Egmont, Warszawa 2016.
Wycinanka
Zbliżają się święta Bożego Narodzenia, także w domu Basi. Mała bohaterka wie już, że tworzenie świątecznych ozdób (najlepiej z rodzicami, ale starsze maluchy poradzą sobie same) to element magii oczekiwania na koniec grudnia. Teraz i odbiorcy przeżyją historię jak z tomiku o Basi, Zofia Stanecka proponuje bowiem zabawę w starym stylu. Tomik „Basia i zwierzaki” składa się z dwóch części. Jednak – przyczepiona do pierwszej strony okładki – i to klasyczna historyjka z celną – jak zwykle – obserwacją. Oto mała Basia dostrzega problem w domu. Wszyscy powtarzają, że trzeba cieszyć się świętami, tymczasem mama Basi staje się coraz bardziej zmęczona i zdenerwowana, w efekcie krzyczy na dzieci i nie pozwala im realizować części kreatywnych pomysłów. Mama Basi prezentuje typową postawę rodzica – zestresowana i wykończona koniecznością zrobienia dużych porządków czy obmyślenia wigilijnego menu – nie umie już radośnie przeżywać czasu przedświątecznego. Zofia Stanecka wie, jak tę obserwację ubrać w wartością dla maluchów historyjkę.
Tym razem wszystko się zmienia. Wystarczy proste spostrzeżenie dziecka, żeby mama pojęła swój błąd, a właściwie – niepotrzebną zmianę priorytetów, typową dla dorosłych przed świętami. Niby powszechnie wiadomo, że człowiek zapamięta ze swojego dzieciństwa nie to, że dom przed Bożym Narodzeniem był wysprzątany w każdym kącie, ale to, że rodzice poświęcili swój cenny czas na wspólne twórcze zabawy. Mama Basi przekonuje się, że warto czasami nieco zwolnić tempo i obniżyć wymagania. Proponuje swoim pociechom wycinanki i wyklejanki, tworzenie bożonarodzeniowych zwierząt. Oznacza to, że w domu zapanuje na trochę bałagan, owszem. Ale dzieci będą szczęśliwe, a mama Basi – paradoksalnie – zrelaksuje się i odpocznie podczas tych prac. Czas spędzony na wykonywaniu zwierzaków nie będzie czasem straconym. Dzieci przekonają się, że łatwo przepędzić nudę i same przygotują sobie zestawy nowych zabawek oraz inspiracji do zabaw, przez chwilę zyskają też towarzystwo zabieganej zwykle mamy i jej uwagę. To otwiera, pozwala też uniknąć problemów komunikacyjnych. Rodzice zafundują sobie powrót do beztroskich rozrywek z dzieciństwa. Pozytywnych skutków jest dużo więcej i Zofia Stanecka wcale nie musi ich wyliczać. Wystarczy, że wskaże drogę odbiorcom, przy okazji zyskując kolejną część obyczajowych codziennych przygód Basi. Chociaż ten tomik zawiera opowieść podporządkowaną pomysłowi na zabawę, jest więc wtórny – nie ma w nim słabości ani uproszczeń, to wciąż ta Basia, którą dzieci uwielbiają – i w narracji nie ma mowy o ignorowaniu potrzeb małych czytelników. Tym razem fabuła również wspierana jest przez ilustracje Marianny Oklejak – chodzi o zaproszenie odbiorców do udziału w zabawie Basi.
A ta zabawa to przygotowywanie papierowego zwierzyńca. Druga część tomiku przymocowana do okładki z drugiej strony to rodzaj bloku z kolorowymi i dość grubymi kartkami. Tu prezentowane są szablony do wycięcia (powielenie stron rozwiązuje problem kłótni rodzeństwa). Szablony ze zwierzętami niekoniecznie kojarzącymi się z tymi z szopki (Basia lubi wycinać żółwie ze względu na domowego pupila), ale będą miały też – po wycięciu, sklejeniu i ozdobieniu sporo zastosowań, przynajmniej z punktu widzenia malucha. Zwierzaki nadają się na ozdoby choinkowe – i to powrót do tradycji, którą wielu dorosłych dotąd z przyjemnością wspomina. Mogą przydać się w budowaniu zabawkowych zagród i stadek. Wyobraźnia na pewno podpowie kilkulatkom, jak wykorzystać papierowych bohaterów. Dzieci zostaną też przecież skuszone przez naklejki, które uzupełniają zbiór szablonów.
„Basia i zwierzaki” to tomik, który jest równocześnie gadżetem, pomysłem na prostą rozrywkę w tradycyjny stylu. Znana i uwielbiana przez kilkulatki bohaterka daje dobry przykład – i przypomina, jak spędzać czas przed świętami. Tym razem mała Basia nawet rodzicom może pokazać, że nie warto wpadać w szaleństwo sprzątania, lepiej czas poświęcić swoim pociechom – z korzyścią dla obu stron. W tej publikacji maluchy znajdują nie tylko teoretyczną wskazówkę, podpowiedź działania: mają też podstawy do tego, by zacząć samodzielną pracę. „Basia i zwierzaki” to tomik uruchamiający kreatywność, zmuszający niemal do wypróbowania przepisu na stadko. To lektura pasująca – za sprawą tematu – do czasu przed Bożym Narodzeniem – ale nie dezaktualizuje się później, wciąż stanowić będzie zabawkę. Zofia Stanecka nawet kiedy opowiadanie podporządkowuje formie publikacji i pomysłowi, trzyma wysoki poziom bajki.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 19 grudnia 2016
niedziela, 18 grudnia 2016
Elżbieta Baniewicz: Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego
Marginesy, Warszawa 2016.
Kariera
Elżbieta Baniewicz ma dobrą propozycję dla teatromanów. Jej „Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego” to książka, która – chociaż ukazała się w słynących z biografii Marginesach – jest monografią i w całości składa się z analiz dramatów i ich scenicznych realizacji. W „Dżanusie” elementy egzystencji Głowackiego są potrzebne tylko wtedy, gdy pisarz zmienia środowisko, co automatycznie pociąga za sobą status tekstów i recepcję. „Dżanus” to tom bardzo obszerny, ale nie ma w nim uciekania do biografii czy faktów, które nie przydają się w procesie interpretacji utworów. Elżbieta Baniewicz chce nauczyć odbiorców czytania Głowackiego, sprawdzić, dlaczego ten pisarz zrobił karierę za granicą – i za co powinno się go stawiać w jednym rzędzie z Gombrowiczem czy Mrożkiem, czołowymi prześmiewcami. W „Dramatycznych przypadkach Janusza Głowackiego” próżno byłoby szukać tematyzowanych odczytań choćby przez klucz humorologa. Autorka woli podejść do sprawy kompleksowo i sprawdzić, jakie znaczenia czy wartości odnaleźć można w utworach. Czasami odrabia też zadanie za nieuważnych recenzentów: opowiada, co nie zostało dostatecznie wyeksponowane lub co sprawia trudność interpretatorom. Krytyczne podejście wymusza na niej jednak w miarę dokładne przytaczanie treści. „Dżanus” to zatem książka o dziełach Janusza Głowackiego – z pominięciem jego samego (także autorecenzji).
Struktura tomu jest dość przejrzysta, a dla części odbiorców to może nawet stać się przeszkodą w lekturze – nadaje bowiem wrażenia monotonii rytmu. Dzieje się tak dlatego, że Elżbieta Baniewicz dba o rzetelne prezentowanie dorobku teatralnego Głowackiego. Najpierw pojawia się streszczenie fabuły dramatu – z nakreśleniem pomysłów na kreacje postaci. Następnie autorka przystępuje do krytycznego omówienia i uwzględnia płaszczyzny odczytań czy klucze interpretacyjne, wskazuje, co mogło zostać przeoczone (lub nadmiernie wyeksponowane). Zajmuje się również różnicami kulturowymi w odbiorze, bo to, co oczywiste dla rodaków Głowackiego, niekoniecznie mogło zostać zrozumiane przez zagranicznych odbiorców. Od czasu do czasu powraca zresztą motyw kontekstu, ważny przy utworach prześmiewczych i postawa autora jako satyryka. Elżbieta Baniewicz świetnie zdaje sobie sprawę z komplikacji i wyzwań. Punktuje je, ale nie po to, by wywołać współczucie czy sympatię do autora, liczą się u niej wyłącznie teksty, które skrzą się znaczeniami.
Elżbieta Baniewicz potrafi sama analizować sceniczne teksty Głowackiego i zestawiać je z realizacjami. Od czasu do czasu jednak wzbogaca swój „dramatyczny” przewodnik ocenami wybitnych krytyków i tworzonymi na gorąco zestawami odczytań. Pokazuje Janusza Głowackiego od strony wizji reżyserskich i odbioru krytycznego, a że do dyspozycji ma nie tylko teksty spektakli, książka zyskuje na znaczeniu. „Dżanus” jest publikacją potężną i dla tych, którzy chcą dogłębnie poznać warstwy znaczeń i pomysłów. Tworzy obraz pisarza przez pryzmat jego scenicznej wyobraźni, odsłania odrobinę warsztatu (na przykład motyw sprawdzania trafności stylu w głośnym czytaniu), ale nie więzi Janusza Głowackiego w utworach.
Tom został ozdobiony fotografiami z archiwum bohatera, plakatami czy zdjęciami z recenzji. Warstwa graficzna jest tu bogata, jak zawsze w biograficznej serii Marginesów. Ciekawostką staje się dodawanie przez Janusza Głowackiego komentarzy do zdjęć – to jakby druga narracja, nieoczekiwana, bo przecież autor w dyskursie Elżbiety Baniewicz jest właściwie nieobecny. „Dżanus” to publikacja dla miłośników teatru i fanów pisarstwa Janusza Głowackiego, zestaw interpretacji i wykorzystanych możliwości. Elżbieta Baniewicz zapewnia bogatą narrację, przegląd osiągnięć z pozycji specjalisty od utworów teatralnych.
Kariera
Elżbieta Baniewicz ma dobrą propozycję dla teatromanów. Jej „Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego” to książka, która – chociaż ukazała się w słynących z biografii Marginesach – jest monografią i w całości składa się z analiz dramatów i ich scenicznych realizacji. W „Dżanusie” elementy egzystencji Głowackiego są potrzebne tylko wtedy, gdy pisarz zmienia środowisko, co automatycznie pociąga za sobą status tekstów i recepcję. „Dżanus” to tom bardzo obszerny, ale nie ma w nim uciekania do biografii czy faktów, które nie przydają się w procesie interpretacji utworów. Elżbieta Baniewicz chce nauczyć odbiorców czytania Głowackiego, sprawdzić, dlaczego ten pisarz zrobił karierę za granicą – i za co powinno się go stawiać w jednym rzędzie z Gombrowiczem czy Mrożkiem, czołowymi prześmiewcami. W „Dramatycznych przypadkach Janusza Głowackiego” próżno byłoby szukać tematyzowanych odczytań choćby przez klucz humorologa. Autorka woli podejść do sprawy kompleksowo i sprawdzić, jakie znaczenia czy wartości odnaleźć można w utworach. Czasami odrabia też zadanie za nieuważnych recenzentów: opowiada, co nie zostało dostatecznie wyeksponowane lub co sprawia trudność interpretatorom. Krytyczne podejście wymusza na niej jednak w miarę dokładne przytaczanie treści. „Dżanus” to zatem książka o dziełach Janusza Głowackiego – z pominięciem jego samego (także autorecenzji).
Struktura tomu jest dość przejrzysta, a dla części odbiorców to może nawet stać się przeszkodą w lekturze – nadaje bowiem wrażenia monotonii rytmu. Dzieje się tak dlatego, że Elżbieta Baniewicz dba o rzetelne prezentowanie dorobku teatralnego Głowackiego. Najpierw pojawia się streszczenie fabuły dramatu – z nakreśleniem pomysłów na kreacje postaci. Następnie autorka przystępuje do krytycznego omówienia i uwzględnia płaszczyzny odczytań czy klucze interpretacyjne, wskazuje, co mogło zostać przeoczone (lub nadmiernie wyeksponowane). Zajmuje się również różnicami kulturowymi w odbiorze, bo to, co oczywiste dla rodaków Głowackiego, niekoniecznie mogło zostać zrozumiane przez zagranicznych odbiorców. Od czasu do czasu powraca zresztą motyw kontekstu, ważny przy utworach prześmiewczych i postawa autora jako satyryka. Elżbieta Baniewicz świetnie zdaje sobie sprawę z komplikacji i wyzwań. Punktuje je, ale nie po to, by wywołać współczucie czy sympatię do autora, liczą się u niej wyłącznie teksty, które skrzą się znaczeniami.
Elżbieta Baniewicz potrafi sama analizować sceniczne teksty Głowackiego i zestawiać je z realizacjami. Od czasu do czasu jednak wzbogaca swój „dramatyczny” przewodnik ocenami wybitnych krytyków i tworzonymi na gorąco zestawami odczytań. Pokazuje Janusza Głowackiego od strony wizji reżyserskich i odbioru krytycznego, a że do dyspozycji ma nie tylko teksty spektakli, książka zyskuje na znaczeniu. „Dżanus” jest publikacją potężną i dla tych, którzy chcą dogłębnie poznać warstwy znaczeń i pomysłów. Tworzy obraz pisarza przez pryzmat jego scenicznej wyobraźni, odsłania odrobinę warsztatu (na przykład motyw sprawdzania trafności stylu w głośnym czytaniu), ale nie więzi Janusza Głowackiego w utworach.
Tom został ozdobiony fotografiami z archiwum bohatera, plakatami czy zdjęciami z recenzji. Warstwa graficzna jest tu bogata, jak zawsze w biograficznej serii Marginesów. Ciekawostką staje się dodawanie przez Janusza Głowackiego komentarzy do zdjęć – to jakby druga narracja, nieoczekiwana, bo przecież autor w dyskursie Elżbiety Baniewicz jest właściwie nieobecny. „Dżanus” to publikacja dla miłośników teatru i fanów pisarstwa Janusza Głowackiego, zestaw interpretacji i wykorzystanych możliwości. Elżbieta Baniewicz zapewnia bogatą narrację, przegląd osiągnięć z pozycji specjalisty od utworów teatralnych.
Łukasz Modelski: Kuchnia na plebanii
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.
Stare i dobre przepisy
Skoro książki kucharskie i publikacje z kulinarnymi poradami cieszą się tak dużą popularnością na rynku, trzeba coraz dłużej szukać oryginalnego sposobu ujęcia tematu. Łukasz Modelski postawił na tradycję w najlepszej możliwej postaci. O przepisy na klasyczne i przygotowywane od pokoleń potrawy prosi… gospodynie z plebanii z całego kraju. Nie poprzestaje na zdobywaniu receptur – wciąż dopytuje o kulinarne wybory, rozwiązania czy upodobania księży, sprawdza, jaki stosunek mają rozmówczynie do określonych składników i jak radzą sobie z wyzwaniami – organizowaniem menu wielkich przyjęć imieninowych lub świąt.
„Kuchnia na plebanii” już w samym założeniu jest powrotem do tradycji. W stereotypach funkcjonujących do dzisiaj księża lubią dobrze zjeść, a do tego stale są zaopatrywani przez parafian w najlepsze produkty. Jednocześnie jadłospisy na plebaniach w obiegowej opinii opierają się zmianom i modom. Tu liczy się przyzwyczajenie do znanych smaków, a i potraw. Księża nie lubią eksperymentów, przynajmniej w ocenie gospodyń. A nawet gdyby lubili – nie zawsze się do tego przyznają. Łukasz Modelski rozmowy z gospodyniami księży traktuje jak możliwości zweryfikowania tych poglądów. Zyskuje szansę poznania skrywanych wiadomości, odsłonięcia przed czytelnikami tajników kuchni w starym stylu. Jego rozmowy nie mają cech wywiadów: to zapisy spotkań i wymiany doświadczeń, chociaż Modelski stawia się w pozycji naiwnego i zawsze dziwiącego się decyzjom kulinarnym gospodyń. To pozwala mu drążyć temat i zdobywać nowe cenne porady. Autor zostawia sobie miejsce na niedowierzanie i ciekawość, raz zachowuje się, jakby doskonale wiedział, dlaczego potrawa gospodyni nie powinna się udać, raz funkcjonuje, jakby liczył na poczęstunek. Trudno mu się dziwić, skoro od niektórych opisów można nabrać apetytu. Gospodynie przecież najczęściej sięgają do przepisów sprawdzonych, czerpią inspiracje z zeszytów od mam i babć, korzystają z doświadczeń poprzedniczek lub słuchają wskazówek księży. Wśród tych ostatnich rośnie świadomość znaczenia diet – nieraz okazuje się, że wikary lub proboszcz ze względów zdrowotnych postawili na mniej tłustą kuchnię, albo polubili lekkie dania i wprowadzili do menu.
Niektóre gospodynie poza przygotowywaniem potraw zajmują się też (lub zajmowały) sprawianiem zwierząt. Inne są metody na dziczyznę (każdą panią, która deklaruje znajomość tematu, autor wypytuje o szczegóły), inne na ptactwo. Zdarza się, że baranina udaje sarninę lub – że na księżowskim półmisku lądują… młode gołębie. Jedna z autorek przepisów przypomina sobie świetny sposób na zająca, inna opowiada o podawaniu prosiąt czy kaczek. Raczej trudno przypuszczać, żeby te wskazówki znalazły aktualnie szersze zastosowanie, są rodzajem ciekawostki i przypomnieniem receptur z czasów przed hipermarketami. Łukasz Modelski powraca do stałych motywów – święta dają mu okazję do przejrzenia dań regionalnych (każda gospodyni reprezentuje inną część kraju, choć można dyskutować, czy Dąbrowę Górniczą da się opisać jako „Śląsk”). Ale żeby nie stworzyć wyłącznie zestawu jadłospisów okazjonalnych, wypytuje też autor gospodynie o standardowe menu na plebanii: sprawdza, jak wygląda śniadanie księży, jakie lubią zupy lub – co podjadają między posiłkami. Osobną kategorię stanowią wypieki – i tu każda z pań ma swoje pewniaki i popisowe ciasta.
Autor nie ingeruje w treść wypowiedzi (nawet kiedy jedna z gospodyń zarzeka się, że w kuchni nie używa octu, a trochę później sama sobie zaprzecza), a przepisy przytacza w formie, jaką uzyskał. Stara się je ujednolicić o tyle, że na marginesach wypisuje składniki. Sposób przyrządzania trochę podporządkowuje stylowi samego wywiadu. Dzięki temu można płynnie przechodzić w lekturze od rozmowy do porad kulinarnych. Cała książka jest gęsto przetykana przepisami – zwykle wtedy, kiedy jakaś potrawa pojawi się w wypowiedzi, zaraz – jako naturalną konsekwencję – autor przytoczy też przepis. Gospodynie chętnie dzielą się zarówno doświadczeniem jak i poradami, nie strzegą tajemnic. Ale też gotowanie na plebanii nie wiąże się z koniecznością wyprzedzania konkurencji. W efekcie na książce Modelskiego skorzystać mogą wszyscy.
Stare i dobre przepisy
Skoro książki kucharskie i publikacje z kulinarnymi poradami cieszą się tak dużą popularnością na rynku, trzeba coraz dłużej szukać oryginalnego sposobu ujęcia tematu. Łukasz Modelski postawił na tradycję w najlepszej możliwej postaci. O przepisy na klasyczne i przygotowywane od pokoleń potrawy prosi… gospodynie z plebanii z całego kraju. Nie poprzestaje na zdobywaniu receptur – wciąż dopytuje o kulinarne wybory, rozwiązania czy upodobania księży, sprawdza, jaki stosunek mają rozmówczynie do określonych składników i jak radzą sobie z wyzwaniami – organizowaniem menu wielkich przyjęć imieninowych lub świąt.
„Kuchnia na plebanii” już w samym założeniu jest powrotem do tradycji. W stereotypach funkcjonujących do dzisiaj księża lubią dobrze zjeść, a do tego stale są zaopatrywani przez parafian w najlepsze produkty. Jednocześnie jadłospisy na plebaniach w obiegowej opinii opierają się zmianom i modom. Tu liczy się przyzwyczajenie do znanych smaków, a i potraw. Księża nie lubią eksperymentów, przynajmniej w ocenie gospodyń. A nawet gdyby lubili – nie zawsze się do tego przyznają. Łukasz Modelski rozmowy z gospodyniami księży traktuje jak możliwości zweryfikowania tych poglądów. Zyskuje szansę poznania skrywanych wiadomości, odsłonięcia przed czytelnikami tajników kuchni w starym stylu. Jego rozmowy nie mają cech wywiadów: to zapisy spotkań i wymiany doświadczeń, chociaż Modelski stawia się w pozycji naiwnego i zawsze dziwiącego się decyzjom kulinarnym gospodyń. To pozwala mu drążyć temat i zdobywać nowe cenne porady. Autor zostawia sobie miejsce na niedowierzanie i ciekawość, raz zachowuje się, jakby doskonale wiedział, dlaczego potrawa gospodyni nie powinna się udać, raz funkcjonuje, jakby liczył na poczęstunek. Trudno mu się dziwić, skoro od niektórych opisów można nabrać apetytu. Gospodynie przecież najczęściej sięgają do przepisów sprawdzonych, czerpią inspiracje z zeszytów od mam i babć, korzystają z doświadczeń poprzedniczek lub słuchają wskazówek księży. Wśród tych ostatnich rośnie świadomość znaczenia diet – nieraz okazuje się, że wikary lub proboszcz ze względów zdrowotnych postawili na mniej tłustą kuchnię, albo polubili lekkie dania i wprowadzili do menu.
Niektóre gospodynie poza przygotowywaniem potraw zajmują się też (lub zajmowały) sprawianiem zwierząt. Inne są metody na dziczyznę (każdą panią, która deklaruje znajomość tematu, autor wypytuje o szczegóły), inne na ptactwo. Zdarza się, że baranina udaje sarninę lub – że na księżowskim półmisku lądują… młode gołębie. Jedna z autorek przepisów przypomina sobie świetny sposób na zająca, inna opowiada o podawaniu prosiąt czy kaczek. Raczej trudno przypuszczać, żeby te wskazówki znalazły aktualnie szersze zastosowanie, są rodzajem ciekawostki i przypomnieniem receptur z czasów przed hipermarketami. Łukasz Modelski powraca do stałych motywów – święta dają mu okazję do przejrzenia dań regionalnych (każda gospodyni reprezentuje inną część kraju, choć można dyskutować, czy Dąbrowę Górniczą da się opisać jako „Śląsk”). Ale żeby nie stworzyć wyłącznie zestawu jadłospisów okazjonalnych, wypytuje też autor gospodynie o standardowe menu na plebanii: sprawdza, jak wygląda śniadanie księży, jakie lubią zupy lub – co podjadają między posiłkami. Osobną kategorię stanowią wypieki – i tu każda z pań ma swoje pewniaki i popisowe ciasta.
Autor nie ingeruje w treść wypowiedzi (nawet kiedy jedna z gospodyń zarzeka się, że w kuchni nie używa octu, a trochę później sama sobie zaprzecza), a przepisy przytacza w formie, jaką uzyskał. Stara się je ujednolicić o tyle, że na marginesach wypisuje składniki. Sposób przyrządzania trochę podporządkowuje stylowi samego wywiadu. Dzięki temu można płynnie przechodzić w lekturze od rozmowy do porad kulinarnych. Cała książka jest gęsto przetykana przepisami – zwykle wtedy, kiedy jakaś potrawa pojawi się w wypowiedzi, zaraz – jako naturalną konsekwencję – autor przytoczy też przepis. Gospodynie chętnie dzielą się zarówno doświadczeniem jak i poradami, nie strzegą tajemnic. Ale też gotowanie na plebanii nie wiąże się z koniecznością wyprzedzania konkurencji. W efekcie na książce Modelskiego skorzystać mogą wszyscy.
sobota, 17 grudnia 2016
Krzysztof Daukszewicz: Prosto z ambony
Szelest, Warszawa 2016.
Wśród zwierząt
„Prosto z ambony”, tom Krzysztofa Daukszewicza, to zestaw felietonów tematycznych pisanych do „Łowca Polskiego”. Satyryk daje w nich odpocząć od polityki, w dużym stopniu zajmując się przyrodą i codziennymi obserwacjami ze spacerów po najbliższej warmińskiej okolicy. Owszem, czasami nie daje się zachować stoickiego spokoju w obliczu pomysłów rządzących, ale wtedy odpowiednie komentarze trafiają do tekstu na zasadzie echa z odległej rzeczywistości. „Prosto z ambony” nie będzie zatem powielać opowieści z wystąpień autora – recitali i spotkań autorskich. Od czasu do czasu Daukszewicz przypomni o swojej pasji gromadzenia menelików, niekiedy rzuci drobny dowcip, ale satyry politycznej stara się tu zbyt często nie uprawiać.
„Prosto z ambony” to zestaw utworów pisanych, przynajmniej w teorii, dla myśliwych – tytuł sugeruje zupełnie inne treści, chyba że ktoś szybko przekartkuje książkę i przekona się, że ilustracje Juliana Bohdanowicza prowadzą nie do kościoła, a do lasu. Krzysztof Daukszewicz przyznaje się do wędkowania, a i to hobby traktuje jako szansę na relaks. I właśnie relaks chce zapewnić czytelnikom – wcale nie tym, którzy zamierzają strzelać do zwierząt. W tej książce najważniejsza jest łagodność zestawiana ze stoicyzmem. Autora nic nie wyprowadzi z równowagi, las pomaga odpocząć i uciec od codziennych absurdów. To azyl, który warto sobie znaleźć. A skoro las wycisza, nie nastraja do zajmowania się aktualnymi problemami. O czymś jednak trzeba pisać, i to regularnie. W efekcie Daukszewicz wybiera tematy, których próżno by szukać w innych jego publikacjach. Nadrzędnym motywem stają się zwierzęta, a w wersji bardziej ogólnej – przyroda, tereny z dala od cywilizacji.
Sięga autor po ciekawostki i anegdoty lub scenki rodzinne, które zamieniają się w dowcipy. Zanurza się we wspomnieniach i prywatnych dygresjach (ogromnym uznaniem czytelników cieszą się zwłaszcza historie o domowych pupilach, zawsze bardzo inteligentnych). Gdy do idylli wkroczy element medialnej rzeczywistości – głos polityka lub efekt społecznej histerii – zawsze funkcjonuje na prawach zgrzytu. Taki motyw trzeba jak najszybciej złagodzić śmiechem, obudować dowcipami i puścić w niepamięć. Teksty są niewielkie objętościowo, więc autor dba o nasycenie ich dobrymi puentami, prowadzi opowieści tak, by zatrzymać przy sobie czytelników. Bardzo rzadko zdarza się, że nabudowywana scenka jest lepsza niż jej podsumowanie, ale wynagradza to ilość dowcipów. Daukszewicz jako wytrawny satyryk wie, jak wywołać śmiech czytelników (pozwala sobie też w wielu miejscach na autoironię, która gwarantuje mu sympatię). W „Prosto z ambony” popisuje się warsztatem satyryka i opowiadacza dowcipów, ale wydaje się, że robi to z przyjemnością. Przez przejście do satyry obyczajowej łagodnieje tom „Prosto z ambony” – ale wtedy ciekawość podsycają motywy autobiograficzne, historie, których raczej nie usłyszy się ze sceny.
Rzeczywistość w wersji dla „Łowca Polskiego” wydaje się znośniejsza. Lekturę uprzyjemniają też satyryczne rysunki Juliana Bohdanowicza, który wprawdzie podpierać się musi treścią felietonu, ale zawsze potrafi wydobyć z niej dodatkowe i osobne żarty rysunkowe. Tu zresztą Krzysztof Daukszewicz żegna przyjaciela we wzruszającym felietonie-wspomnieniu. „Prosto z ambony” to książka, do której fani satyry dotrą – i propozycja dla zmęczonych kabaretowym śmiechem. Krzysztof Daukszewicz pisze tu z prostotą i zrozumieniem dla natury, nie pozwala się denerwować medialnymi doniesieniami. Pokazuje, jak nabrać dystansu do zwykłych trosk. Sam sobie sprawia przyjemność felietonowymi drobiazgami, które warto było ocalić i przedstawić szerszej publiczności w zgrabnym tomie.
Wśród zwierząt
„Prosto z ambony”, tom Krzysztofa Daukszewicza, to zestaw felietonów tematycznych pisanych do „Łowca Polskiego”. Satyryk daje w nich odpocząć od polityki, w dużym stopniu zajmując się przyrodą i codziennymi obserwacjami ze spacerów po najbliższej warmińskiej okolicy. Owszem, czasami nie daje się zachować stoickiego spokoju w obliczu pomysłów rządzących, ale wtedy odpowiednie komentarze trafiają do tekstu na zasadzie echa z odległej rzeczywistości. „Prosto z ambony” nie będzie zatem powielać opowieści z wystąpień autora – recitali i spotkań autorskich. Od czasu do czasu Daukszewicz przypomni o swojej pasji gromadzenia menelików, niekiedy rzuci drobny dowcip, ale satyry politycznej stara się tu zbyt często nie uprawiać.
„Prosto z ambony” to zestaw utworów pisanych, przynajmniej w teorii, dla myśliwych – tytuł sugeruje zupełnie inne treści, chyba że ktoś szybko przekartkuje książkę i przekona się, że ilustracje Juliana Bohdanowicza prowadzą nie do kościoła, a do lasu. Krzysztof Daukszewicz przyznaje się do wędkowania, a i to hobby traktuje jako szansę na relaks. I właśnie relaks chce zapewnić czytelnikom – wcale nie tym, którzy zamierzają strzelać do zwierząt. W tej książce najważniejsza jest łagodność zestawiana ze stoicyzmem. Autora nic nie wyprowadzi z równowagi, las pomaga odpocząć i uciec od codziennych absurdów. To azyl, który warto sobie znaleźć. A skoro las wycisza, nie nastraja do zajmowania się aktualnymi problemami. O czymś jednak trzeba pisać, i to regularnie. W efekcie Daukszewicz wybiera tematy, których próżno by szukać w innych jego publikacjach. Nadrzędnym motywem stają się zwierzęta, a w wersji bardziej ogólnej – przyroda, tereny z dala od cywilizacji.
Sięga autor po ciekawostki i anegdoty lub scenki rodzinne, które zamieniają się w dowcipy. Zanurza się we wspomnieniach i prywatnych dygresjach (ogromnym uznaniem czytelników cieszą się zwłaszcza historie o domowych pupilach, zawsze bardzo inteligentnych). Gdy do idylli wkroczy element medialnej rzeczywistości – głos polityka lub efekt społecznej histerii – zawsze funkcjonuje na prawach zgrzytu. Taki motyw trzeba jak najszybciej złagodzić śmiechem, obudować dowcipami i puścić w niepamięć. Teksty są niewielkie objętościowo, więc autor dba o nasycenie ich dobrymi puentami, prowadzi opowieści tak, by zatrzymać przy sobie czytelników. Bardzo rzadko zdarza się, że nabudowywana scenka jest lepsza niż jej podsumowanie, ale wynagradza to ilość dowcipów. Daukszewicz jako wytrawny satyryk wie, jak wywołać śmiech czytelników (pozwala sobie też w wielu miejscach na autoironię, która gwarantuje mu sympatię). W „Prosto z ambony” popisuje się warsztatem satyryka i opowiadacza dowcipów, ale wydaje się, że robi to z przyjemnością. Przez przejście do satyry obyczajowej łagodnieje tom „Prosto z ambony” – ale wtedy ciekawość podsycają motywy autobiograficzne, historie, których raczej nie usłyszy się ze sceny.
Rzeczywistość w wersji dla „Łowca Polskiego” wydaje się znośniejsza. Lekturę uprzyjemniają też satyryczne rysunki Juliana Bohdanowicza, który wprawdzie podpierać się musi treścią felietonu, ale zawsze potrafi wydobyć z niej dodatkowe i osobne żarty rysunkowe. Tu zresztą Krzysztof Daukszewicz żegna przyjaciela we wzruszającym felietonie-wspomnieniu. „Prosto z ambony” to książka, do której fani satyry dotrą – i propozycja dla zmęczonych kabaretowym śmiechem. Krzysztof Daukszewicz pisze tu z prostotą i zrozumieniem dla natury, nie pozwala się denerwować medialnymi doniesieniami. Pokazuje, jak nabrać dystansu do zwykłych trosk. Sam sobie sprawia przyjemność felietonowymi drobiazgami, które warto było ocalić i przedstawić szerszej publiczności w zgrabnym tomie.
piątek, 16 grudnia 2016
Jerzy Eisler: Co nam zostało z tamtych lat? Dziedzictwo PRL
PWN, Warszawa 2016.
Skutki przeszłości
Książki pokazujące obyczajowość PRL-u są oznaką sentymentalnej mody i dla odbiorców przeważnie też potwierdzeniem wspomnień czy opowieści starszych pokoleń. Jerzy Eisler w ślady poppublikacji nie idzie z pełną świadomością, że naukowy dyskurs (wywody historyka) zawęża krąg czytelników. „Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL” to pozycja nie dla każdego. Składa się ze szkiców i artykułów pisanych przez autora na przestrzeni trzydziestu lat (od 1985 roku) – i kilku dotąd niepublikowanych. To możliwość zapoznania się z bardzo rozbudowanymi „przypisami” do rzeczywistości. Eisler bardzo mocno pogłębia wiadomości z podręczników, wydarzenia i sytuacje istniejące w świadomości każdego Polaka, nawet w wersji szczątkowej, jako wiedza o dacie, sytuacji i konsekwencjach politycznych czy społecznych. Tutaj każdy motyw zyskuje bardzo dokładną rozpiskę. Autor sięga do nieznanych powszechnie nagrań z rozmów, do dokumentów, które potrzebują komentarza i wyciągnięcia wniosków. Nie zajmuje się potocznymi przekonaniami, sięga za to do źródeł. Nie daje wiary obiegowym opiniom, bo potrafi samodzielnie analizować materiały. Przy okazji niekiedy może zweryfikować społeczne przekonania, odwrócić sposób myślenia albo wyjaśnić sporne kwestie.
Układ tej książki to rzucenie odbiorców – nie-historyków – na głęboką wodę. Pierwsze rozdziały zaskakują rozmiarami i szczegółowością. Jerzy Eisler najpierw sprawdza znaczenie Ludowego Wojska Polskiego w PRL, a następnie – losy żołnierzy AK po wojnie. To tematy najtrudniejsze, a także pełne dat i odnotowywanych rozmów. Autor pokazuje akcje polityczne i zajmuje się tematem od środka, to jest – bez uwzględniania jego wpływu na życie zwykłych obywateli. Z czasem do tego dochodzi, już w znacznie lżejszych artykułach. Chociaż za lekkie nie można uznać motywów stalinizmu czy związków państwa z religią, zmienia się odrobinę styl dyskursu – autor pozwala sobie na większą swobodę. Zwykłych czytelników kupuje ciekawostkami – zestawia na przykład wizje Polski Stefana Wyszyńskiego i Władysława Gomółki, przedstawia transparenty i „ozdoby” ulic z racji pochodów. Raz zagląda do filmów sensacyjnych z lat 60., żeby zaprezentować obraz milicjanta na małym ekranie, to znów… porównuje encyklopedie z różnych lat, żeby sprawdzić, jak przedstawiano ważne dla PRL-u (a dziś zapomniane) postacie. W tym wypadku w ogóle zamienia się w matematyka – zamiast skupiać się na treści, zlicza linijki, ale i tak wprowadza do świadomości czytelników temat, którego nikt sam by nie ocenił.
Jerzy Eisler tłumaczy historię. Przywołuje daty i fakty, omawia je i pokazuje inne niż dziś modne oblicze PRL-u. Kieruje się do zainteresowanych po zgłębianiem tematu, prowadzi przez obrazy szerzej nieznane (lub takie, które po prostu w świadomości masowej nie przetrwały). Nie wypada z roli dziejopisa. W pierwszych tekstach dość asekuracyjnie na początku zaznacza, że nie jest ekspertem w danej kwestii (ale i tak umiejętnie przeprowadzane kwerendy dają mu możliwość rzeczowego opracowania zagadnienia). Ta publikacja będzie mieć różnych czytelników – bardziej zainteresowani polityką zwrócą uwagę na inne eseje niż poszukujący sygnałów obyczajowości, przemian kulturowych czy społecznych. Z tomu daje się również odczytać subtelne oceny współczesności – Jerzy Eisler udowadnia, że chociaż nie wszyscy pamiętają czasy PRL-u, pewne wzory zachowań lub postaw są w prostej linii dziedzictwem tamtego okresu. I dla niektórych odbiorców to może stać się najważniejszym powodem sięgnięcia po lekturę. „Co nam zostało z tamtych lat” to spojrzenie bez sentymentu, za to z naukową dociekliwością.
Skutki przeszłości
Książki pokazujące obyczajowość PRL-u są oznaką sentymentalnej mody i dla odbiorców przeważnie też potwierdzeniem wspomnień czy opowieści starszych pokoleń. Jerzy Eisler w ślady poppublikacji nie idzie z pełną świadomością, że naukowy dyskurs (wywody historyka) zawęża krąg czytelników. „Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL” to pozycja nie dla każdego. Składa się ze szkiców i artykułów pisanych przez autora na przestrzeni trzydziestu lat (od 1985 roku) – i kilku dotąd niepublikowanych. To możliwość zapoznania się z bardzo rozbudowanymi „przypisami” do rzeczywistości. Eisler bardzo mocno pogłębia wiadomości z podręczników, wydarzenia i sytuacje istniejące w świadomości każdego Polaka, nawet w wersji szczątkowej, jako wiedza o dacie, sytuacji i konsekwencjach politycznych czy społecznych. Tutaj każdy motyw zyskuje bardzo dokładną rozpiskę. Autor sięga do nieznanych powszechnie nagrań z rozmów, do dokumentów, które potrzebują komentarza i wyciągnięcia wniosków. Nie zajmuje się potocznymi przekonaniami, sięga za to do źródeł. Nie daje wiary obiegowym opiniom, bo potrafi samodzielnie analizować materiały. Przy okazji niekiedy może zweryfikować społeczne przekonania, odwrócić sposób myślenia albo wyjaśnić sporne kwestie.
Układ tej książki to rzucenie odbiorców – nie-historyków – na głęboką wodę. Pierwsze rozdziały zaskakują rozmiarami i szczegółowością. Jerzy Eisler najpierw sprawdza znaczenie Ludowego Wojska Polskiego w PRL, a następnie – losy żołnierzy AK po wojnie. To tematy najtrudniejsze, a także pełne dat i odnotowywanych rozmów. Autor pokazuje akcje polityczne i zajmuje się tematem od środka, to jest – bez uwzględniania jego wpływu na życie zwykłych obywateli. Z czasem do tego dochodzi, już w znacznie lżejszych artykułach. Chociaż za lekkie nie można uznać motywów stalinizmu czy związków państwa z religią, zmienia się odrobinę styl dyskursu – autor pozwala sobie na większą swobodę. Zwykłych czytelników kupuje ciekawostkami – zestawia na przykład wizje Polski Stefana Wyszyńskiego i Władysława Gomółki, przedstawia transparenty i „ozdoby” ulic z racji pochodów. Raz zagląda do filmów sensacyjnych z lat 60., żeby zaprezentować obraz milicjanta na małym ekranie, to znów… porównuje encyklopedie z różnych lat, żeby sprawdzić, jak przedstawiano ważne dla PRL-u (a dziś zapomniane) postacie. W tym wypadku w ogóle zamienia się w matematyka – zamiast skupiać się na treści, zlicza linijki, ale i tak wprowadza do świadomości czytelników temat, którego nikt sam by nie ocenił.
Jerzy Eisler tłumaczy historię. Przywołuje daty i fakty, omawia je i pokazuje inne niż dziś modne oblicze PRL-u. Kieruje się do zainteresowanych po zgłębianiem tematu, prowadzi przez obrazy szerzej nieznane (lub takie, które po prostu w świadomości masowej nie przetrwały). Nie wypada z roli dziejopisa. W pierwszych tekstach dość asekuracyjnie na początku zaznacza, że nie jest ekspertem w danej kwestii (ale i tak umiejętnie przeprowadzane kwerendy dają mu możliwość rzeczowego opracowania zagadnienia). Ta publikacja będzie mieć różnych czytelników – bardziej zainteresowani polityką zwrócą uwagę na inne eseje niż poszukujący sygnałów obyczajowości, przemian kulturowych czy społecznych. Z tomu daje się również odczytać subtelne oceny współczesności – Jerzy Eisler udowadnia, że chociaż nie wszyscy pamiętają czasy PRL-u, pewne wzory zachowań lub postaw są w prostej linii dziedzictwem tamtego okresu. I dla niektórych odbiorców to może stać się najważniejszym powodem sięgnięcia po lekturę. „Co nam zostało z tamtych lat” to spojrzenie bez sentymentu, za to z naukową dociekliwością.
Księżniczki. Złota księga bajek do słuchania
Egmont, Warszawa 2016.
Marzenia
Disneyowskie księżniczki. To one nadają kształt tradycyjnym baśniom i ożywiają stare historie. Wszystkie są piękne, wszystkie są niezłomne – nie zniszczy ich nienawiść. Dobrem i miłością wygrywają wszystko, by potem żyć długo i szczęśliwie. Chociaż co jakiś czas stają się obiektem drwin dorosłych, ich rola to dawanie nadziei na cudowną poprawę losu. Przeważnie odnajdują się w każdej sytuacji, nie muszą biernie czekać na swojego wymarzonego księcia. Mogą sprzeciwiać się konserwatywnej rodzinie, walczyć, wdawać się w sytuacje wymagające brawury i sprytu. Bez względu na to, ile zła doświadczą i wycierpią, czasami przez bliskich, w końcu i tak olśnią urodą, inteligencją i sercem. Disneyowskie księżniczki, bez względu na oceny różnych grup odbiorców, stanowią ważną część dzisiejszej popkultury. To im kibicują dzieci w kolejnych opowieściach. A przecież Bella, Roszpunka, Kopciuszek, Aurora (czyli Śpiąca Królewna), Arielka czy Śnieżka to postacie przejęte przez Disneya i dostrzeżone ze względu na potencjał familijnych fabuł – szybko jednak w takiej właśnie wersji podbiły rynek bajek i często są jedynymi wcieleniami kojarzonymi przez maluchy.
„Złota księga bajek do słuchania” poświęcona jest tym właśnie księżniczkom w disneyowskiej wersji. Tomik zawiera sześć bajek (dotąd często funkcjonujących w obiegu w odrębnych malutkich książeczkach), przystosowanych do czytania maluchom. Wszyscy wiedzą, jak potoczą się losy każdej z postaci, ale trzeba pamiętać, że dla kilkulatków może to być pierwsze zetknięcie się z tymi historiami. Mało tego: fabuł tych baśni w procesie edukacji nie wolno pominąć – niemal w każdej znajduje się coś, co przeszło do zbiorowej świadomości i funkcjonuje jako kulturowy punkt odniesienia lub w ogóle narzędzie interpretacyjne (casus Kopciuszka!). „Złota księga bajek do słuchania” skusi dziewczynki – obecnością baśniowych księżniczek – i zapewni styczność z potrzebnymi opowieściami. Chociaż same księżniczki u Disneya mogą niektórym zlewać się w jedną, w tym zestawieniu widać, jak różne mają charaktery i w jak odmiennych wydarzeniach biorą udział. Nie brakuje w tomiku adrenaliny – Anielka musi walczyć o spełnianie marzeń z ojcem i czarownicą-rywalką, Bella z kolei – o dobro ojca, Roszpunka nie ma pojęcia, kim naprawdę jest, Aurora wypełnia swoje przeznaczenie. Wprawdzie zawsze zwycięża miłość, a zło zostaje przykładnie ukarane, ale historie nie są schematyczne, co dzieci na pewno docenią.
Do książki, która może się sprawdzić jako lektura przed snem, dołączona została płyta z nagraniami. Bajki opowiadają Anna Dymna oraz Maria Seweryn. Maluchom śledzenie historii ułatwią nie tylko ekspresyjne dialogi i akcentowane w tekście zwroty akcji, ale również ilustracje. Tomik, chociaż zawiera aż sześć historyjek, jest picture bookiem z kadrami z kreskówek. To obrazki, które dzieci już zapewne znają – teraz mogą ulubione bajki mieć zawsze przy sobie i oglądać je w tradycyjnej wersji. „Złota księga bajek do słuchania” pozwala przywołać klasyczne historie w popularnej wersji i pokazać maluchom, że książka bywa tak samo atrakcyjna jak film animowany – lub odciążyć zapracowanych rodziców w czytaniu. Dla kilkulatków to pokusa, której nie można się oprzeć. Disneyowskie opracowanie dawnych baśni to sposób na przyciągnięcie dzieci do lektury, a także zapewnienie powrotu do książek w ogóle. Historie o najbardziej znanych baśniowych księżniczkach zgromadzone w jednym miejscu zapewnią rodzicom chwilę spokoju, a dzieciom podróż do magicznej krainy, w której spełniają się marzenia.
Marzenia
Disneyowskie księżniczki. To one nadają kształt tradycyjnym baśniom i ożywiają stare historie. Wszystkie są piękne, wszystkie są niezłomne – nie zniszczy ich nienawiść. Dobrem i miłością wygrywają wszystko, by potem żyć długo i szczęśliwie. Chociaż co jakiś czas stają się obiektem drwin dorosłych, ich rola to dawanie nadziei na cudowną poprawę losu. Przeważnie odnajdują się w każdej sytuacji, nie muszą biernie czekać na swojego wymarzonego księcia. Mogą sprzeciwiać się konserwatywnej rodzinie, walczyć, wdawać się w sytuacje wymagające brawury i sprytu. Bez względu na to, ile zła doświadczą i wycierpią, czasami przez bliskich, w końcu i tak olśnią urodą, inteligencją i sercem. Disneyowskie księżniczki, bez względu na oceny różnych grup odbiorców, stanowią ważną część dzisiejszej popkultury. To im kibicują dzieci w kolejnych opowieściach. A przecież Bella, Roszpunka, Kopciuszek, Aurora (czyli Śpiąca Królewna), Arielka czy Śnieżka to postacie przejęte przez Disneya i dostrzeżone ze względu na potencjał familijnych fabuł – szybko jednak w takiej właśnie wersji podbiły rynek bajek i często są jedynymi wcieleniami kojarzonymi przez maluchy.
„Złota księga bajek do słuchania” poświęcona jest tym właśnie księżniczkom w disneyowskiej wersji. Tomik zawiera sześć bajek (dotąd często funkcjonujących w obiegu w odrębnych malutkich książeczkach), przystosowanych do czytania maluchom. Wszyscy wiedzą, jak potoczą się losy każdej z postaci, ale trzeba pamiętać, że dla kilkulatków może to być pierwsze zetknięcie się z tymi historiami. Mało tego: fabuł tych baśni w procesie edukacji nie wolno pominąć – niemal w każdej znajduje się coś, co przeszło do zbiorowej świadomości i funkcjonuje jako kulturowy punkt odniesienia lub w ogóle narzędzie interpretacyjne (casus Kopciuszka!). „Złota księga bajek do słuchania” skusi dziewczynki – obecnością baśniowych księżniczek – i zapewni styczność z potrzebnymi opowieściami. Chociaż same księżniczki u Disneya mogą niektórym zlewać się w jedną, w tym zestawieniu widać, jak różne mają charaktery i w jak odmiennych wydarzeniach biorą udział. Nie brakuje w tomiku adrenaliny – Anielka musi walczyć o spełnianie marzeń z ojcem i czarownicą-rywalką, Bella z kolei – o dobro ojca, Roszpunka nie ma pojęcia, kim naprawdę jest, Aurora wypełnia swoje przeznaczenie. Wprawdzie zawsze zwycięża miłość, a zło zostaje przykładnie ukarane, ale historie nie są schematyczne, co dzieci na pewno docenią.
Do książki, która może się sprawdzić jako lektura przed snem, dołączona została płyta z nagraniami. Bajki opowiadają Anna Dymna oraz Maria Seweryn. Maluchom śledzenie historii ułatwią nie tylko ekspresyjne dialogi i akcentowane w tekście zwroty akcji, ale również ilustracje. Tomik, chociaż zawiera aż sześć historyjek, jest picture bookiem z kadrami z kreskówek. To obrazki, które dzieci już zapewne znają – teraz mogą ulubione bajki mieć zawsze przy sobie i oglądać je w tradycyjnej wersji. „Złota księga bajek do słuchania” pozwala przywołać klasyczne historie w popularnej wersji i pokazać maluchom, że książka bywa tak samo atrakcyjna jak film animowany – lub odciążyć zapracowanych rodziców w czytaniu. Dla kilkulatków to pokusa, której nie można się oprzeć. Disneyowskie opracowanie dawnych baśni to sposób na przyciągnięcie dzieci do lektury, a także zapewnienie powrotu do książek w ogóle. Historie o najbardziej znanych baśniowych księżniczkach zgromadzone w jednym miejscu zapewnią rodzicom chwilę spokoju, a dzieciom podróż do magicznej krainy, w której spełniają się marzenia.
czwartek, 15 grudnia 2016
Katarzyna Bajerowicz: Drzewo
Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Piętra
Kiedy w Naszej Księgarni pojawiła się książka-układanka dla najmłodszych, okazało się, że to pomysł znakomity i warty naśladowania. Po historii z placu budowy czas na powrót do natury, w dodatku z autorką, której obecność właściwie gwarantuje sukces i zainteresowanie odbiorców. „Drzewo” Katarzyny Bajerowicz to edukacyjna pozycja dostarczająca maluchom poza dawką wiedzy również sporo zabawy. Okładka dużego kartonowego tomu działa jak rodzaj teczki: zawartość trzymać się będzie już niedługo dzięki gumce. Środek to zestaw tekturowych „kartek”, luźno ze sobą posklejanych. Nie jest to błąd czy nonszalancja wydawcy, tomik trzeba będzie rozmontować, podzielić na pojedyncze kartki. Można to zrobić po pierwszej tradycyjnej lekturze, można też od razu, bo lektura i zabawa w żaden sposób na ten nie ucierpią.
„Drzewo” to książka-układanka. Wszystkie kartki można rozłożyć na podłodze (na stole raczej się nie zmieści) i zestawić w jeden wielki obrazek drzewa oraz jego mieszkańców, lub zwierząt, które przebywają w pobliżu. Chociaż drzewo jest tu nadrzędnym tematem porządkującym całość, nie ma mowy o znudzeniu tym motywem. Każdy element układanki – czyli każda strona – to osobny obrazek zawierający szereg ukrytych historyjek lub tajemnic do odkrycia przez dziecko. To aspekt wyłącznie rysunkowy, nie ma tu słów, żadnych podpowiedzi co do rodzaju odbioru, ale Bajerowicz zapewnia kilkulatkom wiele niespodzianek. Czasem to zwierzęta lub rośliny widziane na spacerze, innym razem – ciekawe interakcje między anonimowymi bohaterami. Ta autorka dała się poznać jako ilustratorka z poczuciem humoru (wystarczy wspomnieć jej propozycje z serii Opowiem ci, mamo), tym chętniej dzieci zajrzą do tomiku i będą odkrywać jej propozycje. To nic, że temat jest „prawdziwy” – bajkowość zostanie zachowana w samej kresce, w rodzaju ilustracji. Tak rodzi się rozrywka dla najmłodszych w dobrym gatunku. Poszczególne elementy układanki mogą funkcjonować samodzielnie albo jako jedna ogromna strona – więc możliwa jest klasyczna metoda korzystania z książki.
Drugą stronę każdej tekturowej kartki zajmują ciekawostki i zadania dla dzieci. Tutaj Katarzyna Bajerowicz albo przedstawia różnych mieszkańców lasu, albo przywołuje oryginalne zabawy. Uczy, jak rozpoznawać drzewa po liściach, wprowadza wiadomości do sprawdzenia na każdym spacerze. Podsuwa propozycje rozrywek, które wymagają wyjścia z domu, przypomina, co można stworzyć ze skarbów natury. To uzupełnienie i przeciwieństwo układanki. I tutaj autorka większość miejsca przeznacza na ilustracje, sprawia, że tomik jest kolorowy i przyciąga najmłodszych formą. Zachęca autorka do zdobywania wiedzy i do interesowania się przyrodą, zastępuje – w pierwszym etapie czytania – szkolne wiadomości. Kieruje się też do młodszych dzieci, do maluchów, które jeszcze uczniami nie są. „Drzewo” to kreatywna propozycja dla dość różnych grup wiekowych, umożliwia korzystanie z zabaw rodzeństwom.
Kartki po stworzeniu układanki można pozbierać i schować z powrotem do okładki, i tak nie uda się za jednym razem odnaleźć wszystkich składników ilustracji. Książka w takiej formie będzie więc służyła małym odbiorcom długo. Katarzyna Bajerowicz zapewnia szereg informacji, które przydadzą się w szkole, ale i takich, które dawniej stanowiły przychodzącą naturalnie wiedzę, a teraz coraz częściej przegrywają z elektronicznymi rozrywkami. Bajerowicz stawia na klasykę, którą ozdabia nową formą. Sprawia, że dzieci zechcą zajrzeć do nietypowego tomiku i uczestniczyć w zabawie, jakiej dotąd nie znały. „Drzewo” nie jest opowieścią o drzewie – to prezentacja całych leśnych systemów, stworzeń, które można spotkać na różnych „piętrach” lasu – od systemu podziemnych korzeni aż po korony drzew. Katarzyna Bajerowicz zaznacza, dlaczego tak ważna jest troska o przyrodę.

Piętra
Kiedy w Naszej Księgarni pojawiła się książka-układanka dla najmłodszych, okazało się, że to pomysł znakomity i warty naśladowania. Po historii z placu budowy czas na powrót do natury, w dodatku z autorką, której obecność właściwie gwarantuje sukces i zainteresowanie odbiorców. „Drzewo” Katarzyny Bajerowicz to edukacyjna pozycja dostarczająca maluchom poza dawką wiedzy również sporo zabawy. Okładka dużego kartonowego tomu działa jak rodzaj teczki: zawartość trzymać się będzie już niedługo dzięki gumce. Środek to zestaw tekturowych „kartek”, luźno ze sobą posklejanych. Nie jest to błąd czy nonszalancja wydawcy, tomik trzeba będzie rozmontować, podzielić na pojedyncze kartki. Można to zrobić po pierwszej tradycyjnej lekturze, można też od razu, bo lektura i zabawa w żaden sposób na ten nie ucierpią.
„Drzewo” to książka-układanka. Wszystkie kartki można rozłożyć na podłodze (na stole raczej się nie zmieści) i zestawić w jeden wielki obrazek drzewa oraz jego mieszkańców, lub zwierząt, które przebywają w pobliżu. Chociaż drzewo jest tu nadrzędnym tematem porządkującym całość, nie ma mowy o znudzeniu tym motywem. Każdy element układanki – czyli każda strona – to osobny obrazek zawierający szereg ukrytych historyjek lub tajemnic do odkrycia przez dziecko. To aspekt wyłącznie rysunkowy, nie ma tu słów, żadnych podpowiedzi co do rodzaju odbioru, ale Bajerowicz zapewnia kilkulatkom wiele niespodzianek. Czasem to zwierzęta lub rośliny widziane na spacerze, innym razem – ciekawe interakcje między anonimowymi bohaterami. Ta autorka dała się poznać jako ilustratorka z poczuciem humoru (wystarczy wspomnieć jej propozycje z serii Opowiem ci, mamo), tym chętniej dzieci zajrzą do tomiku i będą odkrywać jej propozycje. To nic, że temat jest „prawdziwy” – bajkowość zostanie zachowana w samej kresce, w rodzaju ilustracji. Tak rodzi się rozrywka dla najmłodszych w dobrym gatunku. Poszczególne elementy układanki mogą funkcjonować samodzielnie albo jako jedna ogromna strona – więc możliwa jest klasyczna metoda korzystania z książki.
Drugą stronę każdej tekturowej kartki zajmują ciekawostki i zadania dla dzieci. Tutaj Katarzyna Bajerowicz albo przedstawia różnych mieszkańców lasu, albo przywołuje oryginalne zabawy. Uczy, jak rozpoznawać drzewa po liściach, wprowadza wiadomości do sprawdzenia na każdym spacerze. Podsuwa propozycje rozrywek, które wymagają wyjścia z domu, przypomina, co można stworzyć ze skarbów natury. To uzupełnienie i przeciwieństwo układanki. I tutaj autorka większość miejsca przeznacza na ilustracje, sprawia, że tomik jest kolorowy i przyciąga najmłodszych formą. Zachęca autorka do zdobywania wiedzy i do interesowania się przyrodą, zastępuje – w pierwszym etapie czytania – szkolne wiadomości. Kieruje się też do młodszych dzieci, do maluchów, które jeszcze uczniami nie są. „Drzewo” to kreatywna propozycja dla dość różnych grup wiekowych, umożliwia korzystanie z zabaw rodzeństwom.
Kartki po stworzeniu układanki można pozbierać i schować z powrotem do okładki, i tak nie uda się za jednym razem odnaleźć wszystkich składników ilustracji. Książka w takiej formie będzie więc służyła małym odbiorcom długo. Katarzyna Bajerowicz zapewnia szereg informacji, które przydadzą się w szkole, ale i takich, które dawniej stanowiły przychodzącą naturalnie wiedzę, a teraz coraz częściej przegrywają z elektronicznymi rozrywkami. Bajerowicz stawia na klasykę, którą ozdabia nową formą. Sprawia, że dzieci zechcą zajrzeć do nietypowego tomiku i uczestniczyć w zabawie, jakiej dotąd nie znały. „Drzewo” nie jest opowieścią o drzewie – to prezentacja całych leśnych systemów, stworzeń, które można spotkać na różnych „piętrach” lasu – od systemu podziemnych korzeni aż po korony drzew. Katarzyna Bajerowicz zaznacza, dlaczego tak ważna jest troska o przyrodę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






