* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 9 marca 2017

Gill Hasson: Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi

PWN, Warszawa 2017.

Agresja i bierność

Krótko i rzeczowo. Gill Hasson nie zamierza w nieskończoność rozpamiętywać problemu trudnych ludzi w najbliższym otoczeniu. Wypracowuje jeden asertywny model działania i kilka reakcji do natychmiastowego zastosowania – a następnie przekonuje odbiorców do wcielenia w życie pomysłu. Malutką książkę „Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi” dzieli na dwie części. Pierwsza jest bardziej teoretyczna – autorka omawia tutaj prawdopodobne reakcje na toksycznych domowników czy współpracowników, a nawet przyjaciół (objaśnia odbiorcom ich uczucia, a nawet usprawiedliwia niektóre, często spotykane, postawy). Powoli zdobywa zaufanie tych, którzy stracili już nadzieję na poprawę sytuacji, rozwiewa wątpliwości w kwestii ewentualnego porozumienia lub skutecznych sugestii. Tłumaczy mechanizmy obronne, by stopniowo zmieniać nastawienie czytelników. Najważniejsze, by przejęli oni kontrolę nad sytuacją i uświadomili sobie, co mogą – i co powinni zrobić, żeby zminimalizować problem (i własny stres).

W pierwszej części Hasson stopniowo wprowadza kolejne kroki, przekonując czytelników, że nie oni są źródłem problemu. Uczy ich zasad komunikacji i precyzowania oczekiwań tak, by nie zostały odebrane jako atak, uczy też prowadzenia dyskusji i podsumowywania zasłyszanych treści. Doprowadza aż do etapu negocjacji – i to znak, że czas przejść do części praktycznej. Teoria w wykonaniu Gill Hasson to nie tylko przydatne sformułowania i definicje. Autorka przytacza kilka modelowych przykładów, które mają uprzytomnić czytelnikom skalę problemu i sprecyzować obecność trudnych ludzi w najbliższym otoczeniu. Wprowadza drobne testy psychologiczne, by czytelnikom łatwiej się było określić. Co ciekawe, adresat książki pozostaje bez winy – trudni ludzie to zawsze „inni”, jakby świat dało się dzielić wyłącznie na czerń i biel. To uogólnienie stara się Hasson trochę złagodzić, kiedy przypomina, że trudni ludzie to ci, którzy są trudni wobec kogoś w jego (tego kogoś) subiektywnej ocenie.

Część praktyczna to już powtarzanie wprowadzonych schematów, ale w wygodnym do zastosowania skrócie. Autorka przytacza scenkę „z życia”, dopasowując ją do odpowiedniego schematu. Przedstawicielem bezpośredniej wrogości może być agresywny zwierzchnik albo klient, nastolatek albo kierowca. Pośrednia wrogość spotyka często ze strony nieszczerego współpracownika, tego, kto mnoży trudności i torpeduje plany innych, nie proponując nic w zamian, ale i – dziecko. Rozpatruje w ten sposób osoby bierne, a i osoby niemożliwe – te, od których obecności trzeba się uwolnić. Stosuje tu wygodny schemat, przykład w ramkach, wyszczególnione kolejne punkty działania, podpunkty i ich krótki, przeważnie jednoakapitowy, opis wyjaśniający zasadę schematu. Dzięki temu Gill Hasson nie pozostawia wątpliwości co do reakcji i przy okazji pokazuje też czytelnikom, kiedy mogą czuć się współodpowiedzialni za problemy z trudnymi ludźmi. Dba jednak o dobre samopoczucie odbiorców i przeważnie próbuje ich przekonać, że nie z własnej winy stykają się z agresją czy biernością.

„Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi” to książeczka utrzymana w formie poradnika do szybkiego stosowania w praktyce. Autorka nie zagłębia się zbytnio w tematy psychologiczne, stawia na jednoznaczności i proponuje mechanizmy kontrujące niepożądane zachowania u innych. Jest to książka, która znajdzie uznanie między innymi wśród pracowników korporacji, którzy w pewnych okolicznościach muszą się posługiwać odpowiednimi gładkimi formułkami – ale z pewnością nie rozwiąże wszystkich problemów odbiorców, choćby z tego powodu, że przedstawiane przez autorkę sytuacje w zwyczajnym życiu mają więcej odcieni, rozszerza się więc i pole interpretacji.

środa, 8 marca 2017

Rachel Swaby: Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat

Agora, Warszawa 2017.

Walka płci

Kiedy myśli się o kobietach-uczonych, pierwsze skojarzenie to Maria Skłodowska-Curie. Często zresztą na niej się kończy. Rachel Swaby postanowiła zmienić to podejście i przywrócić zbiorowej świadomości cały szereg kobiet, których odkrycia w dziedzinie nauk ścisłych zrewolucjonizowały naukę. „Upór i przekora” to książka zawierająca 52 szkice o uczonych – odważnych badaczkach, eksperymentatorkach, wynalazczyniach czy geniuszach. O kobietach, które musiały walczyć o swoją pozycję (lub wręcz o możliwość prowadzenia badań) i o uznanie w świecie, który faworyzował mężczyzn. Swaby celowo pomija sylwetkę Skłodowskiej-Curie – po pierwsze – bo ta postać przypominania nie potrzebuje i istnieje już w całej masie opracowań oraz popularnonaukowych publikacji, a po drugie – bo jako drugoplanowa badaczka i tak w paru miejscach się pojawi. Wydaje się też, że niezależnie od wyjaśnień autorki podstawowe informacje, które o Skłodowskiej-Curie należałoby przekazać, rozsadziłyby ramy szkicu.

Autorka proponuje plan minimum, lekturę jednego szkicu na tydzień. To wersja dla najbardziej rozleniwionych czytelników, każdy artykuł ma bowiem zaledwie kilka stron i nie jest napisany hermetycznym językiem. Autorka unika też wprowadzania pełnych biografii czy danych encyklopedycznych – nie interesuje jej data urodzenia, kwestia domu rodzinnego i dzieciństwa bohaterki liczy się o tyle, o ile miała znaczący wpływ na życiowe wybory. Najczęściej po bardzo pobieżnej charakterystyce Swaby przeskakuje po prostu do okoliczności odkryć – albo do specyfiki pracy, tak, żeby pokazać czytelnikom, na czym polegała wartość danej uczonej. Jeśli badaczka mierzyła się z wyzwaniami płynącymi z uprzedzeń społecznych – zostanie to zaakcentowane, podobnie jak wtedy, gdy eksperymenty i doświadczenia wpływały długofalowo na zdrowie bohaterki szkicu. Rachel Swaby z chęcią przedstawia kobiety, które dla nauki były stanie wiele poświęcić – ale nie traktuje ich jak męczennic, podkreśla za to pasję katalizującą działania i cenną jako wskazówka dla odbiorców. Wynajduje ciekawostki dotyczące życia prywatnego – bez otoczki skandalu, przynajmniej dla dzisiejszych czytelników – i stara się opisywać uczone niezbyt pomnikowo, za to atrakcyjnie z dzisiejszej perspektywy.

W tak ograniczonej formie nie można zagłębiać się w specyfikę odkryć, zwłaszcza że wiele z nich wymagałoby długich wyjaśnień i umiejętności przekładania dokonań na język zrozumiały dla masowego odbiorcy. Swaby nakreśla zatem raczej wybrane motywy, tłumaczy, co było w nich nowe i istotne dla rozwoju nauki, ale nie zatrzymuje się na dłużej nad pracami badawczymi. Z jednej strony przywraca uczone świadomości, z drugiej – nieco je bagatelizuje, tworząc szkice do czytania przy kawie. Inna rzecz, że dzięki takiemu rozwiązaniu dotrze do szerszej publiczności, więc i zrealizuje swój cel. „Upór i przekora” dzieli się na kilka tematycznych części (medycyna, biologia, genetyka, fizyka, astronomia, matematyka, wynalazczość), a dodatkowo przy nazwisku każdej uczonej pojawia się – obok narodowości – doprecyzowanie obszaru badań. W ten sposób czytelnicy zyskują też osobną nawigację, chociaż akurat książkę Swaby czyta się lekko, więc każdy z ciekawości zajrzy do kolejnych artykułów i przekona się, jak wiele udało się osiągnąć kobietom w czasach, gdy nie były dobrze widziane w świecie nauki. Rachel Swaby nie stosuje żargonu feministycznego (jeśli nie liczyć faktu, że wszystkie zawody określa formami żeńskimi) – dlatego dziwi, że „patronat” na okładce został zamieniony na… „matronat” – właściwie nie wiadomo, w jakim naprawdę celu, bo kompletnie nie pasuje to do stylistyki książki.

wtorek, 7 marca 2017

Sébastien Telleschi: W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Świętość

Królików jest mnóstwo, a Niebieska Marchewka to dla nich przedmiot niemal święty (zresztą to określenie w tomiku nieraz się powtarza). Całe stada na przestrzeni wieków z ogromnym poświęceniem udają się na poszukiwania zaginionego artefaktu, nie wiedząc, że ten czasem znajduje się na wyciągnięcie łapki. W starożytności króliki budują piramidy (trójkątne jamy) i chodzą regularnie do cyrku (najwyraźniej nieco uwspółcześnionego, skoro mimo walk gladiatorów traktują to jak wytchnienie), później udają się na wyprawy w celu odkrywania nowych lądów, budują skomplikowane maszyny, szykują się na wojnę, a nawet lecą w kosmos. Właściwie to króliki robią to samo, co ludzie na przestrzeni wieków i w różnych kulturach. Przyświeca im jeden cel: znalezienie niebieskiej marchewki. Cała reszta to tylko dodatek. Królikom towarzyszą myszy – te doskonale wiedzą, że marchewka o niezwykłym kolorze istnieje – ale nie podzielą się tą wiadomością z nikim, bo kto traktowałby poważnie myszy.

Króliki zapewniają więc odbiorcom tomu „W poszukiwaniu niebieskiej marchewki” szaloną podróż satyryczną przez wieki i dokonania (chlubne i niechlubne) człowieka. W prehistorii ogień odkrywa jeden z bohaterów (króliczych), pocierając o siebie dwie marchewki. W grobowcach faraonów znajdują się królikomumie, które tylko czekają na dogodny moment, żeby uciec. Są tu mozaiki na chwałę marchewki, wyprawy krzyżowe, karawela „Santa Marchewka”, Ziemia ma kształt zaokrąglonej marchewki. Na Dzikim Zachodzie króliki bawią się w Zindian i kowbojów. Przy pierwszej wojnie światowej (sygnalizowanej w strojach i rodzajach broni, nie w tekście) dochodzą do wniosku, że wojna to nie zabawa. Sébastien Telleschi motyw królików i świętej niebieskiej marchewki wiele razy doprowadza do absurdu, żeby dzieci mogły na niego spojrzeć z nowej perspektywy. Jest w tym oczywiście i zabawa, nadrzędna dla maluchów, które dopiero po pewnym czasie odkryją grę z historią.

Owa zabawa to wyszukiwanka. Telleschi tworzy książkę imponującą formatem – czasami ilustracje zajmują tu całe rozkładówki. W natłoku maleńkich detali – w tym marchewek i myszy – znajduje się przedmiot, który trzeba znaleźć. Nigdy na widoku, więc odkrycie go zająć może długą chwilę. Autor idzie śladem modnych ostatnio wyszukiwanek o dużym stopniu trudności, ale swoją przygodę ubiera też w narracyjną opowieść. Nazwy własne przystosowuje do świata królików, dostarczając rozrywki dorosłym, ale pokazując też potęgę wyobraźni dzieciom. Wprowadza całe opisy sytuacji w konkretnych epokach i kiedy trzeba – filozoficznie poucza. Opisy mają tu przynosić śmiech i zachęcać do wytrwałości w poszukiwaniach. Niezależnie jednak od nich, dzieci będą mogły snuć własne narracje, komentując to, co dzieje się na skomplikowanych rysunkach. A to rozśmieszą odbiorców królicze uszy wystające niespodziewanie z okna, a to praca myszy zajętych stosami marchewek. Zawsze znajdzie się coś do opowiedzenia czy pokazania innym, a warto przy tym pamiętać, że olbrzymie rysunki wymuszają też zwiększoną koncentrację. Autor nie stosuje konturów, a komputerowe grafiki pełne są gry cieniami. Nie wprowadza też ograniczeń kolorystycznych. Z każdą stroną zmienia króliczy świat, a tym będzie mógł intrygować maluchy. Poza poszukiwaniem niebieskiej marchewki dzieci otrzymają jeszcze jedno zadanie. Ostatnia rozkładówka to prezentacja wybranych króliczych i niekróliczych bohaterów z kart tej książki. Komiczne metryki nakazują ręcz cofnięcie się do przejrzanych już obrazków i dokładne sprawdzenie, która postać pojawia się w konkretnym punkcie opowieści – i co tam robi. W ten sposób Telleschi jednocześnie wykorzystuje i odświeża motyw znany z tego typu publikacji, proponuje własną wersję wyszukankowego picture booka i zachęca maluchy do kreatywnego korzystania z publikacji.

poniedziałek, 6 marca 2017

Catherine Ripley: Dlaczego? Księga najlepszych pytań i odpowiedzi na temat nauki, przyrody i świata

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Wyjaśnienia

Dorośli nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak wiele ciekawych zagadnień skrywają miejsca, w których bywa się często. Łazienka, kuchnia i supermarkety, podwórko czy łóżko obfitują w zagadki i dziwne zjawiska. Ale trzeba być kilkulatkiem, żeby umieć je zauważyć. Catherine Ripley zbiera najczęstsze pytania i wątpliwości dzieci, tworząc książkę „Dlaczego?”. Tłumaczy w niej – w krótkich i prostych zdaniach – jak działają konkretne mechanizmy (a czasem – kiedy nie działają) i objaśnia maluchom świat. Zastępuje w tym zmęczonych czasami rodziców, a bywa też, że wskazuje małym odbiorcom nowe przestrzenie do odkrywania i obserwowania.

Pozostaje autorka w kręgu najbliższym czytelnikom, a tomik dzieli na kolejne miejsca. W każdym znajduje dwanaście (na ogół) zdziwień – i dodatkowo zestaw kilku ciekawostek również wartych zauważenia. Tytuły rozdziałów formułuje jak pytania od dzieci, a zajmuje się kwestiami, które dorosłych w ogóle nie zaintrygują – na przykład, dlaczego mydło jest śliskie, dlaczego ręczniki rano są suche i czy drzwi w supermarkecie otwierają się w magiczny sposób. Nie zabraknie pytań bardziej sprawiających trudności dorosłym – dlaczego niebo jest niebieskie i dlaczego śpiący ptak nie spada z drzewa – ale wszystkie płyną bezpośrednio z prostych obserwacji. Nawet jeśli dziecko nie zwróciło uwagi na motyw wskazany przez Ripley, bez trudu może go zaobserwować w dowolnym momencie.

Catherine Ripley nie chce małych odbiorców zanudzać, za to pozwala im jak najdłużej trwać w dziecięcym zachwycie. Na pytanie „dlaczego” rozpoczynające większość zagadek odpowiada zwięźle i rzeczowo, ale nie wdaje się w skomplikowane naukowe wywody choćby z dziedziny fizyki. Bywa, że stosuje niemal bajkowe przenośnie (jabłka, które posnęły w magazynach, a zimą w sklepie budzą się świeże i chrupiące). Do wyjaśnień dodaje ekspresję przez wstawianie dodatkowych samogłosek (powoooli) czy onomatopei – co powinno zaangażować maluchy w opowieści. Wytłumaczenia są krótkie i rzeczowe, a także na tyle ogólnie, żeby dzieci nie zniechęciły się hermetycznym stylem czy nadmiernymi komplikacjami. To idealne odpowiedzi dla kilkulatków – nie wprowadzają w temat przesadnie, zaspokajają za to pierwszą ciekawość. Są na tyle szybkie, by chcieć przechodzić do kolejnych odkryć – mogą też nauczyć maluchy uważniejszego obserwowania otoczenia i szukania własnych pytań.

„Dlaczego” to książka (w podtytule – nawet słusznie – „księga”) o dużej objętości, niewspółmiernej do treści czy zawartości tekstowej. Ma na to wpływ duży druk (tomik dzieci mogą czytać samodzielnie), ale i mnóstwo obrazków. Scot Ritchie zamienia tę publikację w picture booka, tworząc rysunki komiksowe (i pasujące do cyklu Historyjki dla ciekawskich dzieci). Stawia na humor i na dziecięce postrzeganie świata – każdy temat sygnalizowany jest przez osobną rodzinną scenkę. Ilustracje mają w części charakter informacyjny – pojawiają się na nich rozmaite przekroje z odpowiednimi objaśnieniami – a w drugiej części – rozśmieszający. Stąd biorą się między innymi bakterie czy tosty o zaskoczonych minach. Scot Ritchie lepszy jest w małych szkicowych ilustracjach, ale tu musi często zapełniać całe rozkładówki – nie mnoży wtedy szczegółów, a po prostu powiększa bohaterów. To rozwiązanie ma tu swoje uzasadnienie, skoro tomik przeznaczony jest dla maluchów.

„Dlaczego”to jedna z wielu dostępnych obecnie na rynku publikacji edukacyjnych dla najmłodszych. Wyróżnia ją upraszczanie i skracanie wyjaśnień, które można by snuć na wielu stronach – tu sprowadzane są do pojedynczych akapitów – i nastawienie nie tylko na zjawiska z dziedziny fizyki, ale i na zasady działania przedmiotów znanych każdemu maluchowi.

niedziela, 5 marca 2017

Agnieszka Osiecka: Najpiękniejsze wiersze i piosenki

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Miłość

Kolejna publikacja w bibliofilskiej (z wyglądu i z założenia) serii – i kolejna, przy której nie da się zwyczajnie prowadzić lektury, żeby nie zacząć śpiewać czy choćby nucić. „Agnieszka Osiecka. Najpiękniejsze wiersze i piosenki” to nie tylko obszerny wybór utworów, które inspirują kompozytorów i zaliczają się już do klasyki literatury. To również najpiękniejsze wyznania miłości – i być może dlatego ten tom ma czerwoną okładkę.

Wiersze zestawione w tej publikacji są pozbawione datowania i przypisów, ale poukładane chronologicznie za sprawą podawania tomików – miejsc pierwodruku. Z rzadka pojawiają się alternatywne wersje tekstów (jak przy „Okularnikach”, ale bez całej anegdotycznej opowieści o ingerencji cenzury). Nie ma też zmian wprowadzanych na potrzeby muzyki (ani odnośników do twórców, chociaż chętni bez trudu znajdą sobie śpiewane wersje). „Najpiękniejsze wiersze i piosenki” to publikacja, która zapewnia przegląd kreatywnych wyznań miłości i opowieści o miłości. Osiecka bawi się tu rolami – bywa zakochanym podlotkiem, kobietą po przejściach, femme fatale, tą zdradzaną i tą zdradzającą, co nie przeszkadza jej kolejnym razem wcielić się w amanta czy dżentelmena rodem z niewieścich snów. Akcentuje specyfikę polskiej miłości, bawi się potencjałem rymotwórczym tkwiącym w imionach, żeby skonkretyzować postacie. Zresztą do tego ostatniego służą jej też literackie adresy, nazwy miejscowości, które nie wyróżniają się niczym poza tym, że stały się tłem literackiego wyimaginowanego romansu, zauroczenia lub cierpienia z powodu złamanego serca. Agnieszka Osiecka szuka możliwości mówienia o sercowych perypetiach. Raz bawi się tematem i sugeruje, że potraktowana żartobliwie miłość nie przynosi smutków, stawia na niewinny flirt, raz – pod wymyślnymi figurami retorycznymi skrywa niemal kamasutrę. Miłość uświęca albo przeklina, tworzy wyznania kierowane do obiektu westchnień, albo intymne zwierzenia, których adresat już nie przeczyta – jako niezainteresowany. Pokazuje, jak wiele różnych odcieni może mieć uczucie. W wierszach adoruje lub odpycha, błaga o miłość lub się jej wyrzeka. Tak się składa, że „Najpiękniejsze wiersze i piosenki” w tym wypadku zostały stematyzowane, przez co jeszcze dokładniej można się przyjrzeć warsztatowi literackiemu, wyobraźni i wrażliwości Agnieszki Osieckiej. Owszem, za rozmaitymi tekstami kryją się prawdziwe uczucia – ale tego dowiedzą się czytelnicy biografii i opracowań. Tu obcować mogą po prostu z wyznaniami miłości w najlepszym gatunku. U Agnieszki Osieckiej uderza trafność spostrzeżeń, umiejętność sterowania emocjami czytelników. Tomik przyniesie więc sporo zachwytów i odkryć, szereg wzruszeń, ale i dowcipów. Bo w tej literaturze nie ma mowy o banałach. Osiecka imponuje umiejętnością oceniania charakterów, a i snucia historii poszczególnych par. Chociaż pokazuje maleńki wycinek relacji, jest w tym bardzo przekonująca.

„Najpiękniejsze wiersze i piosenki” to książka, wbrew pozorom, nie tylko dla romantyków. Osiecka w uczuciach jest wyjątkowo precyzyjna, nie pozostawia złudnych nadziei. Za to rozwija wrażliwość, przypomina, jak unikać wyświechtanych zwrotów i dokonywać wiwisekcji. Jest ta publikacja dobrze przygotowanym wyborem i dla tych, którzy twórczość Agnieszki Osieckiej bardzo sobie cenią, i dla tych, którzy najsławniejszej poetki piosenki prawie w ogóle nie znają.

Teatrzyk cieni. Wycinanka

Egmont, Warszawa 2017.

Sylwetki

„Teatrzyk cieni. Wycinanka” to cienka książeczka, która przypomina maluchom dawne rozrywki i zachęca do klasycznych zabaw. Poza „instrukcją obsługi” nie ma tutaj tekstu, rozrywka zależeć będzie od wyobraźni użytkowników – podsycanej inspiracją z tomiku. „Teatrzyk cieni” to bowiem zestaw kształtów do wycięcia i naklejenia na patyczek (lub ołówek). Czarne sylwetki zwierząt i ludzi (a także drzew i zamku) nie kojarzą się z żadną typową bajką – chyba że ktoś umie połączyć słonia, goryla, niedźwiedzia, kurę czy mężczyznę, który idzie – w spójną całość. Chodzi jednak o to, by dać maluchom jak największe szanse tworzenia i zapewnić motywy, których same by tak precyzyjnie nie przygotowały. Ta książeczka to punkt wyjścia do dalszych opowieści.

Wycięte sylwetki mają posłużyć do rzucania cienia na ścianę. Autorzy zachęcają dzieci do eksperymentowania – sprawdzania, kiedy cień będzie większy, a kiedy mniejszy i bardziej wyrazisty. Gdy już uda się znaleźć odpowiednie ułożenie wycinanek, można zacząć zabawę w teatr. Dzieci uzupełnią listę postaci o swoich ulubionych bohaterów lub zadowolą się propozycjami z tomiku. W pierwszym przypadku będą musiały samodzielnie tworzyć kolejne wycinanki, w drugim – mocno wysilić wyobraźnię, żeby znaleźć fabułę dla obecnych tu bohaterów. Każde z rozwiązań ma swoje plusy i każde pokazuje dzieciom, jak się bawić bez komputerów – a to trudno przecenić. Czasami pomysły fabularne do akcji będą podsuwać szablony: wprawdzie większość zwierząt została tu przedstawiona statycznie, ale na przykład kot skacze z rozcapierzonymi pazurami, a jeden z ludzi – biegnie. To narzuca sposób operowania wyciętymi lalkami, stanowi też pewną podpowiedź w opowiadaniu historyjki. Każdy w domu może mieć inną wersję bajki, przy użyciu tych samych papierowych figurek – a to oznacza, że jeden bajkowy zestaw przyniesie wiele niespodzianek i zabawę, która dzieciom szybko się nie znudzi.

Tym, co może na pierwszy rzut oka przeszkadzać, jest wysoki stopień trudności w wycinaniu. Zwłaszcza palmy i sylwetki dwóch mężczyzn to wyzwanie czasem ponad siły dorosłego, a co dopiero malucha: zbyt wiele tu szczegółów i drobiazgów do wycięcia. W palmach to naturalnie liście, u ludzi – detale rysów twarzy czy załamania ubrań. Łatwiej jest ze zwierzętami (świnia ma na przykład zamalowany ogonek, żeby nie wprowadzać utrudnień), chociaż i tak cienki ogon słonia może się łatwo przeciąć lub przerwać.

„Teatrzyk cieni” to znakomity pomysł dla tych, którzy chcą uświadomić dziecku różne dostępne formy rozrywki i nauczyć je kreatywności oraz sztuki opowiadania. To gwarancja, że dzieci, które połkną bakcyla, długie godziny spędzać będą na przygotowaniach kolejnych bohaterów i całych bajek. Ta publikacja nie wymaga dużych nakładów finansowych, ożywia za to wyobraźnię. Wśród odbiorców tomiku znaleźć się mogą dzieci, ale pomysł przyda się też przedszkolankom czy rodzicom, którzy chcieliby urozmaicić przyjęcie dla kilkulatków. Teatrzyk cieni pozwala bez trudu przenieść się w świat fantazji i wyczarować oryginalne historie. Przy okazji może się też przydać przy rozpraszaniu strachu przed ciemnym pokojem. „Teatrzyk cieni. Wycinanka” to rozwiązanie, któremu można przyklasnąć – przyczyni się bowiem do rozwoju malucha.

sobota, 4 marca 2017

Tove Jansson: Słoneczne miasto. Dwie powieści

Marginesy, Warszawa 2017.

Starzy ludzie

Tove Jansson kojarzona jest przez odbiorców przede wszystkim z Muminkami i chociaż wcale nie zawęża to targetu, bo małe trolle mają swoich fanów i wśród dzieci, i wśród dorosłych, to jednak cieszy, że przypominana jest także z twórczości poważnej. „Słoneczne miasto” to publikacja dla koneserów. Zawiera dwie małe powieści Tove Jansson o wspólnym temacie – starości i przemijaniu. To miniaturki niezwykle sugestywne, a przy tym przepełnione celnymi przemyśleniami na tematy egzystencjalne. Tove Jansson przypomina się tu jako autorka o niezwykle plastycznej wyobraźni – od początku atakuje wręcz czytelników synestezyjnymi skojarzeniami, feerią przymiotników i opisów – drobnych, a ważnych w całościowym odbiorze. Jest Tove Jansson przewodniczką po świecie, do którego tylnymi drzwiami wpuszcza odbiorców. Nie może sobie pozwolić na niedopowiedzenia, jeśli chce zostać odpowiednio zrozumiana. Delikatna materia, jaką odkrywa przed odbiorcami, wymaga wielkiej precyzji. Tak powstaje „Słoneczne miasto”, tom, który tytuł bierze od pierwszej, bardziej rozbudowanej historii.

W „Słonecznym mieście” akcja przenosi się na Florydę. To niemal raj dla emerytek, miejsce podporządkowane oczekiwaniom starszych pań. Jest tu zawsze ciepło, a fryzjerzy specjalizują się w uczesaniach pasujących do siwych włosów i statecznych głów. Na Florydzie znajduje się pensjonat, dom spokojnej starości, którego mieszkańcy codziennie cieszą się słońcem i próbują wciąż żyć swoimi marzeniami. Wiedzą, jak sprawiać przyjemność innym i nie boją się miłości. Tyle że w ich wieku nie sprawdzą się już młodzieżowe randki czy podrywy, trzeba znaleźć inny sposób na zwrócenie uwagi obiektu uczuć. Starsi ludzie z pensjonatu są wyczuleni na każdy, nawet najmniejszy gest. Z okruchów spojrzeń zbudują całą opowieść tak, jak potem robi to Tove Jansson. I w tym rytmie posuwa się autorka – aż do balu w starym stylu, balu, który nie pozostawi już żadnych wątpliwości. W „Słonecznym mieście” miłość jest zjawiskiem efemerycznym, bardzo trudnym do nazwania i uchwycenia, ale na swój sposób pięknym. Na starość inaczej objawia się tęsknota i nadzieja, na innym rodzaju bliskości będzie ludziom zależeć. Jansson tworzy subtelną relację, której nie sposób się oprzeć – pełną prawd i zjawisk zadziwiających.

W „Kamiennym polu” miłość ma inne oblicze. Jonasz to dziennikarz, który dla pasji i pogoni za własnym marzeniem poświęcił rodzinę. Zamierza napisać biografię Igreka, zwłaszcza że na emeryturze ma na to sporo czasu. Sytuacja wydaje się sprzyjająca, ale Jonasz utyka na warstwie obyczajowej – nie potrafi ożywić Igreka, a słowa tracą swoją wartość. Bohater stopniowo zanurza się we własne życie i przekonuje się, że zaniedbał ważny element egzystencji – nie ma pojęcia o swoich najbliższych. A skoro tutaj się nie sprawdził, nie uda mu się też stworzyć dzieła na miarę pragnień. Jonasz staje się więźniem słów.

W obu historiach Tove Jansson kieruje się ku ludziom, którzy przestają być ważni i potrzebni – przynajmniej według „cywilizowanych” społeczności. Już nic od tych bohaterów nie zależy, już nikt nie ułatwi im realizowania założonych celów. Starzy ludzie stopniowo stają się niewidzialni i nierozumiani. Nie muszą brać udziału w wielkich czynach. Tove Jansson zapewnia im zwyczajne życie, które jednak nie znajduje już uznania w młodszych pokoleniach. Autorka przywraca ich światu – uznanych za dziwaków czy outsiderów, lekceważonych lub zapomnianych, a jedynie pozbawionych witalności i możliwości działania na szeroką skalę. „Słoneczne miasto” to kolejny dowód precyzyjnego obserwowania rzeczywistości – i talentu pisarskiego Tove Jansson. To literackie piękno.