. Uczy wszywać paski, podaje też sztuczki pomocne w tworzeniu zakładek równej wielkości. Namawia do kreatywności: zdarza się, że ma resztkę materiału idealnie pasującego kolorystycznie do całego projektu – wystarczy kilka szwów więcej, by wykorzystać taki zapas. To przekona co bardziej oszczędne czytelniczki, które chcą szyć dla siebie.
Część poradnikowa przy każdym temacie to precyzyjne wyliczenia potrzebnych materiałów, kolejne etapy pracy nie tylko omówione, ale i zaprezentowane na konkretnych zdjęciach. Autor czasami zaznacza, co sprawi najwięcej problemów i co może wpłynąć na niepowodzenie projektu. Wymienia też każdorazowo nowe umiejętności nabywane przy okazji pracy – to wskazówka dla tych pań, które potrzebują akurat porady w ściśle określonym temacie. Instrukcje Leśniaka są bardzo rozbudowane i dokładnie obejmują osobno przygotowanie wykroju, osobno – proces zszywania całości. Nagrodą będzie nie tylko nowy element garderoby, ale i zestaw osiągnięć – to motywuje do pracy, choć tak naprawdę jest ramowym powtórzeniem pierwszej części rozdziału. Akapity motywacyjne wstawia też autor po zakończonej pracy, aby podtrzymać kontakt z czytelniczkami i dać im do zrozumienia, że interesują go ich postępy.
Po pracy przychodzi czas na moment relaksu. W tomie „Jak szyć” zapewniają go autobiograficzne wstawki. Leśniak zwierza się w nich z chwil kryzysu lub z wyzwań zawodowych, co ciekawszych zadań, klęsk, które mógł przekuć w sukces. Przedstawia w odcinkach własną drogę do realizowania marzeń, nie ukrywając najtrudniejszych momentów i odważnych decyzji. Chce przez to zachęcić czytelniczki do działania – w końcu sukces nie przyjdzie sam, bez ryzyka i ciężkiej pracy – ale bywa, że jego zwierzenia odbiera się jako zbyt tendencyjne i przegadane. Nie pasują do nich też wykropkowane przekleństwa z rzadka wprowadzane do dialogów. Nie ma Jan Leśniak talentu gawędziarskiego czy wyczucia anegdot, więc nawet dowcipy brzmią u niego sztucznie i sztywno. Lepiej, gdy zajmuje się po prostu uczeniem szycia.
Tom „Jak szyć spódnice i sukienki” trafi przede wszystkim do tych odbiorczyń, które lubią przygotowywać sobie kreacje własnoręcznie, mają czas na eksperymenty i nie boją się wyzwań. Raczej przydadzą się podstawy szycia, Leśniak idzie bardziej w kierunku rozwijania umiejętności. Zaznacza też autor moment przejścia na stronę profesjonalnego krawiectwa – więc i tej grupie nieco podpowie. Jest to poradnik starannie przygotowany i zapewniający czytelniczkom dużą dozę fachowej wiedzy.
czwartek, 7 grudnia 2017
Antoni Słonimski: Wspomnienia warszawskie
Agora, Warszawa 2017.
Rzeczywistość miniona
Drobna książeczka, wręcz niepasująca do stereotypowych wspomnień to zaledwie tematyzowany fragment memuarów Antoniego Słonimskiego, eksplozja dowcipu i zestaw sympatycznych rodzinnych anegdot. Tomik może służyć do pokazania powiązań poety ze stolicą, ale dużo bardziej niż poszukiwania topograficzne pojawiać się tu będą związki osobowe, wizerunki bliskich wpisane w kronikę miasta. Więcej w tej wersji ród Słonimskich daje Warszawie niż odwrotnie – ale czytelnikom nie zrobi to różnicy, chyba że akurat ktoś nastawił się na wycieczkę śladami Skamandrytów, poszukuje wskazówek. „Wspomnieniom warszawskim” do bedekera daleko, autor skupia się natomiast na czasach do drugiej wojny światowej – rodzinnych, radosnych i wypełnionych domowymi żartami. Antoni Słonimski rezygnuje tutaj z konwencjonalnego stylu, kiedy pisze, to również aby zapewnić satysfakcję na poziomie samego tekstu. Dba o rytm fraz, dostarcza czytelnikom sporo śmiechu przez przywoływane anegdoty, ale obecnie podziw mogą budzić precyzyjnie konstruowane zdania. Słonimski panuje nad słowem i w związku z tym może zarzucać czytelników prestidigitatorskimi sztuczkami w dobrym stylu.
Powraca w tych memuarach do czasów młodości, refrenowo w tomiku pojawia się matka z nieodłącznym westchnieniem „powariowali” kierowanym do męża i syna. Są i dzieci z sąsiedztwa, zafascynowane absurdami, jakie na powitanie wygłasza do nich ojciec Antoniego. Nie zabraknie śpiewającej kiczowate piosenki gosposi. Bardziej niż smaki i zapachy autora tomiku absorbują słowa – zachwyca się kolejnymi wyjściami poza schemat, językowymi niespodziankami, ale i eksperymentami, w których tworzeniu sam może mieć udział. Analizuje różne aspekty codzienności – pobyty w teatrze i kwestie wiary, cechy „ludku warszawskiego” i przyjaźnie. Przywołuje postać dziadka, przyrodnicze zainteresowania krewnych, pokazuje pierwsze „gazety” tworzone dla przyjemności obcowania z absurdem – a w tym wszystkim daje się wyczuć wciąż na nowo tęsknota za słowem. Nieprzypadkowo przebija przez te notatki język „reklam” z periodyków. Nawet juwenilia – wprawki, które dziś mogą tylko budzić śmiech – tu się przydadzą (w tej zresztą funkcji). Antoni Słonimski nie boi się autoironii, bardzo chętnie przedstawia siebie jako obiekt śmiechu – warunkiem jest zawsze dobra puenta. Okres dzieciństwa warszawskiego zamyka naturalnie, by zaraz przejść do pracy dziennikarza, a i do skamandryckich zabaw. Wprawdzie temat przyjaźni z Tuwimem został tu jedynie pobieżnie nakreślony, ale i tak przyniesie rozrywkę.
Antoni Słonimski we „Wspomnieniach warszawskich” zamienia się nie tyle w gawędziarza, co w inteligenta wcielającego się w gawędziarza: przybiera taką rolę, by uzasadnić lekki ton zwierzeń i stałe poszukiwanie żartu. Powagę płynącą ze świadomości pożegnania z tym światem bezustannie zagłusza rozrywką na wysokim poziomie. „Wspomnienia warszawskie” to maleńki fragment autobiografii, w dodatku ten najmniej z perspektywy badaczy literatury znaczący – a jednak zrealizowany mistrzowsko, opowiedziany tak, że już relacja sama w sobie jest sztuką i popisem humorystycznym. Kto dzisiaj sięgnie po Słonimskiego, może odkryć wartość tradycji, przekonać się, jak ważne w snuciu historii jest nastawienie na zakodowane na poziomie stylistycznym treści. Słonimski pozwoli się pośmiać z pomysłów rodziny i kolegów po fachu, zagwarantuje odbiorcom rozrywkę – a przy okazji zwróci uwagę na siłę rodzinnych więzi, przyzwyczajeń, które budują potem miłe wspomnienia. Chociaż to maleńki tomik, cieszy zawartością.
Rzeczywistość miniona
Drobna książeczka, wręcz niepasująca do stereotypowych wspomnień to zaledwie tematyzowany fragment memuarów Antoniego Słonimskiego, eksplozja dowcipu i zestaw sympatycznych rodzinnych anegdot. Tomik może służyć do pokazania powiązań poety ze stolicą, ale dużo bardziej niż poszukiwania topograficzne pojawiać się tu będą związki osobowe, wizerunki bliskich wpisane w kronikę miasta. Więcej w tej wersji ród Słonimskich daje Warszawie niż odwrotnie – ale czytelnikom nie zrobi to różnicy, chyba że akurat ktoś nastawił się na wycieczkę śladami Skamandrytów, poszukuje wskazówek. „Wspomnieniom warszawskim” do bedekera daleko, autor skupia się natomiast na czasach do drugiej wojny światowej – rodzinnych, radosnych i wypełnionych domowymi żartami. Antoni Słonimski rezygnuje tutaj z konwencjonalnego stylu, kiedy pisze, to również aby zapewnić satysfakcję na poziomie samego tekstu. Dba o rytm fraz, dostarcza czytelnikom sporo śmiechu przez przywoływane anegdoty, ale obecnie podziw mogą budzić precyzyjnie konstruowane zdania. Słonimski panuje nad słowem i w związku z tym może zarzucać czytelników prestidigitatorskimi sztuczkami w dobrym stylu.
Powraca w tych memuarach do czasów młodości, refrenowo w tomiku pojawia się matka z nieodłącznym westchnieniem „powariowali” kierowanym do męża i syna. Są i dzieci z sąsiedztwa, zafascynowane absurdami, jakie na powitanie wygłasza do nich ojciec Antoniego. Nie zabraknie śpiewającej kiczowate piosenki gosposi. Bardziej niż smaki i zapachy autora tomiku absorbują słowa – zachwyca się kolejnymi wyjściami poza schemat, językowymi niespodziankami, ale i eksperymentami, w których tworzeniu sam może mieć udział. Analizuje różne aspekty codzienności – pobyty w teatrze i kwestie wiary, cechy „ludku warszawskiego” i przyjaźnie. Przywołuje postać dziadka, przyrodnicze zainteresowania krewnych, pokazuje pierwsze „gazety” tworzone dla przyjemności obcowania z absurdem – a w tym wszystkim daje się wyczuć wciąż na nowo tęsknota za słowem. Nieprzypadkowo przebija przez te notatki język „reklam” z periodyków. Nawet juwenilia – wprawki, które dziś mogą tylko budzić śmiech – tu się przydadzą (w tej zresztą funkcji). Antoni Słonimski nie boi się autoironii, bardzo chętnie przedstawia siebie jako obiekt śmiechu – warunkiem jest zawsze dobra puenta. Okres dzieciństwa warszawskiego zamyka naturalnie, by zaraz przejść do pracy dziennikarza, a i do skamandryckich zabaw. Wprawdzie temat przyjaźni z Tuwimem został tu jedynie pobieżnie nakreślony, ale i tak przyniesie rozrywkę.
Antoni Słonimski we „Wspomnieniach warszawskich” zamienia się nie tyle w gawędziarza, co w inteligenta wcielającego się w gawędziarza: przybiera taką rolę, by uzasadnić lekki ton zwierzeń i stałe poszukiwanie żartu. Powagę płynącą ze świadomości pożegnania z tym światem bezustannie zagłusza rozrywką na wysokim poziomie. „Wspomnienia warszawskie” to maleńki fragment autobiografii, w dodatku ten najmniej z perspektywy badaczy literatury znaczący – a jednak zrealizowany mistrzowsko, opowiedziany tak, że już relacja sama w sobie jest sztuką i popisem humorystycznym. Kto dzisiaj sięgnie po Słonimskiego, może odkryć wartość tradycji, przekonać się, jak ważne w snuciu historii jest nastawienie na zakodowane na poziomie stylistycznym treści. Słonimski pozwoli się pośmiać z pomysłów rodziny i kolegów po fachu, zagwarantuje odbiorcom rozrywkę – a przy okazji zwróci uwagę na siłę rodzinnych więzi, przyzwyczajeń, które budują potem miłe wspomnienia. Chociaż to maleńki tomik, cieszy zawartością.
środa, 6 grudnia 2017
Marta Karwowska, Katarzyna Rygiel: Tarapaty
Agora, Warszawa 2017.
Konwencjonalne śledztwo
Dorosłym całkiem często wydaje się, że nie ma twórczości dla dzieci wolnej od detektywistyczno-przygodowego szukania skarbów. „Tarapaty” to tomik, który powstał na kanwie scenariusza filmowego – i jako adaptacja funkcjonuje trochę obok podstawowego nurtu lektur. Marta Karwowska i Katarzyna Rybiel starają się wzbogacić wydarzenia o kilka społecznych obserwacji, ale nie uprawiają literatury, bardziej – podsuwają odbiorcom tekst użytkowy, skrótowy i nastawiony na akcję oraz sensację. Ma to swoje zalety: z punktu widzenia dzieci ogólnie czytelniczemu wysiłkowi niechętnych – czyta się tę książkę całkiem szybko. Gorzej, że trudno się w nią zaangażować, uproszczenia pociągają za sobą pewne pułapki. Między innymi taką, że słabsze robią się portrety psychologiczne bohaterów, a w konsekwencji – mniej czytelne okazują się motywacje i wybory.
Olek nudzi się w wakacje i nic dziwnego, skoro za towarzysza ma tylko wiernego psa, Pulpeta. Prowadzi obserwacje, z których niewiele wynika. Do momentu, w którym do jego sąsiadki trafia Julka. Julka jest typową eurosierotą, chociaż to określenie w powieści nie padnie. Uczy się w szkole z internatem, a jej rodzice pracują za granicą. Już niedługo Julka ma się z nimi spotkać – przecież na pewno kupili jej bilet na samolot i czekają na nią. Ta nadzieja sprawia, że bohaterka dzielnie znosi docinki innych dzieci, złośliwości, ale i bezpośrednie przejawy agresji (kolejne kawałki gumy do żucia we włosach). Ale w wakacje tym razem Julka spędzi u surowej ciotki, za nowego przyjaciela mając Olka. Postacie są zatem dość typowe, a w każdym razie znane dzisiejszym odbiorcom z różnych literackich produkcji. Fabuła też nie zaskakuje. Ciotka Julki ma w domu mnóstwo cennych dokumentów, między innymi planów osiedla czy poszczególnych budynków. Te dokumenty pełnią tu rolę mapy skarbów – a i samego skarbu. Kiedy złodzieje odbiorą ciotce Julki najcenniejsze pamiątki po rodzicach, zostanie tylko jeden plan. Plan, o który walczą ze sobą różne grupy. Dzieci muszą poradzić sobie nie tylko z niebezpiecznymi tajemniczymi przestępcami – nawet z pozoru niegroźne starsze panie mogą czaić się na posiadaczy planu. Całe „Tarapaty” przebiegają właśnie tak: ktoś ściga, ktoś poszukuje, każdy próbuje przechytrzyć przeciwników. Pojawiają się bezpośrednio wygłaszane groźby i zakusy na plan, dzieci zostają zmuszone do wspólnego ryzykownego działania. Jednak adrenalina robi swoje – bohaterowie czasami się kłócą, a czasami wątpią we wzajemną przyjaźń, tracą do siebie zaufanie lub odbudowują je – w warstwie emocji dzieje się co najmniej tyle, co w akcji, ale autorki wprowadzają rozróżnienie między tymi płaszczyznami. Kiedy skupiają się na nadążaniu za akcją (tu wychodzi wada adaptacji: to nie kreowanie świata, ale próba doścignięcia i zreferowania tego, co się dzieje), pomijają aspekty psychologiczne. Kiedy omawiają stany ducha postaci – zajmują się dyskusjami czy przemyśleniami po konfliktach – tracą z oczu dzianie się.
„Tarapaty” to w dodatku tomik prosto napisany. Nastawienie na dynamikę sprawia, że autorki rezygnują z rozwijania literackiej strony tekstu, narrację traktują wyłącznie jako nośnik treści, a nie źródło przyjemności czytelników. To odbiera trochę uciechy ze śledzenia perypetii bohaterów – z drugiej strony za wadę można też uznać tendencyjność tak eksponowanej historii. Tom „Tarapaty” stanowić zatem może dodatek do filmu, sposób na przypominanie sobie upraszczanej kinowej historii – i jeszcze jedno spotkanie z bohaterami. Młodym odbiorcom taka lektura wystarczy jako namiastka opowieści – tym przyzwyczajonym do zamaszyście tworzonych narracji czegoś jednak zabraknie. „Tarapaty” to publikacja ściśle powiązana z innym medium, wiadomo, że nie ma przenosić uwagi na formę relacji – i należy po prostu o tym podczas lektury pamiętać.
Konwencjonalne śledztwo
Dorosłym całkiem często wydaje się, że nie ma twórczości dla dzieci wolnej od detektywistyczno-przygodowego szukania skarbów. „Tarapaty” to tomik, który powstał na kanwie scenariusza filmowego – i jako adaptacja funkcjonuje trochę obok podstawowego nurtu lektur. Marta Karwowska i Katarzyna Rybiel starają się wzbogacić wydarzenia o kilka społecznych obserwacji, ale nie uprawiają literatury, bardziej – podsuwają odbiorcom tekst użytkowy, skrótowy i nastawiony na akcję oraz sensację. Ma to swoje zalety: z punktu widzenia dzieci ogólnie czytelniczemu wysiłkowi niechętnych – czyta się tę książkę całkiem szybko. Gorzej, że trudno się w nią zaangażować, uproszczenia pociągają za sobą pewne pułapki. Między innymi taką, że słabsze robią się portrety psychologiczne bohaterów, a w konsekwencji – mniej czytelne okazują się motywacje i wybory.
Olek nudzi się w wakacje i nic dziwnego, skoro za towarzysza ma tylko wiernego psa, Pulpeta. Prowadzi obserwacje, z których niewiele wynika. Do momentu, w którym do jego sąsiadki trafia Julka. Julka jest typową eurosierotą, chociaż to określenie w powieści nie padnie. Uczy się w szkole z internatem, a jej rodzice pracują za granicą. Już niedługo Julka ma się z nimi spotkać – przecież na pewno kupili jej bilet na samolot i czekają na nią. Ta nadzieja sprawia, że bohaterka dzielnie znosi docinki innych dzieci, złośliwości, ale i bezpośrednie przejawy agresji (kolejne kawałki gumy do żucia we włosach). Ale w wakacje tym razem Julka spędzi u surowej ciotki, za nowego przyjaciela mając Olka. Postacie są zatem dość typowe, a w każdym razie znane dzisiejszym odbiorcom z różnych literackich produkcji. Fabuła też nie zaskakuje. Ciotka Julki ma w domu mnóstwo cennych dokumentów, między innymi planów osiedla czy poszczególnych budynków. Te dokumenty pełnią tu rolę mapy skarbów – a i samego skarbu. Kiedy złodzieje odbiorą ciotce Julki najcenniejsze pamiątki po rodzicach, zostanie tylko jeden plan. Plan, o który walczą ze sobą różne grupy. Dzieci muszą poradzić sobie nie tylko z niebezpiecznymi tajemniczymi przestępcami – nawet z pozoru niegroźne starsze panie mogą czaić się na posiadaczy planu. Całe „Tarapaty” przebiegają właśnie tak: ktoś ściga, ktoś poszukuje, każdy próbuje przechytrzyć przeciwników. Pojawiają się bezpośrednio wygłaszane groźby i zakusy na plan, dzieci zostają zmuszone do wspólnego ryzykownego działania. Jednak adrenalina robi swoje – bohaterowie czasami się kłócą, a czasami wątpią we wzajemną przyjaźń, tracą do siebie zaufanie lub odbudowują je – w warstwie emocji dzieje się co najmniej tyle, co w akcji, ale autorki wprowadzają rozróżnienie między tymi płaszczyznami. Kiedy skupiają się na nadążaniu za akcją (tu wychodzi wada adaptacji: to nie kreowanie świata, ale próba doścignięcia i zreferowania tego, co się dzieje), pomijają aspekty psychologiczne. Kiedy omawiają stany ducha postaci – zajmują się dyskusjami czy przemyśleniami po konfliktach – tracą z oczu dzianie się.
„Tarapaty” to w dodatku tomik prosto napisany. Nastawienie na dynamikę sprawia, że autorki rezygnują z rozwijania literackiej strony tekstu, narrację traktują wyłącznie jako nośnik treści, a nie źródło przyjemności czytelników. To odbiera trochę uciechy ze śledzenia perypetii bohaterów – z drugiej strony za wadę można też uznać tendencyjność tak eksponowanej historii. Tom „Tarapaty” stanowić zatem może dodatek do filmu, sposób na przypominanie sobie upraszczanej kinowej historii – i jeszcze jedno spotkanie z bohaterami. Młodym odbiorcom taka lektura wystarczy jako namiastka opowieści – tym przyzwyczajonym do zamaszyście tworzonych narracji czegoś jednak zabraknie. „Tarapaty” to publikacja ściśle powiązana z innym medium, wiadomo, że nie ma przenosić uwagi na formę relacji – i należy po prostu o tym podczas lektury pamiętać.
wtorek, 5 grudnia 2017
Ewa Zdunek: Wróżka mimo woli
W.A.B., Warszawa 2017.
Czary kryminalne
Tym, którzy do tej pory na powieści Ewy Zdunek o Emilii nie trafili, może być trochę trudno wstrzelić się w kontekst humorystyczno-ezoterycznego kryminału. Nawet nie dlatego, że jakieś wydarzenia z przeszłości rzutowałyby na rozumienie treści – ale autorka dość nonszalancko wprowadza imiona postaci znanych fanom, a nie rozwija tematu dla nowych odbiorców. Inna rzecz, że część z tych bohaterów w tle pozostanie i nie ma sensu zaprzątać sobie nimi myśli, a ci, którzy są ważni dla akcji, w końcu zaprezentują się sami.
Rodzina Emilii do zwyczajnych nie należy, podobnie jak jej otoczenie. Ojciec ma biznes polegający na połączeniu pralni i zakładu pogrzebowego. Pani Zosia nawiązuje kontakt z kosmosem, siostra Joanicja usiłuje zapanować nad kościelnym chórem „Ament”, w którym każdy chce śpiewać własnym głosem. Roksana wyjechała za nową miłością na antypody, a w pobliżu pojawia się Adam Diabeł. Sama Emilia właśnie porzuciła karierę wróżki ze względu na specyfikę problemów klientów. Ale w pobliżu dzieje się coraz więcej dziwnych rzeczy. Nie dość, że ginie nieboszczyk – dla uspokojenia rodziny (i ochrony przed skandalem) przydałoby się zastąpić go innymi zwłokami, to jeszcze Diabeł w mieszkaniu Roksany zaczyna urządzać seanse czarnej magii. Jurek na spacerze znajduje malutkiego psa z ogromnym męskim butem, a policjant prowadzący śledztwa w okolicy kompulsywnie nawija na palec nitkę, prując wszystko, co wpadnie mu w ręce.
„Wróżka mimo woli” Ewy Zdunek to obyczajówka o posmaku kryminału, którą dodatkowo urozmaica forma. Emilia prowadzi tutaj narrację albo jako krótkie dziennikowe zapiski, albo przez fragmenty maili wysyłanych do milczącej Roksany. Dzięki temu czytelnicy będą mieli pełny ogląd zwariowanej sytuacji, mimo że podzielony na drobne notatki. Takie rozwiązania formalne sprzyjają rozwijaniu dowcipu – Ewa Zdunek bardzo dba o to, by w książce było się z czego pośmiać. Najlepiej wychodzą jej drugoplanowe scenki rodzajowe, sytuacje, które nie katalizują opowieści, ale zapewniają koloryt lokalny. W samym kryminale czuje się autorka wyraźnie dużo słabiej, dość wspomnieć, że najważniejsze wskazówki bohaterka dostaje za jednym zamachem od właśnie zmarłej postaci – gdyby nie ten zabieg, niby wytłumaczony kreacją Emilii, a jednak zgrzytający w akcji, nikt by się niczego nie dowiedział. Chociaż kryminał napędza fabułę i pozwala na wszechobecny czarny humor, czegoś tu brakuje, w samej realizacji. Nie powinno się przeskakiwać kilku elementów układanki, choćby w trosce o zabawę czytelników.
We „Wróżce mimo woli” nic nie może być poważne czy przygnębiające. Bogata galeria postaci – dziwaków, oryginałów i tych, którzy nie boją się mieć własnego zdania – to powód sięgania po lekturę. Ewa Zdunek bawi się tematami, które zwykle w powieściach rozrywkowych ośmieszane nie są, ma zatem całkiem spore pole manewru. Doprowadza do tego, że czytelnicy nie wiedzą, czego się spodziewać po szalonych bohaterach, a wszystkie perypetie postaci opisuje bardzo zgrabnie. Tu panuje spory chaos w fabule, ale czynnikiem nadrzędnym jest śmiech. Ewie Zdunek udało się stworzyć lekką powieść zahaczającą o zaświaty i zjawiska nadprzyrodzone, ale zakorzenioną w tradycji czytadła dla pań.
Czary kryminalne
Tym, którzy do tej pory na powieści Ewy Zdunek o Emilii nie trafili, może być trochę trudno wstrzelić się w kontekst humorystyczno-ezoterycznego kryminału. Nawet nie dlatego, że jakieś wydarzenia z przeszłości rzutowałyby na rozumienie treści – ale autorka dość nonszalancko wprowadza imiona postaci znanych fanom, a nie rozwija tematu dla nowych odbiorców. Inna rzecz, że część z tych bohaterów w tle pozostanie i nie ma sensu zaprzątać sobie nimi myśli, a ci, którzy są ważni dla akcji, w końcu zaprezentują się sami.
Rodzina Emilii do zwyczajnych nie należy, podobnie jak jej otoczenie. Ojciec ma biznes polegający na połączeniu pralni i zakładu pogrzebowego. Pani Zosia nawiązuje kontakt z kosmosem, siostra Joanicja usiłuje zapanować nad kościelnym chórem „Ament”, w którym każdy chce śpiewać własnym głosem. Roksana wyjechała za nową miłością na antypody, a w pobliżu pojawia się Adam Diabeł. Sama Emilia właśnie porzuciła karierę wróżki ze względu na specyfikę problemów klientów. Ale w pobliżu dzieje się coraz więcej dziwnych rzeczy. Nie dość, że ginie nieboszczyk – dla uspokojenia rodziny (i ochrony przed skandalem) przydałoby się zastąpić go innymi zwłokami, to jeszcze Diabeł w mieszkaniu Roksany zaczyna urządzać seanse czarnej magii. Jurek na spacerze znajduje malutkiego psa z ogromnym męskim butem, a policjant prowadzący śledztwa w okolicy kompulsywnie nawija na palec nitkę, prując wszystko, co wpadnie mu w ręce.
„Wróżka mimo woli” Ewy Zdunek to obyczajówka o posmaku kryminału, którą dodatkowo urozmaica forma. Emilia prowadzi tutaj narrację albo jako krótkie dziennikowe zapiski, albo przez fragmenty maili wysyłanych do milczącej Roksany. Dzięki temu czytelnicy będą mieli pełny ogląd zwariowanej sytuacji, mimo że podzielony na drobne notatki. Takie rozwiązania formalne sprzyjają rozwijaniu dowcipu – Ewa Zdunek bardzo dba o to, by w książce było się z czego pośmiać. Najlepiej wychodzą jej drugoplanowe scenki rodzajowe, sytuacje, które nie katalizują opowieści, ale zapewniają koloryt lokalny. W samym kryminale czuje się autorka wyraźnie dużo słabiej, dość wspomnieć, że najważniejsze wskazówki bohaterka dostaje za jednym zamachem od właśnie zmarłej postaci – gdyby nie ten zabieg, niby wytłumaczony kreacją Emilii, a jednak zgrzytający w akcji, nikt by się niczego nie dowiedział. Chociaż kryminał napędza fabułę i pozwala na wszechobecny czarny humor, czegoś tu brakuje, w samej realizacji. Nie powinno się przeskakiwać kilku elementów układanki, choćby w trosce o zabawę czytelników.
We „Wróżce mimo woli” nic nie może być poważne czy przygnębiające. Bogata galeria postaci – dziwaków, oryginałów i tych, którzy nie boją się mieć własnego zdania – to powód sięgania po lekturę. Ewa Zdunek bawi się tematami, które zwykle w powieściach rozrywkowych ośmieszane nie są, ma zatem całkiem spore pole manewru. Doprowadza do tego, że czytelnicy nie wiedzą, czego się spodziewać po szalonych bohaterach, a wszystkie perypetie postaci opisuje bardzo zgrabnie. Tu panuje spory chaos w fabule, ale czynnikiem nadrzędnym jest śmiech. Ewie Zdunek udało się stworzyć lekką powieść zahaczającą o zaświaty i zjawiska nadprzyrodzone, ale zakorzenioną w tradycji czytadła dla pań.
poniedziałek, 4 grudnia 2017
John Green: Żółwie aż do końca
Bukowy Las, Wrocław 2017.
Bakterie
Holmesy, czyli Aza Holmes, to nastolatka, która nie potrafi odnaleźć się w zwyczajnym świecie. Ma spore problemy z własną psychiką, a jej podstawowym zmartwieniem jest to, że nosi w ciele całe mnóstwo bakterii, które mogą w każdej chwili przejąć nad nią kontrolę. Okalecza się – regularnie i od lat rozdrapuje ranę na palcu, by na nowo ją dezynfekować i opatrywać. Obsesyjnie boi się zakażenia. W jej podejściu nie pomaga terapia ani leki, które zresztą bohaterka rzadko zażywa. Zmiana mentalności, choć konieczna, jest przecież niemożliwa. Holmes w zasadzie nie ma przyjaciół, poza jedną Daisy, która jest bardzo wyrozumiała i cierpliwa. Tylko Daisy traktuje Holmes normalnie – a że to bohaterka charakterystyczna dla prozy Johna Greena, nada tempo fabule przez szaleństwa dozwolone nastolatkom.
To Daisy przynosi wiadomość o stu tysiącach dolarów nagrody dla tego, kto wskaże miejsce pobytu miliardera. Russell Pickett uciekł przed aresztowaniem i nikt nie wie, gdzie się ukrywa. Daisy zamierza rozwiązać tę zagadkę i wskazać policji trop. Dla niej to szansa na lepsze życie: jest biedna, wie, że nie stać jej na opłacenie czesnego na studia, zmęczyła się też już pracą w sieciowej restauracji. Pamięta również o jednym: Holmes znała syna owego miliardera. Postanawia więc wciągnąć przyjaciółkę w działania detektywistyczne. I tak w życie odludka Holmes wkracza Davis, rówieśnik, który – jak się okazuje – doskonale wie, kim jest Aza i często o niej myśli. To oczywisty początek romansu nastolatków, pierwszej miłości, która musi pokonać rozmaite przeszkody, w tym – lęk Azy przed zakażeniem. Bo trudno choćby trzymać się za ręce, nie mówiąc o zwykłym pocałunku, kiedy myśli się o koloniach bakterii przechodzących z ciała ukochanego.
John Green potrafi portretować nastolatki stojące przed olbrzymimi wyzwaniami, tym razem jednak trochę gubi go rodzaj rozmachu. Nie przekonuje czytelników co do zauroczenia Davisa Azą (a stąd przecież ma wziąć się cała miłosna historia), ani do pędu Daisy do wielkich pieniędzy kosztem skrzywdzenia kolegi. Owszem, stopniowo ujawnia różne motywacje postaci i przez zagłębianie się w ich życiorysy naświetla część emocji – ale jest tego za mało, żeby uzasadnić cierpliwość. Davis jest tu chłopakiem idealnym: do niczego nie zmusza, imponuje delikatnością i wyrozumiałością, chociaż sam ma poważne problemy (brak rodziców oznacza, że musi zająć się młodszym bratem). Ta miłość może być wzruszająca dla nastoletnich idealistek, ale nie do końca wyjaśniona. Siłą „Żółwi aż do końca” staje się jak zwykle dobra narracja, pomysłowość w dziedzinie wykorzystywania nieogranych jeszcze symboli. Trudno jednak byłoby uznać tę książkę za lepszą niż „Gwiazd naszych wina” czy choćby „Szukając Alaski. Mniej tu beztroskiej młodości jako pretekstu do łamania reguł, a wcześnie bohaterowie muszą wydorośleć (a tego autor nie praktykował nawet w obliczu śmierci samych nastolatków). Podąża się za postaciami bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości, nawet refrenowo powracający palec Azy nie zagwarantuje uzasadnienia dla jej wewnętrznych dziwactw. U Greena każdy ma prawo do normalnego życia i do wielkich uczuć – „Żółwie aż do końca” są skonstruowane na tej właśnie zasadzie, tyle tylko, że rozwiązania wydają się tu krótkowzroczne. Przez dystans do postaci John Green nie może wzruszać tak bardzo, jak by chciał.
Bakterie
Holmesy, czyli Aza Holmes, to nastolatka, która nie potrafi odnaleźć się w zwyczajnym świecie. Ma spore problemy z własną psychiką, a jej podstawowym zmartwieniem jest to, że nosi w ciele całe mnóstwo bakterii, które mogą w każdej chwili przejąć nad nią kontrolę. Okalecza się – regularnie i od lat rozdrapuje ranę na palcu, by na nowo ją dezynfekować i opatrywać. Obsesyjnie boi się zakażenia. W jej podejściu nie pomaga terapia ani leki, które zresztą bohaterka rzadko zażywa. Zmiana mentalności, choć konieczna, jest przecież niemożliwa. Holmes w zasadzie nie ma przyjaciół, poza jedną Daisy, która jest bardzo wyrozumiała i cierpliwa. Tylko Daisy traktuje Holmes normalnie – a że to bohaterka charakterystyczna dla prozy Johna Greena, nada tempo fabule przez szaleństwa dozwolone nastolatkom.
To Daisy przynosi wiadomość o stu tysiącach dolarów nagrody dla tego, kto wskaże miejsce pobytu miliardera. Russell Pickett uciekł przed aresztowaniem i nikt nie wie, gdzie się ukrywa. Daisy zamierza rozwiązać tę zagadkę i wskazać policji trop. Dla niej to szansa na lepsze życie: jest biedna, wie, że nie stać jej na opłacenie czesnego na studia, zmęczyła się też już pracą w sieciowej restauracji. Pamięta również o jednym: Holmes znała syna owego miliardera. Postanawia więc wciągnąć przyjaciółkę w działania detektywistyczne. I tak w życie odludka Holmes wkracza Davis, rówieśnik, który – jak się okazuje – doskonale wie, kim jest Aza i często o niej myśli. To oczywisty początek romansu nastolatków, pierwszej miłości, która musi pokonać rozmaite przeszkody, w tym – lęk Azy przed zakażeniem. Bo trudno choćby trzymać się za ręce, nie mówiąc o zwykłym pocałunku, kiedy myśli się o koloniach bakterii przechodzących z ciała ukochanego.
John Green potrafi portretować nastolatki stojące przed olbrzymimi wyzwaniami, tym razem jednak trochę gubi go rodzaj rozmachu. Nie przekonuje czytelników co do zauroczenia Davisa Azą (a stąd przecież ma wziąć się cała miłosna historia), ani do pędu Daisy do wielkich pieniędzy kosztem skrzywdzenia kolegi. Owszem, stopniowo ujawnia różne motywacje postaci i przez zagłębianie się w ich życiorysy naświetla część emocji – ale jest tego za mało, żeby uzasadnić cierpliwość. Davis jest tu chłopakiem idealnym: do niczego nie zmusza, imponuje delikatnością i wyrozumiałością, chociaż sam ma poważne problemy (brak rodziców oznacza, że musi zająć się młodszym bratem). Ta miłość może być wzruszająca dla nastoletnich idealistek, ale nie do końca wyjaśniona. Siłą „Żółwi aż do końca” staje się jak zwykle dobra narracja, pomysłowość w dziedzinie wykorzystywania nieogranych jeszcze symboli. Trudno jednak byłoby uznać tę książkę za lepszą niż „Gwiazd naszych wina” czy choćby „Szukając Alaski. Mniej tu beztroskiej młodości jako pretekstu do łamania reguł, a wcześnie bohaterowie muszą wydorośleć (a tego autor nie praktykował nawet w obliczu śmierci samych nastolatków). Podąża się za postaciami bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości, nawet refrenowo powracający palec Azy nie zagwarantuje uzasadnienia dla jej wewnętrznych dziwactw. U Greena każdy ma prawo do normalnego życia i do wielkich uczuć – „Żółwie aż do końca” są skonstruowane na tej właśnie zasadzie, tyle tylko, że rozwiązania wydają się tu krótkowzroczne. Przez dystans do postaci John Green nie może wzruszać tak bardzo, jak by chciał.
niedziela, 3 grudnia 2017
Irena Jarocka: Nie wrócą te lata. Autobiografia i listy do męża. Oprac. Mariola Pryzwan
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Muzyczne zwierzenie
We wspomnieniach bliskich Irena Jarocka wypadała bardzo tendencyjnie, wydawało się wręcz, że wszyscy posługują się tym samym schematem postrzegania piosenkarki. Nic dziwnego, że tom pozostawił spory niedosyt. W książce „Nie wrócą te lata” Irena Jarocka przedstawia się sama – za sprawą wspomnień (traktowanych jako autobiografia) i listów do drugiego męża. To dodatek do ewentualnych biografii, bo zestaw faktów czytelnicy otrzymają za sprawą kalendarium na końcu książki. Sama artystka niespecjalnie odróżnia sprawy ważne od nieistotnych, skupia się na tym, co biografowie pominęliby milczeniem. Próbuje jednak rzetelnie wypełniać gatunkowe szablony i prowadzi chronologiczną relację dotyczącą pracy i życia. Zaczyna standardowo, od dzieciństwa i szkoły, ale już na tym etapie opowieści eksponuje własne zagubienie czy dystans do innych ludzi. Zwraca raczej uwagę na cenne lekcje i doświadczenia, które wryły się w pamięć za sprawą uroczystej atmosfery niż na codzienność. Akcentuje problemy, choćby z przyswajaniem materiału w szkole – ale ceni sobie zrozumienie nauczycielek. Nie ma w tej relacji gloryfikowania dzieciństwa i młodości, autorka tomu próbuje dość szybko przebrnąć przez obowiązkową część autoprezentacji, by przejść natychmiast do spraw dla niej dużo ciekawszych. A tymi sprawami są rodzina i kariera. O ile związku z pierwszym mężem Jarocka nie komentuje zbyt wylewnie, o tyle historii drugiej miłości przygląda się uważnie i z sentymentem. Dokładnie zajmuje się również tematem macierzyństwa – sporo miejsca poświęca córce i próbom pogodzenia kariery z wychowywaniem dziecka. Sama w sobie dostrzega bezwarunkową miłość i popełniane z jej powodu błędy wychowawcze – ale znajduje na to usprawiedliwienie. Zasadniczą część zwierzeń Ireny Jarockiej zajmują natomiast sprawy zawodowe: koncerty, trasy, wyjazdy zagraniczne, znajomości artystyczne. Autorka potrafi długo rozwodzić się nad niepowodzeniami – odnotowuje sytuacje, w których zawiedli agenci, musiała nocować w nieodpowiednich hotelach, mierzyć się z fatalnymi warunkami w garderobach czy cierpieć z powodu złej techniki. Radość dawali jej fani, ale też nie zawsze – znajdowali się bowiem i tacy, którzy swoimi zachowaniami budzili strach. Irena Jarocka łatwiej wspomina wszelkie niedociągnięcia niż radości, ale stara się unikać tonu skargi – bardziej rejestruje, z jakimi problemami się mierzyła (a o jakich publiczność nie miała pojęcia).
Drugą, mniejszą część książki zajmują listy do Michała Sobolewskiego, oczywiste i bezustanne zapewnienia o miłości i tęsknocie, wyrazy troski i głębokiego zaangażowania w związek. Zastanawia, dlaczego nie ma tu odpowiedzi – jednostronna korespondencja nie stanowi uzupełnienia memuarów, a ciekawostkę z dziedziny epistolografii. Dużo więcej niż z czułych zapewnień o miłości dowiedzieć się można z bogatego materiału graficznego. Książkę zdobią zdjęcia z rodzinnych albumów oraz profesjonalnych sesji fotograficznych, przedruki okładek i fragmentów artykułów (również z prasy obcojęzycznej). To wszystko stanowi ważne dopełnienie zwierzeń artystki, umożliwia zagłębienie się w jej świat. Tom „Nie wrócą te lata” opracowała Mariola Pryzwan, która dała się już poznać między innymi jako redaktorka wielu zbiorów wspomnień. Tym razem daje odbiorcom szansę przypomnienia sobie sylwetki Ireny Jarockiej, ale dzięki jej zapiskom i listom zyskuje opowieść bardzo osobistą.
Muzyczne zwierzenie
We wspomnieniach bliskich Irena Jarocka wypadała bardzo tendencyjnie, wydawało się wręcz, że wszyscy posługują się tym samym schematem postrzegania piosenkarki. Nic dziwnego, że tom pozostawił spory niedosyt. W książce „Nie wrócą te lata” Irena Jarocka przedstawia się sama – za sprawą wspomnień (traktowanych jako autobiografia) i listów do drugiego męża. To dodatek do ewentualnych biografii, bo zestaw faktów czytelnicy otrzymają za sprawą kalendarium na końcu książki. Sama artystka niespecjalnie odróżnia sprawy ważne od nieistotnych, skupia się na tym, co biografowie pominęliby milczeniem. Próbuje jednak rzetelnie wypełniać gatunkowe szablony i prowadzi chronologiczną relację dotyczącą pracy i życia. Zaczyna standardowo, od dzieciństwa i szkoły, ale już na tym etapie opowieści eksponuje własne zagubienie czy dystans do innych ludzi. Zwraca raczej uwagę na cenne lekcje i doświadczenia, które wryły się w pamięć za sprawą uroczystej atmosfery niż na codzienność. Akcentuje problemy, choćby z przyswajaniem materiału w szkole – ale ceni sobie zrozumienie nauczycielek. Nie ma w tej relacji gloryfikowania dzieciństwa i młodości, autorka tomu próbuje dość szybko przebrnąć przez obowiązkową część autoprezentacji, by przejść natychmiast do spraw dla niej dużo ciekawszych. A tymi sprawami są rodzina i kariera. O ile związku z pierwszym mężem Jarocka nie komentuje zbyt wylewnie, o tyle historii drugiej miłości przygląda się uważnie i z sentymentem. Dokładnie zajmuje się również tematem macierzyństwa – sporo miejsca poświęca córce i próbom pogodzenia kariery z wychowywaniem dziecka. Sama w sobie dostrzega bezwarunkową miłość i popełniane z jej powodu błędy wychowawcze – ale znajduje na to usprawiedliwienie. Zasadniczą część zwierzeń Ireny Jarockiej zajmują natomiast sprawy zawodowe: koncerty, trasy, wyjazdy zagraniczne, znajomości artystyczne. Autorka potrafi długo rozwodzić się nad niepowodzeniami – odnotowuje sytuacje, w których zawiedli agenci, musiała nocować w nieodpowiednich hotelach, mierzyć się z fatalnymi warunkami w garderobach czy cierpieć z powodu złej techniki. Radość dawali jej fani, ale też nie zawsze – znajdowali się bowiem i tacy, którzy swoimi zachowaniami budzili strach. Irena Jarocka łatwiej wspomina wszelkie niedociągnięcia niż radości, ale stara się unikać tonu skargi – bardziej rejestruje, z jakimi problemami się mierzyła (a o jakich publiczność nie miała pojęcia).
Drugą, mniejszą część książki zajmują listy do Michała Sobolewskiego, oczywiste i bezustanne zapewnienia o miłości i tęsknocie, wyrazy troski i głębokiego zaangażowania w związek. Zastanawia, dlaczego nie ma tu odpowiedzi – jednostronna korespondencja nie stanowi uzupełnienia memuarów, a ciekawostkę z dziedziny epistolografii. Dużo więcej niż z czułych zapewnień o miłości dowiedzieć się można z bogatego materiału graficznego. Książkę zdobią zdjęcia z rodzinnych albumów oraz profesjonalnych sesji fotograficznych, przedruki okładek i fragmentów artykułów (również z prasy obcojęzycznej). To wszystko stanowi ważne dopełnienie zwierzeń artystki, umożliwia zagłębienie się w jej świat. Tom „Nie wrócą te lata” opracowała Mariola Pryzwan, która dała się już poznać między innymi jako redaktorka wielu zbiorów wspomnień. Tym razem daje odbiorcom szansę przypomnienia sobie sylwetki Ireny Jarockiej, ale dzięki jej zapiskom i listom zyskuje opowieść bardzo osobistą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






