* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 14 sierpnia 2015

Anita Graboś: Wyspy

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Podróż niemożliwa

Wielbiciele kolorowania na wyciągnięcie ręki mają kolejną fantazyjną przygodę, bo ukazała się właśnie książka Anity Graboś „Wyspy” – podróż po wyimaginowanym Bardzo Spokojnym Oceanie, pełnym drobnych archipelagów. Wystające z wody niewielkie wysepki są albo gęsto zabudowane – albo pełne egzotycznej roślinności. Z daleka układają się w ciekawe wzory, z bliska ujawniają gąszcz dróg bądź roślin. Wyprawa na wyspy rozgrywa się w takim właśnie kierunku – od spojrzenia przybysza z zewnątrz, po dokładne poznawanie fragmentów wyspowego krajobrazu. Wyspy powstają z każdej przeczytanej książki, o czym opowiada we wstępie autorka. Zachęca tym samym do dalszego snucia marzeń i do wymyślania nowych miejsc na Bardzo Spokojnym Oceanie.

Temat wysp (i otaczających je wód) jest bardzo wdzięczny w kolorowance. Od razu Graboś piętrzy mikroskopijne domki z dachami w desenie z dachówek, fale dzieli na drobniutkie i dodaje im całe ławice ryb. Wprowadza detale w samej fasadzie budynków, bo już ryby czy liście na drzewach przypominają uproszczone kształty rysowane przez dzieci. Najpierw Graboś zapewnia rzut okiem na wyspę, po czym zdradza jej sekrety, na przykład sposób zacumowania. Zagląda pod taflę wody, ale i na ląd. Tworzy całą infrastrukturę: ludzie mogą poruszać się na łodziach lub dzięki kolejkom linowym i gondolom na linach rozwieszanych pomiędzy szczytami. To rzeczywiście przejście do świata nieznanego i obiecującego przygodę. Kolorowe lampiony i wzory z dna, fale i plątanina ulic – Anita Graboś stara się pogodzić różne przestrzenie, przy zachowaniu tematycznej spójności. Zdarza się, że pokrywa deseniami prawie całe strony, zdarza się też, że proponuje pojedyncze motywy, które można samodzielnie obudować detalami z wyobraźni. Tu przecież nie ma reguł, nawet woda nie musi być niebieska: wszystko zależy od fantazji kolorujących i ich cierpliwości.

Dominują na kolejnych stronach bardzo drobne elementy wymagające idealnie zatemperowanych kredek. Nie ma tu miejsca na dziecięce niewprawne kolorowanie. A jednak „Wyspy” mogą się zamienić w przygodę dla całych rodzin: rysunki za każdym razem zajmują tylko połowę rozkładówki. Na drugiej połowie można zaproponować własną wizję sielskiej wyspy lub… włączyć do zabawy dziecko, które potraktuje książkę jak blok rysunkowy (Nasza Księgarnia stosuje tu zresztą schemat sprawdzony choćby w „Mrówkowym bloku rysunkowym”, to jest kartki o takiej grubości i fakturze oraz grubą tekturę pełniącą rolę podkładki).

Anita Graboś wymyśla własne tereny, ale nie rozwija do końca swojej graficznej wyobraźni. Rysuje tylko to, co już jakoś zasygnalizowała, rozwija i dopowiada poznane wątki, jakby bała się, że zbytnia swoboda zaowocuje obrazkowym chaosem. Przedstawia zatem własną wizję wysp, ale i to wystarcza, żeby przekonać się, jak przyjemnie jest zaufać wyobraźni i przenieść się w wymyślony świat. Moda na kolorowanki dla dorosłych trwa, więc kto poszukuje wyzwań w postaci mikroskopijnych detali, może zajrzeć do tej właśnie publikacji. Obok pomysłów autorki i misternej realizacji na uwagę zasługują tu również pomysły na wydanie tomiku – tak przygotowaną książkę można wypełniać bez względu na warunki otoczenia. „Wyspy” to zabawa w kolorowanie dla marzycieli i entuzjastów podróży niemożliwych. Nie tylko odpręża, ale dodatkowo umożliwia docenianie wyobraźni i kreatywności. Jest wyzwaniem manualnym, ale i czystym relaksem.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Weronika Wierzchowska: Ekstrakt z kwiatu orchidei

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Kosmetyki

Tym razem Weronika Wierzchowska stawia w swojej obyczajówce na uprawdopodobnienie świata bohaterek przy jednoczesnym odważnym rozwijaniu motywów kryminalnych. „Ekstrakt z kwiatu orchidei” to połączenie przypadku i determinacji, spisane rzeczowo i z pomysłem. Wierzchowska dla ubarwienia narracji wybiera tajemnicze morderstwo sprzed lat, ale również poważne niebezpieczeństwa z teraźniejszości, zaznaczane na różnych płaszczyznach.

Terenem działań jest mała firma produkująca kosmetyki. Stellą zarządzają siostry Mazur, Beata i Aneta. Kierowniczką produkcji jest Dorota. Wszystkie trzy doskonale znają się na swoim fachu i nie tolerują fałszerstw dla zysku. Przypadek sprawia, że będą musiały opracować nowy ekstrakt do kremu, inaczej nie uda im się wywiązać z intratnych umów. Jednak w firmie dzieje się wiele – kobiety odkrywają zamurowane pomieszczenie ze zwłokami za biurkiem. Powracają do nich teraz prawdziwe koszmary: Dorotę odnajduje były partner psychopata – osacza bohaterkę i stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla niej. Beata odkrywa romans swojego męża, co daje jej impuls do przejścia radykalnej metamorfozy, z szefowej w typie blachary w poważną bizneswoman. Aneta przechodzi małżeński kryzys, znajduje jednak szansę na rozwiązanie go i zrealizowanie zawodowych marzeń. Losy trzech kobiet splatają się ze sobą – najważniejszy jest fakt, że żadna nie zostaje sama z problemami, nawet jeśli na początku bohaterki sprawiają wrażenie niezbyt przyjaznych.

„Ekstraktem z kwiatu orchidei” Weronika Wierzchowska wdziera się do świata kobiecych kryminałów, czy raczej obyczajówek o kryminalnym posmaku, chociaż tu również sporo jest psychologii i sensacji. Autorka bardzo dokładnie przedstawia rzeczywistość w firmie, tłumaczy rolę rozmaitych składników kremów, nie pomija ani procesów produkcji, ani szczegółów biurowo-organizacyjnych – w ten sposób pokazuje odbiorczyniom miejsce prawdziwe, nie wydumane (a przy tym jaka to miła odskocznia od rosnącego wciąż w obyczajówkach zastępu dziennikarek, redaktorek i pisarek…). W tak przygotowanej przestrzeni może już autorka do woli fantazjować na tematy damsko-męskie. Żeby uniknąć rutyny, Wierzchowska decyduje się na różnorodne relacje. Są tu mężczyźni toksyczni: Franek, mąż Beaty, nie tylko upija się jak kiedyś jej ojciec. Jest bezwzględny i dla osiągnięcia celu nie cofnie się przed niczym. Przy jego braku moralności zdrada to najmniejszy i najbardziej swojski problem. Albert to przestroga dla naiwnych kobiet: autorka rozpracowuje jego sztuczki i gierki tak, by nikt nie nabrał się na podobne zachowania. W takim związku nie może być mowy o poprawie czy uzdrowieniu wzajemnych relacji, dobrze, że Dorota mimo wszystko nie zamienia się w bezradną ofiarę – co daje siłę do walki także czytelniczkom. Zupełnie inny jest Piotrek: ten bohater potrafi rozstać się z klasą i nie żywić nienawiści do nowego partnera żony. W tematach romansowych Wierzchowska sporo idealizuje – pozwala, żeby bohaterki szybko poukładały sobie życie na nowo, właściwie nie daje im czasu na rozterki czy zagubienie. Nowe związki kwitną natychmiast, gdy zakończą się stare, nikt nikogo nie krzywdzi i wszyscy są szczęśliwi. Ale przecież w powieści na taką szczęśliwość kobiety sobie zapracowują, a „Ekstrakt” to literatura rozrywkowa, nie imitowanie życia. Weronika Wierzchowska pisze książkę, która zapada w pamięć najbardziej ze względu na poważne potraktowanie zawodu bohaterek – i która dostarcza rozrywki ze względu na bogatą w sensacyjne wydarzenia akcję. To powieść napisana zgrabnie i mimo hollywoodzkich scenariuszy w sferze osobistej postaci – ciekawa dzięki oryginalności tematu. To jedna z godnych polecenia „babskich” lektur.


środa, 12 sierpnia 2015

Marcin Prokop: Longin. Tu byłem

Znak, Kraków 2015.

Wycieczki

Marcin Prokop nie wyczerpał jeszcze Longinowych przygód z PRL-u i w tomiku „Longin. Tu byłem” ponownie przywołuje Martusia – dziecko, które opowiada o swojej codzienności. Ale tym razem to codzienność wakacyjna, bo bohater trafia w różne miejsca i zapewnia sobie różne rozrywki. Najpierw wybiera się z rodzicami do Paryża: u wujka i cioci z kuzynami i młodszym bratem – Bracholem – będzie poznawać najwspanialsze zabawy w parku Asteriksa (bo inne atrakcje nawet nie umywają się do polskich: Wieża Eiffla chyba zaraz się rozpadnie ze starości, a Wenus z Milo nawet nie ma rąk, nie to, co Szklana Panienka z Muzeum Techniki). Z Paryża Longin przenosi się na Mazury: tu znajduje sposób na zarobienie paru groszy, miejscowym daje lekcję przedsiębiorczości (mało kojarzy się to z zabawami z PRL-u, ale może stanowić podpowiedź dla odbiorców wychowanych już w innych czasach). Ostatnim etapem podróży Longina stają się kolonie nad morzem. Tu dzieci przeżywają najbardziej klasyczne przygody, wywodząc w pole opiekunów – służbistów. Mogą ubłocić się od stóp do głów, pobawić na dyskotekach czy płatać sobie nawzajem rozmaite psikusy – biada temu, kto podpadnie kreatywnemu Longinowi. Sam bohater prezentuje postawę typowego, niezbyt grzecznego dziecka – ale gdy na przykład ktoś dokucza nieśmiałemu i grubemu koledze, Longin bez wahania staje w obronie pokrzywdzonego i zyskuje oddanego przyjaciela. Jest jeszcze pierwsze zauroczenie…

A ponieważ Longin przedstawia swoje doświadczenia z czasów, których dzisiejsze maluchy nie znają, stara się nieco przybliżyć codzienność PRL-u. Co parę akapitów, niezbyt często, żeby nie męczyć odbiorców, wprowadza element dziś już przez dzieci niekojarzony. A to grę w kapsle lub w sznura, a to Pewex, a to Fasolki… opowiada o podróżowaniu przepełnionymi pociągami i zupie mlecznej, o plastikowych żołnierzykach i o przerwach w dostawie prądu. Żeby nie rozbijać zgrabnego i wartko toczącego się tekstu, lepszego niż w pierwszym tomie, wykorzystuje słowniczek. Hasła, które są znakami czasu z PRL-u, wyróżnia w tekście pogrubioną czcionką: to rodzaj odnośnika na tył książki. Tutaj, w dodatkowych, zwykle półstronicowych komentarzach, Prokop wyjaśnia fenomen swoich zabaw lub peerelowskich motywów. Te fragmenty nieco odróżniają się od reszty książki, są bardziej wspomnieniowe, podczas gdy tomik utrzymany jest w stylistyce powieści przygodowej dla dzieci. Longin w ten sposób buduje porozumienie między pokoleniami i wyjaśnia najmłodszym dzieciństwo ich rodziców. Zyskuje tym samym na oryginalności i wpisuje się również w modę na teksty o PRL-u.

„Longin. Tu byłem” to książka w stylistyce dużo spokojniejsza niż „Jego wysokość Longin”: autor znalazł metodę na prezentowanie swojego bohatera i czasów, w których rozgrywały się jego przygody. Pisze dowcipnie i wybiera mniej rozbudowane historie. Daje Longinowi szansę bycia zwyczajnym dzieckiem, które cieszy się z przejażdżek na karuzeli, próbuje zahartować brata, a swój pobyt w różnych miejscach zaznacza scyzorykiem o pięciu ostrzach. Longin wcale nie musi uczyć czytelników historii, wystarczy, że pobudzi ich ciekawość. A że tym razem jest bardziej chłopakiem niż wspominającym dorosłym, niejednego malucha ta lektura naprawdę ucieszy. Longin to bohater, który na rynku literatury czwartej nie ma zbyt wielu konkurentów. Marcin Prokop opowiada bajkę, która bajką wcale być nie musiała, ale tak zabrzmi dla dzisiejszych kilkulatków. Po przygody Longina chętnie sięgną również dorośli, dla których będzie to powrót do rozrywek z podwórka. Longin pokazuje, jak wygląda świat bez komputerów i komórek.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Katarzyna Woźniczka: We dwoje

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Żałoba

Po obsesyjnym wręcz pragnieniu wyjazdu na wieś i założenia tam intratnego pensjonatu, bohaterki literatury dla pań mają nową modę: żądzę posiadania dziecka. Winne są, rzecz jasna, trendy w literaturze rozrywkowej, ale kiedy autorki dostarczają kolejną postać owładniętą jedną myślą i działającą tylko według określonego schematu, nawet czytadła mogą przestać bawić. Katarzyna Woźniczka modyfikuje więc temat, chociaż – nie do końca. W jej powieści „We dwoje” wszystko zatrzymuje się na uczuciach bohaterki, nie ma tu odkrywanych sensacyjnych wydarzeń czy pasjonującej akcji. Zamiast tego pojawia się próba przetrwania żałoby i przewalczenia postaw najbliższej rodziny – przeszkody w drodze do szczęścia.

Karolina bardzo chce mieć dziecko, tylko tego brakuje jej w uporządkowanym życiu. Równie mocno potomka pragnie Krzysztof, jej mąż. Na początku tomu „We dwoje” wydaje się nawet, że opowieść pójdzie w stronę psychologicznych dylematów i określania związku na nowo, ale Woźniczka wybiera bardziej obyczajówkowe rozwiązanie: Krzysztof ginie w wypadku, a w tym samym dniu Karolina dowiaduje się, że jest w ciąży. To, co dawniej uznawała za ostatni element szczęśliwej układanki, teraz musi jej zastąpić niemal cały zrujnowany świat. Nie jest sama: zajmuje się nią przypadkowo spotkana szkolna koleżanka, która wkrótce zostanie najbliższą przyjaciółką, Marta – oraz jej rat podporządkowujący się kaprysom pań bez słowa sprzeciwu. Na starsze pokolenie Karolina nie może liczyć: wprawdzie ojciec i teść byliby wspaniałym wsparciem, ale nie potrafią się wyzwolić spod wpływu despotycznych i zaborczych małżonek. Irena, mama Karoliny, w pierwszej kolejności dba o pozory, w drugiej – o własną wygodę. Grażyna, teściowa, to temat, który prawie dominuje w opowieści: wzór toksycznych postaw (uzasadnionych dopiero w finale). Karolina pozbawiona wsparcia w postaci męża musi mierzyć się z kolejnymi atakami teściowej. Nie wiadomo, dlaczego znosi kolejne przykrości i stara się usprawiedliwiać Grażynę, dzieje się to jednak stanowczo zbyt długo.

W „We dwoje” autorka podkreśla kilka tematów. Najbardziej krzepiącym, radosnym i dynamicznym jest Marta, komiczna i pełna energii. Oczywisty składnik czytadeł, wiszący w powietrzu romans, zapewnia Szymon: Karolina będzie stale walczyć i wybierać między lojalnością wobec zmarłego męża a porywami serca. Najbardziej mroczna staje się kwestia Grażyny, która nie daje synowej spokoju i zadręcza ją własnymi demonami. Nic więcej w „We dwoje” się nie dzieje, co sprawia wrażenie lekturowej stagnacji. Autorka chce odmalowywać tok zwyczajnego życia, od czasu do czasu wprowadzając baśniowe niespodzianki To niewiele, jeśli zamierza rywalizować z poczytnymi obyczajówkami. Akcja wyraźnie tu hamuje, bo Woźniczka woli bezustanne roztrząsanie dylematów postaci. Daje czytelniczkom obraz trudnej sytuacji (łagodzonej przecież przez życzliwość i gotowość do poświęceń Marty oraz Szymona), ale nie odpowiada na pytania, dlaczego właściwie bohaterka pozwala się poniżać teściowej. W ogóle „We dwoje” rodzi trochę wątpliwości – może w ten sposób chciała autorka zaprosić odbiorczynie do dyskusji. W warstwie stylistycznej zdarzają jej się błędy (zwłaszcza płynące z nieuważnego dookreślania podmiotu zaimkami). Woźniczka pisze tak, by powieściowa rzeczywistość brzmiała jak najbardziej naturalnie – czasami wydaje się wręcz, że całą energię poświęciła na budowanie fabuły i relacji między postaciami i zabrakło jej siły na literackie doszlifowanie całości. Brakuje w „We dwoje” spoiwa i pasji w opowiadaniu historii, zostało podglądanie bohaterki w obliczu wyzwania.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Lucy Rosen: Minionki. Niech żyje król Bob!

Jaguar, Warszawa 2015.

Korona

Minionki mają pomagać czarnym charakterom, ale wydają się bardzo sympatyczne, a fakt współpracy ze złoczyńcami nie umniejsza ich wartości. To zresztą po prostu odskocznia od postaci grzecznych i rozsądnych, mdlących w swojej doskonałości. Wiadomo zatem, że małe żółte stworki podbiją serca dzieci. W ślad za popularnością filmu idą natychmiast gadżetowe publikacje. Malutki tomik „Minionki. Niech żyje król Bob” to krótka historyjka na podstawie bajki. Trzej bohaterowie otrzymują trudne zadanie: mają zdobyć koronę królowej Elżbiety. Ze specjalnym superwyposażeniem wyruszają do Anglii i przymierzają się do wielkiego skoku. Im samym korona nie jest do niczego potrzebna, zlecenie daje im Scarlet O’Haracz, sprytna przestępczyni.

Teraz wszystko rozgrywa się w bardzo szybkim tempie: żeby zdobyć koronę, nie wystarczy się po nią włamać. Rozpoczyna się pościg ulicami Londynu – w jego trakcie Minionki wypróbowują zalety nowoczesnego sprzętu. Mijają też najsławniejsze miejsca w Londynie, ale w narracji nie ma ich wyliczania. Jeden z Minionków wyjmuje ze skały miecz i okazuje się, że zgodnie z legendą ma teraz zostać władcą Anglii. Za swoich krótkich rządów sporo zmienia, ku radości dzieci.

Fabuła tej bajki nie jest skomplikowana ani przeładowana danymi. Lucy Rosen nie zamierza rezygnować z rozrywki ani podporządkowywać jej celom edukacyjnym. Tu elementy prawdziwego świata muszą ustąpić bajkowej logice. Minionki przeżywają ciekawą przygodę bez konieczności przekazywania małym odbiorcom lekcji. To twórczość rozrywkowa w pełnym tego słowa znaczeniu: nie do przyjęcia dla tych dorosłych, którzy uważają, że lektury dla dzieci muszą mieć walory edukacyjne. „Niech żyje król Bob” to przede wszystkim humor dziecięcy.

W narracji fajerwerków nie ma: relacja staje się bajkową opowieścią przeniesioną z kreskówki. Dynamice akcji sprzyja czas teraźniejszy i proste zdania: dzieci mogą samodzielnie sięgać po tak przygotowaną książkę bez większych obaw. Całość zresztą podzielona jest na krótkie akapity, żeby jeszcze bardziej ułatwić maluchom pracę. Daje się tu zauważyć poleganie także na bajkowych kadrach i skrótach w tekście. Jedynym utrudnieniem dla odbiorców może się stać język Minionków – mieszanina włoskiego, angielskiego i wymyślonego: ale intencje bohaterów są zwykle jasne.

Tomik pełny jest humorystycznych filmowych kadrów. Dzieci będą więc mieć wrażenie oglądania bajki, a przynajmniej uczestniczenia w szybkiej akcji. Strona graficzna często przejmuje żarty sytuacyjne, Minionki zachowują się komicznie lub rozbawiają swoimi wysiłkami. Na ilustracjach nie brakuje też dodatkowych dowcipów, możliwych do odkrycia przez starszych odbiorców. Przez cały czas jest kolorowo i przez cały czas coś się dzieje, mimo że akcja nie została tu przesadnie rozbudowana ani celowo uśmieszniona.

Panuje moda na Minionki, co łatwo można wykorzystać, zachęcając dzieci do czytania. Nie jest to może literatura kształtująca gust odbiorców, sprawdza się jednak jako rozrywka i przyda się w domach, w których trudno przekonać maluchy do lektury. Cieniutki zeszyt nie odstrasza objętością, za to przywołuje postacie cenione przez najmłodsze pokolenie – a skoro tak, Minionki mogą wprowadzać kilkulatki w świat lektur.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Karine Lambert: Dom bez mężczyzn

Prószyński i S-ka, Warszawa 2105.

Więzienie

Karine Lambert piękno życia podkreśla, odbierając mieszkankom pewnego domu część drobnych i większych radości. U Królowej mieszkają cztery przyjaciółki. Jedna z nich właśnie się wyprowadza, ale na swoje miejsce znalazła już zastępczynię i nową współlokatorkę, Juliette. Mieszkanie ma sporo zalet, a wsparcie kobiet jest wartością nie do odrzucenia. Zasada jest jedna: nie wolno wprowadzać tu mężczyzn. Najlepiej zresztą wyrzec się miłości i zapomnieć o wszelkich damsko-męskich relacjach. Tak jest łatwiej, wygodniej i bezpieczniej. Można snuć domysły, dlaczego Królowa, dawna tancerka, wyklucza mężczyzn z nie tylko swojego życia. Dawniej była prawdziwą pięknością i mistrzynią sztuki uwodzenia – być może nie chce, żeby mężczyźni oglądali jej upadek wywoływany nieuchronną starością. Może też ma inne powody: odcina się od przedstawicieli płci przeciwnej i wszystkim swoim lokatorkom zdradza sekrety życia.

Tylko że Juliette nie chce d końca podporządkowywać się dziwnej zasadzie. Mieszkanki domu bez mężczyzn zapomniały o miłości i doceniają korzyści płynące z takiego rozwiązania. Każda z nich boryka się z traumami związanymi z partnerami lub mężczyznami z rodziny, każda więc do domu bez mężczyzn ucieka przed konfrontacją z przykrą rzeczywistością. Tu chronione są przez absurdalną może, ale przestrzeganą ściśle zasadę – i nie muszą szukać dodatkowych usprawiedliwień dla swoich postaw. Jedna Juliette wie, co tracą jej nowe znajome. Nie chce podzielić ich losu i próbuje uświadomić bohaterkom, że nie na tym polega prawdziwe życie. Rozmawia też z pomysłodawczynią nieakceptowanej przez siebie reguły. A w domu bez mężczyzn toczy się codzienne życie, z dala od wielkich słów i wielkich uczuć.

Karine Lambert tworzy narrację trochę oniryczną, lekko poetycką i tajemniczą. Odbiorców wstrzeliwuje prosto w dialogi bohaterek, bez specjalnych wprowadzeń, pozwala podsłuchiwać rozmowy i poznawać najskrytsze tajemnice. Stopniowo odsłania biografie poszczególnych mieszkanek domu, bo tylko tak doprowadzić może do ich zrozumienia i do przyswojenia sobie niepopularnych postaw. Tak przygotowane środowisko zresztą potrzebuje spojrzenia z zewnątrz: Juliette ma do wypełnienia ważną misję, musi zająć się tym, co zwykle zapewniają idealizujące miłość fabuły filmów i książek. Ma przywrócić bohaterkom pełnię życia i udowodnić im, że nie powinny zamykać się na płeć przeciwną.

„Dom bez mężczyzn” to książka operująca silnymi uczuciami z dala od powieściowych schematów. Lambert stawia na rozbudowane portrety psychologiczne postaci, ale i na szereg socjologicznych obserwacji, które posłużą do tworzenia wizerunków kobiet. Oczekiwanie podsyca aurą niepewności – wprawdzie bohaterki wiedzą, na co się zdecydowały, ale każda ingerencja w ich uporządkowane życie może zaowocować prawdziwą katastrofą. A przecież mężczyzn tu nie ma, Karine Lambert celowo nie wpuszcza ich (poza pięknym kocurem) za próg domu. Przemiana musi się dokonać najpierw w samych bohaterkach – azyl, który stał się w pewnym momencie więzieniem, istnieje przecież w ich umysłach. „Dom bez mężczyzn” to ciekawe spojrzenie na międzyludzkie relacje i na wartości, jakie w egzystencję wniosą bliscy. Lambert ryzykowne zagadnienie zmienia w próbę przedefiniowania związków, pokazuje też odkrycia towarzyszące przemijaniu. A to wszystko w książce niedługiej, napisanej bez przegadania czy oczywistości. To udany debiut.

Teatr Montownia: Depresja komika

Specjaliści od śmiechu

Przychodzi komik do terapeuty… I porywa całą publiczność wypełniającą Magazyn Ciekłego Powietrza do ostatniego miejsca. Nawiasem mówiąc, po spektaklu artyści zgodnie podkreślali, że publiczność w Chorzowie była wspaniała. Montownia znów proponuje widzom szaleńczą zabawę wspartą na refleksyjnych (i czasem kontrowersyjnych) fundamentach. Znajdzie się tu czarny humor, satyra polityczna z aktualizowanymi nawiązaniami do polskich realiów, autoparodie i drwiny z wielkich aktorskich ról czy ambicji. Nieprzypadkowo owładnięty depresją komik ma na imię Gustaw… Gustaw doskonale wie, że u Bogdana terapeuty czeka go porcja upokorzeń i ćwiczeń, które nie poprawiają jego stanu. Bogdan wypróbowuje na pacjencie coraz bardziej ryzykowne terapie. Powroty do przeszłości budzą szereg skojarzeń: od poczęcia (na pewnym pogrzebie) przez dzieciństwo na zakrystii i młodość w harcerstwie, po występy teatrzyku lalkowego dla licealistów. Kariera komika już wkrótce nabierze tempa: bohater zyska swojego psychofana Janusza (z reklamówką i domestosem), wystąpi w reklamie, a potem w autokarach wiozących pielgrzymów do Lichenia dorabiać sobie będzie sprzedażą garnków. Czy po tym wszystkim można wpaść w depresję? W końcu i tak gorzej ma Damian, bratnia dusza, najlepszy przyjaciel z harcerstwa. Wielki show Damiana nie może dojść do skutku, a efektów jego depresji nie dałoby się wyleczyć. Problemów z poczuciem humoru i obowiązkami nie ma za to brat bliźniak Gustawa, Adrian, przedstawiciel na Zjeździe Związku Prawicowych Komików Polskich.

Gustaw zagłębia się we wspomnienia, bo ma swoje ukryte motywacje. Na oczach widzów jeszcze raz przeżywa życiowe rozczarowania i upadki, przedzierzgując się w kolejnych bohaterów. Rafał Rutkowski ma tu świetnie napisaną rolę. Jego postać rozwija się stopniowo, od biernego i załamanego pacjenta aż po autora wielkiego monologu wyrosłego z niezgody i buntu wobec rzeczywistości. Przeistacza się z ofiary w demiurga, bo naprawdę od niego zależeć będzie los przynajmniej jednego człowieka. Po drodze Rutkowski co pewien czas zrzuca maskę Gustawa komika (czyli czerwony nosek), żeby zamienić się w druha z zastępu Bławatki (czapka harcerska) czy natchnionego Adriana (czarny nosek), bywa aktorem skazanym na absurdalne pomysły reżyserów: przez cały czas w szlafroku symbolizującym apatię. Adam Woronowicz natomiast przechodzi z postaci w postać niemal bez przerwy: jest Damianem, który jako Sindbad zamierza podbić świat rozrywki, księdzem, autorem wykładu o depresji w Polsce, nawiedzonym reżyserem, Januszem psychofanem czy animatorem Sowy Mądrejgłowy ze złamanym skrzydełkiem. W każdego z tych, wydawałoby się drugoplanowych, bohaterów wciela się w mgnieniu oka i każdego z osobna zapisuje w pamięci odbiorców. Rutkowski i Woronowicz nie muszą tu rywalizować: każdy z nich ma inne zadania i inne sposoby dotarcia do publiczności. Poszczególne historie natomiast splatają się w końcu w jedną spójną opowieść, w której nawet wilk diler ma swoje istotne miejsce.

Jak zwykle, Montownia stawia na oszczędność środków formalnych. Scenografii, poza jednym szkieletem parawanu, nie ma. Metamorfozy dokonują się za pomocą detali: sweter, czapka, okularki, reklamówka, parasolka… nie trzeba wiele rekwizytów, skoro postacie zarysowuje się przede wszystkim emocjami (chociaż bez Sowy by się nie obyło). Przestrzeń tworzona jest przez grę świateł: to od świateł zależy, czy Gustaw znajduje się w gabinecie czy na scenie, czy rzeczywiście z kimś rozmawia, czy prowadzi wewnętrzny monolog. Na tempo akcji składa się mnogość wątków i same aktorskie popisy. Rutkowski i Woronowicz równolegle grają dwa wielkie spektakle, przeplatane dowcipami piosenkowymi. Potrafią śmiać się z rzeczywistości społeczno-politycznej, z zawodu aktora, z publiczności i ze świata. Nie boją się żartów typu put-down, ani wisielczego humoru, choć przecież to dowcipy nie dla każdego. W Depresji komika jednak rządzi absurd i rytm: w desperackim szukaniu ratunku u specjalisty kryje się drugie dno. Śmiech w tym spektaklu pozwala poruszać tematy, które w normalnych warunkach dzieliłyby społeczeństwo. Rutkowski i Woronowicz w nienormalności szukają recepty na normalność. Specjaliści od rozśmieszania proponują widzom rozrywkę w najlepszym gatunku.

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"