Wilga, Warszawa 2015.
Rozwiązania
Kiedy jest się tylko małym klasowym chomikiem, ma się naprawdę niewiele możliwości działania. Hubercik dobrze zna problemy swoich przyjaciół – nawet kiedy ci nie uświadamiają sobie jeszcze, dlaczego postępują źle. Chętnie pomógłby mądrej wychowawczyni w radzeniu sobie z podopiecznymi, gdyby tylko rozumiała jego piski. A skoro nie może powiedzieć, co dostrzega, musi działać inaczej. Dlatego z chomikiem Hubercikiem nigdy nie bywa nudno.
„Niespodzianki chomika Hubercika”, czwarty tom opowieści Betty G. Birney, znów obfituje w towarzyskie klęski i próby naprawiania relacji. Tym razem przyjaźń między dwoma chłopcami zostaje wystawiona na poważną próbę – jeden jest beznadziejny w sporcie i czuje się źle, kiedy drugi nie chce wybrać go do swojej drużyny. Chomik Hubercik wie, jak dużo w tym przypadku znaczą ćwiczenia i treningi – sam sprawdził to bardzo niedawno. Chłopcy jednak muszą wypracować porozumienie. Z kolei Zosia nie potrafi się nauczyć podnoszenia ręki, zanim coś powie. Pani stosuje różne tricki i kary, wzywa na rozmowy rodziców – ale nic nie pomaga. Ta przypadłość dziewczynki przekłada się również na jej relacje z koleżankami: nie dopuszcza ich do głosu i nie słucha ich propozycji zabaw. Hubercik to dostrzega – i opracowuje plan działania.
Do ludzkich spraw dochodzą jeszcze sprawy chomicze: podróże w specjalnie przygotowanej kuli, bliskie spotkanie z groźnym kotem, czy… „kosmitka” sprzątająca sale. Hubercik nie może się nudzić. Zwłaszcza że prowadzi jeszcze własny słownik, w którym zapisuje co ciekawsze słówka i ich definicje z perspektywy chomika. Jak zwykle – troszczy się o wszystkich i szuka najlepszych rozwiązań licznych problemów. Z punktu widzenia Hubercika troski wyglądają nieco inaczej, łatwiej znaleźć dobre wyjście z sytuacji, kiedy dostrzega się tyle, co bohater książki. Ale żeby przystąpić do działania, które zostanie właściwie zinterpretowane, trzeba planu. Hubercik jest w tym mistrzem. Dodatkowo uświadamia małym czytelnikom, jak ich postawy mogą odbierać inni.
Betty G. Birney dba o rozrywkę – proponuje wiele komicznych scenek zachęcających dzieci do sięgnięcia po całą serię. Hubercik da się lubić, to zwierzątko mądre i sympatyczne. A kiedy już autorka zdobędzie czytelników, może zająć się motywami pedagogicznymi. Zwykle najpierw Hubercik dostrzega problem jako pierwszy. W drugiej kolejności dochodzi do konfrontacji skłóconych bohaterów. Teraz mają okazję powiedzieć sobie bez emocji, niemal podręcznikowo, dlaczego czują się skrzywdzeni i jakich postaw od siebie nawzajem oczekują. Takie dialogi nie mają szans zaistnienia w realnym życiu, ale Birney uczy najmłodszych wyrażania swoich uczuć i rozmów o tym, co trzeba naprawić. Wskazuje najbardziej skuteczne techniki porozumiewania się – być może to przyda się przynajmniej części odbiorców.
„Niespodzianki chomika Hubercika” są lekturą rozrywkową i ambitną jednocześnie. Autorka bardzo dba o rozwój fabuły i o to, żeby mali odbiorcy nie nudzili się podczas czytania. Zaprasza do świata interesującego i prawdziwego mimo bajkowości małego narratora. To książka, która przynosi najmłodszym sporo korzyści – uczy wrażliwości i empatii, zachęca do przedyskutowania problemów i podsuwa kilka rozwiązań najbardziej typowych dziecięcych zmartwień. Jej atutem jest także wszechobecny humor, bez którego trudno byłoby wyobrazić sobie Hubercika.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 12 marca 2015
środa, 11 marca 2015
Laurie Frankel: Atlas miłości
Albatros, Warszawa 2015.
Przyjaźń i poświęcenie
Na niezwykły model rodziny i płynące z tego nieporozumienia decyduje się Laurie Frankel w „Atlasie miłości”. Jej pomysł na przebieg wydarzeń jest świeży i sam w sobie zajmujący – a jeszcze autorka obudowuje go przekonującymi charakterystykami postaci. Janey, Jill i Katie to trzy doktorantki (badaczki literatury) różniące się od siebie wszystkim. Kiedy postanawiają dla wygody i oszczędności zamieszkać razem, nie wiedzą jeszcze, w jakim kierunku rozwinie się ich przyjaźń. Zwłaszcza że Jill zachodzi w niechcianą ciążę i nie zamierza wiązać się z młodszym od siebie chłopakiem (także nie pałającym chęcią do założenia rodziny), a Katie rygorystycznie przestrzega nakazów swojej religii i chciałaby „nawracać” każdego potencjalnego partnera. Trzy dziewczyny czasami dzielą się obowiązkami na uczelni – w domu zawsze mogą liczyć na siebie nawzajem i powoli stają się rodziną. Kiedy na świat przychodzi Atlas, dla bohaterek to „wspólny” syn – do czasu, kiedy coś zaczyna się psuć.
Janey, która prowadzi narrację w „Atlasie miłości”, zajmuje się również wykładaniem teorii literatury. Chociaż studia doktoranckie są kompletnie oderwane od zwyczajnego życia, Janey wciąż doszukuje się analogii pomiędzy prawami teoretycznoliterackimi a praktyką codzienności. Z poświęceniem gotuje dla przyjaciółek, opiekuje się Atlasem i stara się doradzać nieco zagubionej Katie. Do rodziny przyjaciółek dołącza też własnych bliskich, zapomina jednak o tym, że powinna skupić się na poszukiwaniu własnego szczęścia zamiast dostosowywać się do przynoszonych przez los sytuacji. Frankel sprawdza, jak długo może trwać krzywdzący układ – i co będzie oznaczać dla bohaterek.
Ożywia i tak oryginalną fabułę obecnością szeregu nietuzinkowych postaci. Jest tu – w bliskim kręgu przyjaciół – para gejów pragnąca wspólnie wychowywać dziecko, jest zdeklarowana feministka, jest babcia, która zdąży przed odejściem pożegnać się z najbliższymi bez niepotrzebnych sentymentów. Otoczenie Janey bogate jest w ludzi o silnych osobowościach, ponadprzeciętnym poczuciu humoru oraz nieszablonowych poglądach. Wszystkich łączy autorka więzią przyjaźni lub porozumienia – a przecież nie oznacza to rezygnacji z kłopotów.
Janey zgrabnie wplata do swojego wywodu rozważania na temat planu semestralnego i samej tematyki zajęć ze studentami. Wprowadza odbiorców w swoje życie zawodowe (podlegające nieustannej krytyce) równie chętnie jak w prywatne perypetie. Z czasem sytuacja w domu doktorantek mocno się zagęszcza i wyzwala pytania o granice poświęceń w imię przyjaźni. Mały Atlas, wokół którego rozgrywają się wydarzenia, nawet nie wie, że stał się przyczyną niewyobrażalnego konfliktu.
„Atlas miłości” to powieść, w której codzienność brzmi niezwykle – bo nie wiąże się z serią stereotypów czy odwołań do normalności. Tu bohaterki budują sobie własną normalność, niezależną od tradycji, ale wiedza o tym, jak być powinno, żeby wszyscy czuli się szczęśliwi i akceptowani, nie wystarcza do zapanowania nad chaosem. Laurie Frankel zapewnia czytelnikom po pierwsze szereg odkrywczych wydarzeń, po drugie – zestaw prześmiewczych obrazków z kariery młodych pracownic naukowych. Cała książka skonstruowana jest z dbałością o kompozycyjne szczegóły, ale też z autotematycznym podkreślaniem reguł rządzących dobrą opowieścią. Autorka nie sięga tutaj po fabularne schematy, lubi za to testować wyraziste charakterystyki swoich postaci. „Atlas miłości” to wyzwanie dla obyczajówek – nowe spojrzenie na temat domu, rodziny i poczucia obowiązku. Do tego Frankel dorzuca jeszcze szereg poważnych przeciwności losu, a i pytań o międzyludzkie relacje. Taka opowieść może funkcjonować jako melodia przyszłości i ostrzeżenie – lub też jako lekka lektura o niespodziewanym przebiegu.
Przyjaźń i poświęcenie
Na niezwykły model rodziny i płynące z tego nieporozumienia decyduje się Laurie Frankel w „Atlasie miłości”. Jej pomysł na przebieg wydarzeń jest świeży i sam w sobie zajmujący – a jeszcze autorka obudowuje go przekonującymi charakterystykami postaci. Janey, Jill i Katie to trzy doktorantki (badaczki literatury) różniące się od siebie wszystkim. Kiedy postanawiają dla wygody i oszczędności zamieszkać razem, nie wiedzą jeszcze, w jakim kierunku rozwinie się ich przyjaźń. Zwłaszcza że Jill zachodzi w niechcianą ciążę i nie zamierza wiązać się z młodszym od siebie chłopakiem (także nie pałającym chęcią do założenia rodziny), a Katie rygorystycznie przestrzega nakazów swojej religii i chciałaby „nawracać” każdego potencjalnego partnera. Trzy dziewczyny czasami dzielą się obowiązkami na uczelni – w domu zawsze mogą liczyć na siebie nawzajem i powoli stają się rodziną. Kiedy na świat przychodzi Atlas, dla bohaterek to „wspólny” syn – do czasu, kiedy coś zaczyna się psuć.
Janey, która prowadzi narrację w „Atlasie miłości”, zajmuje się również wykładaniem teorii literatury. Chociaż studia doktoranckie są kompletnie oderwane od zwyczajnego życia, Janey wciąż doszukuje się analogii pomiędzy prawami teoretycznoliterackimi a praktyką codzienności. Z poświęceniem gotuje dla przyjaciółek, opiekuje się Atlasem i stara się doradzać nieco zagubionej Katie. Do rodziny przyjaciółek dołącza też własnych bliskich, zapomina jednak o tym, że powinna skupić się na poszukiwaniu własnego szczęścia zamiast dostosowywać się do przynoszonych przez los sytuacji. Frankel sprawdza, jak długo może trwać krzywdzący układ – i co będzie oznaczać dla bohaterek.
Ożywia i tak oryginalną fabułę obecnością szeregu nietuzinkowych postaci. Jest tu – w bliskim kręgu przyjaciół – para gejów pragnąca wspólnie wychowywać dziecko, jest zdeklarowana feministka, jest babcia, która zdąży przed odejściem pożegnać się z najbliższymi bez niepotrzebnych sentymentów. Otoczenie Janey bogate jest w ludzi o silnych osobowościach, ponadprzeciętnym poczuciu humoru oraz nieszablonowych poglądach. Wszystkich łączy autorka więzią przyjaźni lub porozumienia – a przecież nie oznacza to rezygnacji z kłopotów.
Janey zgrabnie wplata do swojego wywodu rozważania na temat planu semestralnego i samej tematyki zajęć ze studentami. Wprowadza odbiorców w swoje życie zawodowe (podlegające nieustannej krytyce) równie chętnie jak w prywatne perypetie. Z czasem sytuacja w domu doktorantek mocno się zagęszcza i wyzwala pytania o granice poświęceń w imię przyjaźni. Mały Atlas, wokół którego rozgrywają się wydarzenia, nawet nie wie, że stał się przyczyną niewyobrażalnego konfliktu.
„Atlas miłości” to powieść, w której codzienność brzmi niezwykle – bo nie wiąże się z serią stereotypów czy odwołań do normalności. Tu bohaterki budują sobie własną normalność, niezależną od tradycji, ale wiedza o tym, jak być powinno, żeby wszyscy czuli się szczęśliwi i akceptowani, nie wystarcza do zapanowania nad chaosem. Laurie Frankel zapewnia czytelnikom po pierwsze szereg odkrywczych wydarzeń, po drugie – zestaw prześmiewczych obrazków z kariery młodych pracownic naukowych. Cała książka skonstruowana jest z dbałością o kompozycyjne szczegóły, ale też z autotematycznym podkreślaniem reguł rządzących dobrą opowieścią. Autorka nie sięga tutaj po fabularne schematy, lubi za to testować wyraziste charakterystyki swoich postaci. „Atlas miłości” to wyzwanie dla obyczajówek – nowe spojrzenie na temat domu, rodziny i poczucia obowiązku. Do tego Frankel dorzuca jeszcze szereg poważnych przeciwności losu, a i pytań o międzyludzkie relacje. Taka opowieść może funkcjonować jako melodia przyszłości i ostrzeżenie – lub też jako lekka lektura o niespodziewanym przebiegu.
wtorek, 10 marca 2015
Zbigniew Dmitroca: Parasol pana Pantalona
Egmont, Warszawa 2015.
Reporter
Parasol pana Pantalona skrywa poważną tajemnicę. Żeby odkryć jego sekret, trzeba razem z panem Pantalonem, gwiazdą dziennikarstwa, przejść całą śledczą drogę. Bohater wybiera się wszędzie tam, gdzie da się zwęszyć jakąkolwiek aferę. Zbiera informacje, dedukuje, rozmawia z mieszkańcami. Czytelnicy właściwie nie wiedzą, na czym polega cała sprawa – ale obserwują poczynania pana Pantalona i kibicują mu w działaniach. A pan Pantalon w zabitej dechami osadzie wypytuje, kogo się da. Za pomocą karate radzi sobie z nieprzyjaznym drabem, odwiedza komisariat policji, sklep, kościół, sołtysa. Zagląda do knajpy i do biblioteki, ściągając na siebie gniew komendanta policji. To jednak nieustraszony reporter, który lubi wyzwania.
„Parasol pana Pantalona” to czytanka, która pojawia się na drugim poziomie serii Czytam sobie – oznacza to bardziej rozbudowaną warstwę tekstową i rozwiniętą fabułę. W przypadku bajki Zbigniewa Dmitrocy oznacza to też spore leksykalne wyzwania. Ponieważ na tym poziomie nie ma jeszcze dwuznaków, autor musi kombinować i szukać synonimów wolnych od „trudnych” zestawień literowych. W efekcie pojawiają się tu słówka, z którymi problemy ma nawet część nastolatków (skonfundowany), związki frazeologiczne lub powiedzenia wymagające wyjaśnień (grunt to inwencja) oraz swoista mieszanina stylów. Pan Pantalon w swoim otoczeniu ma często do czynienia ze slangiem i słownictwem potocznym – obok literackich i książkowych określeń. To sposób na szybkie zapoznanie maluchów z różnymi językowymi stylizacjami. Ale żeby dziecko zrozumiało książeczkę – oraz sens poszczególnych zachowań – będzie potrzebowało wsparcia osoby dorosłej. Akcję Dmitroca wymyśla wartką i pełną niespodzianek, ale opisuje ją stylem raczej trudnym, nie płynnym czy naturalnym. Co ciekawe, takie właśnie podejście może być cenne dla maluchów: w końcu niewiele mają szans na poszerzanie słownictwa o wyrazy ze skrajnie różnych płaszczyzn. Ponadto „Parasol pana Pantalona” ma pomagać w ćwiczeniu czytania – a to oznacza, że zwiększony stopień trudności tekstu pozwala śledzić postępy dziecka. Po takich lekturowych wyzwaniach żadna szkolna czytanka nie będzie już maluchowi straszna. Dmitroca tworzy bajkę wymagającą skupienia i funkcjonującą jako dobre ćwiczenie.
Marianna Sztyma bajkę traktuje bajkowo. Jej ilustracje są kolorowe i momentami czerpią z absurdu oraz wyobraźniowych skojarzeń. Mniej ważne elementy tła ilustratorka sygnalizuje prostymi kredkowymi kreskami, w otoczeniu pana Pantalona przedstawia licznych – i za każdym razem innych – ludzi, skupia się też na różnorodności zabudowań w osadzie. Dba o to, żeby maluchy nie nudziły się oglądaniem obrazków: poza podstawowym motywem prezentuje na nich ciekawe dodatki: zza uchylonych drzwi widać komendanta jedzącego obiad, w lasku na drzewach śpiewają ptaki, zresztą w niemal każdym miejscu pojawiają się miłe zwierzęta. Marianna Sztyma troszczy się o bajkowość prezentowanych sytuacji. Nadaje im dziecięcy charakter dzięki rozmaitym kolorowym drobiazgom i bajkowej perspektywie. W „Parasolu pana Pantalona” tekst zajmuje po kilka wersów na stronie – ale wciąż rysunki są ważne w procesie lektury. Sztyma zapewnia maluchom miłą rozrywkę i wytchnienie od trudnych treści, przypomina, że pan Pantalon znajduje się w krainie wyobraźni i całe jego śledztwo ma charakter bajkowy. Umila dzieciom lekcję czytania i zachęca do poznawania całej historyjki. Zbigniew Dmitroca daje tu skomplikowaną opowieść, Marianna Sztyma przywraca jej dziecięcy charakter.
Reporter
Parasol pana Pantalona skrywa poważną tajemnicę. Żeby odkryć jego sekret, trzeba razem z panem Pantalonem, gwiazdą dziennikarstwa, przejść całą śledczą drogę. Bohater wybiera się wszędzie tam, gdzie da się zwęszyć jakąkolwiek aferę. Zbiera informacje, dedukuje, rozmawia z mieszkańcami. Czytelnicy właściwie nie wiedzą, na czym polega cała sprawa – ale obserwują poczynania pana Pantalona i kibicują mu w działaniach. A pan Pantalon w zabitej dechami osadzie wypytuje, kogo się da. Za pomocą karate radzi sobie z nieprzyjaznym drabem, odwiedza komisariat policji, sklep, kościół, sołtysa. Zagląda do knajpy i do biblioteki, ściągając na siebie gniew komendanta policji. To jednak nieustraszony reporter, który lubi wyzwania.
„Parasol pana Pantalona” to czytanka, która pojawia się na drugim poziomie serii Czytam sobie – oznacza to bardziej rozbudowaną warstwę tekstową i rozwiniętą fabułę. W przypadku bajki Zbigniewa Dmitrocy oznacza to też spore leksykalne wyzwania. Ponieważ na tym poziomie nie ma jeszcze dwuznaków, autor musi kombinować i szukać synonimów wolnych od „trudnych” zestawień literowych. W efekcie pojawiają się tu słówka, z którymi problemy ma nawet część nastolatków (skonfundowany), związki frazeologiczne lub powiedzenia wymagające wyjaśnień (grunt to inwencja) oraz swoista mieszanina stylów. Pan Pantalon w swoim otoczeniu ma często do czynienia ze slangiem i słownictwem potocznym – obok literackich i książkowych określeń. To sposób na szybkie zapoznanie maluchów z różnymi językowymi stylizacjami. Ale żeby dziecko zrozumiało książeczkę – oraz sens poszczególnych zachowań – będzie potrzebowało wsparcia osoby dorosłej. Akcję Dmitroca wymyśla wartką i pełną niespodzianek, ale opisuje ją stylem raczej trudnym, nie płynnym czy naturalnym. Co ciekawe, takie właśnie podejście może być cenne dla maluchów: w końcu niewiele mają szans na poszerzanie słownictwa o wyrazy ze skrajnie różnych płaszczyzn. Ponadto „Parasol pana Pantalona” ma pomagać w ćwiczeniu czytania – a to oznacza, że zwiększony stopień trudności tekstu pozwala śledzić postępy dziecka. Po takich lekturowych wyzwaniach żadna szkolna czytanka nie będzie już maluchowi straszna. Dmitroca tworzy bajkę wymagającą skupienia i funkcjonującą jako dobre ćwiczenie.
Marianna Sztyma bajkę traktuje bajkowo. Jej ilustracje są kolorowe i momentami czerpią z absurdu oraz wyobraźniowych skojarzeń. Mniej ważne elementy tła ilustratorka sygnalizuje prostymi kredkowymi kreskami, w otoczeniu pana Pantalona przedstawia licznych – i za każdym razem innych – ludzi, skupia się też na różnorodności zabudowań w osadzie. Dba o to, żeby maluchy nie nudziły się oglądaniem obrazków: poza podstawowym motywem prezentuje na nich ciekawe dodatki: zza uchylonych drzwi widać komendanta jedzącego obiad, w lasku na drzewach śpiewają ptaki, zresztą w niemal każdym miejscu pojawiają się miłe zwierzęta. Marianna Sztyma troszczy się o bajkowość prezentowanych sytuacji. Nadaje im dziecięcy charakter dzięki rozmaitym kolorowym drobiazgom i bajkowej perspektywie. W „Parasolu pana Pantalona” tekst zajmuje po kilka wersów na stronie – ale wciąż rysunki są ważne w procesie lektury. Sztyma zapewnia maluchom miłą rozrywkę i wytchnienie od trudnych treści, przypomina, że pan Pantalon znajduje się w krainie wyobraźni i całe jego śledztwo ma charakter bajkowy. Umila dzieciom lekcję czytania i zachęca do poznawania całej historyjki. Zbigniew Dmitroca daje tu skomplikowaną opowieść, Marianna Sztyma przywraca jej dziecięcy charakter.
poniedziałek, 9 marca 2015
Dominika Słowik: Atlas: doppelganger
Znak, Kraków 2015.
Skarb blokowiska
Dominika Słowik z typową dla popeerelowskiego pokolenia mieszaniną negacji wobec kiczu lat 90. i potrzebą kształtowania własnych legend błądzi wśród blokowisk pewnego miasta. Ze Śląska i jego tradycji zachowuje jedynie kopalnię (której obecność manifestuje się to w osiedlowych „trzęsieniach ziemi”, to w szkolnym klejeniu czapek górniczych z kartonu i bibuły, to wreszcie w przekonaniu, że wystarczy wbić w trawnik łopatę, żeby wydobywać węgiel). Nawet gołębie przenoszą się na blokowiska, co jest o tyle dziwne, że ludzie stamtąd znikają. „Atlas: doppelganger” rozdziela się w pewnym momencie na dwa światy. Jeden to świat wspomnień dziecka i ludzi kształtujących jego wyobraźnię. Drugi to niemal sakralna opowieść o sadowskim, tajemniczym bohaterze równie tajemniczego opuszczonego zespołu bloków.
Dominika Słowik snuje opowieść rozliczeniową. Tu nic nie ma początku ani końca, refleksje nakładają się na siebie i zamieniają w wygłaszany jednym tchem wyścig skojarzeń. W tym wyścigu łeb w łeb pędzą ze sobą mity, obrazki typowe dla dzieciństwa, oceny rzeczywistości i zmyślenia ubarwiające tę rzeczywistość. W tych ostatnich celują przedstawiciele najstarszego pokolenia, dziadek i babcia anny (autorka konsekwentnie dla podkreślenia strumienia świadomości rezygnuje ze stosowania wielkich liter, interpunkcji nie zarzuca, chociaż momentami stara się naśladować rytm przyspieszonej mowy). Dziadek, były marynarz, fantazjuje na temat zwyczajów panujących na morzu. Dziecko dodaje od siebie bezlitosne opisy panującej w latach 90. mody, widma naiwnej wiary, domowe zwyczaje czy scenki do zaobserwowania między sąsiadami – wszystko w sposób pozbawiony sentymentów, ale i wstydu, jakby dystans czasowy całkowicie usprawiedliwiał dowolne nonsensy i niepotwierdzone przekonania. I choć tom utrzymany jest w tonie onirycznym, migawki z blokowiska schyłku XX wieku stają się szczere jak amatorskie zdjęcia.
Inaczej rzecz ma się z wynurzeniami dziadka. Ten zabiera dzieci do obcego im świata portowych dziwek z przelewającymi się piersiami, wywołuje z mroku chimerycznych kapitanów nawigujących statki według niewyjaśnionych znaków, dostarcza egzotyki i ułudy zarazem. Tęskniący za niemożliwym dziadek jest jak dostawca współczesnych bajek, wolnych od cenzury ze względu na wiek słuchaczy, mało prawdopodobnych, ale zawsze atrakcyjnych, także przez „dorosły charakter (wyznania dziadka w ostrych słowach torpeduje babcia).
A sadowski okazuje się dzisiejszym poszukiwaczem skarbów, tym, który może przeżyć przygodę niedostępną mieszkańcom bloków. Zagnieżdża się w opuszczonym blokowisku, korzysta z przedmiotów porzuconych przez dawnych lokatorów, a za przewodnika ma rezolutnego dziewięciolatka, który w życiu kieruje się sprytem, a nigdy nie był w szkole.
„Atlas: doppelgandger” to inne, hipnotyczne i uzależniające spojrzenie na szarą codzienność tuż po przemianie ustrojowej. Filtr z doświadczeń starego człowieka i beztroski entuzjazm dziecka splatają się w prozie niemal magicznej i poetyckiej. Dominika Słowik zakrywa nudny widok kolorowym witrażem, zapędza się w absurdzie daleko i przypomina, że ludzie sami biorą odpowiedzialność za swoje życie. Od nich zależy, czy będą egzystować z niezrealizowanymi marzeniami i żyć tęsknotą, czy też spróbują z każdego doświadczenia wyłuskać elementy mitotwórcze i nadać im spójny sens. „Atlas: doppelganger” to powieść-wyzwanie dla wszelkich utworów spod znaku autobiograficznych historii o dojrzewaniu, to próba wykreowania własnych urbanistycznych wierzeń i osadzenia ich w nurcie spopularyzowanych przekonań. To wreszcie – i po prostu – pewnie prowadzona narracja.
Skarb blokowiska
Dominika Słowik z typową dla popeerelowskiego pokolenia mieszaniną negacji wobec kiczu lat 90. i potrzebą kształtowania własnych legend błądzi wśród blokowisk pewnego miasta. Ze Śląska i jego tradycji zachowuje jedynie kopalnię (której obecność manifestuje się to w osiedlowych „trzęsieniach ziemi”, to w szkolnym klejeniu czapek górniczych z kartonu i bibuły, to wreszcie w przekonaniu, że wystarczy wbić w trawnik łopatę, żeby wydobywać węgiel). Nawet gołębie przenoszą się na blokowiska, co jest o tyle dziwne, że ludzie stamtąd znikają. „Atlas: doppelganger” rozdziela się w pewnym momencie na dwa światy. Jeden to świat wspomnień dziecka i ludzi kształtujących jego wyobraźnię. Drugi to niemal sakralna opowieść o sadowskim, tajemniczym bohaterze równie tajemniczego opuszczonego zespołu bloków.
Dominika Słowik snuje opowieść rozliczeniową. Tu nic nie ma początku ani końca, refleksje nakładają się na siebie i zamieniają w wygłaszany jednym tchem wyścig skojarzeń. W tym wyścigu łeb w łeb pędzą ze sobą mity, obrazki typowe dla dzieciństwa, oceny rzeczywistości i zmyślenia ubarwiające tę rzeczywistość. W tych ostatnich celują przedstawiciele najstarszego pokolenia, dziadek i babcia anny (autorka konsekwentnie dla podkreślenia strumienia świadomości rezygnuje ze stosowania wielkich liter, interpunkcji nie zarzuca, chociaż momentami stara się naśladować rytm przyspieszonej mowy). Dziadek, były marynarz, fantazjuje na temat zwyczajów panujących na morzu. Dziecko dodaje od siebie bezlitosne opisy panującej w latach 90. mody, widma naiwnej wiary, domowe zwyczaje czy scenki do zaobserwowania między sąsiadami – wszystko w sposób pozbawiony sentymentów, ale i wstydu, jakby dystans czasowy całkowicie usprawiedliwiał dowolne nonsensy i niepotwierdzone przekonania. I choć tom utrzymany jest w tonie onirycznym, migawki z blokowiska schyłku XX wieku stają się szczere jak amatorskie zdjęcia.
Inaczej rzecz ma się z wynurzeniami dziadka. Ten zabiera dzieci do obcego im świata portowych dziwek z przelewającymi się piersiami, wywołuje z mroku chimerycznych kapitanów nawigujących statki według niewyjaśnionych znaków, dostarcza egzotyki i ułudy zarazem. Tęskniący za niemożliwym dziadek jest jak dostawca współczesnych bajek, wolnych od cenzury ze względu na wiek słuchaczy, mało prawdopodobnych, ale zawsze atrakcyjnych, także przez „dorosły charakter (wyznania dziadka w ostrych słowach torpeduje babcia).
A sadowski okazuje się dzisiejszym poszukiwaczem skarbów, tym, który może przeżyć przygodę niedostępną mieszkańcom bloków. Zagnieżdża się w opuszczonym blokowisku, korzysta z przedmiotów porzuconych przez dawnych lokatorów, a za przewodnika ma rezolutnego dziewięciolatka, który w życiu kieruje się sprytem, a nigdy nie był w szkole.
„Atlas: doppelgandger” to inne, hipnotyczne i uzależniające spojrzenie na szarą codzienność tuż po przemianie ustrojowej. Filtr z doświadczeń starego człowieka i beztroski entuzjazm dziecka splatają się w prozie niemal magicznej i poetyckiej. Dominika Słowik zakrywa nudny widok kolorowym witrażem, zapędza się w absurdzie daleko i przypomina, że ludzie sami biorą odpowiedzialność za swoje życie. Od nich zależy, czy będą egzystować z niezrealizowanymi marzeniami i żyć tęsknotą, czy też spróbują z każdego doświadczenia wyłuskać elementy mitotwórcze i nadać im spójny sens. „Atlas: doppelganger” to powieść-wyzwanie dla wszelkich utworów spod znaku autobiograficznych historii o dojrzewaniu, to próba wykreowania własnych urbanistycznych wierzeń i osadzenia ich w nurcie spopularyzowanych przekonań. To wreszcie – i po prostu – pewnie prowadzona narracja.
Teatr Ludowy (Kraków): Miód albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem
tekst, reżyseria, opracowanie muzyczne, scenografia: Tomáš Svoboda
występują: Iwona Sitkowska, Marcin Stec, Tomasz Schimscheiner
Marzenie
Dla Tomáša Svobody rzeczy niemożliwe nie istnieją. Podobnie jak nie istnieją do znudzenia powtarzane scenariusze damsko-męskich historii. Ten autor i reżyser staje się na teatralnych scenach mistrzem absurdu, a i celnym obserwatorem rzeczywistości. Zestawia te dwa skrajne podejścia w znakomitych historiach, a obecność nieskrępowanej wyobraźni tłumaczy kolejnymi snami. Owszem, oniryczny charakter opowieści pozwala na dowolne szaleństwa. Ale pomysły z pogranicza jawy i snu Svoboda rozwija rewelacyjnie.
Spektakl „Miód albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem” rozpoczyna się projekcją filmową. Oto Schimscheiner, znany donżuan, który nie przepuści nawet brzydkiej kobiecie z brodą (rola Svobody) zostaje ukarany za swoje winy (a wyrok wydaje prywatna żona, co stanowi jeden z wielu smaczków krótkiej prezentacji). Z sądowej sali, po szeregu napisów końcowych, widzowie przeniesieni zostają najpierw na hałaśliwą dyskotekową imprezę, a zaraz potem – wprost do łóżka bohaterki. Dziewczyna nie ma oporów przed udowodnieniem poznanemu przed chwilą facetowi, że pieprzy się tak samo dobrze, jak tańczy. Dyskusje w łóżku, przerywane kolejnymi „numerkami”, przechodzą od nieistotnych plotek na temat znanych aktorów po sprawy życiowe i głęboko filozoficzne. A potem przychodzi sen, sen, do którego fanka Tomasza Schimscheinera ściąga swojego idola po to, by się z nim, nomen omen, przespać.
To ona nadaje ton historii. Grana przez Iwonę Sitkowską dziewczyna w łóżku jest niewiarygodnie zmysłowa. We śnie, do którego sprowadza miód i Schimscheinera – groteskowa. Jej erotyczne fantazje brzmią teraz niemal jak parodia łóżkowych ekscesów. Sitkowska w tej roli całkowicie podbija serca widzów. Ci, zgodnie zresztą z zaplanowaną przez reżysera konwencją, kibicują dziewczynie, pocieszają ją i trzymają za nią kciuki, czynnie uczestniczą w akcji. On – postać Marcina Steca – odważny jest tylko przy zainicjowaniu kontaktu. Później podporządkowuje się jej pomysłom – jedynie ze snu o Schimscheinerze nie potrafi się wydostać. Służy za tło, momentami staje się śmieszny w swojej bezradności. Nie ma szans w tej relacji. A jednak budzi sympatię. Jest jeszcze Tomasz Schimscheiner, grany przez Tomasza Schimscheinera. Obecny jako wzorek na pościeli w jej łóżku i jako przybysz ze snu. Żaden tam demon seksu – ot, nieśmiały i przeciętny facet, który nawet w snach ma skrupuły, żeby przelecieć chętną fankę. Czwartym aktorem staje się tu publiczność, która uczestniczy nawet w seksie bohaterów. Nie ma w tym ani wulgarności, ani żenującego żerowania na przypadkowych widzach. Tu publiczność zostaje wpisana w spektakl, zyskuje swoje miejsce i nadaje ton całej – intymnej mimo zbiorowości – historii.
Svoboda funduje odbiorcom ponad godzinę śmiechu bez przerwy. Mimo banalnego z pozoru tematu – przygodnego seksu i niemożliwych do zrealizowania zauroczeń – udaje mu się wpleść do sztuki ogromną liczbę żartów słownych i sytuacyjnych. Bawi się też komizmem samych postaci – i to jeszcze zanim do głosu dojdzie cudowny purenonsens. Przy szaleńczym i niekończącym się śmiechu boli gorzka prawda przedstawiona tu zamiast spodziewanej kabaretowej puenty. Svoboda zabiera publiczność do innej rzeczywistości, żeby na koniec zafundować widzom przeskok z zabawy i snu do prawdziwego życia. Mocne to, chociaż zupełnie inne niż podpowiada spektakl. Po szeregu gagów i humorystyczno-teatralnych rozwiązań w najlepszym gatunku chciałoby się jeszcze baśniowego finału. Albo katartycznego śmiechu zamiast refleksji. To najlepszy dowód, że Svoboda po raz kolejny odniósł sukces.
Nie trzeba ani wielkich słów, ani wielkich scen, żeby wydarzyło się coś wartego opowiedzenia. Svoboda sięga do marzeń, które dla jednej osoby są najważniejsze, a dla wszystkich innych – komiczne. Wygrywa, bo nie wyśmiewa się z bohaterki, a angażuje widzów w jej nadzieje i fantazje – nawet kiedy okazuje się, że obiekt idealizowanego uczucia nie nadaje się nawet na wyśnionego partnera. Jak to możliwe, że każda z postaci ma tutaj inny cel, a Tomasz Schimscheiner w ogóle trafia do opowieści wbrew własnej woli – i z każdą odbiorcy będą sympatyzować? Do tego potrzeba wyobraźni Svobody – i poczucia humoru, za które tego twórcę można pokochać. A jeśli do zestawu dopisze się trójkę cudownych aktorów – to przepis na sukces jest gotowy.
występują: Iwona Sitkowska, Marcin Stec, Tomasz Schimscheiner
Marzenie
Dla Tomáša Svobody rzeczy niemożliwe nie istnieją. Podobnie jak nie istnieją do znudzenia powtarzane scenariusze damsko-męskich historii. Ten autor i reżyser staje się na teatralnych scenach mistrzem absurdu, a i celnym obserwatorem rzeczywistości. Zestawia te dwa skrajne podejścia w znakomitych historiach, a obecność nieskrępowanej wyobraźni tłumaczy kolejnymi snami. Owszem, oniryczny charakter opowieści pozwala na dowolne szaleństwa. Ale pomysły z pogranicza jawy i snu Svoboda rozwija rewelacyjnie.
Spektakl „Miód albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem” rozpoczyna się projekcją filmową. Oto Schimscheiner, znany donżuan, który nie przepuści nawet brzydkiej kobiecie z brodą (rola Svobody) zostaje ukarany za swoje winy (a wyrok wydaje prywatna żona, co stanowi jeden z wielu smaczków krótkiej prezentacji). Z sądowej sali, po szeregu napisów końcowych, widzowie przeniesieni zostają najpierw na hałaśliwą dyskotekową imprezę, a zaraz potem – wprost do łóżka bohaterki. Dziewczyna nie ma oporów przed udowodnieniem poznanemu przed chwilą facetowi, że pieprzy się tak samo dobrze, jak tańczy. Dyskusje w łóżku, przerywane kolejnymi „numerkami”, przechodzą od nieistotnych plotek na temat znanych aktorów po sprawy życiowe i głęboko filozoficzne. A potem przychodzi sen, sen, do którego fanka Tomasza Schimscheinera ściąga swojego idola po to, by się z nim, nomen omen, przespać.
To ona nadaje ton historii. Grana przez Iwonę Sitkowską dziewczyna w łóżku jest niewiarygodnie zmysłowa. We śnie, do którego sprowadza miód i Schimscheinera – groteskowa. Jej erotyczne fantazje brzmią teraz niemal jak parodia łóżkowych ekscesów. Sitkowska w tej roli całkowicie podbija serca widzów. Ci, zgodnie zresztą z zaplanowaną przez reżysera konwencją, kibicują dziewczynie, pocieszają ją i trzymają za nią kciuki, czynnie uczestniczą w akcji. On – postać Marcina Steca – odważny jest tylko przy zainicjowaniu kontaktu. Później podporządkowuje się jej pomysłom – jedynie ze snu o Schimscheinerze nie potrafi się wydostać. Służy za tło, momentami staje się śmieszny w swojej bezradności. Nie ma szans w tej relacji. A jednak budzi sympatię. Jest jeszcze Tomasz Schimscheiner, grany przez Tomasza Schimscheinera. Obecny jako wzorek na pościeli w jej łóżku i jako przybysz ze snu. Żaden tam demon seksu – ot, nieśmiały i przeciętny facet, który nawet w snach ma skrupuły, żeby przelecieć chętną fankę. Czwartym aktorem staje się tu publiczność, która uczestniczy nawet w seksie bohaterów. Nie ma w tym ani wulgarności, ani żenującego żerowania na przypadkowych widzach. Tu publiczność zostaje wpisana w spektakl, zyskuje swoje miejsce i nadaje ton całej – intymnej mimo zbiorowości – historii.
Svoboda funduje odbiorcom ponad godzinę śmiechu bez przerwy. Mimo banalnego z pozoru tematu – przygodnego seksu i niemożliwych do zrealizowania zauroczeń – udaje mu się wpleść do sztuki ogromną liczbę żartów słownych i sytuacyjnych. Bawi się też komizmem samych postaci – i to jeszcze zanim do głosu dojdzie cudowny purenonsens. Przy szaleńczym i niekończącym się śmiechu boli gorzka prawda przedstawiona tu zamiast spodziewanej kabaretowej puenty. Svoboda zabiera publiczność do innej rzeczywistości, żeby na koniec zafundować widzom przeskok z zabawy i snu do prawdziwego życia. Mocne to, chociaż zupełnie inne niż podpowiada spektakl. Po szeregu gagów i humorystyczno-teatralnych rozwiązań w najlepszym gatunku chciałoby się jeszcze baśniowego finału. Albo katartycznego śmiechu zamiast refleksji. To najlepszy dowód, że Svoboda po raz kolejny odniósł sukces.
Nie trzeba ani wielkich słów, ani wielkich scen, żeby wydarzyło się coś wartego opowiedzenia. Svoboda sięga do marzeń, które dla jednej osoby są najważniejsze, a dla wszystkich innych – komiczne. Wygrywa, bo nie wyśmiewa się z bohaterki, a angażuje widzów w jej nadzieje i fantazje – nawet kiedy okazuje się, że obiekt idealizowanego uczucia nie nadaje się nawet na wyśnionego partnera. Jak to możliwe, że każda z postaci ma tutaj inny cel, a Tomasz Schimscheiner w ogóle trafia do opowieści wbrew własnej woli – i z każdą odbiorcy będą sympatyzować? Do tego potrzeba wyobraźni Svobody – i poczucia humoru, za które tego twórcę można pokochać. A jeśli do zestawu dopisze się trójkę cudownych aktorów – to przepis na sukces jest gotowy.
niedziela, 8 marca 2015
Jarosław Mikołajewski: Szklane oczy
Media Rodzina, Poznań 2015.
Gondola z kotem
Tych dziewczynek jest sześć, a każda pochodzi z innego kraju. Różnice kulturowe i językowe bardzo im się przydają – aniołki kota Cagliostro mogą dzięki nim odkrywać największe tajemnice i prowadzić trudne dziecięce śledztwo. Tu nikogo nie dziwi, że szefem jest kot w ciemnych okularach. Jarosław Mikołajewski stworzył ładną detektywistyczną serię dla dzieci – bajkowość i magię połączył z realizmem i edukacją, a wszystko to zatopił w wartkiej i wciągającej dziecięcych odbiorców akcji. Kot Cagliostro ma swoje sposoby na to, by szybko zwołać całą ekipę i uniknąć tłumaczeń w sześciu domach z sześciu krajów. Dziewczynki mogą zaangażować się od razu w wielką przygodę.
W „Szklanych oczach” bohaterki udają się do Wenecji. Tu zaginęła kilkuletnia Szwedka: rodzice, zajęci robieniem zdjęć i oglądaniem pamiątek, stracili dziecko z oczu. Nękani wyrzutami sumienia proszą o pomoc. Kot Cagliostro wie, że najlepszą metodą dedukcji jest nakłonienie bystrych aniołków do burzy mózgów – przenikliwe uwagi bohaterek bardzo przydają się w śledztwie. Podobnie jak fakt, że dziewczynki potrafią ze sobą współpracować i rozumieją się w lot. Tu dorośli – rodzice Britty – nie są zdolni do racjonalnego myślenia, trzeba więc kota i jego ekipy, aby rozwiązać zagadkę i odnaleźć Brittę. Autor unika tematów trudnych i prawdziwych kryminalnych zagrożeń – w końcu to bajka – ale udaje mu się tak żonglować nastrojami, żeby odbiorcy mocno przeżywali historię i dali się wciągnąć w lekturę.
Mikołajewski uczy subtelnie i przy okazji prezentowania przygód. Wenecja umożliwia spotkanie z gondolami czy bautą. To szansa na zainteresowanie dzieci geografią i językami obcymi. W końcu bohaterki są otwarte na świat, wzajemnie się szanują, a do tego chętnie poznają nowe kultury. Wiadomości z tego tomiku chłonie się więc mimochodem – na marginesie szybko rozwijanej fabuły. Autor miał znakomity pomysł i sprawnie go zrealizował. „Szklane oczy” to publikacja z gatunku wartościowych i dobrze przygotowanych.
Bajkowy kot Cagliostro zna zwyczaje normalnych czworonogów, ale sam zachowuje się jak boss. To autorytet dla dziewczynek i równocześnie gwarancja ich bezpieczeństwa – bohaterki mogą podejmować się nawet ryzykownych zadań. Wzmacnia je też wspólne działanie. W „Szklanych oczach” widać, jak wiele da się osiągnąć dzięki współpracy i kreatywnemu podejściu do problemów. Autor zgrabnie motywuje konieczność włączenia do śledztwa dzieci – czytelnicy mogą mu uwierzyć, a stąd już prosta droga do przejścia w wyobraźniową rzeczywistość, w której wszystko może się zdarzyć.
Mikołajewski po czary sięga tylko wtedy, kiedy to absolutnie konieczne – dla ograniczenia nieważnych dla intrygi wątków. Całą resztę, a zwłaszcza prawdziwe zmartwienia, pozostawia bohaterkom. Tu nie ma mowy o oddalaniu kłopotów przez magię, do rozwiązań trzeba dojść dzięki bystrym umysłom i umiejętności dostrzegania drobiazgów. Klasykę gatunku autor rozwija w ciekawej i pomysłowej historii.
Marcin Bruchnalski bogato ilustruje tę książkę. Scenki są czarno-białe – trochę szkoda, ze względu na ich liczbę i rozmieszczenie na stronach – a jednak kolor rozpraszałby uwagę dzieci. Szara tonacja bardziej pasuje do „poważnej” lektury przygodowej. Są „Szklane oczy” tomikiem, który przypadnie do gustu miłośnikom opowieści detektywistycznych oraz… kotów. To książka pięknie wydana, ale jej urok polega przede wszystkim na wysokiej jakości tekstu oraz ilustracji – Mikołajewski i Bruchnalski zabierają dzieci w ekscytującą podróż, nie proponują im banalnej i infantylnej bajki – w zamian dostarczają wielu silnych przeżyć i szeregu ciekawostek.
Gondola z kotem
Tych dziewczynek jest sześć, a każda pochodzi z innego kraju. Różnice kulturowe i językowe bardzo im się przydają – aniołki kota Cagliostro mogą dzięki nim odkrywać największe tajemnice i prowadzić trudne dziecięce śledztwo. Tu nikogo nie dziwi, że szefem jest kot w ciemnych okularach. Jarosław Mikołajewski stworzył ładną detektywistyczną serię dla dzieci – bajkowość i magię połączył z realizmem i edukacją, a wszystko to zatopił w wartkiej i wciągającej dziecięcych odbiorców akcji. Kot Cagliostro ma swoje sposoby na to, by szybko zwołać całą ekipę i uniknąć tłumaczeń w sześciu domach z sześciu krajów. Dziewczynki mogą zaangażować się od razu w wielką przygodę.
W „Szklanych oczach” bohaterki udają się do Wenecji. Tu zaginęła kilkuletnia Szwedka: rodzice, zajęci robieniem zdjęć i oglądaniem pamiątek, stracili dziecko z oczu. Nękani wyrzutami sumienia proszą o pomoc. Kot Cagliostro wie, że najlepszą metodą dedukcji jest nakłonienie bystrych aniołków do burzy mózgów – przenikliwe uwagi bohaterek bardzo przydają się w śledztwie. Podobnie jak fakt, że dziewczynki potrafią ze sobą współpracować i rozumieją się w lot. Tu dorośli – rodzice Britty – nie są zdolni do racjonalnego myślenia, trzeba więc kota i jego ekipy, aby rozwiązać zagadkę i odnaleźć Brittę. Autor unika tematów trudnych i prawdziwych kryminalnych zagrożeń – w końcu to bajka – ale udaje mu się tak żonglować nastrojami, żeby odbiorcy mocno przeżywali historię i dali się wciągnąć w lekturę.
Mikołajewski uczy subtelnie i przy okazji prezentowania przygód. Wenecja umożliwia spotkanie z gondolami czy bautą. To szansa na zainteresowanie dzieci geografią i językami obcymi. W końcu bohaterki są otwarte na świat, wzajemnie się szanują, a do tego chętnie poznają nowe kultury. Wiadomości z tego tomiku chłonie się więc mimochodem – na marginesie szybko rozwijanej fabuły. Autor miał znakomity pomysł i sprawnie go zrealizował. „Szklane oczy” to publikacja z gatunku wartościowych i dobrze przygotowanych.
Bajkowy kot Cagliostro zna zwyczaje normalnych czworonogów, ale sam zachowuje się jak boss. To autorytet dla dziewczynek i równocześnie gwarancja ich bezpieczeństwa – bohaterki mogą podejmować się nawet ryzykownych zadań. Wzmacnia je też wspólne działanie. W „Szklanych oczach” widać, jak wiele da się osiągnąć dzięki współpracy i kreatywnemu podejściu do problemów. Autor zgrabnie motywuje konieczność włączenia do śledztwa dzieci – czytelnicy mogą mu uwierzyć, a stąd już prosta droga do przejścia w wyobraźniową rzeczywistość, w której wszystko może się zdarzyć.
Mikołajewski po czary sięga tylko wtedy, kiedy to absolutnie konieczne – dla ograniczenia nieważnych dla intrygi wątków. Całą resztę, a zwłaszcza prawdziwe zmartwienia, pozostawia bohaterkom. Tu nie ma mowy o oddalaniu kłopotów przez magię, do rozwiązań trzeba dojść dzięki bystrym umysłom i umiejętności dostrzegania drobiazgów. Klasykę gatunku autor rozwija w ciekawej i pomysłowej historii.
Marcin Bruchnalski bogato ilustruje tę książkę. Scenki są czarno-białe – trochę szkoda, ze względu na ich liczbę i rozmieszczenie na stronach – a jednak kolor rozpraszałby uwagę dzieci. Szara tonacja bardziej pasuje do „poważnej” lektury przygodowej. Są „Szklane oczy” tomikiem, który przypadnie do gustu miłośnikom opowieści detektywistycznych oraz… kotów. To książka pięknie wydana, ale jej urok polega przede wszystkim na wysokiej jakości tekstu oraz ilustracji – Mikołajewski i Bruchnalski zabierają dzieci w ekscytującą podróż, nie proponują im banalnej i infantylnej bajki – w zamian dostarczają wielu silnych przeżyć i szeregu ciekawostek.
Timothée de Fombelle: Tobi. Oczy Eliszy
Znak, Kraków 2015.
Powrót
W pierwszym tomie Tobi był samotnikiem skazanym na tułaczkę z dala od przyjaciół i rodziny, a nawet – życzliwych dusz. Podczas niekończących się ucieczek i walk zmężniał i poznał różne ludy zamieszkujące okolice drzewa. Zdobył też oddanych kompanów. Nie jest już sam i autor może go – bez szkody dla opowieści – opuszczać na dłuższy czas. Bo u bliskich Tobiego dzieje się bardzo dużo. Ojciec, który wciąż strzeże sekretu drzewa, planuje ucieczkę. Elisza trafiła do więzienia i ma zostać żoną znienawidzonego okrutnika. Żeby nie dopuścić do tego w najbliższym czasie i wymyślić sensowny plan ratunku, goli sobie na łyso głowę: oszpeca się w oczach wrogów, ale nie boi się ośmieszenia przed Tobim: powierzchowność nie ma bowiem w tych powieściach znaczenia.
Tobi zyskuje siłę i możliwość przesłania rodzinie zaszyfrowanych wiadomości od siebie. Ale ta historia rozrasta się w różnych kierunkach – i uwagę czytelników w takim samym stopniu przyciągają inni dobrzy bohaterowie. Jest tu kilka postaci wyrazistych, którym dobrze się kibicuje w drodze do szczęścia. Są bohaterowie komiczni (doskonale rozwinięty wizerunek Pyry!). Czarne charaktery schodzą na drugi plan: autor nie potrzebuje już ciągłych bitew i potyczek. Teraz najważniejsza jest droga do normalności – i do przyszłości.
Timothée de Fombelle wie doskonale, że aby móc zbudować trwałą relację, bohaterowie muszą dobrze poznać siebie samych. Mnoży zatem dawne rodowe sekrety – te będą stopniowo odkrywane, by uświadomić postaciom, kim naprawdę są. „Tobi. Oczy Eliszy” to powieść, która pozwala na przechodzenie do różnych kręgów drzewa i sprawdzanie, jak dawni bliscy poradzą sobie w ekstremalnych warunkach. Autor i tym razem tworzy historię z rozmachem i zamiłowaniem do rozbudowanych narracji z powieści fantastycznych rodem. Dba o stylistykę (nie tylko w przypadku Pyry, którego jedna uwaga ukształtowała na całe życie) – za sprawą języka ta książka okazuje się bardzo prawdziwa, silnie działa na odbiorców (nie tylko młodych), ale i obroni się na rynku wydawniczym. W „Oczach Eliszy” zwraca się uwagę na mocno punktowane finały poszczególnych rozdziałów, tu każdy gest zyskuje nowe znaczenie.
Timothée de Fombelle należy do tych twórców, którzy świat obmyślony w najdrobniejszych szczegółach chętnie wykorzystują jako metaforę rzeczywistości. W „Oczach Eliszy” widać to dobrze. Cała awanturnicza otoczka służy temu, by z lektury wydobyć prawdę o ludzkich namiętnościach i przywiązaniach. Dzięki przygodowej formie i fabule pełnej niebezpieczeństw autor może ukrywać tego typu pouczenia, zostawić je jako zagadkę dla czytelników. Nie słabnie za to jego zamiłowanie do konstrukcji aforystycznych – z „Oczu Eliszy” miłośnicy skrzydlatych słów wynotują kilka książkowych drogowskazów. Rzecz jasna – dopiero przy drugim czytaniu, bo w pierwszym pochłonie ich śledzenie losów postaci. Nie ma znaczenia, że półtoramilimetrowy Tobi funkcjonuje tuż obok znanego ludziom świata (lub po prostu w jego części, niedostępnej zwykłym śmiertelnikom). Zmiana perspektywy sprawia, że cała powieść zyskuje niecodzienny klimat.
W tej prozie nie ma naiwności czy bagatelizowania rozterek postaci. W dodatku autor nigdy nie rezygnuje z tematów „wielkich” – bardzo umiejętnie tworzy z nich misterną fabułę, pełną intryg, zaskoczeń i wyzwań. „Tobi. Oczy Eliszy” to powieść dla tych czytelników, którzy tęsknią za głębokimi (wzbraniam się przed potocznym młodzieżowym znaczeniem słowa „epicki”, chociaż tu by chyba pasowało) i dobrze przemyślanymi narracjami. Ten precyzyjnie złożony świat ma do zaoferowania coś więcej niż tylko atrakcyjną formę. Tobi przeszedł długą drogę – dla czytelników to okazja do zanurzenia się w świat fantazji i bogatych osobowości bohaterów. „Oczy Eliszy” są jak powrót do starych baśni ze wszystkimi ich niezwykłościami i wyzwaniami.
Powrót
W pierwszym tomie Tobi był samotnikiem skazanym na tułaczkę z dala od przyjaciół i rodziny, a nawet – życzliwych dusz. Podczas niekończących się ucieczek i walk zmężniał i poznał różne ludy zamieszkujące okolice drzewa. Zdobył też oddanych kompanów. Nie jest już sam i autor może go – bez szkody dla opowieści – opuszczać na dłuższy czas. Bo u bliskich Tobiego dzieje się bardzo dużo. Ojciec, który wciąż strzeże sekretu drzewa, planuje ucieczkę. Elisza trafiła do więzienia i ma zostać żoną znienawidzonego okrutnika. Żeby nie dopuścić do tego w najbliższym czasie i wymyślić sensowny plan ratunku, goli sobie na łyso głowę: oszpeca się w oczach wrogów, ale nie boi się ośmieszenia przed Tobim: powierzchowność nie ma bowiem w tych powieściach znaczenia.
Tobi zyskuje siłę i możliwość przesłania rodzinie zaszyfrowanych wiadomości od siebie. Ale ta historia rozrasta się w różnych kierunkach – i uwagę czytelników w takim samym stopniu przyciągają inni dobrzy bohaterowie. Jest tu kilka postaci wyrazistych, którym dobrze się kibicuje w drodze do szczęścia. Są bohaterowie komiczni (doskonale rozwinięty wizerunek Pyry!). Czarne charaktery schodzą na drugi plan: autor nie potrzebuje już ciągłych bitew i potyczek. Teraz najważniejsza jest droga do normalności – i do przyszłości.
Timothée de Fombelle wie doskonale, że aby móc zbudować trwałą relację, bohaterowie muszą dobrze poznać siebie samych. Mnoży zatem dawne rodowe sekrety – te będą stopniowo odkrywane, by uświadomić postaciom, kim naprawdę są. „Tobi. Oczy Eliszy” to powieść, która pozwala na przechodzenie do różnych kręgów drzewa i sprawdzanie, jak dawni bliscy poradzą sobie w ekstremalnych warunkach. Autor i tym razem tworzy historię z rozmachem i zamiłowaniem do rozbudowanych narracji z powieści fantastycznych rodem. Dba o stylistykę (nie tylko w przypadku Pyry, którego jedna uwaga ukształtowała na całe życie) – za sprawą języka ta książka okazuje się bardzo prawdziwa, silnie działa na odbiorców (nie tylko młodych), ale i obroni się na rynku wydawniczym. W „Oczach Eliszy” zwraca się uwagę na mocno punktowane finały poszczególnych rozdziałów, tu każdy gest zyskuje nowe znaczenie.
Timothée de Fombelle należy do tych twórców, którzy świat obmyślony w najdrobniejszych szczegółach chętnie wykorzystują jako metaforę rzeczywistości. W „Oczach Eliszy” widać to dobrze. Cała awanturnicza otoczka służy temu, by z lektury wydobyć prawdę o ludzkich namiętnościach i przywiązaniach. Dzięki przygodowej formie i fabule pełnej niebezpieczeństw autor może ukrywać tego typu pouczenia, zostawić je jako zagadkę dla czytelników. Nie słabnie za to jego zamiłowanie do konstrukcji aforystycznych – z „Oczu Eliszy” miłośnicy skrzydlatych słów wynotują kilka książkowych drogowskazów. Rzecz jasna – dopiero przy drugim czytaniu, bo w pierwszym pochłonie ich śledzenie losów postaci. Nie ma znaczenia, że półtoramilimetrowy Tobi funkcjonuje tuż obok znanego ludziom świata (lub po prostu w jego części, niedostępnej zwykłym śmiertelnikom). Zmiana perspektywy sprawia, że cała powieść zyskuje niecodzienny klimat.
W tej prozie nie ma naiwności czy bagatelizowania rozterek postaci. W dodatku autor nigdy nie rezygnuje z tematów „wielkich” – bardzo umiejętnie tworzy z nich misterną fabułę, pełną intryg, zaskoczeń i wyzwań. „Tobi. Oczy Eliszy” to powieść dla tych czytelników, którzy tęsknią za głębokimi (wzbraniam się przed potocznym młodzieżowym znaczeniem słowa „epicki”, chociaż tu by chyba pasowało) i dobrze przemyślanymi narracjami. Ten precyzyjnie złożony świat ma do zaoferowania coś więcej niż tylko atrakcyjną formę. Tobi przeszedł długą drogę – dla czytelników to okazja do zanurzenia się w świat fantazji i bogatych osobowości bohaterów. „Oczy Eliszy” są jak powrót do starych baśni ze wszystkimi ich niezwykłościami i wyzwaniami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






