Mando, Kraków 2026.
Cena
Ona ciągle zadziwia. Nie wychodzi z mody i nawet jeśli młodsze pokolenie nie wie, kto stworzył mnóstwo evergreenów, piosenek do dzisiaj wzruszających i poruszających, z pewnością kiedy wpada na trop miłości Osieckiej, zaczyna się interesować artystką. Joanna Podsadecka dołącza do grona badaczy, którzy zajmują się analizowaniem biografii – życie osobiste wydaje się co najmniej równe dokonaniom piosenkowym (i, szerzej, literackim), a to dlatego, że Agnieszka Osiecka uważała, że trzeba wiele przeżyć, żeby móc przekuwać to na teksty. Zgodnie z tym założeniem żyła z ogromną zachłannością – a kolejne podboje miłosne przeszły do historii. Chociaż autorka odżegnuje się od prezentowania scen łóżkowych, parę razy pikantne opowieści przenikną do tych rozdziałów. Najważniejsze jest jednak życie uczuciowe Agnieszki Osieckiej i czasem absurdalne wręcz tezy dotyczące jej seksualności.
Joanna Podsadecka buduje swoją książkę z kolejnych nazwisk. Każdy rozdział poświęcony został innej miłości, innej historii i innemu mężczyźnie. Są tu ci oficjalni – mężowie czy partnerzy, są też kochankowie, których nazwiska wypłynęły po latach. Są mężczyźni należący do bawidamków, są też tacy, w których tylko Agnieszka Osiecka mogła dostrzec jakąś wartość. W kolejnych rozdziałach autorka koncentruje się na tym, żeby wytłumaczyć swoim odbiorcom, kim są ukochani Osieckiej. Skupia się na życiorysach i na relacjach towarzyskich, momentami wręcz traci z oczu bohaterkę tej książki – kiedy liczy się zestaw kontaktów albo próba ułożenia sobie życia mimo sercowych kryzysów. Mężczyźni w życiu Agnieszki Osieckiej to powtarzalny schemat: najpierw zauroczenie, wzajemna fascynacja i gra, flirty oraz urok rodzącego się uczucia, później – głęboka zażyłość i namiętność, a później... ucieczka. W zależności od tego, kto próbował w związku dominować, ten najszybciej się wycofuje – i to udaje się Joannie Podsadeckiej pokazać. Nie ma w tej książce szarości ani słabych fragmentów, bo nawet wtedy, gdy gubi się w narracji Osiecka, to tylko po to, żeby zrobić miejsce na objaśnienia, prezentację charakterów albo życiowych wyborów. Dzięki temu można później lepiej poznawać bohaterów opowieści – i przeżywać razem z nimi komplikacje uczuciowe.
Jakby tego było mało, sceny rodzącego się uczucia albo uczucia niszczonego właśnie przez rutynę czy strach, są przeplatane piosenkowymi komentarzami. Widać dzięki temu, jakie utwory Osiecka w konkretnym momencie życia wypuszczała w świat i jak odzwierciedlała w nich swoje doświadczenia oraz przemyślenia. Czytanie ich ze świadomością momentu w życiu bohaterki tomu wiele ułatwia, pozwala na inne odczytywanie trafnych przecież puent. A równocześnie to zaproszenie do czytania Osieckiej, do poznawania jej twórczości i do przypominania sobie o jej najlepszych utworach.
„Mężczyźni Osieckiej” to książka, w której dzieje się wiele. Podsadecka opisuje wydarzenia z przeszłości dynamicznie i z pomysłem, czerpie z bogatych materiałów źródłowych, dokumentów, pamiętników czy listów – i udaje jej się przekuć zdobyte wiadomości w wartką i dobrą lekturę. To opowieść o miłości, a właściwie o tęsknocie za miłością – niemożliwą do zrealizowania, a jednak wciąż kuszącą. I chociaż ten temat refrenowo powraca w pracach badaczy, Joanna Podsadecka wie, jak przekonać do siebie czytelników.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Osiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agnieszka Osiecka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 23 czerwca 2026
czwartek, 31 marca 2022
Agnieszka Osiecka: Czekając na człowieka. Dziennik ciąży i narodzin
Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.
Zmiany
Jest to tomik niewielki i stworzony z jednej strony po to, żeby znaleźć szansę na tematyczną publikację uzupełniającą twórczość Agnieszki Osieckiej, a z drugiej strony - żeby przyciągnąć nowych czytelników. "Czekając na człowieka. Dziennik ciąży i narodzin" to relacja tworzona z prywatnych zapisków i z listów (często do Janusza Minkiewicza, co może odbiorców zaskoczyć: Daniel Passent zajmuje tu miejsce marginalne, chociaż sam też zyskuje głos w pewnym momencie). Agnieszka Osiecka jest przekonana, że urodzi syna - wszyscy zresztą jej to powtarzają, opierając się na przekonaniu, że dziewczynka odbiera mamie urodę. Bywają motywy kontrowersyjne: Osiecka, która zamawia sobie w barze wódkę z sokiem i złości się na krytykę od przypadkowych świadków - tymi wrażeniami dzieli się na piśmie. W notatniku pisze też drobne listy do córki, fragmenty takich zapisków przeplatają się z wyznaniami do innych odbiorców (i czasami powtarzają niektóre spostrzeżenia, co nie będzie jednak przeszkodą w lekturze). To nie tyle dziennik ciąży, co "dziennik" z czasów ciąży - bo Agnieszka Osiecka swojego stanu przesadnie nie celebruje. Raczej dziwi się temu, że rośnie jej brzuch i że ma w sobie małego człowieka. Nastawia się jednak na obserwację otoczenia i na wyciąganie wniosków na temat ludzi, z którymi się spotyka. Daleka jest od rozczulania się i szukania porozumienia z istotą, którą ma powołać do życia. Koncentruje się na pracy, na tworzeniu i na relacjach ze znajomymi. Wyjeżdża do lubianych przez siebie miejsc albo przeżywa dylematy związane z pisaniem. Dowiaduje się, że nie może wystawić spektaklu z pieśniami Okudżawy, bo na Okudżawę nałożona została cenzura - próbuje przekonać siły decyzyjne, że to absurdalny zabieg, jednak mimo wysiłków nie udaje jej się przebić przez mur niewiedzy (sytuacja zresztą okazuje się bardzo aktualna). Agnieszka Osiecka zwierza się z tego, z kim się widziała i nad czym pracuje, co wprawia ją w złość i co budzi radość (ale to ostatnie - rzadko). Stawia na kulturę i na rozmowy bogate w przemyślenia na temat sztuki. Unika górnolotności i rozczuleń, znacznie chętniej posiłkuje się rozmaitymi żartami sytuacyjnymi i drobiazgami z codzienności. Jest tu - jak zwykle u Osieckiej - mnóstwo celnych spostrzeżeń, fraz, które zapadają w pamięć i stanowią puenty do poczynionych obserwacji. Jest też - z konieczności - fragmentaryczność charakterystyczna dla zapisków dziennikowych: wcale nie wprowadza to chaosu w lekturze. Osiecka po prostu dzieli się z czytelnikami swoją zwyczajnością - a ta zwyczajność wypada mocno egzotycznie w oczach odbiorców. "Czekając na człowieka" to zatem zapiski użytkowe, które jednak skrzą się od poetyckiej wrażliwości i wyobraźni - czyta się je z ciekawością, bo nawet jeśli Agnieszka Osiecka nie stara się wyjaśniać wszystkich spraw od początku do końca, to potrafi celnymi komentarzami wstrzelić odbiorców w sens i przesłania opowieści. "Czekając na człowieka" to lektura wyjątkowa - wydaje się niepozornym dodatkiem do pism zebranych Agnieszki Osieckiej - ale wystarczy do tomu sięgnąć, żeby przekonać się o jego wartości.
Zmiany
Jest to tomik niewielki i stworzony z jednej strony po to, żeby znaleźć szansę na tematyczną publikację uzupełniającą twórczość Agnieszki Osieckiej, a z drugiej strony - żeby przyciągnąć nowych czytelników. "Czekając na człowieka. Dziennik ciąży i narodzin" to relacja tworzona z prywatnych zapisków i z listów (często do Janusza Minkiewicza, co może odbiorców zaskoczyć: Daniel Passent zajmuje tu miejsce marginalne, chociaż sam też zyskuje głos w pewnym momencie). Agnieszka Osiecka jest przekonana, że urodzi syna - wszyscy zresztą jej to powtarzają, opierając się na przekonaniu, że dziewczynka odbiera mamie urodę. Bywają motywy kontrowersyjne: Osiecka, która zamawia sobie w barze wódkę z sokiem i złości się na krytykę od przypadkowych świadków - tymi wrażeniami dzieli się na piśmie. W notatniku pisze też drobne listy do córki, fragmenty takich zapisków przeplatają się z wyznaniami do innych odbiorców (i czasami powtarzają niektóre spostrzeżenia, co nie będzie jednak przeszkodą w lekturze). To nie tyle dziennik ciąży, co "dziennik" z czasów ciąży - bo Agnieszka Osiecka swojego stanu przesadnie nie celebruje. Raczej dziwi się temu, że rośnie jej brzuch i że ma w sobie małego człowieka. Nastawia się jednak na obserwację otoczenia i na wyciąganie wniosków na temat ludzi, z którymi się spotyka. Daleka jest od rozczulania się i szukania porozumienia z istotą, którą ma powołać do życia. Koncentruje się na pracy, na tworzeniu i na relacjach ze znajomymi. Wyjeżdża do lubianych przez siebie miejsc albo przeżywa dylematy związane z pisaniem. Dowiaduje się, że nie może wystawić spektaklu z pieśniami Okudżawy, bo na Okudżawę nałożona została cenzura - próbuje przekonać siły decyzyjne, że to absurdalny zabieg, jednak mimo wysiłków nie udaje jej się przebić przez mur niewiedzy (sytuacja zresztą okazuje się bardzo aktualna). Agnieszka Osiecka zwierza się z tego, z kim się widziała i nad czym pracuje, co wprawia ją w złość i co budzi radość (ale to ostatnie - rzadko). Stawia na kulturę i na rozmowy bogate w przemyślenia na temat sztuki. Unika górnolotności i rozczuleń, znacznie chętniej posiłkuje się rozmaitymi żartami sytuacyjnymi i drobiazgami z codzienności. Jest tu - jak zwykle u Osieckiej - mnóstwo celnych spostrzeżeń, fraz, które zapadają w pamięć i stanowią puenty do poczynionych obserwacji. Jest też - z konieczności - fragmentaryczność charakterystyczna dla zapisków dziennikowych: wcale nie wprowadza to chaosu w lekturze. Osiecka po prostu dzieli się z czytelnikami swoją zwyczajnością - a ta zwyczajność wypada mocno egzotycznie w oczach odbiorców. "Czekając na człowieka" to zatem zapiski użytkowe, które jednak skrzą się od poetyckiej wrażliwości i wyobraźni - czyta się je z ciekawością, bo nawet jeśli Agnieszka Osiecka nie stara się wyjaśniać wszystkich spraw od początku do końca, to potrafi celnymi komentarzami wstrzelić odbiorców w sens i przesłania opowieści. "Czekając na człowieka" to lektura wyjątkowa - wydaje się niepozornym dodatkiem do pism zebranych Agnieszki Osieckiej - ale wystarczy do tomu sięgnąć, żeby przekonać się o jego wartości.
poniedziałek, 18 stycznia 2021
Agnieszka Osiecka: Wiersze prawie wszystkie. Tom II
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
Życie
Drugi tom "Wierszy prawie wszystkich" Agnieszki Osieckiej to na długi czas pożegnanie z sentymentalnymi rozważaniami na temat zwykle nieszczęśliwej miłości i damsko-męskich relacji. Na pewien czas rezygnuje autorka z opiewania tęsknoty za chłopcami (a bardziej - za samym uczuciem), skupia się za to na zabawach formalnych, czego świadectwem staje się między innymi seria utworów "tanecznych". Agnieszce Osieckiej nie brakuje wyobraźni. Wiersze z drugiej części wyboru są nieco bardziej minorowe i znacznie bardziej życiowe - autorka koncentruje się tutaj na niemożności zrealizowania pragnień albo na rozczarowaniach, na które przychodzi czas po latach. Bohaterowie są znacznie bardziej zgorzkniali, często po prostu pozbawieni nadziei. Nie domagają się już niczego, raczej krytycznie spoglądają na teraźniejszość. Dostrzegają wady partnerów i rzeczywistości, w jakiej się znaleźli, wiedzą, że nie ma recepty na naprawienie takiego stanu rzeczy. Stopniowo uczą się funkcjonować w niegościnnej przestrzeni. Agnieszka Osiecka darzy swoich bohaterów z piosenek i wierszy sympatią, ale nie znaczy to, że będzie im w jakikolwiek sposób ułatwiać egzystencję. Wciąż wszystko obraca się w sferze silnych uczuć. Więcej jest w tym tomie zróżnicowanych historii, więcej minifabuł zamkniętych w zgrabnych tekstach. Agnieszka Osiecka bawi się ponadczasowymi komentarzami, szuka inspiracji w języku i w charakterystycznych zwrotach (albo je tworzy i wkracza do świadomości odbiorców inaczej niż przez literaturę).
Są w tomie piosenki tworzone dla różnych artystów i aż szkoda, że nie jest to opracowanie krytyczne - bo warto rozszyfrować niektórych bohaterów. Czytelnicy otrzymują jednak same teksty - z zaznaczonymi od czasu do czasu miejscami pierwodruków czy pochodzenia (planowane są tomy z utworami pisanymi na sceny teatralne czy dla dzieci). Rzadziej niż w pierwszej części pojawiają się tu porównania podobnych i przerabianych utworów, ale kiedy Agnieszka Osiecka decyduje się na recykling tekstów, łatwo dostrzec źródło autoinspiracji. Ponieważ wiele z zamieszczonych tu piosenek ma swoje historie - warto przyjrzeć się bliżej opracowaniom dotyczącym tej artystki. Tu nic nie zakłóca odbioru. Może poza świadomością, że niektóre propozycje uruchamiają w czytelnikach skojarzenia muzyczne i wręcz zmuszają do śpiewania czy nucenia. Pojawiają się w tej części również utwory nieznane szerszemu gronu odbiorców, więc fani mogą być zachwyceni.
Poezja Agnieszki Osieckiej to nie tylko zestawienie odczuć iw rażeń charakterystycznych dla ludzi wrażliwych. To również popis artystyczny. Nawet jeśli czasem wydaje się, że autorka uwzięła się na jakiś rym i natrętnie go wykorzystuje - ma to swoje wytłumaczenie w brzmieniu i potrzebnej akurat atmosferze. Osiecka czasami imituje twórczość ludową, innym razem proponuje wiersze gęste od słów, znaczeń i sensów. Pokazuje ta autorka, że równie pewnie się czuje w pozornie banalnych utworach, jak i w tych skomplikowanych wersach. "Wiersze prawie wszystkie. Tom II" to ogromna książka, która nie może się odbiorcom znudzić. To przegląd istotnych ludzkich spraw - i zwyczajnych błahostek, które zaprzątają myśli tylko przez chwilę. Osiecka wie, jak wydobywać ze słów prawdę. Cieszy skojarzeniami, nakłania do refleksji, mówi otwarcie o tym, co ludzie czują, ale czego uchwycić nie potrafią. Istnienie tej książki na rynku wydawniczym oznaczać będzie nie tylko ułatwiony dostęp do twórczości poetki piosenki, ale też możliwość przeanalizowania nawiązań do codzienności. Agnieszka Osiecka nie ucieka bowiem od motywów charakterystycznych dla czasów, wplata w teksty komentarze dotyczące otoczenia albo koduje je w języku. Szansa na przypomnienie o Osieckiej to ogromne literackie święto.
Życie
Drugi tom "Wierszy prawie wszystkich" Agnieszki Osieckiej to na długi czas pożegnanie z sentymentalnymi rozważaniami na temat zwykle nieszczęśliwej miłości i damsko-męskich relacji. Na pewien czas rezygnuje autorka z opiewania tęsknoty za chłopcami (a bardziej - za samym uczuciem), skupia się za to na zabawach formalnych, czego świadectwem staje się między innymi seria utworów "tanecznych". Agnieszce Osieckiej nie brakuje wyobraźni. Wiersze z drugiej części wyboru są nieco bardziej minorowe i znacznie bardziej życiowe - autorka koncentruje się tutaj na niemożności zrealizowania pragnień albo na rozczarowaniach, na które przychodzi czas po latach. Bohaterowie są znacznie bardziej zgorzkniali, często po prostu pozbawieni nadziei. Nie domagają się już niczego, raczej krytycznie spoglądają na teraźniejszość. Dostrzegają wady partnerów i rzeczywistości, w jakiej się znaleźli, wiedzą, że nie ma recepty na naprawienie takiego stanu rzeczy. Stopniowo uczą się funkcjonować w niegościnnej przestrzeni. Agnieszka Osiecka darzy swoich bohaterów z piosenek i wierszy sympatią, ale nie znaczy to, że będzie im w jakikolwiek sposób ułatwiać egzystencję. Wciąż wszystko obraca się w sferze silnych uczuć. Więcej jest w tym tomie zróżnicowanych historii, więcej minifabuł zamkniętych w zgrabnych tekstach. Agnieszka Osiecka bawi się ponadczasowymi komentarzami, szuka inspiracji w języku i w charakterystycznych zwrotach (albo je tworzy i wkracza do świadomości odbiorców inaczej niż przez literaturę).
Są w tomie piosenki tworzone dla różnych artystów i aż szkoda, że nie jest to opracowanie krytyczne - bo warto rozszyfrować niektórych bohaterów. Czytelnicy otrzymują jednak same teksty - z zaznaczonymi od czasu do czasu miejscami pierwodruków czy pochodzenia (planowane są tomy z utworami pisanymi na sceny teatralne czy dla dzieci). Rzadziej niż w pierwszej części pojawiają się tu porównania podobnych i przerabianych utworów, ale kiedy Agnieszka Osiecka decyduje się na recykling tekstów, łatwo dostrzec źródło autoinspiracji. Ponieważ wiele z zamieszczonych tu piosenek ma swoje historie - warto przyjrzeć się bliżej opracowaniom dotyczącym tej artystki. Tu nic nie zakłóca odbioru. Może poza świadomością, że niektóre propozycje uruchamiają w czytelnikach skojarzenia muzyczne i wręcz zmuszają do śpiewania czy nucenia. Pojawiają się w tej części również utwory nieznane szerszemu gronu odbiorców, więc fani mogą być zachwyceni.
Poezja Agnieszki Osieckiej to nie tylko zestawienie odczuć iw rażeń charakterystycznych dla ludzi wrażliwych. To również popis artystyczny. Nawet jeśli czasem wydaje się, że autorka uwzięła się na jakiś rym i natrętnie go wykorzystuje - ma to swoje wytłumaczenie w brzmieniu i potrzebnej akurat atmosferze. Osiecka czasami imituje twórczość ludową, innym razem proponuje wiersze gęste od słów, znaczeń i sensów. Pokazuje ta autorka, że równie pewnie się czuje w pozornie banalnych utworach, jak i w tych skomplikowanych wersach. "Wiersze prawie wszystkie. Tom II" to ogromna książka, która nie może się odbiorcom znudzić. To przegląd istotnych ludzkich spraw - i zwyczajnych błahostek, które zaprzątają myśli tylko przez chwilę. Osiecka wie, jak wydobywać ze słów prawdę. Cieszy skojarzeniami, nakłania do refleksji, mówi otwarcie o tym, co ludzie czują, ale czego uchwycić nie potrafią. Istnienie tej książki na rynku wydawniczym oznaczać będzie nie tylko ułatwiony dostęp do twórczości poetki piosenki, ale też możliwość przeanalizowania nawiązań do codzienności. Agnieszka Osiecka nie ucieka bowiem od motywów charakterystycznych dla czasów, wplata w teksty komentarze dotyczące otoczenia albo koduje je w języku. Szansa na przypomnienie o Osieckiej to ogromne literackie święto.
wtorek, 12 stycznia 2021
Agnieszka Osiecka: Wiersze prawie wszystkie. Tom I
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
Wrażliwość
Pierwszy tom "Wierszy prawie wszystkich" Agnieszki Osieckiej powraca na rynek i ucieszy nie tylko fanów twórczości tej autorki. Kierowany do szerokiego grona odbiorców jest jednocześnie monumentalnym literackim pomnikiem - i szansą na odkrywanie powtarzanych bez końca historii o zwykle nieszczęśliwych miłościach. Książka została przygotowana tak, by nie zarzucać odbiorców nadmierną ilością szczegółów dotyczących kolejnych utworów. Od czasu do czasu podaje się tutaj źródło piosenki - zwłaszcza gdy ta powiązana jest ze sztuką teatralną albo programem kabaretowym. Jednak poza tym nie ma ani nazwisk kompozytorów, ani pierwszych wykonawców - tak, żeby czytelnicy mogli bez kontekstów podjąć lekturę. Brak obciążeń pozwoli być może na wychwycenie nowych sensów oraz interpretacji. W efekcie starsi czytelnicy co pewien czas będą nucić, młodsi - wyczytają wiele dla siebie. Chociaż Agnieszka Osiecka była uważana za poetkę codzienności, jej teksty są wciąż aktualne - a to za sprawą uczuć. Bohaterowie często poszukują tu miłości albo przynajmniej ersatzu - bliskości drugiego człowieka. Za nic mają trwałe związki: małżeństwo nie jest gwarancją wierności, czasami stanowić będzie przeszkodę w romansie. Miłości u Osieckiej są intensywne, znają ból, tęsknotę, nadzieję lub jej brak - ale przychodzą i odchodzą równie szybko. Nie ma tu większych szans na utrzymanie związku - ale na wartości miłość zyskuje za sprawą intensyfikacji. W "Wierszach prawie wszystkich" Agnieszka Osiecka szuka inspiracji w imionach i kwiatach, w motywach baśniowych i ludowych, w stereotypach i w kliszach. Bierze pod lupę tematy, które z pozoru nie zasługują na analizę, konteksty w powszechnej opinii nienadające się na tło romansu. Niekiedy jeszcze dorzuca autorka obrazki rodzajowe, które wpływają na klimat opowieści. Wiele razy sięga Osiecka po rozbudowane ballady, w kolejnych zwrotkach pokazując różne aspekty uczuć - ale czasami zamiast historii przedstawia po prostu odczucia i przeżycia. Wykorzystuje kolokwialne frazy i fragmenty powiedzeń, do tego - tworzy hasła, które przenikają do codziennego języka. Osiecka pisze językiem zwyczajnym, a ten język - przechwytuje Osiecką: ten mariaż trwa i czytelnicy "Wierszy prawie wszystkich" będą mogli przekonać się, że takie połączenie pozwala wzbudzić refleksję nad ludzkimi troskami i relacjami interpersonalnymi. Wydaje się, że Agnieszka Osiecka rozpisuje na wiersze jeden motyw - ale za każdym podejściem odkrywa coś nowego. Wielką siłą tych utworów jest prostota. Teksty Osieckiej często wywołują zaskoczenie, polegające na odkryciu, że wszystko jest tak proste, niemal dostępne dla każdego, bez specjalnych szyfrów czy udziwnień. Mimo to trzeba przewodnika, który podkreśli znaczenia i podsumuje to, co najważniejsze. Dodatkową zaletą są rytmy. Nie zawsze w "Wierszach prawie wszystkich" pojawiają się powtarzalne konstrukcje, Agnieszka Osiecka wykorzystuje bardzo różne formy, bez przerwy szuka najlepszego sposobu na zaprezentowanie istoty rzeczy. Bywa, że znajdują się tu kilkuwersowe komentarze, albo niemal stronicowe quasi-opowiadania, nie ma za to nudy. Agnieszka Osiecka inspiruje, kolejnym pokoleniom odbiorców pokazuje, jak mówić o wielkich uczuciach bez wielkich słów. Jest to rozwiązanie zapewniające popularność samej autorce i pozwalające przekonać się, że nawet w motywie niespełnionej miłości nie ma nic banalnego. Mistrzowskie zwrotki - mniej lub bardziej znane - to propozycja na uważną lekturę. Agnieszka Osiecka może być dzięki temu tomowi jeszcze bardziej rozpoznawalna: zwłaszcza młodszych czytelników zaskoczy, że to spod jej pióra wyszły charakterystyczne i często cytowane strofy.
Wrażliwość
Pierwszy tom "Wierszy prawie wszystkich" Agnieszki Osieckiej powraca na rynek i ucieszy nie tylko fanów twórczości tej autorki. Kierowany do szerokiego grona odbiorców jest jednocześnie monumentalnym literackim pomnikiem - i szansą na odkrywanie powtarzanych bez końca historii o zwykle nieszczęśliwych miłościach. Książka została przygotowana tak, by nie zarzucać odbiorców nadmierną ilością szczegółów dotyczących kolejnych utworów. Od czasu do czasu podaje się tutaj źródło piosenki - zwłaszcza gdy ta powiązana jest ze sztuką teatralną albo programem kabaretowym. Jednak poza tym nie ma ani nazwisk kompozytorów, ani pierwszych wykonawców - tak, żeby czytelnicy mogli bez kontekstów podjąć lekturę. Brak obciążeń pozwoli być może na wychwycenie nowych sensów oraz interpretacji. W efekcie starsi czytelnicy co pewien czas będą nucić, młodsi - wyczytają wiele dla siebie. Chociaż Agnieszka Osiecka była uważana za poetkę codzienności, jej teksty są wciąż aktualne - a to za sprawą uczuć. Bohaterowie często poszukują tu miłości albo przynajmniej ersatzu - bliskości drugiego człowieka. Za nic mają trwałe związki: małżeństwo nie jest gwarancją wierności, czasami stanowić będzie przeszkodę w romansie. Miłości u Osieckiej są intensywne, znają ból, tęsknotę, nadzieję lub jej brak - ale przychodzą i odchodzą równie szybko. Nie ma tu większych szans na utrzymanie związku - ale na wartości miłość zyskuje za sprawą intensyfikacji. W "Wierszach prawie wszystkich" Agnieszka Osiecka szuka inspiracji w imionach i kwiatach, w motywach baśniowych i ludowych, w stereotypach i w kliszach. Bierze pod lupę tematy, które z pozoru nie zasługują na analizę, konteksty w powszechnej opinii nienadające się na tło romansu. Niekiedy jeszcze dorzuca autorka obrazki rodzajowe, które wpływają na klimat opowieści. Wiele razy sięga Osiecka po rozbudowane ballady, w kolejnych zwrotkach pokazując różne aspekty uczuć - ale czasami zamiast historii przedstawia po prostu odczucia i przeżycia. Wykorzystuje kolokwialne frazy i fragmenty powiedzeń, do tego - tworzy hasła, które przenikają do codziennego języka. Osiecka pisze językiem zwyczajnym, a ten język - przechwytuje Osiecką: ten mariaż trwa i czytelnicy "Wierszy prawie wszystkich" będą mogli przekonać się, że takie połączenie pozwala wzbudzić refleksję nad ludzkimi troskami i relacjami interpersonalnymi. Wydaje się, że Agnieszka Osiecka rozpisuje na wiersze jeden motyw - ale za każdym podejściem odkrywa coś nowego. Wielką siłą tych utworów jest prostota. Teksty Osieckiej często wywołują zaskoczenie, polegające na odkryciu, że wszystko jest tak proste, niemal dostępne dla każdego, bez specjalnych szyfrów czy udziwnień. Mimo to trzeba przewodnika, który podkreśli znaczenia i podsumuje to, co najważniejsze. Dodatkową zaletą są rytmy. Nie zawsze w "Wierszach prawie wszystkich" pojawiają się powtarzalne konstrukcje, Agnieszka Osiecka wykorzystuje bardzo różne formy, bez przerwy szuka najlepszego sposobu na zaprezentowanie istoty rzeczy. Bywa, że znajdują się tu kilkuwersowe komentarze, albo niemal stronicowe quasi-opowiadania, nie ma za to nudy. Agnieszka Osiecka inspiruje, kolejnym pokoleniom odbiorców pokazuje, jak mówić o wielkich uczuciach bez wielkich słów. Jest to rozwiązanie zapewniające popularność samej autorce i pozwalające przekonać się, że nawet w motywie niespełnionej miłości nie ma nic banalnego. Mistrzowskie zwrotki - mniej lub bardziej znane - to propozycja na uważną lekturę. Agnieszka Osiecka może być dzięki temu tomowi jeszcze bardziej rozpoznawalna: zwłaszcza młodszych czytelników zaskoczy, że to spod jej pióra wyszły charakterystyczne i często cytowane strofy.
piątek, 16 października 2020
Zofia Turowska: Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet
Marginesy, Warszawa 2020.
Układanka
Zofia Turowska ma zadanie z jednej strony bardzo łatwe, z drugiej – ekstremalnie trudne. Agnieszka Osiecka należy bowiem do autorek, które obficie dzieliły się z czytelnikami swoimi przemyśleniami, a także inspirowały kolejnych badaczy. „Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet” to kolejna na rynku – i pisana z pozycji fanki – delikatna opowieść o poetce, ni to biografia, ni to przegląd ważniejszych doświadczeń. Trudność zadania, jakie postawiła przed sobą Zofia Turowska polega zatem na konieczności przebrnięcia przynajmniej przez autobiograficzne zapiski. Łatwość – bo Agnieszka o sobie pisze sama, a w opowieści o niej – wystarczy jej nie przeszkadzać, żeby zdobyć pewną historię. Autorka tomu dodaje tu czasami wyznania Agaty Passent, czasami sięga po opinie tych, którzy Osiecką znali i często z nią przebywali, ale unika tematów wielokrotnie opracowywanych i przedstawianych niemal w każdej książce. Wyraźnie nie chce pisać o alkoholizmie – napomyka o nim, ale nigdy nie czyni tematem nadrzędnym w rozdziałach, tak samo zresztą jak w przypadku relacji z mężczyznami: analizuje Turowska znaczenie Marka Hłaski w życiu Agnieszki Osieckiej, wymienia mężów – ale później już przestaje tropić kolejne miłostki, nie o to zresztą jej chodzi. Chce pokazać Agnieszkę przez jej twórczość, a i to przez twórczość wybraną, wartościową i ocaloną, a nie przez nieznane nikomu zapiski. „Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet” to zatem przypomnienie poetki, jej skomplikowanych losów, jej psychiki i jej relacji z innymi ludźmi – bo to Zofię Turowską najbardziej intryguje.
Tworzą tę publikację bardzo obszerne cytaty z dzienników Agnieszki Osieckiej, fragmenty piosenek lub powieści, ale nawet krótkie wyimki z dokumentów (podanie o przyjęcie na reżyserię). Zofia Turowska nie chce przeszkadzać czytelnikom w obcowaniu z Osiecką, pragnie, żeby wszyscy poznawali ją na jej własnych zasadach, ucieka od komentowania tego, co poetka mówi o sobie sama. Nie wtrąca się, gdy w grę wchodzą relacje intymne i poznawanie własnej psychiki, nie wtrąca się, gdy Osiecka popada w naiwności albo widzi siebie inaczej niż otoczenie. Czasami korzysta z opowieści Maryli Rodowicz, przeplata je komentarzami innych artystów, ale nie szuka wszystkich i nie próbuje dotrzeć do sedna każdego kontaktu – raczej dba o uchwycenie niezwykłości Agnieszki Osieckiej. Nie jest ten tom typową biografią ani zestawem wspomnień, raczej – przypomnieniem, ulotnym i fragmentarycznym. Osiecka jawi się tutaj jako barwny ptak, którego nikt nie potrafił zdefiniować i Zofia Turowska wcale nie zamierza niszczyć tego mitu. To książka złożona z fragmentów, w sam raz na pierwszy kontakt z biografią Osieckiej, raczej nie dla tych, którzy śledzili jej twórczość oraz perypetie życiowe – chyba że ktoś zamierza odświeżyć sobie dawne informacje i potrzebuje skryptu, tomu-pigułki z wiadomościami albo z przemyśleniami Osieckiej. Zofia Turowska pozwala Agnieszce mówić o sobie – i nie chce się wtrącać. Wie, że z takiego działania nie udałoby się jej uzyskać portretu wychwalającego Osiecką, a na takim efekcie najbardziej jej zależy. To zatem książka dla idealistek i dla tych, którzy dopiero odkrywają urok piosenkowych evergreenów.
Układanka
Zofia Turowska ma zadanie z jednej strony bardzo łatwe, z drugiej – ekstremalnie trudne. Agnieszka Osiecka należy bowiem do autorek, które obficie dzieliły się z czytelnikami swoimi przemyśleniami, a także inspirowały kolejnych badaczy. „Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet” to kolejna na rynku – i pisana z pozycji fanki – delikatna opowieść o poetce, ni to biografia, ni to przegląd ważniejszych doświadczeń. Trudność zadania, jakie postawiła przed sobą Zofia Turowska polega zatem na konieczności przebrnięcia przynajmniej przez autobiograficzne zapiski. Łatwość – bo Agnieszka o sobie pisze sama, a w opowieści o niej – wystarczy jej nie przeszkadzać, żeby zdobyć pewną historię. Autorka tomu dodaje tu czasami wyznania Agaty Passent, czasami sięga po opinie tych, którzy Osiecką znali i często z nią przebywali, ale unika tematów wielokrotnie opracowywanych i przedstawianych niemal w każdej książce. Wyraźnie nie chce pisać o alkoholizmie – napomyka o nim, ale nigdy nie czyni tematem nadrzędnym w rozdziałach, tak samo zresztą jak w przypadku relacji z mężczyznami: analizuje Turowska znaczenie Marka Hłaski w życiu Agnieszki Osieckiej, wymienia mężów – ale później już przestaje tropić kolejne miłostki, nie o to zresztą jej chodzi. Chce pokazać Agnieszkę przez jej twórczość, a i to przez twórczość wybraną, wartościową i ocaloną, a nie przez nieznane nikomu zapiski. „Osiecka. Nikomu nie żal pięknych kobiet” to zatem przypomnienie poetki, jej skomplikowanych losów, jej psychiki i jej relacji z innymi ludźmi – bo to Zofię Turowską najbardziej intryguje.
Tworzą tę publikację bardzo obszerne cytaty z dzienników Agnieszki Osieckiej, fragmenty piosenek lub powieści, ale nawet krótkie wyimki z dokumentów (podanie o przyjęcie na reżyserię). Zofia Turowska nie chce przeszkadzać czytelnikom w obcowaniu z Osiecką, pragnie, żeby wszyscy poznawali ją na jej własnych zasadach, ucieka od komentowania tego, co poetka mówi o sobie sama. Nie wtrąca się, gdy w grę wchodzą relacje intymne i poznawanie własnej psychiki, nie wtrąca się, gdy Osiecka popada w naiwności albo widzi siebie inaczej niż otoczenie. Czasami korzysta z opowieści Maryli Rodowicz, przeplata je komentarzami innych artystów, ale nie szuka wszystkich i nie próbuje dotrzeć do sedna każdego kontaktu – raczej dba o uchwycenie niezwykłości Agnieszki Osieckiej. Nie jest ten tom typową biografią ani zestawem wspomnień, raczej – przypomnieniem, ulotnym i fragmentarycznym. Osiecka jawi się tutaj jako barwny ptak, którego nikt nie potrafił zdefiniować i Zofia Turowska wcale nie zamierza niszczyć tego mitu. To książka złożona z fragmentów, w sam raz na pierwszy kontakt z biografią Osieckiej, raczej nie dla tych, którzy śledzili jej twórczość oraz perypetie życiowe – chyba że ktoś zamierza odświeżyć sobie dawne informacje i potrzebuje skryptu, tomu-pigułki z wiadomościami albo z przemyśleniami Osieckiej. Zofia Turowska pozwala Agnieszce mówić o sobie – i nie chce się wtrącać. Wie, że z takiego działania nie udałoby się jej uzyskać portretu wychwalającego Osiecką, a na takim efekcie najbardziej jej zależy. To zatem książka dla idealistek i dla tych, którzy dopiero odkrywają urok piosenkowych evergreenów.
czwartek, 27 sierpnia 2020
Beata Biały: Osiecka. Tego o mnie nie wiecie
W.A.B., Warszawa 2020.
Wspomnienia
Pojawiło się już parę książek w tym duchu, to jest – prezentujących Agnieszkę Osiecką z perspektywy bliskich jej ludzi. Beata Biały podąża zatem utartym szlakiem, ale sama bardzo chce porozmawiać z niektórymi, dowiedzieć się czegoś (co już padło w przestrzeni publicznej), zyskać potwierdzenie tez czy po prostu – wejść ponownie w świat Agnieszki Osieckiej. Tom „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” nie jest zestawem tematów nowych i odkrywczych – to wybiórcze spojrzenie na przeszłość doskonale uświadamianą przez odbiorców – i to nie tylko z grona fanów Osieckiej. Autorce tomu zależy jednak na wprowadzeniu kilku prywatnych drobnych opowieści dotyczących samego kontekstu rozmów – mówi, z kim przeprowadziła kilka rozmów, kiedy lub gdzie dowiadywała się czegoś o Osieckiej. Może charakteryzować swoich rozmówców, przyjrzeć się im od mniej oficjalnej strony – i to jest wartość dodana w relacji dotyczącej Agnieszki Osieckiej. Nie do wszystkich „ważnych” Beata Biały dociera, ale też nie do wszystkich chce dotrzeć, i tak wydaje się, że wprowadziła poważne ograniczenia, mimo że sama przedstawia sytuację tak, jakby lista rozmówców rozrastała się jej ponad miarę.
Nie ma tu rozmów z członkami rodziny, za to pojawiają się w silnej reprezentacji przyjaciółki i w znacznie skromniejszym zestawie – kochankowie. Wykorzystuje autorka teksty autobiograficzne samej Osieckiej, sklejając z nich wstępy do kolejnych rozdziałów, tak, żeby stało się jasne, dlaczego w ogóle podejmuje niektóre tematy i sięga do wielokrotnie przeanalizowanych zagadnień. Wtórność wiadomości przestanie zresztą dość szybko przeszkadzać – Beata Biały chce, żeby wywiady, jakie przeprowadza, były wręcz familiarne w charakterze, prywatne i ciepłe. Nawet jeżeli pojawiają się kwestie kontrowersyjne – pozwala rozmówcom interpretować je na korzyść Osieckiej i pozostawać w przekonaniu o jej idealności. Niektórzy wręcz posuwają się do zaprzeczania oczywistościom, na przykład: rozpatrywaniu na korzyść poetki jej choroby alkoholowej (która w odpowiednim ujęciu wcale nie musi wiązać się z nadużywaniem wysokoprocentowych trunków). Jednoznacznie też określane są romanse – bardziej jako poszukiwanie miłości albo jako wyraz tęsknot. To ma podkreślić wyjątkowość artystki i źródło twórczych inspiracji.
Agnieszka Osiecka u Beaty Biały wypada jako duch niespokojny, jako autorka, która nie może działać stereotypowo. Beata Biały w tomie zatrzymuje się na wybranych motywach, nie zamierza budować biografii ani prowadzić precyzyjnie po wydarzeniach z życia, bardziej liczą się dla niej uczucia i sama atmosfera wokół Osieckiej. Na sprawy osobiste ma mnóstwo miejsca i czasu, ale pozostaje w kręgu ludzi życzliwych poetce – i dzięki temu może prezentować ją w jeden sposób. Nie chodzi tu przecież o dokładne portretowanie artystki – a tylko o przypomnienie o niej, w dodatku tak, jak sama by sobie tego życzyła.
Wspomnienia
Pojawiło się już parę książek w tym duchu, to jest – prezentujących Agnieszkę Osiecką z perspektywy bliskich jej ludzi. Beata Biały podąża zatem utartym szlakiem, ale sama bardzo chce porozmawiać z niektórymi, dowiedzieć się czegoś (co już padło w przestrzeni publicznej), zyskać potwierdzenie tez czy po prostu – wejść ponownie w świat Agnieszki Osieckiej. Tom „Osiecka. Tego o mnie nie wiecie” nie jest zestawem tematów nowych i odkrywczych – to wybiórcze spojrzenie na przeszłość doskonale uświadamianą przez odbiorców – i to nie tylko z grona fanów Osieckiej. Autorce tomu zależy jednak na wprowadzeniu kilku prywatnych drobnych opowieści dotyczących samego kontekstu rozmów – mówi, z kim przeprowadziła kilka rozmów, kiedy lub gdzie dowiadywała się czegoś o Osieckiej. Może charakteryzować swoich rozmówców, przyjrzeć się im od mniej oficjalnej strony – i to jest wartość dodana w relacji dotyczącej Agnieszki Osieckiej. Nie do wszystkich „ważnych” Beata Biały dociera, ale też nie do wszystkich chce dotrzeć, i tak wydaje się, że wprowadziła poważne ograniczenia, mimo że sama przedstawia sytuację tak, jakby lista rozmówców rozrastała się jej ponad miarę.
Nie ma tu rozmów z członkami rodziny, za to pojawiają się w silnej reprezentacji przyjaciółki i w znacznie skromniejszym zestawie – kochankowie. Wykorzystuje autorka teksty autobiograficzne samej Osieckiej, sklejając z nich wstępy do kolejnych rozdziałów, tak, żeby stało się jasne, dlaczego w ogóle podejmuje niektóre tematy i sięga do wielokrotnie przeanalizowanych zagadnień. Wtórność wiadomości przestanie zresztą dość szybko przeszkadzać – Beata Biały chce, żeby wywiady, jakie przeprowadza, były wręcz familiarne w charakterze, prywatne i ciepłe. Nawet jeżeli pojawiają się kwestie kontrowersyjne – pozwala rozmówcom interpretować je na korzyść Osieckiej i pozostawać w przekonaniu o jej idealności. Niektórzy wręcz posuwają się do zaprzeczania oczywistościom, na przykład: rozpatrywaniu na korzyść poetki jej choroby alkoholowej (która w odpowiednim ujęciu wcale nie musi wiązać się z nadużywaniem wysokoprocentowych trunków). Jednoznacznie też określane są romanse – bardziej jako poszukiwanie miłości albo jako wyraz tęsknot. To ma podkreślić wyjątkowość artystki i źródło twórczych inspiracji.
Agnieszka Osiecka u Beaty Biały wypada jako duch niespokojny, jako autorka, która nie może działać stereotypowo. Beata Biały w tomie zatrzymuje się na wybranych motywach, nie zamierza budować biografii ani prowadzić precyzyjnie po wydarzeniach z życia, bardziej liczą się dla niej uczucia i sama atmosfera wokół Osieckiej. Na sprawy osobiste ma mnóstwo miejsca i czasu, ale pozostaje w kręgu ludzi życzliwych poetce – i dzięki temu może prezentować ją w jeden sposób. Nie chodzi tu przecież o dokładne portretowanie artystki – a tylko o przypomnienie o niej, w dodatku tak, jak sama by sobie tego życzyła.
sobota, 17 marca 2018
Agnieszka Osiecka: Dzienniki 1954-1955
Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.
Pierwsza
Agnieszka Osiecka w swoich dziennikach może zastanawiać się nad własnymi wyborami i relacjami z innymi ludźmi. Zaczyna zarysowywać kierunki artystycznych dróg – chociaż tym razem często podkreśla żal, że nie potrafi malować. Zapełnia zeszyty naiwnymi szkicami, które są tu potem przedstawiane w formie zdjęć. Ale obok rysunkowych i bardzo naiwnych próbek pojawiają się też zalążki twórczości lirycznej. Osiecka próbuje swoich sił w tłumaczeniach, liczy sylaby, kreśli i zmienia wersy – pokazuje odbiorcom, jak mozolna jest praca tłumacza i jak niewiele wspólnego ma z natchnieniem i wiarą w talent. Sama nie komentuje raczej tych doświadczeń: wystarczającym dowodem komplikacji są ślady zmian, ewentualnie jeszcze dopiski po latach. Zdarza się też autorce – jak wielu młodym kobietom – przepisywać całe utwory, którymi się fascynuje, i to w oryginale. Zdarza się, że cytaty ciągną się przez kilka stron, a Osiecka na nowo odkrywa dla siebie choćby Gałczyńskiego. Kiedy przytacza utwory w obcych językach ma to jeszcze inne znaczenie: Agnieszka Osiecka dawniej przechodziła na francuski, angielski lub rosyjski, żeby ukryć przed rówieśniczkami najintymniejsze kwestie – teraz po prostu upaja się poezją. Czytelnicy oczywiście otrzymują przekłady w przypisach (można się zastanawiać, czy ma sens powtarzanie całych utworów, ale to szansa do poprawiania błędów popełnianych przez Osiecką, a w przypadku zapisów cyrylicą – podania transkrypcji).
Osobnym i kto wie, czy nie najważniejszym tematem stają się tym razem chłopcy. Agnieszka Osiecka bez przerwy zakochuje się i tęskni, przerzuca się od jednego kolegi do drugiego, w każdym dostrzega jakieś atuty, które mogłyby być podstawą do flirtu czy zauroczenia. Czasami zresztą sama woli flirt od głębszych uczuć, stara się nie traktować poważnie przelotnych związków, potrafi iść z chłopcem do łóżka i widzieć w tym własne wyrachowanie. Ją samą ta niestałość uczuciowa momentami niepokoi – szuka zatem wytłumaczenia dla takich postaw, a częściowo też i usprawiedliwienia. Nie przeszkadza jej to w kolejnych podbojach. Równocześnie komentarze stają się nieco bardziej precyzyjne, dojrzalsze niż w poprzednich „podlotkowych” dziennikach. Osiecka zaczyna też traktować miłość jako tworzywo. Na razie – do drobnych spostrzeżeń, uwag wystarczających zaledwie na tytuł lub myśl do utworu, który jeszcze nie powstanie – ale to już pierwsze sygnały dalszej twórczej drogi. Czytelnicy otrzymują pierwsze nieśmiałe wprawki do piosenek i obserwować mogą szlifowanie umiejętności.
Na początku obszernego tomu (obejmującego przecież tylko lata 1954 i 1955) uderza grom przypisów. Karolina Felberg-Sendecka zamierza wyręczać czytelników w intertekstualnych poszukiwaniach. Przytacza zatem bardzo rozbudowane cytaty z innych partii już wydanych dzienników Osieckiej, ze „Szpetnych czterdziestoletnich” lub z książki poświęconej Agnieszce Osieckiej – złożonej z wywiadów z bliskimi jej osobami. W ten sposób redaktorka wprawdzie dopowiada sprawy, które mogłyby umknąć odbiorcom, ale też trochę odbiera im przyjemność samodzielnych odkryć, nie mówiąc już o tym, że rozbija opowieści samej Osieckiej i utrudnia wstrzelenie się w tekst. „Dzienniki 1954–1955” w odróżnieniu od juweniliów to pierwszy krok w stronę poznawania świadomej autorki i kobiety, która nie potrafiła żyć bez miłości i łaknęła towarzystwa płci przeciwnej.
Pierwsza
Agnieszka Osiecka w swoich dziennikach może zastanawiać się nad własnymi wyborami i relacjami z innymi ludźmi. Zaczyna zarysowywać kierunki artystycznych dróg – chociaż tym razem często podkreśla żal, że nie potrafi malować. Zapełnia zeszyty naiwnymi szkicami, które są tu potem przedstawiane w formie zdjęć. Ale obok rysunkowych i bardzo naiwnych próbek pojawiają się też zalążki twórczości lirycznej. Osiecka próbuje swoich sił w tłumaczeniach, liczy sylaby, kreśli i zmienia wersy – pokazuje odbiorcom, jak mozolna jest praca tłumacza i jak niewiele wspólnego ma z natchnieniem i wiarą w talent. Sama nie komentuje raczej tych doświadczeń: wystarczającym dowodem komplikacji są ślady zmian, ewentualnie jeszcze dopiski po latach. Zdarza się też autorce – jak wielu młodym kobietom – przepisywać całe utwory, którymi się fascynuje, i to w oryginale. Zdarza się, że cytaty ciągną się przez kilka stron, a Osiecka na nowo odkrywa dla siebie choćby Gałczyńskiego. Kiedy przytacza utwory w obcych językach ma to jeszcze inne znaczenie: Agnieszka Osiecka dawniej przechodziła na francuski, angielski lub rosyjski, żeby ukryć przed rówieśniczkami najintymniejsze kwestie – teraz po prostu upaja się poezją. Czytelnicy oczywiście otrzymują przekłady w przypisach (można się zastanawiać, czy ma sens powtarzanie całych utworów, ale to szansa do poprawiania błędów popełnianych przez Osiecką, a w przypadku zapisów cyrylicą – podania transkrypcji).
Osobnym i kto wie, czy nie najważniejszym tematem stają się tym razem chłopcy. Agnieszka Osiecka bez przerwy zakochuje się i tęskni, przerzuca się od jednego kolegi do drugiego, w każdym dostrzega jakieś atuty, które mogłyby być podstawą do flirtu czy zauroczenia. Czasami zresztą sama woli flirt od głębszych uczuć, stara się nie traktować poważnie przelotnych związków, potrafi iść z chłopcem do łóżka i widzieć w tym własne wyrachowanie. Ją samą ta niestałość uczuciowa momentami niepokoi – szuka zatem wytłumaczenia dla takich postaw, a częściowo też i usprawiedliwienia. Nie przeszkadza jej to w kolejnych podbojach. Równocześnie komentarze stają się nieco bardziej precyzyjne, dojrzalsze niż w poprzednich „podlotkowych” dziennikach. Osiecka zaczyna też traktować miłość jako tworzywo. Na razie – do drobnych spostrzeżeń, uwag wystarczających zaledwie na tytuł lub myśl do utworu, który jeszcze nie powstanie – ale to już pierwsze sygnały dalszej twórczej drogi. Czytelnicy otrzymują pierwsze nieśmiałe wprawki do piosenek i obserwować mogą szlifowanie umiejętności.
Na początku obszernego tomu (obejmującego przecież tylko lata 1954 i 1955) uderza grom przypisów. Karolina Felberg-Sendecka zamierza wyręczać czytelników w intertekstualnych poszukiwaniach. Przytacza zatem bardzo rozbudowane cytaty z innych partii już wydanych dzienników Osieckiej, ze „Szpetnych czterdziestoletnich” lub z książki poświęconej Agnieszce Osieckiej – złożonej z wywiadów z bliskimi jej osobami. W ten sposób redaktorka wprawdzie dopowiada sprawy, które mogłyby umknąć odbiorcom, ale też trochę odbiera im przyjemność samodzielnych odkryć, nie mówiąc już o tym, że rozbija opowieści samej Osieckiej i utrudnia wstrzelenie się w tekst. „Dzienniki 1954–1955” w odróżnieniu od juweniliów to pierwszy krok w stronę poznawania świadomej autorki i kobiety, która nie potrafiła żyć bez miłości i łaknęła towarzystwa płci przeciwnej.
wtorek, 28 listopada 2017
Notes artystyczny Agnieszki Osieckiej
Agora, Warszawa 2017.
Do zapisków
Przedziwny to rodzaj publikacji gadżetowej, ale skoro w najlepsze trwa moda na dzienniki kreatywne, to i dla takiego przybliżenia odbiorcom i fanom archiwalnych nieznaczących drobiazgów miejsce na rynku się znajdzie. „Notes artystyczny Agnieszki Osieckiej” to książka umożliwiająca przedruk nieistotnych odręcznych zapisków, przegląd pamiątek czy przytaczanie kilku piosenek – to ostatnie, żeby nadać sensu wydaniu. Notes to podstawa tomu. Notes jak z terminarza – z podziałem na kolejne dni roku (ale bez zaznaczania dni tygodnia, bo pozycja ma mieć charakter uniwersalny i może być wykorzystywana albo w dowolnym roku – albo w ogóle z pominięciem dat). Co pewien czas notes przetykają cytaty z wydanych wcześniej tomów wspomnieniowych Agnieszki Osieckiej, bardzo drobne wypowiedzi na prawach katalizatorów refleksji. Można je traktować jak temat do rozważań, wskazówkę na dany dzień lub zachętę do większej lektury. Tego typu drobiazgi często znajdują się w tematycznych terminarzach – czasami zastępowane przez przysłowia bądź złote myśli. Ale w „Notesie artystycznym” nie ma ich za dużo, bo druk nie pasuje do koncepcji całości. Pełnią funkcję ozdobników, podobnie jak zdjęcia dziwacznych pamiątek. Zachowane tu zostały drobiazgi o wartości sentymentalnej dla autorki, pamiątki, rzeczy, które chce się zatrzymać, choć dla innych byłyby śmieciami – prezenty od przyjaciół, symbole szczęśliwych chwil, notatki, pocztówki, wizytówki, figurki. To jeszcze bardziej ma przybliżać do autorki – a znajduje swoje miejsce, bo w każdej tekstowej publikacji automatycznie straciłoby na wartości.
Ale bardzo trudno byłoby korzystać z „Notesu artystycznego” jak ze zwykłego terminarza, mimo że takie może być jedno z jego przeznaczeń – jest tu nawet miejsce na nazwisko właściciela. A to ze względu na przedruki zwykłych zapisków Agnieszki Osieckiej wrzucane pod rozmaitymi datami. Czasem są to nawiązania do miejsc, wyjazdów i spotkań, zwykłe notatki dla pamięci, bardzo skrótowe, wręcz hasłowe. Czasem odrobinę dłuższe komentarze – jednozdaniowe zachęty do optymizmu, hasła podtrzymujące na duchu lub definiujące stan psychiki czy humor. W zapiskach powracają wyjścia do kina czy teatru, rysuneczki, a czasem też drobne fragmenty tworzonych piosenek i wierszy, zapisywane jak notatki codzienne, z poprawkami i skreśleniami. Są tu różne odcienie długopisów i kolory atramentu, różne – w zależności od aktualnego stanu uczuć lub poziomu zmęczenia – odmiany pisma. Wszystko jednak wypada bardzo realistycznie, więc gdyby chciało się traktować „Notes artystyczny” jak prawdziwy terminarz, wdrukowane notatki mogłyby czasem wprowadzać w błąd. O wiele lepiej zatem potraktować tom jak artystyczne wyzwanie i dawać tu upust własnej kreatywności – inspiracją będą wówczas zastane detale.
Od czasu do czasu pojawiają się w tomie jeszcze piosenki Agnieszki Osieckiej wskazywane przez artystów, przyjaciół czy rodzinę. I one stanowią uzupełnienie mało wpisujące się w konwencję notesu, ale będą dodatkiem dla tych odbiorców, którym nie wystarczą zwykłe codzienne zapiski, jakie każdy na własny użytek czyni. Jest „Notes artystyczny Agnieszki Osieckiej” książką gadżetową tylko dla tych, którzy potrzebują oryginalnego miejsca na własne zapiski – trudno traktować go jako ważne źródło informacji, raczej dodatek do istniejącej wiedzy.
Do zapisków
Przedziwny to rodzaj publikacji gadżetowej, ale skoro w najlepsze trwa moda na dzienniki kreatywne, to i dla takiego przybliżenia odbiorcom i fanom archiwalnych nieznaczących drobiazgów miejsce na rynku się znajdzie. „Notes artystyczny Agnieszki Osieckiej” to książka umożliwiająca przedruk nieistotnych odręcznych zapisków, przegląd pamiątek czy przytaczanie kilku piosenek – to ostatnie, żeby nadać sensu wydaniu. Notes to podstawa tomu. Notes jak z terminarza – z podziałem na kolejne dni roku (ale bez zaznaczania dni tygodnia, bo pozycja ma mieć charakter uniwersalny i może być wykorzystywana albo w dowolnym roku – albo w ogóle z pominięciem dat). Co pewien czas notes przetykają cytaty z wydanych wcześniej tomów wspomnieniowych Agnieszki Osieckiej, bardzo drobne wypowiedzi na prawach katalizatorów refleksji. Można je traktować jak temat do rozważań, wskazówkę na dany dzień lub zachętę do większej lektury. Tego typu drobiazgi często znajdują się w tematycznych terminarzach – czasami zastępowane przez przysłowia bądź złote myśli. Ale w „Notesie artystycznym” nie ma ich za dużo, bo druk nie pasuje do koncepcji całości. Pełnią funkcję ozdobników, podobnie jak zdjęcia dziwacznych pamiątek. Zachowane tu zostały drobiazgi o wartości sentymentalnej dla autorki, pamiątki, rzeczy, które chce się zatrzymać, choć dla innych byłyby śmieciami – prezenty od przyjaciół, symbole szczęśliwych chwil, notatki, pocztówki, wizytówki, figurki. To jeszcze bardziej ma przybliżać do autorki – a znajduje swoje miejsce, bo w każdej tekstowej publikacji automatycznie straciłoby na wartości.
Ale bardzo trudno byłoby korzystać z „Notesu artystycznego” jak ze zwykłego terminarza, mimo że takie może być jedno z jego przeznaczeń – jest tu nawet miejsce na nazwisko właściciela. A to ze względu na przedruki zwykłych zapisków Agnieszki Osieckiej wrzucane pod rozmaitymi datami. Czasem są to nawiązania do miejsc, wyjazdów i spotkań, zwykłe notatki dla pamięci, bardzo skrótowe, wręcz hasłowe. Czasem odrobinę dłuższe komentarze – jednozdaniowe zachęty do optymizmu, hasła podtrzymujące na duchu lub definiujące stan psychiki czy humor. W zapiskach powracają wyjścia do kina czy teatru, rysuneczki, a czasem też drobne fragmenty tworzonych piosenek i wierszy, zapisywane jak notatki codzienne, z poprawkami i skreśleniami. Są tu różne odcienie długopisów i kolory atramentu, różne – w zależności od aktualnego stanu uczuć lub poziomu zmęczenia – odmiany pisma. Wszystko jednak wypada bardzo realistycznie, więc gdyby chciało się traktować „Notes artystyczny” jak prawdziwy terminarz, wdrukowane notatki mogłyby czasem wprowadzać w błąd. O wiele lepiej zatem potraktować tom jak artystyczne wyzwanie i dawać tu upust własnej kreatywności – inspiracją będą wówczas zastane detale.
Od czasu do czasu pojawiają się w tomie jeszcze piosenki Agnieszki Osieckiej wskazywane przez artystów, przyjaciół czy rodzinę. I one stanowią uzupełnienie mało wpisujące się w konwencję notesu, ale będą dodatkiem dla tych odbiorców, którym nie wystarczą zwykłe codzienne zapiski, jakie każdy na własny użytek czyni. Jest „Notes artystyczny Agnieszki Osieckiej” książką gadżetową tylko dla tych, którzy potrzebują oryginalnego miejsca na własne zapiski – trudno traktować go jako ważne źródło informacji, raczej dodatek do istniejącej wiedzy.
sobota, 5 sierpnia 2017
Agnieszka Osiecka: Dzienniki 1953
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Poznawanie siebie
Agnieszka Osiecka jako nastolatka jest w swoich dziennikach – jak każda nastolatka zresztą – rozbrajająco szczera, a przy tym bardzo naiwna. W 1953 roku studiuje dziennikarstwo, ma siedemnaście lat i w takim samym stopniu przeżywa własne nadzieje na wielką miłość, co kłótnie rodziców. Wszystko dokładnie odnotowuje – łącznie z błahymi konfliktami w gronie kolegów. Zwierza się dziennikowi z sympatii i antypatii, szuka dla siebie najlepszych rozwiązań. Jeszcze nie wie, że będzie pisać – ale w dzienniku stara się szlifować styl, sama sobie wyśmiewa nieudane metafory. Zwraca baczną uwagę na ludzi – to ludzie i związane z nimi emocje wiodą tu prym. Od czasu do czasu jest też mowa o teatrze. Agnieszka Osiecka chodzi na te przedstawienia, na które uda się zdobyć bilety, co nie zawsze jest łatwym zadaniem. Jednak kiedy już obejrzy sztukę, stara się bardzo dokładnie zanotować jej treść. Szuka lektur, które pogłębią jej wiedzę w tym zakresie i pracuje nad sobą. Dodatkowo uczy tych kolegów, którzy mają trudności z przyswajaniem faktów. Pod koniec tej części dzienników mocno przeżywa wyrzucenie z ZMP. Bo tym razem świat polityki i nastrojów społecznych wkracza do zapisków coraz odważniej – Osiecka zajmuje się nie tylko własnymi przemyśleniami i rozważaniami o chłopcach, czasami analizuje też to, co dzieje się wokół. Na razie jeszcze są to komentarze dość infantylne, ale nie sposób odmówić im wartości. Zdarza się też młodej Agnieszce Osieckiej popaść w zadumę i zacząć filozofować na kartach dziennika. Najskrytsze przeżycia bohaterka zapisuje w obcych językach (po niemiecku albo po francusku), żeby notatki były trudniejsze do rozszyfrowania przez niepożądanych czy przypadkowych odbiorców. Autorka pozostaje również wrażliwa na poezję, wprowadza do zapisków cytaty (także w oryginale). Mnóstwo czasu i energii poświęca sprawom obyczajowym, to wynurzenia na temat relacji w grupie czy zachowań.
Tomy „dzienników” (starannie zaznaczane) przerywa tu brudnopis – zeszyt pełen dialogów prowadzonych na zajęciach, zresztą czasami do zapisków wkraczają również notatki czy skrypty. Osiecka traktuje diariusz jako możliwość kształtowania pisarskiego stylu, ale też jak powiernika, sposób na uporządkowanie wrażeń. Po pewnym czasie wraca do swoich uwag, czyta, wprowadza osobne komentarze, podkreślenia i poprawki – w pełnej edycji „Dzienników” rozmaite edytorskie zabiegi są odpowiednio zaznaczane dla odbiorców, redaktorka znalazła sposób na unikanie czy zminimalizowanie chaosu. Nie bagatelizuje drobiazgów: klamry, strzałki, podkreślenia, pamiątki w postaci zasuszonych zapisanych liśći – wszystko się tu pojawia. Co ciekawsze strony funkcjonują jako dodatkowy graficzny ozdobnik, podobnie jak zdjęcia z czasów dotyczących tomu dziennika.
Czytelnicy otrzymują również zestaw przypisowych komentarzy, na początku bardzo rozbudowanych – przy prezentowaniu kolejnych postaci redaktorka tomu odwołuje się do opinii Osieckiej z innych publikacji, rozszerza więc zakres notatek i ułatwia zadanie odbiorcom. Bywa, że niepotrzebnie po raz kolejny wprowadza biogramy z poprzednich tomów, chociaż być może zakłada, że do „Dzienników 1953” zajrzą nie tylko fani Osieckiej, ale i ciekawi obyczajowości epoki. „Dzienniki 1953” to powolne dojrzewanie Agnieszki Osieckiej do świadomego tworzenia – ale i odkrywanie samej siebie, własnej wrażliwości, uczuć oraz tęsknot. To publikacja, w której równie wiele jak z tekstu, wyczytać można między wierszami. Pozwala lepiej poznać Agnieszkę Osiecką, stanowi uzupełnienie jej biografii, tym cenniejsze, że nieformalne.
Poznawanie siebie
Agnieszka Osiecka jako nastolatka jest w swoich dziennikach – jak każda nastolatka zresztą – rozbrajająco szczera, a przy tym bardzo naiwna. W 1953 roku studiuje dziennikarstwo, ma siedemnaście lat i w takim samym stopniu przeżywa własne nadzieje na wielką miłość, co kłótnie rodziców. Wszystko dokładnie odnotowuje – łącznie z błahymi konfliktami w gronie kolegów. Zwierza się dziennikowi z sympatii i antypatii, szuka dla siebie najlepszych rozwiązań. Jeszcze nie wie, że będzie pisać – ale w dzienniku stara się szlifować styl, sama sobie wyśmiewa nieudane metafory. Zwraca baczną uwagę na ludzi – to ludzie i związane z nimi emocje wiodą tu prym. Od czasu do czasu jest też mowa o teatrze. Agnieszka Osiecka chodzi na te przedstawienia, na które uda się zdobyć bilety, co nie zawsze jest łatwym zadaniem. Jednak kiedy już obejrzy sztukę, stara się bardzo dokładnie zanotować jej treść. Szuka lektur, które pogłębią jej wiedzę w tym zakresie i pracuje nad sobą. Dodatkowo uczy tych kolegów, którzy mają trudności z przyswajaniem faktów. Pod koniec tej części dzienników mocno przeżywa wyrzucenie z ZMP. Bo tym razem świat polityki i nastrojów społecznych wkracza do zapisków coraz odważniej – Osiecka zajmuje się nie tylko własnymi przemyśleniami i rozważaniami o chłopcach, czasami analizuje też to, co dzieje się wokół. Na razie jeszcze są to komentarze dość infantylne, ale nie sposób odmówić im wartości. Zdarza się też młodej Agnieszce Osieckiej popaść w zadumę i zacząć filozofować na kartach dziennika. Najskrytsze przeżycia bohaterka zapisuje w obcych językach (po niemiecku albo po francusku), żeby notatki były trudniejsze do rozszyfrowania przez niepożądanych czy przypadkowych odbiorców. Autorka pozostaje również wrażliwa na poezję, wprowadza do zapisków cytaty (także w oryginale). Mnóstwo czasu i energii poświęca sprawom obyczajowym, to wynurzenia na temat relacji w grupie czy zachowań.
Tomy „dzienników” (starannie zaznaczane) przerywa tu brudnopis – zeszyt pełen dialogów prowadzonych na zajęciach, zresztą czasami do zapisków wkraczają również notatki czy skrypty. Osiecka traktuje diariusz jako możliwość kształtowania pisarskiego stylu, ale też jak powiernika, sposób na uporządkowanie wrażeń. Po pewnym czasie wraca do swoich uwag, czyta, wprowadza osobne komentarze, podkreślenia i poprawki – w pełnej edycji „Dzienników” rozmaite edytorskie zabiegi są odpowiednio zaznaczane dla odbiorców, redaktorka znalazła sposób na unikanie czy zminimalizowanie chaosu. Nie bagatelizuje drobiazgów: klamry, strzałki, podkreślenia, pamiątki w postaci zasuszonych zapisanych liśći – wszystko się tu pojawia. Co ciekawsze strony funkcjonują jako dodatkowy graficzny ozdobnik, podobnie jak zdjęcia z czasów dotyczących tomu dziennika.
Czytelnicy otrzymują również zestaw przypisowych komentarzy, na początku bardzo rozbudowanych – przy prezentowaniu kolejnych postaci redaktorka tomu odwołuje się do opinii Osieckiej z innych publikacji, rozszerza więc zakres notatek i ułatwia zadanie odbiorcom. Bywa, że niepotrzebnie po raz kolejny wprowadza biogramy z poprzednich tomów, chociaż być może zakłada, że do „Dzienników 1953” zajrzą nie tylko fani Osieckiej, ale i ciekawi obyczajowości epoki. „Dzienniki 1953” to powolne dojrzewanie Agnieszki Osieckiej do świadomego tworzenia – ale i odkrywanie samej siebie, własnej wrażliwości, uczuć oraz tęsknot. To publikacja, w której równie wiele jak z tekstu, wyczytać można między wierszami. Pozwala lepiej poznać Agnieszkę Osiecką, stanowi uzupełnienie jej biografii, tym cenniejsze, że nieformalne.
niedziela, 5 marca 2017
Agnieszka Osiecka: Najpiękniejsze wiersze i piosenki
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Miłość
Kolejna publikacja w bibliofilskiej (z wyglądu i z założenia) serii – i kolejna, przy której nie da się zwyczajnie prowadzić lektury, żeby nie zacząć śpiewać czy choćby nucić. „Agnieszka Osiecka. Najpiękniejsze wiersze i piosenki” to nie tylko obszerny wybór utworów, które inspirują kompozytorów i zaliczają się już do klasyki literatury. To również najpiękniejsze wyznania miłości – i być może dlatego ten tom ma czerwoną okładkę.
Wiersze zestawione w tej publikacji są pozbawione datowania i przypisów, ale poukładane chronologicznie za sprawą podawania tomików – miejsc pierwodruku. Z rzadka pojawiają się alternatywne wersje tekstów (jak przy „Okularnikach”, ale bez całej anegdotycznej opowieści o ingerencji cenzury). Nie ma też zmian wprowadzanych na potrzeby muzyki (ani odnośników do twórców, chociaż chętni bez trudu znajdą sobie śpiewane wersje). „Najpiękniejsze wiersze i piosenki” to publikacja, która zapewnia przegląd kreatywnych wyznań miłości i opowieści o miłości. Osiecka bawi się tu rolami – bywa zakochanym podlotkiem, kobietą po przejściach, femme fatale, tą zdradzaną i tą zdradzającą, co nie przeszkadza jej kolejnym razem wcielić się w amanta czy dżentelmena rodem z niewieścich snów. Akcentuje specyfikę polskiej miłości, bawi się potencjałem rymotwórczym tkwiącym w imionach, żeby skonkretyzować postacie. Zresztą do tego ostatniego służą jej też literackie adresy, nazwy miejscowości, które nie wyróżniają się niczym poza tym, że stały się tłem literackiego wyimaginowanego romansu, zauroczenia lub cierpienia z powodu złamanego serca. Agnieszka Osiecka szuka możliwości mówienia o sercowych perypetiach. Raz bawi się tematem i sugeruje, że potraktowana żartobliwie miłość nie przynosi smutków, stawia na niewinny flirt, raz – pod wymyślnymi figurami retorycznymi skrywa niemal kamasutrę. Miłość uświęca albo przeklina, tworzy wyznania kierowane do obiektu westchnień, albo intymne zwierzenia, których adresat już nie przeczyta – jako niezainteresowany. Pokazuje, jak wiele różnych odcieni może mieć uczucie. W wierszach adoruje lub odpycha, błaga o miłość lub się jej wyrzeka. Tak się składa, że „Najpiękniejsze wiersze i piosenki” w tym wypadku zostały stematyzowane, przez co jeszcze dokładniej można się przyjrzeć warsztatowi literackiemu, wyobraźni i wrażliwości Agnieszki Osieckiej. Owszem, za rozmaitymi tekstami kryją się prawdziwe uczucia – ale tego dowiedzą się czytelnicy biografii i opracowań. Tu obcować mogą po prostu z wyznaniami miłości w najlepszym gatunku. U Agnieszki Osieckiej uderza trafność spostrzeżeń, umiejętność sterowania emocjami czytelników. Tomik przyniesie więc sporo zachwytów i odkryć, szereg wzruszeń, ale i dowcipów. Bo w tej literaturze nie ma mowy o banałach. Osiecka imponuje umiejętnością oceniania charakterów, a i snucia historii poszczególnych par. Chociaż pokazuje maleńki wycinek relacji, jest w tym bardzo przekonująca.
„Najpiękniejsze wiersze i piosenki” to książka, wbrew pozorom, nie tylko dla romantyków. Osiecka w uczuciach jest wyjątkowo precyzyjna, nie pozostawia złudnych nadziei. Za to rozwija wrażliwość, przypomina, jak unikać wyświechtanych zwrotów i dokonywać wiwisekcji. Jest ta publikacja dobrze przygotowanym wyborem i dla tych, którzy twórczość Agnieszki Osieckiej bardzo sobie cenią, i dla tych, którzy najsławniejszej poetki piosenki prawie w ogóle nie znają.
Miłość
Kolejna publikacja w bibliofilskiej (z wyglądu i z założenia) serii – i kolejna, przy której nie da się zwyczajnie prowadzić lektury, żeby nie zacząć śpiewać czy choćby nucić. „Agnieszka Osiecka. Najpiękniejsze wiersze i piosenki” to nie tylko obszerny wybór utworów, które inspirują kompozytorów i zaliczają się już do klasyki literatury. To również najpiękniejsze wyznania miłości – i być może dlatego ten tom ma czerwoną okładkę.
Wiersze zestawione w tej publikacji są pozbawione datowania i przypisów, ale poukładane chronologicznie za sprawą podawania tomików – miejsc pierwodruku. Z rzadka pojawiają się alternatywne wersje tekstów (jak przy „Okularnikach”, ale bez całej anegdotycznej opowieści o ingerencji cenzury). Nie ma też zmian wprowadzanych na potrzeby muzyki (ani odnośników do twórców, chociaż chętni bez trudu znajdą sobie śpiewane wersje). „Najpiękniejsze wiersze i piosenki” to publikacja, która zapewnia przegląd kreatywnych wyznań miłości i opowieści o miłości. Osiecka bawi się tu rolami – bywa zakochanym podlotkiem, kobietą po przejściach, femme fatale, tą zdradzaną i tą zdradzającą, co nie przeszkadza jej kolejnym razem wcielić się w amanta czy dżentelmena rodem z niewieścich snów. Akcentuje specyfikę polskiej miłości, bawi się potencjałem rymotwórczym tkwiącym w imionach, żeby skonkretyzować postacie. Zresztą do tego ostatniego służą jej też literackie adresy, nazwy miejscowości, które nie wyróżniają się niczym poza tym, że stały się tłem literackiego wyimaginowanego romansu, zauroczenia lub cierpienia z powodu złamanego serca. Agnieszka Osiecka szuka możliwości mówienia o sercowych perypetiach. Raz bawi się tematem i sugeruje, że potraktowana żartobliwie miłość nie przynosi smutków, stawia na niewinny flirt, raz – pod wymyślnymi figurami retorycznymi skrywa niemal kamasutrę. Miłość uświęca albo przeklina, tworzy wyznania kierowane do obiektu westchnień, albo intymne zwierzenia, których adresat już nie przeczyta – jako niezainteresowany. Pokazuje, jak wiele różnych odcieni może mieć uczucie. W wierszach adoruje lub odpycha, błaga o miłość lub się jej wyrzeka. Tak się składa, że „Najpiękniejsze wiersze i piosenki” w tym wypadku zostały stematyzowane, przez co jeszcze dokładniej można się przyjrzeć warsztatowi literackiemu, wyobraźni i wrażliwości Agnieszki Osieckiej. Owszem, za rozmaitymi tekstami kryją się prawdziwe uczucia – ale tego dowiedzą się czytelnicy biografii i opracowań. Tu obcować mogą po prostu z wyznaniami miłości w najlepszym gatunku. U Agnieszki Osieckiej uderza trafność spostrzeżeń, umiejętność sterowania emocjami czytelników. Tomik przyniesie więc sporo zachwytów i odkryć, szereg wzruszeń, ale i dowcipów. Bo w tej literaturze nie ma mowy o banałach. Osiecka imponuje umiejętnością oceniania charakterów, a i snucia historii poszczególnych par. Chociaż pokazuje maleńki wycinek relacji, jest w tym bardzo przekonująca.
„Najpiękniejsze wiersze i piosenki” to książka, wbrew pozorom, nie tylko dla romantyków. Osiecka w uczuciach jest wyjątkowo precyzyjna, nie pozostawia złudnych nadziei. Za to rozwija wrażliwość, przypomina, jak unikać wyświechtanych zwrotów i dokonywać wiwisekcji. Jest ta publikacja dobrze przygotowanym wyborem i dla tych, którzy twórczość Agnieszki Osieckiej bardzo sobie cenią, i dla tych, którzy najsławniejszej poetki piosenki prawie w ogóle nie znają.
wtorek, 17 stycznia 2017
Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze (wznowienie)
Agora, Warszawa 2016. (książka z audiobookiem)
Mówić o miłości
Przez pewien czas były domysły – a i życzenia czytelników i słuchaczy. Nadzieje na to, że dwoje autorów najpiękniejszych piosenek o miłości miało się ku sobie i przeżyło głębokie i inspirujące uczucie. W okruchach wspomnień pojawiali się anonimowi kochankowie – każdy próbował do tych sylwetek dopasować tę parę. Oboje ceniący miłość jako źródło lirycznych zachwytów, oboje potrafiący ubrać w słowa porywy serc, ale i ciał. I w pewnym momencie tajemnica przestała być tajemnicą. Sześć lat temu ukazały się „Listy na wyczerpanym papierze”, lektura wyjaśniająca niezwykły „romans” i dająca jednoznaczną odpowiedź na fascynujące porozumienie poetów. Spotkała się ta publikacja – będąca zresztą dużym wydarzeniem literackim – ze skrajnymi opiniami. Bo wbrew zwyczajom (i zastrzeżeniom wielu autorów dotyczącym publikowania wspomnień dopiero kilka dekad po ich śmierci) miłosna korespondencja Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory ukazała się dość szybko. Z tego posunięcia Magda Umer się tłumaczy – w końcu dzieci bohaterów książki, Agata Passent i Kot Przybora zadecydowały o przekazaniu prywatnych zwierzeń do druku. Nie po to, żeby wywołać skandal czy odpowiedzieć na domysły – ale dlatego, że „Listy na wyczerpanym papierze” to piękna literatura miłosna. Na razie i Przybora, i Osiecka funkcjonują w świadomości kolejnych pokoleń jako twórcy ponadczasowych piosenek. Ten tom może być dopełnieniem ich lirycznych komentarzy – i zestawem odczytywanych na nowo inspiracji.
„Listy na wyczerpanym papierze” to przede wszystkim miłosne wyznania „tekściarzy”, którzy niemal rywalizują ze sobą w oryginalnym podejściu do tematu romansu. Autorzy na przemian to wyznają sobie miłość i niemal pojedynkują się na rozmiar tęsknoty. Nie mogą bez siebie istnieć, przynajmniej w słowach. Czasami parafrazują (lub w ogóle parodiują) nawzajem piosenki, żeby dać upust uczuciom. „Listy na wyczerpanym papierze” to rejestr wzajemnych wyznań i wyrzutów – prywatnych, momentami intymnych (choć zapisywanych też w telegramach, na odwrotach zdjęć lub kartach pocztowych). Nie ma w nich wulgarności, ale nie ma też szczebiotu typowego dla idealizowanych początków płomiennego romansu. Korespondencja zamienia się w grę, oczekiwanie niemożliwego – i wystawianie drugiej strony na wielką próbę cierpliwości. Strzępki rozmów zamieszczane w listach niespecjalnie przydadzą się biografom, ale zwykłym odbiorcom pokażą, jak – na ile sposobów – pisać można o tym samym uczuciu. To jak uzupełnienie fraz z piosenek, wypróbowanie w praktyce metod mówienia o miłości. Od czasu do czasu Magda Umer wprowadza drobne przypisy objaśniające dodatkowe postacie lub miejsca (i rezygnuje przy tym z encyklopedycznego tonu), pojawiają się również wyimki z kalendarzy Osieckiej – drobne wzmianki o stanach emocjonalnych związanych z przytaczaną korespondencją.
Cały tom ma albumowy charakter. „Listy na wyczerpanym papierze” zyskały godną siebie oprawę graficzną. Mnóstwo tu reprintów tych dokumentów: zdjęć pocztówek czy kartek z papeterii. Zmiany nadawców sygnalizowane są znaczkiem z odpowiednią postacią. Do tego – liczne zdjęcie (w tym takie, które sprawdzały się jak karty pocztowe i dopełniały treść listów). A ponieważ znaczące w interpretacjach może być wszystko, nawet skreślenia – zostają one odwzorowane także na poziomie druku, by czytelnicy dostali wgląd w jak najpełniejszą treść listów. Część z konieczności jest fragmentaryczna – Jeremi Przybora i Agnieszka Osiecka porządkowali swoje archiwa i pozbywali się materiałów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, część zapewne uległa zniszczeniu lub zgubieniu. To, co pozostało, pokazuje czytelnikom, jak pięknie można mówić o miłości. Do tomu zostały dołączone nagrania „Listów”, czytane przez Magdę Umer i Piotra Machalicę. Ta literatura powinna wybrzmieć.
Mówić o miłości
Przez pewien czas były domysły – a i życzenia czytelników i słuchaczy. Nadzieje na to, że dwoje autorów najpiękniejszych piosenek o miłości miało się ku sobie i przeżyło głębokie i inspirujące uczucie. W okruchach wspomnień pojawiali się anonimowi kochankowie – każdy próbował do tych sylwetek dopasować tę parę. Oboje ceniący miłość jako źródło lirycznych zachwytów, oboje potrafiący ubrać w słowa porywy serc, ale i ciał. I w pewnym momencie tajemnica przestała być tajemnicą. Sześć lat temu ukazały się „Listy na wyczerpanym papierze”, lektura wyjaśniająca niezwykły „romans” i dająca jednoznaczną odpowiedź na fascynujące porozumienie poetów. Spotkała się ta publikacja – będąca zresztą dużym wydarzeniem literackim – ze skrajnymi opiniami. Bo wbrew zwyczajom (i zastrzeżeniom wielu autorów dotyczącym publikowania wspomnień dopiero kilka dekad po ich śmierci) miłosna korespondencja Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory ukazała się dość szybko. Z tego posunięcia Magda Umer się tłumaczy – w końcu dzieci bohaterów książki, Agata Passent i Kot Przybora zadecydowały o przekazaniu prywatnych zwierzeń do druku. Nie po to, żeby wywołać skandal czy odpowiedzieć na domysły – ale dlatego, że „Listy na wyczerpanym papierze” to piękna literatura miłosna. Na razie i Przybora, i Osiecka funkcjonują w świadomości kolejnych pokoleń jako twórcy ponadczasowych piosenek. Ten tom może być dopełnieniem ich lirycznych komentarzy – i zestawem odczytywanych na nowo inspiracji.
„Listy na wyczerpanym papierze” to przede wszystkim miłosne wyznania „tekściarzy”, którzy niemal rywalizują ze sobą w oryginalnym podejściu do tematu romansu. Autorzy na przemian to wyznają sobie miłość i niemal pojedynkują się na rozmiar tęsknoty. Nie mogą bez siebie istnieć, przynajmniej w słowach. Czasami parafrazują (lub w ogóle parodiują) nawzajem piosenki, żeby dać upust uczuciom. „Listy na wyczerpanym papierze” to rejestr wzajemnych wyznań i wyrzutów – prywatnych, momentami intymnych (choć zapisywanych też w telegramach, na odwrotach zdjęć lub kartach pocztowych). Nie ma w nich wulgarności, ale nie ma też szczebiotu typowego dla idealizowanych początków płomiennego romansu. Korespondencja zamienia się w grę, oczekiwanie niemożliwego – i wystawianie drugiej strony na wielką próbę cierpliwości. Strzępki rozmów zamieszczane w listach niespecjalnie przydadzą się biografom, ale zwykłym odbiorcom pokażą, jak – na ile sposobów – pisać można o tym samym uczuciu. To jak uzupełnienie fraz z piosenek, wypróbowanie w praktyce metod mówienia o miłości. Od czasu do czasu Magda Umer wprowadza drobne przypisy objaśniające dodatkowe postacie lub miejsca (i rezygnuje przy tym z encyklopedycznego tonu), pojawiają się również wyimki z kalendarzy Osieckiej – drobne wzmianki o stanach emocjonalnych związanych z przytaczaną korespondencją.
Cały tom ma albumowy charakter. „Listy na wyczerpanym papierze” zyskały godną siebie oprawę graficzną. Mnóstwo tu reprintów tych dokumentów: zdjęć pocztówek czy kartek z papeterii. Zmiany nadawców sygnalizowane są znaczkiem z odpowiednią postacią. Do tego – liczne zdjęcie (w tym takie, które sprawdzały się jak karty pocztowe i dopełniały treść listów). A ponieważ znaczące w interpretacjach może być wszystko, nawet skreślenia – zostają one odwzorowane także na poziomie druku, by czytelnicy dostali wgląd w jak najpełniejszą treść listów. Część z konieczności jest fragmentaryczna – Jeremi Przybora i Agnieszka Osiecka porządkowali swoje archiwa i pozbywali się materiałów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, część zapewne uległa zniszczeniu lub zgubieniu. To, co pozostało, pokazuje czytelnikom, jak pięknie można mówić o miłości. Do tomu zostały dołączone nagrania „Listów”, czytane przez Magdę Umer i Piotra Machalicę. Ta literatura powinna wybrzmieć.
niedziela, 23 października 2016
Agnieszka Osiecka: Lubię farbować wróble. Z rozmów stworzyła Violetta Ozminkowski
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
Niby-wywiad
Nowy wywiad z Agnieszką Osiecką? Niezupełnie. A raczej – zupełnie nie. Violetta Ozminkowski stworzyła wywiad-rzekę z własnych półpytań dopisywanych do gotowych cytatów z wywiadów. Ten zabieg wydać się może nieco dziwny, ale stanowi ciekawy sposób na przybliżenie sylwetki i wrażliwości Osieckiej nowym odbiorcom. Fani znajdą dla siebie niewiele nowego, mogą ewentualnie przyglądać się samej osi quasi-wywiadu i sprawdzać, jak dziennikarka przygotowuje tę historię.
„Lubię farbować wróble” to efekt mody na wywiady-rzeki z artystami, ale doprowadzony do ekstremum, zabawa formą przy, co się tu mocno podkreśla, zachowaniu oryginalnych wypowiedzi poetki. Tym wszystkim, którzy będą się oburzać na wyrywanie opowieści z kontekstu czy manipulowanie, można więc jako kontrargument przedstawić autentyczność. To tylko zabawa formą, a i próba podzielenia okołobiograficznych (i autotematycznych) informacji tak, by stały się bardziej strawne dla masowego odbiorcy. Osiecka w tym tomie rzadko rozwodzi się nad jakimkolwiek motywem, fragmenty z wywiadów są przeważnie oszczędne. Nie da się też, co oczywiste, zadawać dodatkowych pytań – należy pamiętać, że to o rzeczywistości minionej mowa, nawet jeśli dziennikarka próbuje nawiązywać do znanych młodszym pokoleniom realiów.
Rolą Violetty Ozminkowski jest nawet bardziej udawanie dziennikarki, która rozmawia ze sławą, przynajmniej w założeniu, bo w realizacji Ozminkowski po prostu stara się nie przeszkadzać. Boi się bezpośrednich zwrotów do rozmówczyni, woli uciekać w bezosobowe i bezpieczne (a w żadnym razie – familiarne) ogólniki. Również z tego powodu częściej stosuje w formie pytań same hasła, jakby prowadziła grę w skojarzenia. Pozostawia za to w odpowiedziach Osieckiej bezpośrednie komentarze do pytających, żeby choć trochę uatrakcyjnić sztuczne spotkanie. Od czasu do czasu ujawnia wiedzę na temat Osieckiej: może posłużyć się cytatem lub odwołaniem do przeżyć poetki, ale na ogół stara się „pytać” jak najbardziej skrótowo i potocznie, jakby rzeczywiście prowadziła nieformalną, naturalną rozmowę. Oczywiście to ćwiczenia z dopisywania pytań do gotowych i potrzebnych akurat odpowiedzi, zatem Ozminkowski wcale nie musi precyzować, co ma na myśli, naprowadzać na konkrety i gimnastykować umysłu, żeby dociec prawdy. Wie, że uzyska dokładnie taką odpowiedź, jaką zna. Nie wyprzedza historii. Rodzi się pytanie, czy nie łatwiej byłoby stworzyć po prostu mozaikę z cytatów – ale takie książki już się pojawiały, a wyimaginowany wywiad-rzeka jest jednak w pewnym stopniu nowatorski. Prawdopodobnie nie przyjmie się wśród zwykłych czytelników, którzy woleliby raczej przedruki całości niż pojedyncze opowieści zlane w jedno, ale można było spróbować, żeby podtrzymać zainteresowanie Osiecką w serii.
W tomie „Lubię farbować wróble” pojawi się niemal wszystko, co z Osiecką związane. Trochę rozważań o znajomych i kochankach, trochę o piosenkach i sztukach teatralnych, ogólnie o tworzeniu i ogólnie o życiu. Ma być ta publikacja swoistą reklamą Osieckiej, pokazaniem, że była to autorka z krwi i kości, chłonąca codzienność, dokonująca również na użytek wywiadów celnych i ważnych obserwacji. W takim ujęciu nie dziwi, że Ozminkowski próbuje się schować, nie przeszkadzać swoimi „pytaniami”. One są tylko innym od opracowania sposobem na przytoczenie ciekawostek i rytmu biografii. Nieprzypadkowo Osiecka w tej książce nie ma wieku. „Lubię farbować wróble” staje się wstępem do tematycznych poszukiwań dla młodszego pokolenia zafascynowanego Osiecką: szybko, blisko i bez emocji.
Niby-wywiad
Nowy wywiad z Agnieszką Osiecką? Niezupełnie. A raczej – zupełnie nie. Violetta Ozminkowski stworzyła wywiad-rzekę z własnych półpytań dopisywanych do gotowych cytatów z wywiadów. Ten zabieg wydać się może nieco dziwny, ale stanowi ciekawy sposób na przybliżenie sylwetki i wrażliwości Osieckiej nowym odbiorcom. Fani znajdą dla siebie niewiele nowego, mogą ewentualnie przyglądać się samej osi quasi-wywiadu i sprawdzać, jak dziennikarka przygotowuje tę historię.
„Lubię farbować wróble” to efekt mody na wywiady-rzeki z artystami, ale doprowadzony do ekstremum, zabawa formą przy, co się tu mocno podkreśla, zachowaniu oryginalnych wypowiedzi poetki. Tym wszystkim, którzy będą się oburzać na wyrywanie opowieści z kontekstu czy manipulowanie, można więc jako kontrargument przedstawić autentyczność. To tylko zabawa formą, a i próba podzielenia okołobiograficznych (i autotematycznych) informacji tak, by stały się bardziej strawne dla masowego odbiorcy. Osiecka w tym tomie rzadko rozwodzi się nad jakimkolwiek motywem, fragmenty z wywiadów są przeważnie oszczędne. Nie da się też, co oczywiste, zadawać dodatkowych pytań – należy pamiętać, że to o rzeczywistości minionej mowa, nawet jeśli dziennikarka próbuje nawiązywać do znanych młodszym pokoleniom realiów.
Rolą Violetty Ozminkowski jest nawet bardziej udawanie dziennikarki, która rozmawia ze sławą, przynajmniej w założeniu, bo w realizacji Ozminkowski po prostu stara się nie przeszkadzać. Boi się bezpośrednich zwrotów do rozmówczyni, woli uciekać w bezosobowe i bezpieczne (a w żadnym razie – familiarne) ogólniki. Również z tego powodu częściej stosuje w formie pytań same hasła, jakby prowadziła grę w skojarzenia. Pozostawia za to w odpowiedziach Osieckiej bezpośrednie komentarze do pytających, żeby choć trochę uatrakcyjnić sztuczne spotkanie. Od czasu do czasu ujawnia wiedzę na temat Osieckiej: może posłużyć się cytatem lub odwołaniem do przeżyć poetki, ale na ogół stara się „pytać” jak najbardziej skrótowo i potocznie, jakby rzeczywiście prowadziła nieformalną, naturalną rozmowę. Oczywiście to ćwiczenia z dopisywania pytań do gotowych i potrzebnych akurat odpowiedzi, zatem Ozminkowski wcale nie musi precyzować, co ma na myśli, naprowadzać na konkrety i gimnastykować umysłu, żeby dociec prawdy. Wie, że uzyska dokładnie taką odpowiedź, jaką zna. Nie wyprzedza historii. Rodzi się pytanie, czy nie łatwiej byłoby stworzyć po prostu mozaikę z cytatów – ale takie książki już się pojawiały, a wyimaginowany wywiad-rzeka jest jednak w pewnym stopniu nowatorski. Prawdopodobnie nie przyjmie się wśród zwykłych czytelników, którzy woleliby raczej przedruki całości niż pojedyncze opowieści zlane w jedno, ale można było spróbować, żeby podtrzymać zainteresowanie Osiecką w serii.
W tomie „Lubię farbować wróble” pojawi się niemal wszystko, co z Osiecką związane. Trochę rozważań o znajomych i kochankach, trochę o piosenkach i sztukach teatralnych, ogólnie o tworzeniu i ogólnie o życiu. Ma być ta publikacja swoistą reklamą Osieckiej, pokazaniem, że była to autorka z krwi i kości, chłonąca codzienność, dokonująca również na użytek wywiadów celnych i ważnych obserwacji. W takim ujęciu nie dziwi, że Ozminkowski próbuje się schować, nie przeszkadzać swoimi „pytaniami”. One są tylko innym od opracowania sposobem na przytoczenie ciekawostek i rytmu biografii. Nieprzypadkowo Osiecka w tej książce nie ma wieku. „Lubię farbować wróble” staje się wstępem do tematycznych poszukiwań dla młodszego pokolenia zafascynowanego Osiecką: szybko, blisko i bez emocji.
niedziela, 3 lipca 2016
Agnieszka Osiecka: Neponset
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
Cierpienie
Fani Agnieszki Osieckiej tomem „Neponset” zawiedzeni być nie mogą: to powieść, która na rynku dotąd nie zaistniała. Napisana na przełomie lat 70. i 80. wyraźnie przegrywa z „Białą bluzką” – a porównań nie da się uniknąć, o czym zaraz. Przegrywa – a przecież i tak zapewnia wysoki poziom lektury i nie rozczarowuje. Osiecka wybiera tu lubianą przez siebie formę, pozornego dziennika, rozsypanych codziennych i mało ważnych wydarzeń, w których zakodowuje się charakterystyka bohaterki. „Neponset” to pozorna normalność, normalność, którą przesyca smutek i rezygnacja. A wszystko przez wycięcie serca. Marta taką operację przeszła jakiś czas temu – to zjawisko częste w twórczości Agnieszki Osieckiej, metaforyczne, choć przez bohaterkę traktowane bardzo dosłownie: wszystkiemu winien mężczyzna. Wycięcie serca nie chroni bohaterki przed tęsknotą. Ten mężczyzna wciąż przewija się przez jej myśli. Kobieta przypomina Elę z „Białej bluzki”, tworzonej zgodnie z najczęstszymi pomysłami autorki – typowej dla Osieckiej, za to egzotycznej w literaturze i życiu bohaterki.
Marta jest żebraczką. Unika nudy, potrafi zorganizować sobie czas, chadza na darmowe odczyty i właściwie pozostaje w ciągłym ruchu, ale to nie zmniejsza jej nostalgii, czy nawet niemal fizycznego bólu za tamtym mężczyzną. Stara się z całej siły o nim zapomnieć i przez to bez przerwy ma go w myślach. Agnieszka Osiecka zwyczajność celowo roztapia w niezwyczajności. Imituje dziennik, by móc pokazać, jak nieszczęśliwa miłość wpływa na rutynowe czynności. A przecież już sam wybór zawodu dla bohaterki jest dość egzotyczny i pozostawia duże pole do popisu. Do tego Osiecka dodaje początki choroby psychicznej Marty, żeby jeszcze bardziej wyautować ją ze społeczeństwa, gdyby miłosne rozterki nie wystarczały. Później, u Elżbiety, ten motyw rozbuduje się tak, by nim zasłynąć. Tu jeszcze jest subtelny i testowany.
Bohaterka Agnieszki Osieckiej jest zagubiona, ale we własnym „pamiętniku”, dla siebie samej, próbuje odgrywać twardzielkę. Dowodem na to może być przewijająca się gdzieniegdzie dyskretna ironia – Marta nie jest cierpiętnicą, od czasu do czasu posługuje się humorem, wyjątkowo precyzyjnym, ale nienachalnym, tym, z którego autorka słynie. Inteligentne dowcipy przesycają książkę i ujawniają się w niespodziewanych momentach. To zjawisko rzadko spotykane w historiach o niespełnieniu. Marta przecież coraz bardziej osuwa się w przepaść stworzoną z własnych beznadziei, rozczarowań i porażek. Bez optymistycznych tonów rozgrywa się „Neponset".
A że to niewielka objętościowo powieść, wydawnictwo próbuje nadać książce objętości. Najpierw pojawia się wywiad redaktorki tomu z Magdą Czapińską (w zwielokrotnionej roli: koleżanki Osieckiej, specjalistki z dziedziny psychologii, ale i poetki). Ów wywiad odbiorcy znać mogą z tomu „Koleżanka”, lecz trzeba przyznać, że tu bardzo dobrze się sprawdza jako komentarz do powieści. Znalazły się tu i wzmianki o nieudanych związkach czy miłosnych rozczarowaniach Osieckiej, o chorobie oraz o różnych relacjach towarzyskich. Żeby jeszcze lepiej przygotować czytelników do lektury – chociaż trudno sobie nawet wyobrazić, że po „Neponset” sięga ktoś przypadkowy – Karolina Feldberg-Sendecka tworzy biograficzne posłowie, przedstawiając te tematy, które mogą wpłynąć na interpretowanie powieści. Obficie Feldberg-Sendecka cytuje dzienniki Osieckiej, ułatwiając czytanie tym, którzy nie zagłębiali się dotąd w życiorysowe szczegóły. W przypadku historii imitującej dziennik i czerpiącej z prawdziwych przeżyć, taka postawa jest jak najbardziej uzasadniona. Jest zatem „Neponset” książką przygotowaną z myślą także o przypadkowych odbiorcach, stworzoną tak, by lepiej dawało się poznać twórczość Agnieszki Osieckiej.
Cierpienie
Fani Agnieszki Osieckiej tomem „Neponset” zawiedzeni być nie mogą: to powieść, która na rynku dotąd nie zaistniała. Napisana na przełomie lat 70. i 80. wyraźnie przegrywa z „Białą bluzką” – a porównań nie da się uniknąć, o czym zaraz. Przegrywa – a przecież i tak zapewnia wysoki poziom lektury i nie rozczarowuje. Osiecka wybiera tu lubianą przez siebie formę, pozornego dziennika, rozsypanych codziennych i mało ważnych wydarzeń, w których zakodowuje się charakterystyka bohaterki. „Neponset” to pozorna normalność, normalność, którą przesyca smutek i rezygnacja. A wszystko przez wycięcie serca. Marta taką operację przeszła jakiś czas temu – to zjawisko częste w twórczości Agnieszki Osieckiej, metaforyczne, choć przez bohaterkę traktowane bardzo dosłownie: wszystkiemu winien mężczyzna. Wycięcie serca nie chroni bohaterki przed tęsknotą. Ten mężczyzna wciąż przewija się przez jej myśli. Kobieta przypomina Elę z „Białej bluzki”, tworzonej zgodnie z najczęstszymi pomysłami autorki – typowej dla Osieckiej, za to egzotycznej w literaturze i życiu bohaterki.
Marta jest żebraczką. Unika nudy, potrafi zorganizować sobie czas, chadza na darmowe odczyty i właściwie pozostaje w ciągłym ruchu, ale to nie zmniejsza jej nostalgii, czy nawet niemal fizycznego bólu za tamtym mężczyzną. Stara się z całej siły o nim zapomnieć i przez to bez przerwy ma go w myślach. Agnieszka Osiecka zwyczajność celowo roztapia w niezwyczajności. Imituje dziennik, by móc pokazać, jak nieszczęśliwa miłość wpływa na rutynowe czynności. A przecież już sam wybór zawodu dla bohaterki jest dość egzotyczny i pozostawia duże pole do popisu. Do tego Osiecka dodaje początki choroby psychicznej Marty, żeby jeszcze bardziej wyautować ją ze społeczeństwa, gdyby miłosne rozterki nie wystarczały. Później, u Elżbiety, ten motyw rozbuduje się tak, by nim zasłynąć. Tu jeszcze jest subtelny i testowany.
Bohaterka Agnieszki Osieckiej jest zagubiona, ale we własnym „pamiętniku”, dla siebie samej, próbuje odgrywać twardzielkę. Dowodem na to może być przewijająca się gdzieniegdzie dyskretna ironia – Marta nie jest cierpiętnicą, od czasu do czasu posługuje się humorem, wyjątkowo precyzyjnym, ale nienachalnym, tym, z którego autorka słynie. Inteligentne dowcipy przesycają książkę i ujawniają się w niespodziewanych momentach. To zjawisko rzadko spotykane w historiach o niespełnieniu. Marta przecież coraz bardziej osuwa się w przepaść stworzoną z własnych beznadziei, rozczarowań i porażek. Bez optymistycznych tonów rozgrywa się „Neponset".
A że to niewielka objętościowo powieść, wydawnictwo próbuje nadać książce objętości. Najpierw pojawia się wywiad redaktorki tomu z Magdą Czapińską (w zwielokrotnionej roli: koleżanki Osieckiej, specjalistki z dziedziny psychologii, ale i poetki). Ów wywiad odbiorcy znać mogą z tomu „Koleżanka”, lecz trzeba przyznać, że tu bardzo dobrze się sprawdza jako komentarz do powieści. Znalazły się tu i wzmianki o nieudanych związkach czy miłosnych rozczarowaniach Osieckiej, o chorobie oraz o różnych relacjach towarzyskich. Żeby jeszcze lepiej przygotować czytelników do lektury – chociaż trudno sobie nawet wyobrazić, że po „Neponset” sięga ktoś przypadkowy – Karolina Feldberg-Sendecka tworzy biograficzne posłowie, przedstawiając te tematy, które mogą wpłynąć na interpretowanie powieści. Obficie Feldberg-Sendecka cytuje dzienniki Osieckiej, ułatwiając czytanie tym, którzy nie zagłębiali się dotąd w życiorysowe szczegóły. W przypadku historii imitującej dziennik i czerpiącej z prawdziwych przeżyć, taka postawa jest jak najbardziej uzasadniona. Jest zatem „Neponset” książką przygotowaną z myślą także o przypadkowych odbiorcach, stworzoną tak, by lepiej dawało się poznać twórczość Agnieszki Osieckiej.
poniedziałek, 9 listopada 2015
Agnieszka Osiecka: Dzienniki 1952
Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Maturzystka
Agnieszka Osiecka jest już maturzystką. Uczy się i chodzi na prywatki, z zaangażowaniem uprawia sport i rozmyśla nad sensem istnienia. W trzecim tomie „Dzienników”, obejmującym rok 1952, mniej jest dziewczyńskich sekretów i pensjonarskich zwierzeń. Osiecka nie definiuje już przyjaźni i nie opisuje przyjaciółek, nie roztrząsa w nieskończoność ich cech charakteru. Przestaje też być egzaltowana w stosunku do chłopców: już nie wzdycha i nie umiera z miłości, a przynajmniej nie za często. Jednymi jest znudzona, inni nie poświęcają jej należytej uwagi. Dalej wprawdzie motyw towarzyskich relacji i układów brzmi naiwnie, ale nie dominuje teraz nad całością diariuszowych zapisków. Osiecka za to wciąż nawiązuje do nauki, do rodzicielskich zakazów czy do własnego zdrowia. Stawia na analizę swoich emocji, nie na ulotne oceny otoczenia. Bardzo często posługuje się fragmentami wierszy ulubionych poetów (bywa, że w oryginalnym języku), przytacza całe serie cytatów, które mogą ją zdefiniować. Pojawiają się również wzmianki o tym, że chciałaby pisać, przelewać swoje spostrzeżenia na papier. Tego obrazu dopełniają jeszcze wizyty w teatrach i wrażenia pospektaklowe. Osiecka nie stroni od kulturalnych „uniesień”: jeszcze nie jest recenzentką, ale widać tu zalążki późniejszych felietonowych ocen. Nastolatka wyrabia sobie gust, a i nawyk bywania w teatrach – nie interesuje się tylko zabawami i flirtami. jeśli nie chce, by jej zapiski wpadły w niepowołane ręce… zmienia język i pisze notki po niemiecku. Zmienia (w krótkich fragmentach) język, ale nie zmienia stylu ani tematyki, w dalszym ciągu pozostaje zwyczajną i wrażliwą dziewczyną opisującą ulotne przeżycia.
Agnieszka Osiecka dzięki prowadzeniu dziennika może porządkować swoje spostrzeżenia, zarówno te infantylne i dotyczące relacji z rówieśnikami, jak i te bardziej dojrzałe, filozoficzne i poświęcone życiu jako takiemu. Autorka nie prowadzi długich rozpraw, ale wyraźnie lubi zwierzać się swojemu diariuszowi. Stara się pisać regularnie (gdy ma krótką przerwę w wyznaniach, od razu to zaznacza). Nie obiera sobie za cel ćwiczenia pisarskiego warsztatu, raczej umila sobie czas, zachowując na piśmie przemyślenia i dylematy. Przez pisanie nabiera dystansu do niektórych spraw. Jej „Dzienniki” uzupełniają późniejsze teksty. Panuje tu znacznie większa drobiazgowość i tematyczny chaos – to zresztą urok gatunku. Spisywany na bieżąco przez nastolatkę dziennik nie staje się komentarzem do społecznej czy politycznej rzeczywistości – pokazuje za to wrażliwość dziewczyny, która z powodzeniem mogłaby się zająć robieniem sportowej kariery. Osiecka nie kreuje się tu ani nie okłamuje. Opowiada o przyjaźniach i o rozczarowaniach, podaje zestawy nazwisk z potańcówek. Jest zwyczajną dziewczyną, która nie ma jeszcze pojęcia o kierunku swojej przyszłości i być może to będzie dla czytelników „Dzienników” najbardziej inspirujące. Zapiskami maturzystki nie przejąłby się przecież nikt, gdyby Agnieszka Osiecka nie dała się poznać jako autorka błyskotliwych i chwytliwych tekstów. Ale i tak rzadko się zdarza, żeby dzienniki młodych ludzi były aż tak rozbudowane. W tym tomie pojawiają się również różnego rodzaju „bazgroły”, rysunki kreślone z nudów czy słowa dla rozpisania się. Autorka wkleja do swoich zeszytów zdjęcia – a za każdym razem, gdy dzieje się na stronach coś niezwykłego, czytelnicy otrzymują reprinty. „Dzienniki” imponują również drobiazgowym opracowaniem: w przypisach (licznych) powracają nawet fragmenty „dorosłych” książek Osieckiej jako punkty odniesienia dla odbiorców. Agnieszka Osiecka to fenomen, który warto poznać także przez pryzmat najbardziej osobistych zapisków, przeznaczonych do lektury w wąskim gronie przyjaciółek.
Maturzystka
Agnieszka Osiecka jest już maturzystką. Uczy się i chodzi na prywatki, z zaangażowaniem uprawia sport i rozmyśla nad sensem istnienia. W trzecim tomie „Dzienników”, obejmującym rok 1952, mniej jest dziewczyńskich sekretów i pensjonarskich zwierzeń. Osiecka nie definiuje już przyjaźni i nie opisuje przyjaciółek, nie roztrząsa w nieskończoność ich cech charakteru. Przestaje też być egzaltowana w stosunku do chłopców: już nie wzdycha i nie umiera z miłości, a przynajmniej nie za często. Jednymi jest znudzona, inni nie poświęcają jej należytej uwagi. Dalej wprawdzie motyw towarzyskich relacji i układów brzmi naiwnie, ale nie dominuje teraz nad całością diariuszowych zapisków. Osiecka za to wciąż nawiązuje do nauki, do rodzicielskich zakazów czy do własnego zdrowia. Stawia na analizę swoich emocji, nie na ulotne oceny otoczenia. Bardzo często posługuje się fragmentami wierszy ulubionych poetów (bywa, że w oryginalnym języku), przytacza całe serie cytatów, które mogą ją zdefiniować. Pojawiają się również wzmianki o tym, że chciałaby pisać, przelewać swoje spostrzeżenia na papier. Tego obrazu dopełniają jeszcze wizyty w teatrach i wrażenia pospektaklowe. Osiecka nie stroni od kulturalnych „uniesień”: jeszcze nie jest recenzentką, ale widać tu zalążki późniejszych felietonowych ocen. Nastolatka wyrabia sobie gust, a i nawyk bywania w teatrach – nie interesuje się tylko zabawami i flirtami. jeśli nie chce, by jej zapiski wpadły w niepowołane ręce… zmienia język i pisze notki po niemiecku. Zmienia (w krótkich fragmentach) język, ale nie zmienia stylu ani tematyki, w dalszym ciągu pozostaje zwyczajną i wrażliwą dziewczyną opisującą ulotne przeżycia.
Agnieszka Osiecka dzięki prowadzeniu dziennika może porządkować swoje spostrzeżenia, zarówno te infantylne i dotyczące relacji z rówieśnikami, jak i te bardziej dojrzałe, filozoficzne i poświęcone życiu jako takiemu. Autorka nie prowadzi długich rozpraw, ale wyraźnie lubi zwierzać się swojemu diariuszowi. Stara się pisać regularnie (gdy ma krótką przerwę w wyznaniach, od razu to zaznacza). Nie obiera sobie za cel ćwiczenia pisarskiego warsztatu, raczej umila sobie czas, zachowując na piśmie przemyślenia i dylematy. Przez pisanie nabiera dystansu do niektórych spraw. Jej „Dzienniki” uzupełniają późniejsze teksty. Panuje tu znacznie większa drobiazgowość i tematyczny chaos – to zresztą urok gatunku. Spisywany na bieżąco przez nastolatkę dziennik nie staje się komentarzem do społecznej czy politycznej rzeczywistości – pokazuje za to wrażliwość dziewczyny, która z powodzeniem mogłaby się zająć robieniem sportowej kariery. Osiecka nie kreuje się tu ani nie okłamuje. Opowiada o przyjaźniach i o rozczarowaniach, podaje zestawy nazwisk z potańcówek. Jest zwyczajną dziewczyną, która nie ma jeszcze pojęcia o kierunku swojej przyszłości i być może to będzie dla czytelników „Dzienników” najbardziej inspirujące. Zapiskami maturzystki nie przejąłby się przecież nikt, gdyby Agnieszka Osiecka nie dała się poznać jako autorka błyskotliwych i chwytliwych tekstów. Ale i tak rzadko się zdarza, żeby dzienniki młodych ludzi były aż tak rozbudowane. W tym tomie pojawiają się również różnego rodzaju „bazgroły”, rysunki kreślone z nudów czy słowa dla rozpisania się. Autorka wkleja do swoich zeszytów zdjęcia – a za każdym razem, gdy dzieje się na stronach coś niezwykłego, czytelnicy otrzymują reprinty. „Dzienniki” imponują również drobiazgowym opracowaniem: w przypisach (licznych) powracają nawet fragmenty „dorosłych” książek Osieckiej jako punkty odniesienia dla odbiorców. Agnieszka Osiecka to fenomen, który warto poznać także przez pryzmat najbardziej osobistych zapisków, przeznaczonych do lektury w wąskim gronie przyjaciółek.
piątek, 7 listopada 2014
Agnieszka Osiecka: Dzieniki. Tom 2. 1951
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Obserwacje
W drugim tomie „Dzienników” Agnieszka Osiecka jest piętnastolatką, która nadal bardzo chętnie prowadzi pisemne rozważania na różne tematy. Bezustannie analizuje swój niezbyt udany związek ze Stachem i ocenia przyjaciółki oraz koleżanki. Sili się na dystans wobec rówieśniczek, nawet jeśli z częścią wymienia się diariuszami i prowadzi dyskusje o przemyśleniach innych. Wśród dziewczyn widzi „gęsi” i jest w stosunku do nich bardzo krytyczna. Nie oddala się za to od stereotypu nastolatki w rozmaitych zauroczeniach: dziennikowi zwierza się z uczuć do przystojnych chłopców i przez cały czas próbuje zrozumieć własne stany emocjonalne. Dla Osieckiej jednak codzienność to przede wszystkim sport: w drugim tomie „Dzienników” wiele fragmentów dotyczy pływania (i siatkówki). Osiecka za każdym razem sporo czasu spędza nad zeszytem – dba o odnotowywanie ważnych historii lub prowadzi lekko filozoficzne rozważania. Nie wybiera prostych notatek dla pamięci – chociaż jeden z zeszytów wypełniony jest cytatami i wierszami różnych autorów. Przeważnie jednak Agnieszka Osiecka dąży do utrwalania swoich przemyśleń i obserwacji. Zależy jej na prowadzeniu dojrzałych zapisków – popełnia wprawdzie sporo błędów gramatycznych, ale płynąć mogą one między innymi z wyczuwalnego między wersami podekscytowania. Autorka dąży do rozwijania swojej świadomości językowej – tekst „Dzienników” staje się zatem coraz ciekawszy.
Momentami Agnieszka Osiecka jest bardzo naiwna (część takich infantylnych notatek sama po latach ironicznie i bezlitośnie komentuje), ale jej codzienne zapiski już zdradzają literackie zapędy autorki. Osiecka skupia się na psychologicznych obserwacjach, bardzo zajmują ją relacje między ludźmi. Z zainteresowaniem przygląda się postawom koleżanek i kolegów, a przed swoim dziennikiem nie ukrywa, co o nich sądzi. To jeszcze nie etap, na którym spostrzeżenia dałoby się przekuć na aforystyczne i uniwersalne prawdy o życiu – ale dobry wstęp do późniejszych piosenkowych inspiracji. Osiecka chętnie zamienia się tu w ironistkę, nie do końca pasuje do grona rówieśników, szkoła tłamsi jej fantazję. Codziennie notowane uwagi pokazują czytelnikom osóbkę samodzielnie myślącą (mimo że i rok 1951 odciska tu swoje piętno: autorka czasem wpada w socrealistyczny żargon i nad tym akurat się nie zastanawia). W „Dziennikach” Osieckiej przez cały czas coś się dzieje, mimo że o konstrukcjach fabularnych mowy nie ma. Agnieszka Osiecka za to potrafi żywo i barwnie omawiać własne sądy.
Widać w tym tomie dążenie do pracy nad sobą. Dziewczyna usilnie stara się zrozumieć znaczenie interpersonalnych gierek, wchodzi dopiero w dorosły świat i chce odkryć rządzące nim reguły. Zdradza swoje sympatie i przemyca wiadomości o pracy nad charakterem. Dąży do samopoznania. Oczywiście nie jest to konstrukcja znana choćby ze „Szpetnych czterdziestoletnich” – ale dzienniki nastolatki wcale nie wypadają źle nawet w porównaniu z dziennikami dorosłych i świadomych warsztatu literatów. I to jedno z ciekawszych odkryć podczas lektury. Agnieszka Osiecka ma sporo do powiedzenia o otaczającym ją świecie. Unika (nie zawsze z powodzeniem) egzaltacji i tanich wzruszeń. To, co zawsze dla młodych dziewczyn ważne i ciekawe, przeżywa mocniej, a jednocześnie próbuje narzucić sobie pisarską dyscyplinę i w pełni zapanować nad stylem. „Dzienniki” Osieckiej sprzed czasu dorosłości to ważne wydarzenie literackie.
Obserwacje
W drugim tomie „Dzienników” Agnieszka Osiecka jest piętnastolatką, która nadal bardzo chętnie prowadzi pisemne rozważania na różne tematy. Bezustannie analizuje swój niezbyt udany związek ze Stachem i ocenia przyjaciółki oraz koleżanki. Sili się na dystans wobec rówieśniczek, nawet jeśli z częścią wymienia się diariuszami i prowadzi dyskusje o przemyśleniach innych. Wśród dziewczyn widzi „gęsi” i jest w stosunku do nich bardzo krytyczna. Nie oddala się za to od stereotypu nastolatki w rozmaitych zauroczeniach: dziennikowi zwierza się z uczuć do przystojnych chłopców i przez cały czas próbuje zrozumieć własne stany emocjonalne. Dla Osieckiej jednak codzienność to przede wszystkim sport: w drugim tomie „Dzienników” wiele fragmentów dotyczy pływania (i siatkówki). Osiecka za każdym razem sporo czasu spędza nad zeszytem – dba o odnotowywanie ważnych historii lub prowadzi lekko filozoficzne rozważania. Nie wybiera prostych notatek dla pamięci – chociaż jeden z zeszytów wypełniony jest cytatami i wierszami różnych autorów. Przeważnie jednak Agnieszka Osiecka dąży do utrwalania swoich przemyśleń i obserwacji. Zależy jej na prowadzeniu dojrzałych zapisków – popełnia wprawdzie sporo błędów gramatycznych, ale płynąć mogą one między innymi z wyczuwalnego między wersami podekscytowania. Autorka dąży do rozwijania swojej świadomości językowej – tekst „Dzienników” staje się zatem coraz ciekawszy.
Momentami Agnieszka Osiecka jest bardzo naiwna (część takich infantylnych notatek sama po latach ironicznie i bezlitośnie komentuje), ale jej codzienne zapiski już zdradzają literackie zapędy autorki. Osiecka skupia się na psychologicznych obserwacjach, bardzo zajmują ją relacje między ludźmi. Z zainteresowaniem przygląda się postawom koleżanek i kolegów, a przed swoim dziennikiem nie ukrywa, co o nich sądzi. To jeszcze nie etap, na którym spostrzeżenia dałoby się przekuć na aforystyczne i uniwersalne prawdy o życiu – ale dobry wstęp do późniejszych piosenkowych inspiracji. Osiecka chętnie zamienia się tu w ironistkę, nie do końca pasuje do grona rówieśników, szkoła tłamsi jej fantazję. Codziennie notowane uwagi pokazują czytelnikom osóbkę samodzielnie myślącą (mimo że i rok 1951 odciska tu swoje piętno: autorka czasem wpada w socrealistyczny żargon i nad tym akurat się nie zastanawia). W „Dziennikach” Osieckiej przez cały czas coś się dzieje, mimo że o konstrukcjach fabularnych mowy nie ma. Agnieszka Osiecka za to potrafi żywo i barwnie omawiać własne sądy.
Widać w tym tomie dążenie do pracy nad sobą. Dziewczyna usilnie stara się zrozumieć znaczenie interpersonalnych gierek, wchodzi dopiero w dorosły świat i chce odkryć rządzące nim reguły. Zdradza swoje sympatie i przemyca wiadomości o pracy nad charakterem. Dąży do samopoznania. Oczywiście nie jest to konstrukcja znana choćby ze „Szpetnych czterdziestoletnich” – ale dzienniki nastolatki wcale nie wypadają źle nawet w porównaniu z dziennikami dorosłych i świadomych warsztatu literatów. I to jedno z ciekawszych odkryć podczas lektury. Agnieszka Osiecka ma sporo do powiedzenia o otaczającym ją świecie. Unika (nie zawsze z powodzeniem) egzaltacji i tanich wzruszeń. To, co zawsze dla młodych dziewczyn ważne i ciekawe, przeżywa mocniej, a jednocześnie próbuje narzucić sobie pisarską dyscyplinę i w pełni zapanować nad stylem. „Dzienniki” Osieckiej sprzed czasu dorosłości to ważne wydarzenie literackie.
sobota, 17 maja 2014
Agnieszka Osiecka: Na początku był negatyw
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Poezja zdjęć
Powodzeniem cieszą się dzisiaj książki z dziedziny „filozofii fotografii” – rozważania na temat zapisywanych w kadrach wrażeń. Humaniści cenią interdyscyplinarne podpowiedzi i prześcigają się w metaforach, które pasują i do odczytywania zdjęć, i do interpretowania literatury. Tymczasem Agnieszka Osiecka w tomie „Na początku był negatyw” mówi o tym, co w fotografowaniu najważniejsze – bez zadęcia, za to z lekką ironią. Niby mimochodem, przy okazji pstrykania rozmaitych (niezawodowych) zdjęć zabiera odbiorców w pasjonującą podróż po ludzkich historiach i emocjach.
„Na początku był negatyw” to trochę książka-pamiętnik, a trochę książka-zabawa, choć fotografię Osiecka traktuje poważnie. Wśród poruszanych przez nią tematów znajdują się i kwestie kolorów, i relacji międzyludzkich. Osiecka układa zdjęcia w tematyczne serie – na niektórych interesują ją nakrycia głowy, na innych krzewy. Skupia się na roli przypadkowych osób, na szpetocie, na pracy i samotności. Bywa, że bawi się tematem – podpowiadając, jak załatwić sobie fotografie przodków i jak pokazywać zdjęcia znajomym. Odnosi się do rozmaitych mód – na przykład tradycyjnych fotografii z misiem w Zakopanem. Ale przede wszystkim w podskórnej warstwie fotograficznej opowieści uczy odczytywania emocji i przeżyć. Wykazuje się przenikliwością znaną już z piosenek i sztuk teatralnych podczas ocen sytuacji na zdjęciach. Wskazuje elementy świadczące o bliskości i zaufaniu, jak i te źle rokujące. W przypadkowych zdjęciach z wakacji może być zapisana gorzka przyszłość – co Osiecka prezentuje jako wytrawna interpretatorka.
Oglądanie zwykłych – nieartystycznych – zdjęć stanowi w tym przypadku okazję do zabawy. Agnieszka Osiecka powiązuje kadry zgrabną i ciekawą, a do tego bardzo dowcipną narracją, część wyjaśnień przenosi bezpośrednio do podpisów licznych zdjęć z rodzinnego albumu. W odróżnieniu od zawodowych fotografów, zajmują ją uczucia, stany emocjonalne i przeżycia zatrzymane na zawsze na kliszy. Ta autorka uczy zrozumienia istoty fotografii – a nie technik fotografowania. Między wierszami pokazuje sposoby na kreatywność, popisuje się pomysłami i podrzuca tematy do uwiecznienia. Bawi się w układanie całych historii ze zdjęć, próbuje mówić nimi – zamiast słowami.
„Na początku był negatyw” to literacko-wspomnieniowa przygoda nie tylko w obrazkach. Osiecka przez cały czas imponuje wrażliwością i spostrzegawczością, ale często zamienia się i w satyryka – dzięki temu zapewnia odbiorcom stałą, chociaż stematyzowaną rozrywkę. Jej zwierzenia są na tyle osobiste, żeby obudzić zainteresowanie czytelników – i na tyle ogólne, by każdy mógł je odnieść do własnych doświadczeń z aparatem. Tu narracja nie jest na serio – Osiecka kpi sobie z rozmaitych sytuacji, wspomnień i tendencji w fotografowaniu. Drwinami maskuje czułość czy sentymenty, ucieka w śmiech od niebezpiecznych wzruszeń. Książka zyskuje przez to drugi wymiar – ważne jest nie tylko to, co zapisane, ale i to, co przemilczane. Osiecka – mistrzyni operowania nastrojami – funduje czytelnikom emocjonującą huśtawkę. Zaprasza do prywatnego życia po to tylko, by nie zdradzić zbyt wiele, plotkuje – ale ma w tym cel. „Na początku był negatyw” to bardzo nietypowe spojrzenie na zwyczajne zdjęcia, a zarazem kolejna w wydawnictwie Prószyński i S-ka publikacja przedstawiająca pozapiosenkowe oblicze Agnieszki Osieckiej. To lektura bardzo rozrywkowa – ale też wielka gratka dla wszystkich wrażliwych, wyczulonych na odczytywanie nieuchwytnych sygnałów uczuć. Autorka zmienia się tu w wyjątkowo dowcipną przewodniczkę po świecie prywatnych kadrów, proponuje niemal wiersze ułożone ze zdjęć – i daje odbiorcom klucz do ich zrozumienia. Od „Na początku był negatyw” trudno odejść – to książka, która zaprasza do osobistego świata autorki.
Poezja zdjęć
Powodzeniem cieszą się dzisiaj książki z dziedziny „filozofii fotografii” – rozważania na temat zapisywanych w kadrach wrażeń. Humaniści cenią interdyscyplinarne podpowiedzi i prześcigają się w metaforach, które pasują i do odczytywania zdjęć, i do interpretowania literatury. Tymczasem Agnieszka Osiecka w tomie „Na początku był negatyw” mówi o tym, co w fotografowaniu najważniejsze – bez zadęcia, za to z lekką ironią. Niby mimochodem, przy okazji pstrykania rozmaitych (niezawodowych) zdjęć zabiera odbiorców w pasjonującą podróż po ludzkich historiach i emocjach.
„Na początku był negatyw” to trochę książka-pamiętnik, a trochę książka-zabawa, choć fotografię Osiecka traktuje poważnie. Wśród poruszanych przez nią tematów znajdują się i kwestie kolorów, i relacji międzyludzkich. Osiecka układa zdjęcia w tematyczne serie – na niektórych interesują ją nakrycia głowy, na innych krzewy. Skupia się na roli przypadkowych osób, na szpetocie, na pracy i samotności. Bywa, że bawi się tematem – podpowiadając, jak załatwić sobie fotografie przodków i jak pokazywać zdjęcia znajomym. Odnosi się do rozmaitych mód – na przykład tradycyjnych fotografii z misiem w Zakopanem. Ale przede wszystkim w podskórnej warstwie fotograficznej opowieści uczy odczytywania emocji i przeżyć. Wykazuje się przenikliwością znaną już z piosenek i sztuk teatralnych podczas ocen sytuacji na zdjęciach. Wskazuje elementy świadczące o bliskości i zaufaniu, jak i te źle rokujące. W przypadkowych zdjęciach z wakacji może być zapisana gorzka przyszłość – co Osiecka prezentuje jako wytrawna interpretatorka.
Oglądanie zwykłych – nieartystycznych – zdjęć stanowi w tym przypadku okazję do zabawy. Agnieszka Osiecka powiązuje kadry zgrabną i ciekawą, a do tego bardzo dowcipną narracją, część wyjaśnień przenosi bezpośrednio do podpisów licznych zdjęć z rodzinnego albumu. W odróżnieniu od zawodowych fotografów, zajmują ją uczucia, stany emocjonalne i przeżycia zatrzymane na zawsze na kliszy. Ta autorka uczy zrozumienia istoty fotografii – a nie technik fotografowania. Między wierszami pokazuje sposoby na kreatywność, popisuje się pomysłami i podrzuca tematy do uwiecznienia. Bawi się w układanie całych historii ze zdjęć, próbuje mówić nimi – zamiast słowami.
„Na początku był negatyw” to literacko-wspomnieniowa przygoda nie tylko w obrazkach. Osiecka przez cały czas imponuje wrażliwością i spostrzegawczością, ale często zamienia się i w satyryka – dzięki temu zapewnia odbiorcom stałą, chociaż stematyzowaną rozrywkę. Jej zwierzenia są na tyle osobiste, żeby obudzić zainteresowanie czytelników – i na tyle ogólne, by każdy mógł je odnieść do własnych doświadczeń z aparatem. Tu narracja nie jest na serio – Osiecka kpi sobie z rozmaitych sytuacji, wspomnień i tendencji w fotografowaniu. Drwinami maskuje czułość czy sentymenty, ucieka w śmiech od niebezpiecznych wzruszeń. Książka zyskuje przez to drugi wymiar – ważne jest nie tylko to, co zapisane, ale i to, co przemilczane. Osiecka – mistrzyni operowania nastrojami – funduje czytelnikom emocjonującą huśtawkę. Zaprasza do prywatnego życia po to tylko, by nie zdradzić zbyt wiele, plotkuje – ale ma w tym cel. „Na początku był negatyw” to bardzo nietypowe spojrzenie na zwyczajne zdjęcia, a zarazem kolejna w wydawnictwie Prószyński i S-ka publikacja przedstawiająca pozapiosenkowe oblicze Agnieszki Osieckiej. To lektura bardzo rozrywkowa – ale też wielka gratka dla wszystkich wrażliwych, wyczulonych na odczytywanie nieuchwytnych sygnałów uczuć. Autorka zmienia się tu w wyjątkowo dowcipną przewodniczkę po świecie prywatnych kadrów, proponuje niemal wiersze ułożone ze zdjęć – i daje odbiorcom klucz do ich zrozumienia. Od „Na początku był negatyw” trudno odejść – to książka, która zaprasza do osobistego świata autorki.
środa, 23 października 2013
Agnieszka Osiecka: Dzienniki 1945–1950
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Nastoletnie zapiski
W pismach, które pozostawiła Agnieszka Osiecka, wątki autobiograficzne najbardziej przyciągają uwagę kolejnych pokoleń odbiorców. W lirycznych westchnieniach, w piosenkowych spostrzeżeniach, a nawet w absurdalnych chwilami dramatach czytelnicy chcą dopatrywać się związków z pozaliteracką rzeczywistością. Nie dlatego, by lepiej interpretować teksty i nie dlatego, by zrozumieć autorkę – ale ze względu na fakt, że Osiecka fascynuje jako osobowość, żeński odpowiednik Don Juana, ale i istota wrażliwa, kompletnie nieprzystająca do czasów PRL. Dla jednych ważne są jej kolejne romanse i ucieczki w stronę poezji od nieciekawej codzienności, innych intryguje wyczulenie na słowo oraz detale w międzyludzkich kontaktach. I to jedna z przyczyn, dla których pierwszy tom „Dzienników” Agnieszki Osieckiej urasta do rangi wspaniałego wydarzenia literackiego i zapowiada – na razie tylko zapowiada – możliwość zanurzenia się w najbardziej intymny rodzaj twórczości.
Pierwszy tom „Dzienników” obejmuje lata 1945–1950 (kilka stron z 1951 roku wskazuje, że będzie na co czekać). W momencie zakończenia tej części Osiecka ma dopiero czternaście lat, przed sobą wszystkie skandale, a za sobą kilka brulionów zapisków. Dziewczyna traktuje swój pamiętnik jako możliwość poszukiwania stylu, nie jako miejsce notowania największych sekretów. Na początku usiłuje przedstawić wszystko, co dzieje się w jej codzienności, z czasem ogranicza się do ważniejszych przemyśleń, a nawet drobnego filozofowania czy zgłębiania tematu własnej religijności. Co ciekawe, już teraz dziennik zapisywany w szkolnym zeszycie przygotowywany jest z myślą o czytelnikach: szkolne koleżanki wymieniały się pamiętnikami i komentują je nawzajem. To sposób na dyskretne zwierzenia (dziewczyny nie nadużywają swojego zaufania), ale i na literackie wprawki: dziennik staje się nie tylko sposobem na porządkowanie myśli i przeżyć, ale także na imponowanie sprawnością językową. Chociaż Agnieszka Osiecka tu pozwala sobie czasem na odstępstwa od stylistycznych norm i gramatycznych reguł.
Nastolatka najbardziej emocjonuje się sprawami sercowymi, sporą część jej wynurzeń zajmują westchnienia na temat chłopców, którzy jej się podobają. Warto wspomnieć, że w przygotowaniu tomu redaktorzy uwzględnili też poprawki i dopiski starszej o kilka lat (i bogatszej w zupełnie inne przemyślenia) Agnieszki Osieckiej. W ironicznych komentarzach dojrzewającej dziewczyny pojawia się całkowite odwrócenie uczuć – które jednak nie zmusza autorki do przekreślania naiwnych miłostek. Zdarza się młodej Osieckiej za to dochodzić do zaskakująco trafnych wniosków. Sporo miejsca w pierwszym tomie zajmuje również sport, zwłaszcza pływanie – oraz siatkówka, w którą dziewczyna chętnie grywa. Nie widać natomiast zbyt wiele egzaltacji czy zapatrzenia w poezję, wręcz przeciwnie – Osiecka chce jak najprościej opisywać codzienność. Z rzadka wymyka się jej parę słów na temat sytuacji w domu (pełniejszą wiedzę o tym czytelnicy uzyskają z doskonale przygotowanych i rozbudowanych przypisów) oraz refleksje o przyjaźni. Trochę o szkole, mnóstwo o relacjach towarzyskich. „Dzienniki 1945–1950” Agnieszki Osieckiej to zapowiedź przyszłej literackiej przygody.
Pierwszy tom „Dzienników” Agnieszki Osieckiej jest naturalnym wprowadzeniem w świat artystki niezwykłej i pozwala dogłębnie, od początku poznawać tę, która dotąd pojawiała się w nastrojowych utworach i cudzych wspomnieniach. Pierwszy tom pokazuje szczere spojrzenie na siebie i najbliższe otoczenie, zalążki celnych uwag i umiejętności obserwowania wszystkiego. Jest też ciekawy jako autokreacja, zestaw zapisków dziewczyny, która nie wiedziała jeszcze, jak potoczą się jej życiowe losy. Poważnie o codziennych błahostkach, refleksyjnie o życiu, miłości i hierarchii wartości. Osiecka w pamiętniku znajduje i miejsce na przemyślenia, którymi nie ma się z kim podzielić, a które potem zostaną rozbudowane. Momentami ona i jej koleżanki przypominają dziewczyny z powieści Kornela Makuszyńskiego – tyle że bez otoczki wesołości i beztroski.
Nastoletnie zapiski
W pismach, które pozostawiła Agnieszka Osiecka, wątki autobiograficzne najbardziej przyciągają uwagę kolejnych pokoleń odbiorców. W lirycznych westchnieniach, w piosenkowych spostrzeżeniach, a nawet w absurdalnych chwilami dramatach czytelnicy chcą dopatrywać się związków z pozaliteracką rzeczywistością. Nie dlatego, by lepiej interpretować teksty i nie dlatego, by zrozumieć autorkę – ale ze względu na fakt, że Osiecka fascynuje jako osobowość, żeński odpowiednik Don Juana, ale i istota wrażliwa, kompletnie nieprzystająca do czasów PRL. Dla jednych ważne są jej kolejne romanse i ucieczki w stronę poezji od nieciekawej codzienności, innych intryguje wyczulenie na słowo oraz detale w międzyludzkich kontaktach. I to jedna z przyczyn, dla których pierwszy tom „Dzienników” Agnieszki Osieckiej urasta do rangi wspaniałego wydarzenia literackiego i zapowiada – na razie tylko zapowiada – możliwość zanurzenia się w najbardziej intymny rodzaj twórczości.
Pierwszy tom „Dzienników” obejmuje lata 1945–1950 (kilka stron z 1951 roku wskazuje, że będzie na co czekać). W momencie zakończenia tej części Osiecka ma dopiero czternaście lat, przed sobą wszystkie skandale, a za sobą kilka brulionów zapisków. Dziewczyna traktuje swój pamiętnik jako możliwość poszukiwania stylu, nie jako miejsce notowania największych sekretów. Na początku usiłuje przedstawić wszystko, co dzieje się w jej codzienności, z czasem ogranicza się do ważniejszych przemyśleń, a nawet drobnego filozofowania czy zgłębiania tematu własnej religijności. Co ciekawe, już teraz dziennik zapisywany w szkolnym zeszycie przygotowywany jest z myślą o czytelnikach: szkolne koleżanki wymieniały się pamiętnikami i komentują je nawzajem. To sposób na dyskretne zwierzenia (dziewczyny nie nadużywają swojego zaufania), ale i na literackie wprawki: dziennik staje się nie tylko sposobem na porządkowanie myśli i przeżyć, ale także na imponowanie sprawnością językową. Chociaż Agnieszka Osiecka tu pozwala sobie czasem na odstępstwa od stylistycznych norm i gramatycznych reguł.
Nastolatka najbardziej emocjonuje się sprawami sercowymi, sporą część jej wynurzeń zajmują westchnienia na temat chłopców, którzy jej się podobają. Warto wspomnieć, że w przygotowaniu tomu redaktorzy uwzględnili też poprawki i dopiski starszej o kilka lat (i bogatszej w zupełnie inne przemyślenia) Agnieszki Osieckiej. W ironicznych komentarzach dojrzewającej dziewczyny pojawia się całkowite odwrócenie uczuć – które jednak nie zmusza autorki do przekreślania naiwnych miłostek. Zdarza się młodej Osieckiej za to dochodzić do zaskakująco trafnych wniosków. Sporo miejsca w pierwszym tomie zajmuje również sport, zwłaszcza pływanie – oraz siatkówka, w którą dziewczyna chętnie grywa. Nie widać natomiast zbyt wiele egzaltacji czy zapatrzenia w poezję, wręcz przeciwnie – Osiecka chce jak najprościej opisywać codzienność. Z rzadka wymyka się jej parę słów na temat sytuacji w domu (pełniejszą wiedzę o tym czytelnicy uzyskają z doskonale przygotowanych i rozbudowanych przypisów) oraz refleksje o przyjaźni. Trochę o szkole, mnóstwo o relacjach towarzyskich. „Dzienniki 1945–1950” Agnieszki Osieckiej to zapowiedź przyszłej literackiej przygody.
Pierwszy tom „Dzienników” Agnieszki Osieckiej jest naturalnym wprowadzeniem w świat artystki niezwykłej i pozwala dogłębnie, od początku poznawać tę, która dotąd pojawiała się w nastrojowych utworach i cudzych wspomnieniach. Pierwszy tom pokazuje szczere spojrzenie na siebie i najbliższe otoczenie, zalążki celnych uwag i umiejętności obserwowania wszystkiego. Jest też ciekawy jako autokreacja, zestaw zapisków dziewczyny, która nie wiedziała jeszcze, jak potoczą się jej życiowe losy. Poważnie o codziennych błahostkach, refleksyjnie o życiu, miłości i hierarchii wartości. Osiecka w pamiętniku znajduje i miejsce na przemyślenia, którymi nie ma się z kim podzielić, a które potem zostaną rozbudowane. Momentami ona i jej koleżanki przypominają dziewczyny z powieści Kornela Makuszyńskiego – tyle że bez otoczki wesołości i beztroski.
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Agnieszka Osiecka: Filmidła. Gawędy o filmach
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Krytyka osobista
Agnieszka Osiecka przetrwała w pamięci potomnych jako autorka evergreenów – oraz sztuk teatralnych. Przetrwała we wspomnieniach przyjaciół i w licznych anegdotach – ale niewielu kojarzyć ją będzie z kinem. Tom „Filmidła” dostarcza tymczasem całkiem sporego zestawu ocen i komentarzy dotyczących obrazów filmowych. To prawdziwa gratka dla wielbicieli Osieckiej. To ciekawy przegląd dawnej kinowej oferty i recepcji filmów. To wreszcie zbiór przenikliwych, dowcipnych i osobistych uwag , notatek na marginesach obejrzanego.
Nieprzypadkowo „Filmidła” mają podtytuł „Gawędy o filmach”. Chociaż czasem pojawiają się tu przedruki z czasopism, teksty pod względem gatunkowym nie przypominają recenzji. Pozbawione zrygoryzowanej formy zamieniają się w zabawę – ale zawsze są też inteligentną analizą tego, co pojawia się na ekranie. Osiecka rezygnuje z przywoływania fabuł, co najwyżej w jednym zdaniu trafnie nakreśla schemat akcji – z jego scenariuszowymi uproszczeniami, typami charakterów czy klimatem. Rezygnuje też z przyznawania filmom naiwnych ocen (podobało mi się/ nie podobało mi się) – czyli odrzuca to wszystko, co stało się plagą dzisiejszych portali pseudorecenzenckich. W zamian proponuje bardzo ironiczne spojrzenie na obraz – mało która produkcja wytrzymuje konfrontację z satyrycznie nastawionym krytykiem – oraz wpisanie dziełka w kulturowo-społeczny kontekst. Do tego, swoim zwyczajem, dorzuca Osiecka garść emocji, trochę wrażeń i wzruszeń i sporo zwyczajnego życia. Bywa, że pisze z pozoru o czymś zupełnie innym, odrywa się od przestrzeni kina i kieruje uwagę na potencjalnych odbiorców, na ich problemy i potrzeby – tylko po to, by mówieniem bez związku wygłosić najsurowszą ocenę filmu. A przez wyczulenie na międzyludzkie namiętności, interakcje i dylematy, bez trudu może osądzać filmy pod kątem szczerości ich fabularnych pomysłów.
Dominują w „Filmidłach” teksty krótkie – czasem zaledwie jednoakapitowe, jakby strzępki wrażeń. Nie są to przecież wypracowania ani zamawiane przez redakcje opinie na określoną liczbę znaków – dzięki skrótowości autorka może bez trudu uwypuklić najważniejsze wrażenia po obejrzeniu filmu. Także i w tych lapidarnych komentarzach krąży wokół tematu, posługując się odniesieniami do życia codziennego oraz ucieczką w ocenę ludzkiej psychiki i prawdziwości uczuć. „Gawędy” nie zawierają kompletnych analiz filmoznawczych – ale, co ciekawe, często mówią o filmach znacznie więcej niż profesjonalne i rzetelne recenzje. Osiecka rozumie, co ogląda – i potrafi wyciągać trafne wnioski. Wie dobrze, czego potrzeba odbiorcom, a na co nie dadzą się nabrać. Jest w tekstach widzem, lecz nie zapomina i o byciu artystką, twórczynią kultury masowej. Wreszcie – Osiecka daje upust swoim literackim talentom, jej komentarze są ciekawe również od strony tekstowej.
Kilku obrazom poświęca autorka więcej miejsca. Parę razy też recenzjom i opiniom towarzyszą listy od czytelników – burzliwe reakcje na niespodziewaną krytykę. To składa się też na interesującą, zwłaszcza dla kulturoznawców, dyskusję i świadczy o znaczeniu kina w kulturze popularnej. Teksty z „Filmideł” są niepowtarzalne i niemożliwe do naśladowania – a jednak da się z nich wydobyć całkiem sporo warsztatowych podpowiedzi. Warto prześledzić je nie tylko ze względu na kilka filmów, które do dzisiaj przetrwały – ale aby przekonać się, jak reżyserskie pomysły może odebrać widz wtajemniczony w artystyczne zabiegi, uproszczenia i chwyty. Do tego z przyjemnością będzie się powracać do ciętego języka Agnieszki Osieckiej, a i do jej prywatnej walki o lepsze kino. Niby recenzje – a tym bardziej ich luźne gawędziarskie indywidualne odpowiedniki – to utwory efemeryczne i mające wyłącznie użytkowy charakter – a jednak w „Filmidłach” znajdzie się coś co nie pozwoli przedwcześnie zakończyć lektury. Dodatkowy smaczek dla kinomanów zawierać się będzie natomiast w reprodukcjach plakatów omawianych przez Agnieszkę Osiecką filmów. Ten tom nie jest wyłącznie ciekawostką dla nielicznych.
Krytyka osobista
Agnieszka Osiecka przetrwała w pamięci potomnych jako autorka evergreenów – oraz sztuk teatralnych. Przetrwała we wspomnieniach przyjaciół i w licznych anegdotach – ale niewielu kojarzyć ją będzie z kinem. Tom „Filmidła” dostarcza tymczasem całkiem sporego zestawu ocen i komentarzy dotyczących obrazów filmowych. To prawdziwa gratka dla wielbicieli Osieckiej. To ciekawy przegląd dawnej kinowej oferty i recepcji filmów. To wreszcie zbiór przenikliwych, dowcipnych i osobistych uwag , notatek na marginesach obejrzanego.
Nieprzypadkowo „Filmidła” mają podtytuł „Gawędy o filmach”. Chociaż czasem pojawiają się tu przedruki z czasopism, teksty pod względem gatunkowym nie przypominają recenzji. Pozbawione zrygoryzowanej formy zamieniają się w zabawę – ale zawsze są też inteligentną analizą tego, co pojawia się na ekranie. Osiecka rezygnuje z przywoływania fabuł, co najwyżej w jednym zdaniu trafnie nakreśla schemat akcji – z jego scenariuszowymi uproszczeniami, typami charakterów czy klimatem. Rezygnuje też z przyznawania filmom naiwnych ocen (podobało mi się/ nie podobało mi się) – czyli odrzuca to wszystko, co stało się plagą dzisiejszych portali pseudorecenzenckich. W zamian proponuje bardzo ironiczne spojrzenie na obraz – mało która produkcja wytrzymuje konfrontację z satyrycznie nastawionym krytykiem – oraz wpisanie dziełka w kulturowo-społeczny kontekst. Do tego, swoim zwyczajem, dorzuca Osiecka garść emocji, trochę wrażeń i wzruszeń i sporo zwyczajnego życia. Bywa, że pisze z pozoru o czymś zupełnie innym, odrywa się od przestrzeni kina i kieruje uwagę na potencjalnych odbiorców, na ich problemy i potrzeby – tylko po to, by mówieniem bez związku wygłosić najsurowszą ocenę filmu. A przez wyczulenie na międzyludzkie namiętności, interakcje i dylematy, bez trudu może osądzać filmy pod kątem szczerości ich fabularnych pomysłów.
Dominują w „Filmidłach” teksty krótkie – czasem zaledwie jednoakapitowe, jakby strzępki wrażeń. Nie są to przecież wypracowania ani zamawiane przez redakcje opinie na określoną liczbę znaków – dzięki skrótowości autorka może bez trudu uwypuklić najważniejsze wrażenia po obejrzeniu filmu. Także i w tych lapidarnych komentarzach krąży wokół tematu, posługując się odniesieniami do życia codziennego oraz ucieczką w ocenę ludzkiej psychiki i prawdziwości uczuć. „Gawędy” nie zawierają kompletnych analiz filmoznawczych – ale, co ciekawe, często mówią o filmach znacznie więcej niż profesjonalne i rzetelne recenzje. Osiecka rozumie, co ogląda – i potrafi wyciągać trafne wnioski. Wie dobrze, czego potrzeba odbiorcom, a na co nie dadzą się nabrać. Jest w tekstach widzem, lecz nie zapomina i o byciu artystką, twórczynią kultury masowej. Wreszcie – Osiecka daje upust swoim literackim talentom, jej komentarze są ciekawe również od strony tekstowej.
Kilku obrazom poświęca autorka więcej miejsca. Parę razy też recenzjom i opiniom towarzyszą listy od czytelników – burzliwe reakcje na niespodziewaną krytykę. To składa się też na interesującą, zwłaszcza dla kulturoznawców, dyskusję i świadczy o znaczeniu kina w kulturze popularnej. Teksty z „Filmideł” są niepowtarzalne i niemożliwe do naśladowania – a jednak da się z nich wydobyć całkiem sporo warsztatowych podpowiedzi. Warto prześledzić je nie tylko ze względu na kilka filmów, które do dzisiaj przetrwały – ale aby przekonać się, jak reżyserskie pomysły może odebrać widz wtajemniczony w artystyczne zabiegi, uproszczenia i chwyty. Do tego z przyjemnością będzie się powracać do ciętego języka Agnieszki Osieckiej, a i do jej prywatnej walki o lepsze kino. Niby recenzje – a tym bardziej ich luźne gawędziarskie indywidualne odpowiedniki – to utwory efemeryczne i mające wyłącznie użytkowy charakter – a jednak w „Filmidłach” znajdzie się coś co nie pozwoli przedwcześnie zakończyć lektury. Dodatkowy smaczek dla kinomanów zawierać się będzie natomiast w reprodukcjach plakatów omawianych przez Agnieszkę Osiecką filmów. Ten tom nie jest wyłącznie ciekawostką dla nielicznych.
piątek, 10 czerwca 2011
Agnieszka Osiecka: Jabłonie. Wybrane utwory sceniczne. Tom 1
Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.
Apetyt na życie
Piosenki Agnieszki Osieckiej do dziś cieszą się niesłabnącą popularnością. Prozę tej autorki przekuwa się także na przedstawienia teatralne. Tymczasem utwory sceniczne – nawet te, które doczekały się licznych adaptacji – coraz rzadziej funkcjonują w przestrzeniach teatru. Wielbiciele twórczości Osieckiej nie będą już skazani na żmudne poszukiwania tekstów, rozproszonych po dawnych publikacjach książkowych i pismach literackich – lub zalegających w archiwach. Prószyński przygotowuje bowiem edycję wybranych utworów scenicznych, z których pierwszy tom, „Jabłonie”, ukazał się niedawno.
Ta monumentalna pozycja zawiera sześć sztuk – w tym najbardziej znane „Niech no tylko zakwitną jabłonie” oraz „Apetyt na czereśnie”, fragmenty „Listów śpiewających” oraz teksty „Dziś straszy”, „Dama z walizką” i „Znajomi znajomych”. Ci, którym Osiecka kojarzy się wyłącznie z lekkimi i uniwersalnymi piosenkami o tematyce obyczajowej, będą z pewnością zaskoczeni silnym zakotwiczeniem utworów z „Jabłoni” w upolitycznionej codzienności szarego PRL-u. W utworach scenicznych autorka sięgała chętnie po różne rodzaje tekstów użytkowych, swoisty recykling pozwalał jej na obnażanie pustosłowia i pozbawionego treści patosu. Osiecka zderzała toporne, sztuczne frazy z delikatnym absurdem liryzmu, doprowadzała do konfrontacji bohaterów z różnych, sprzecznych ze sobą światów. Efemeryczne istoty wprowadzała bez litości w realia „zwykłego” życia, ale pozwalała postaciom przenoszonym na obcy grunt do końca zachowywać odrębność i lekko naiwne zadziwienie (nie)normalnością. Zabawy stylami nadają rytm olejnym utworom, a dziś, czytane po latach, przynoszą też odrobinę egzotyki. Niegdyś aktualny a obecnie wręcz archaiczny język staje się teraz, gdy wszelkie aluzje straciły na wartości, głównym bohaterem tekstów: wypiera z nich Zuzannę reakcjonistkę czy Pozytywnego. Wyblakły kreacje postaci, ale sposób ich prezentowania wciąż budzić może emocje. Zwłaszcza że mnóstwo w książce fragmentów piosenek, którymi bohaterowie się przerzucają. Osiecka sięgała po cytaty z prasy i utworów literackich, podsłuchiwała język ulicy i polityki – by w ogromnym, dramatycznym tyglu zmieszać kolejne spostrzeżenia. „Jabłonie” są smakowitą lekturą dzięki stałemu testowaniu możliwości, jakie daje język.
Warstwa publicystyczna (dziś już – historyczna) jest niewątpliwie cennym składnikiem utworów, ale współcześni czytelnicy (a zwłaszcza czytelniczki) zachwycą się z pewnością sferą obyczajową. Osiecka nie zrezygnowała z właściwego sobie, a znanego choćby ze „Szpetnych czterdziestoletnich” sposobu prezentowania damsko-męskich relacji. W obliczu miłości, częściej przelotnego lecz pięknego i miłego romansu niż uczucia na wieczność, wszystkie kobiety stają się stęsknionymi dziewczynami, panie po przejściach i te skłonne do rozwiązłości – kiedy tylko mogą się zakochać, są z powrotem niewinne i czyste: namiętność usprawiedliwia wszystko. Można tę tendencję odczytywać przez biografię autorki, można i poetycko, jak proponuje Magda Umer – jako tęsknotę za prawdziwą miłością – faktem jest, że nadaje ona niezwykłości i blasku scenicznym dziełom.
Pozostaje jeszcze mnóstwo tematów wartych omówienia – wśród nich na pierwszy plan wysuwa się oniryczna atmosfera. Chociaż bohaterowie poruszają się w ściśle określonej przestrzeni i podlegają regułom zapożyczonym z pozaliterackiej rzeczywistości, zawsze mają możliwość wywołania zaskoczenia odbiorców. Drobne odejścia od kanonu w stronę snu budują niepowtarzalny klimat książki i zapewniają jeszcze jeden kontrast między sztuką i polityką.
W „Jabłoniach” nie ma prostego sentymentalizmu, Osiecka rzuciła wyzwanie banałowi dzięki wielopłaszczyznowej opowieści. „Jabłonie” da się czytać na wiele sposobów: jako unieśmiertelniającą przeszłość, rozbitą na głosy opowieść, historię o języku, prawdę o ludziach i ich marzeniach, wreszcie jako zabawę konwencjami i wyzwanie rzucone szarzyźnie. Wystarczy oddać głos bohaterom.
Apetyt na życie
Piosenki Agnieszki Osieckiej do dziś cieszą się niesłabnącą popularnością. Prozę tej autorki przekuwa się także na przedstawienia teatralne. Tymczasem utwory sceniczne – nawet te, które doczekały się licznych adaptacji – coraz rzadziej funkcjonują w przestrzeniach teatru. Wielbiciele twórczości Osieckiej nie będą już skazani na żmudne poszukiwania tekstów, rozproszonych po dawnych publikacjach książkowych i pismach literackich – lub zalegających w archiwach. Prószyński przygotowuje bowiem edycję wybranych utworów scenicznych, z których pierwszy tom, „Jabłonie”, ukazał się niedawno.
Ta monumentalna pozycja zawiera sześć sztuk – w tym najbardziej znane „Niech no tylko zakwitną jabłonie” oraz „Apetyt na czereśnie”, fragmenty „Listów śpiewających” oraz teksty „Dziś straszy”, „Dama z walizką” i „Znajomi znajomych”. Ci, którym Osiecka kojarzy się wyłącznie z lekkimi i uniwersalnymi piosenkami o tematyce obyczajowej, będą z pewnością zaskoczeni silnym zakotwiczeniem utworów z „Jabłoni” w upolitycznionej codzienności szarego PRL-u. W utworach scenicznych autorka sięgała chętnie po różne rodzaje tekstów użytkowych, swoisty recykling pozwalał jej na obnażanie pustosłowia i pozbawionego treści patosu. Osiecka zderzała toporne, sztuczne frazy z delikatnym absurdem liryzmu, doprowadzała do konfrontacji bohaterów z różnych, sprzecznych ze sobą światów. Efemeryczne istoty wprowadzała bez litości w realia „zwykłego” życia, ale pozwalała postaciom przenoszonym na obcy grunt do końca zachowywać odrębność i lekko naiwne zadziwienie (nie)normalnością. Zabawy stylami nadają rytm olejnym utworom, a dziś, czytane po latach, przynoszą też odrobinę egzotyki. Niegdyś aktualny a obecnie wręcz archaiczny język staje się teraz, gdy wszelkie aluzje straciły na wartości, głównym bohaterem tekstów: wypiera z nich Zuzannę reakcjonistkę czy Pozytywnego. Wyblakły kreacje postaci, ale sposób ich prezentowania wciąż budzić może emocje. Zwłaszcza że mnóstwo w książce fragmentów piosenek, którymi bohaterowie się przerzucają. Osiecka sięgała po cytaty z prasy i utworów literackich, podsłuchiwała język ulicy i polityki – by w ogromnym, dramatycznym tyglu zmieszać kolejne spostrzeżenia. „Jabłonie” są smakowitą lekturą dzięki stałemu testowaniu możliwości, jakie daje język.
Warstwa publicystyczna (dziś już – historyczna) jest niewątpliwie cennym składnikiem utworów, ale współcześni czytelnicy (a zwłaszcza czytelniczki) zachwycą się z pewnością sferą obyczajową. Osiecka nie zrezygnowała z właściwego sobie, a znanego choćby ze „Szpetnych czterdziestoletnich” sposobu prezentowania damsko-męskich relacji. W obliczu miłości, częściej przelotnego lecz pięknego i miłego romansu niż uczucia na wieczność, wszystkie kobiety stają się stęsknionymi dziewczynami, panie po przejściach i te skłonne do rozwiązłości – kiedy tylko mogą się zakochać, są z powrotem niewinne i czyste: namiętność usprawiedliwia wszystko. Można tę tendencję odczytywać przez biografię autorki, można i poetycko, jak proponuje Magda Umer – jako tęsknotę za prawdziwą miłością – faktem jest, że nadaje ona niezwykłości i blasku scenicznym dziełom.
Pozostaje jeszcze mnóstwo tematów wartych omówienia – wśród nich na pierwszy plan wysuwa się oniryczna atmosfera. Chociaż bohaterowie poruszają się w ściśle określonej przestrzeni i podlegają regułom zapożyczonym z pozaliterackiej rzeczywistości, zawsze mają możliwość wywołania zaskoczenia odbiorców. Drobne odejścia od kanonu w stronę snu budują niepowtarzalny klimat książki i zapewniają jeszcze jeden kontrast między sztuką i polityką.
W „Jabłoniach” nie ma prostego sentymentalizmu, Osiecka rzuciła wyzwanie banałowi dzięki wielopłaszczyznowej opowieści. „Jabłonie” da się czytać na wiele sposobów: jako unieśmiertelniającą przeszłość, rozbitą na głosy opowieść, historię o języku, prawdę o ludziach i ich marzeniach, wreszcie jako zabawę konwencjami i wyzwanie rzucone szarzyźnie. Wystarczy oddać głos bohaterom.
sobota, 11 grudnia 2010
Agnieszka Osiecka: Agnieszka Osiecka dzieciom
Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.
Oczami dziecka - dla wszystkich
Nasza Księgarnia z okazji 90-lecia przygotowuje wznowienia ponadczasowych i urzekających opowiastek dla najmłodszych. Ukazał się właśnie tom „Agnieszka Osiecka dzieciom”: zestaw historii niebanalnych i mocno zakorzenionych w wyobraźni, a przy tym pełnych odniesień do realiów PRL-u i dorosłych problemów. To sprawi, że czytający swoim pociechom rodzice także będą mogli czerpać przyjemność z lektury i wykrywać rozmaite smaczki, jakie autorka umieściła w bajkach.
W tomie znalazło się kilka wierszy, które z powodzeniem funkcjonować mogą jako utwory dla dorosłych – zachwycają wrażliwymi obserwacjami (czy jesień „uśmiechem jarzębin / krótkie dni nam obrębi / i przyjaznym odezwie się świerszczem?”) lub naiwnością („Kolęda myszki”). Agnieszka Osiecka buduje obrazy niemal magiczne, poetycko piękne, a jednocześnie proste. Lubi podążać za rymem, ale skojarzenia słowne podsyca wyobraźnią. Rozumie maluchy, a z perspektywy lat dostrzega więcej (w przeciwieństwie do większości dorosłych, zatracających dziecięcą wrażliwość). Pokazuje dzieciom świat rozwijający fantazję, odważny i oryginalny. Zaprasza do krain, z których nie chce się wychodzić, przedstawia problemy oddalone od codziennych spraw, a przecież angażujące odbiorców i to – bez względu na wiek, co niewątpliwie świadczy o bajkopisarskim kunszcie Osieckiej, zwykle niekojarzonej z literaturą czwartą. Utwory z tomu „Agnieszka Osiecka dzieciom” z powodzeniem można postawić na półce obok chociażby „Kubusia Puchatka” – nie tylko wytrzymują próbę czasu, ale jeszcze łączą pokolenia.
Ale zasadniczą część książki „Agnieszka Osiecka dzieciom” stanowią dłuższe prozatorskie formy. Osiecka potrafi wyczarować bohaterów niezwykłych, obdarzonych duszą – nawet jeśli jest to, jak w przypadku glinianego ptaka Eugeniusza, dusza od starego żelazka. Ne dzieli rzeczywistości na światy dorosłych i dzieci, te płaszczyzny zespalają się w opowieściach. Przyjmuje chętnie spojrzenie bajkowego bohatera, by móc inaczej oceniać codzienność. Przenikanie się dzieciństwa i dorosłości najlepiej widać w bajce „Dzień dobry, Eugeniuszu”, otwierającej tom. Tu też Agnieszka Osiecka pokazuje, jak bardzo istotne mogą być w pewnych okolicznościach sprawy zwykle bagatelizowane – bohaterka, mała Agnieszka, nie wyjdzie za mąż, bo o wpół do piątej musi być w domu, ale jej zniknięcie dorośli tłumaczą sobie… zapomnieniem czegoś w Szwecji. Tu nie ma miejsca na zdziwienie absurdem, bo właśnie absurd jest nadrzędną zasadą konstruującą opowieść. Chociaż Agnieszka Osiecka potrafi też zaskoczyć mocnym zakotwiczeniem fabuły w realizmie: „Wzór na diabelski ogon” to opowieść, która ma swój początek na lekcjach fizyki. Prawa i zwykłe doświadczenia urozmaica jednak obecność sympatycznego i figlarnego diabła, który sprawia, że nic nie jest już oczywiste. Autorka pokazuje, jak bawić się dorosłością; rzeczy zwyczajne ubarwia i przekształca w cudowną zabawę. Umożliwia młodym bohaterom przeżywanie niezapomnianych przygód – w „Dixie” zabiera ich na przejażdżkę zabytkowym samochodem, który ma… ślimaka zamiast opony. Miejsca, które odwiedzą bohaterowie „Dixie” też nie należą do typowych i trochę przypominają światy z książek Kastnera, są jednak mniej nastawione na niezwykłość, postacie za to chętniej korzystają z możliwości kreowania otoczenia za sprawą drobnych zmian i modyfikacji zastanego.
„Co innego jest wiedzieć zwyczajnie, a co innego wiedzieć słowami” – takich odkryć, z reguły wkładanych w usta małoletnich bohaterów bądź ożywionych przedmiotów, tom „Agnieszka Osiecka dzieciom” jest pełen, ich znajdowanie sprawi ogromną radość dorosłym – bo dzieci mogą je przyjąć za pewnik i wyraz zrozumienia.
W zalewie bylejakości, wśród produkowanych na szybko i bez pomysłu książeczek dla najmłodszych, utwory Agnieszki Osieckiej wyróżniają się niezwykłą delikatnością, celnością i pomysłowością. Ale nawet na półce z klasyką literatury czwartej zajmują ważne miejsce. Kto je zna, może przypomnieć sobie przygody ulubionych bohaterów i przy okazji pozachwycać się jakością wydania. Kto nie zna – powinien jak najszybciej nadrobić zaległości. To pozycja idealna dla wielbicieli Osieckiej, ale i dla tych, którzy za twórczością tej autorki nie przepadają – bo Osiecka dla dzieci jest przede wszystkim mistrzynią w dostrzeganiu absurdów.
Oczami dziecka - dla wszystkich
Nasza Księgarnia z okazji 90-lecia przygotowuje wznowienia ponadczasowych i urzekających opowiastek dla najmłodszych. Ukazał się właśnie tom „Agnieszka Osiecka dzieciom”: zestaw historii niebanalnych i mocno zakorzenionych w wyobraźni, a przy tym pełnych odniesień do realiów PRL-u i dorosłych problemów. To sprawi, że czytający swoim pociechom rodzice także będą mogli czerpać przyjemność z lektury i wykrywać rozmaite smaczki, jakie autorka umieściła w bajkach.
W tomie znalazło się kilka wierszy, które z powodzeniem funkcjonować mogą jako utwory dla dorosłych – zachwycają wrażliwymi obserwacjami (czy jesień „uśmiechem jarzębin / krótkie dni nam obrębi / i przyjaznym odezwie się świerszczem?”) lub naiwnością („Kolęda myszki”). Agnieszka Osiecka buduje obrazy niemal magiczne, poetycko piękne, a jednocześnie proste. Lubi podążać za rymem, ale skojarzenia słowne podsyca wyobraźnią. Rozumie maluchy, a z perspektywy lat dostrzega więcej (w przeciwieństwie do większości dorosłych, zatracających dziecięcą wrażliwość). Pokazuje dzieciom świat rozwijający fantazję, odważny i oryginalny. Zaprasza do krain, z których nie chce się wychodzić, przedstawia problemy oddalone od codziennych spraw, a przecież angażujące odbiorców i to – bez względu na wiek, co niewątpliwie świadczy o bajkopisarskim kunszcie Osieckiej, zwykle niekojarzonej z literaturą czwartą. Utwory z tomu „Agnieszka Osiecka dzieciom” z powodzeniem można postawić na półce obok chociażby „Kubusia Puchatka” – nie tylko wytrzymują próbę czasu, ale jeszcze łączą pokolenia.
Ale zasadniczą część książki „Agnieszka Osiecka dzieciom” stanowią dłuższe prozatorskie formy. Osiecka potrafi wyczarować bohaterów niezwykłych, obdarzonych duszą – nawet jeśli jest to, jak w przypadku glinianego ptaka Eugeniusza, dusza od starego żelazka. Ne dzieli rzeczywistości na światy dorosłych i dzieci, te płaszczyzny zespalają się w opowieściach. Przyjmuje chętnie spojrzenie bajkowego bohatera, by móc inaczej oceniać codzienność. Przenikanie się dzieciństwa i dorosłości najlepiej widać w bajce „Dzień dobry, Eugeniuszu”, otwierającej tom. Tu też Agnieszka Osiecka pokazuje, jak bardzo istotne mogą być w pewnych okolicznościach sprawy zwykle bagatelizowane – bohaterka, mała Agnieszka, nie wyjdzie za mąż, bo o wpół do piątej musi być w domu, ale jej zniknięcie dorośli tłumaczą sobie… zapomnieniem czegoś w Szwecji. Tu nie ma miejsca na zdziwienie absurdem, bo właśnie absurd jest nadrzędną zasadą konstruującą opowieść. Chociaż Agnieszka Osiecka potrafi też zaskoczyć mocnym zakotwiczeniem fabuły w realizmie: „Wzór na diabelski ogon” to opowieść, która ma swój początek na lekcjach fizyki. Prawa i zwykłe doświadczenia urozmaica jednak obecność sympatycznego i figlarnego diabła, który sprawia, że nic nie jest już oczywiste. Autorka pokazuje, jak bawić się dorosłością; rzeczy zwyczajne ubarwia i przekształca w cudowną zabawę. Umożliwia młodym bohaterom przeżywanie niezapomnianych przygód – w „Dixie” zabiera ich na przejażdżkę zabytkowym samochodem, który ma… ślimaka zamiast opony. Miejsca, które odwiedzą bohaterowie „Dixie” też nie należą do typowych i trochę przypominają światy z książek Kastnera, są jednak mniej nastawione na niezwykłość, postacie za to chętniej korzystają z możliwości kreowania otoczenia za sprawą drobnych zmian i modyfikacji zastanego.
„Co innego jest wiedzieć zwyczajnie, a co innego wiedzieć słowami” – takich odkryć, z reguły wkładanych w usta małoletnich bohaterów bądź ożywionych przedmiotów, tom „Agnieszka Osiecka dzieciom” jest pełen, ich znajdowanie sprawi ogromną radość dorosłym – bo dzieci mogą je przyjąć za pewnik i wyraz zrozumienia.
W zalewie bylejakości, wśród produkowanych na szybko i bez pomysłu książeczek dla najmłodszych, utwory Agnieszki Osieckiej wyróżniają się niezwykłą delikatnością, celnością i pomysłowością. Ale nawet na półce z klasyką literatury czwartej zajmują ważne miejsce. Kto je zna, może przypomnieć sobie przygody ulubionych bohaterów i przy okazji pozachwycać się jakością wydania. Kto nie zna – powinien jak najszybciej nadrobić zaległości. To pozycja idealna dla wielbicieli Osieckiej, ale i dla tych, którzy za twórczością tej autorki nie przepadają – bo Osiecka dla dzieci jest przede wszystkim mistrzynią w dostrzeganiu absurdów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






