tekst, reżyseria, opracowanie muzyczne, scenografia: Tomáš Svoboda
występują: Iwona Sitkowska, Marcin Stec, Tomasz Schimscheiner
Marzenie
Dla Tomáša Svobody rzeczy niemożliwe nie istnieją. Podobnie jak nie istnieją do znudzenia powtarzane scenariusze damsko-męskich historii. Ten autor i reżyser staje się na teatralnych scenach mistrzem absurdu, a i celnym obserwatorem rzeczywistości. Zestawia te dwa skrajne podejścia w znakomitych historiach, a obecność nieskrępowanej wyobraźni tłumaczy kolejnymi snami. Owszem, oniryczny charakter opowieści pozwala na dowolne szaleństwa. Ale pomysły z pogranicza jawy i snu Svoboda rozwija rewelacyjnie.
Spektakl „Miód albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem” rozpoczyna się projekcją filmową. Oto Schimscheiner, znany donżuan, który nie przepuści nawet brzydkiej kobiecie z brodą (rola Svobody) zostaje ukarany za swoje winy (a wyrok wydaje prywatna żona, co stanowi jeden z wielu smaczków krótkiej prezentacji). Z sądowej sali, po szeregu napisów końcowych, widzowie przeniesieni zostają najpierw na hałaśliwą dyskotekową imprezę, a zaraz potem – wprost do łóżka bohaterki. Dziewczyna nie ma oporów przed udowodnieniem poznanemu przed chwilą facetowi, że pieprzy się tak samo dobrze, jak tańczy. Dyskusje w łóżku, przerywane kolejnymi „numerkami”, przechodzą od nieistotnych plotek na temat znanych aktorów po sprawy życiowe i głęboko filozoficzne. A potem przychodzi sen, sen, do którego fanka Tomasza Schimscheinera ściąga swojego idola po to, by się z nim, nomen omen, przespać.
To ona nadaje ton historii. Grana przez Iwonę Sitkowską dziewczyna w łóżku jest niewiarygodnie zmysłowa. We śnie, do którego sprowadza miód i Schimscheinera – groteskowa. Jej erotyczne fantazje brzmią teraz niemal jak parodia łóżkowych ekscesów. Sitkowska w tej roli całkowicie podbija serca widzów. Ci, zgodnie zresztą z zaplanowaną przez reżysera konwencją, kibicują dziewczynie, pocieszają ją i trzymają za nią kciuki, czynnie uczestniczą w akcji. On – postać Marcina Steca – odważny jest tylko przy zainicjowaniu kontaktu. Później podporządkowuje się jej pomysłom – jedynie ze snu o Schimscheinerze nie potrafi się wydostać. Służy za tło, momentami staje się śmieszny w swojej bezradności. Nie ma szans w tej relacji. A jednak budzi sympatię. Jest jeszcze Tomasz Schimscheiner, grany przez Tomasza Schimscheinera. Obecny jako wzorek na pościeli w jej łóżku i jako przybysz ze snu. Żaden tam demon seksu – ot, nieśmiały i przeciętny facet, który nawet w snach ma skrupuły, żeby przelecieć chętną fankę. Czwartym aktorem staje się tu publiczność, która uczestniczy nawet w seksie bohaterów. Nie ma w tym ani wulgarności, ani żenującego żerowania na przypadkowych widzach. Tu publiczność zostaje wpisana w spektakl, zyskuje swoje miejsce i nadaje ton całej – intymnej mimo zbiorowości – historii.
Svoboda funduje odbiorcom ponad godzinę śmiechu bez przerwy. Mimo banalnego z pozoru tematu – przygodnego seksu i niemożliwych do zrealizowania zauroczeń – udaje mu się wpleść do sztuki ogromną liczbę żartów słownych i sytuacyjnych. Bawi się też komizmem samych postaci – i to jeszcze zanim do głosu dojdzie cudowny purenonsens. Przy szaleńczym i niekończącym się śmiechu boli gorzka prawda przedstawiona tu zamiast spodziewanej kabaretowej puenty. Svoboda zabiera publiczność do innej rzeczywistości, żeby na koniec zafundować widzom przeskok z zabawy i snu do prawdziwego życia. Mocne to, chociaż zupełnie inne niż podpowiada spektakl. Po szeregu gagów i humorystyczno-teatralnych rozwiązań w najlepszym gatunku chciałoby się jeszcze baśniowego finału. Albo katartycznego śmiechu zamiast refleksji. To najlepszy dowód, że Svoboda po raz kolejny odniósł sukces.
Nie trzeba ani wielkich słów, ani wielkich scen, żeby wydarzyło się coś wartego opowiedzenia. Svoboda sięga do marzeń, które dla jednej osoby są najważniejsze, a dla wszystkich innych – komiczne. Wygrywa, bo nie wyśmiewa się z bohaterki, a angażuje widzów w jej nadzieje i fantazje – nawet kiedy okazuje się, że obiekt idealizowanego uczucia nie nadaje się nawet na wyśnionego partnera. Jak to możliwe, że każda z postaci ma tutaj inny cel, a Tomasz Schimscheiner w ogóle trafia do opowieści wbrew własnej woli – i z każdą odbiorcy będą sympatyzować? Do tego potrzeba wyobraźni Svobody – i poczucia humoru, za które tego twórcę można pokochać. A jeśli do zestawu dopisze się trójkę cudownych aktorów – to przepis na sukces jest gotowy.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Ludowy (Kraków). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Ludowy (Kraków). Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 marca 2015
środa, 1 października 2014
Teatr Ludowy (Kraków): Sarenki (Tomáš Svoboda)
Królestwo absurdu
„Powinni o panu nakręcić film dokumentalny. O mnie już kręcą” – przekonuje każdego ze swoich nowych przyjaciół-nieudaczników cierpiący na gigantyzm mykolog. Rzeczywiście, takiego zestawienia oryginałów i dziwaków jak w „Sarenkach” próżno by szukać gdzie indziej. A najlepsze jest to, że historia Tomáša Svobody mimo nagromadzenia absurdów i niezwykłości okazuje się zadziwiająco lekka i wciągająca. Odejście od fabularnych schematów i przewidywalnych postaci to jednak nie wszystko: autor i reżyser znalazł bowiem pomysł na historię oraz jej błyskotliwe opowiedzenie.
Bohaterów jest tutaj czterech, a każdy z nich ma do przedstawienia własne, niezależne od innych, przeżycia. Z czasem ich relacje stykają się, a wtedy nagromadzenie nonsensów niemal rozrywa opowieść. Najpierw na scenie pojawia się dyrygent z ostrawskiej operetki. W wypadku stracił on powieki, a plastikowe protezy, które obecnie nosi, sprawiają mu niemały problem: głośno klapią. Nie do pozazdroszczenia jest też sytuacja mykologa – musi cały czas chodzić zgięty i mieć wzrok na wysokości jednego metra, żeby nie zrobiło mu się słabo z powodu wysokości. Dlatego zresztą mógł się zająć grzybami. Do grona nieudaczników dołączy jeszcze nieśmiały urzędnik skarbówki, który znalazł sposób na poznawanie kobiet oraz szalony wynalazca, ofiara własnych konstrukcji i pomysłów.
Autor pozwala prowadzić historię jednemu bohaterowi, doprowadza go do zwrotnego punktu i spotkania, po czym cofa się w czasie, by obejrzeć kolejne losy następnej postaci. Tylko przez unaoczniane odbiorcom retrospekcje może zaspokoić ciekawość – przecież nie posługuje się przeważnie czytelnymi stereotypami, więc nie da rady schować się za fasadą oczywistości. Wszystko musi dokładnie zaprezentować, żeby nie stracić smakowitego absurdu. Taka konstrukcja spektaklu gwarantuje odbiorcom cztery równoważne historie o jednym zakończeniu. Dołączane do głównego nurtu opowieści wzmacniają się wzajemnie. Ale każda z nich jako samodzielna relacja bardzo angażuje publiczność. Svoboda posługuje się czterema rodzajami komizmu (absurd jest tu czynnikiem nadrzędnym i spajającym całość). Historia dyrygenta zbudowana została na nonsensie i całkowitym odrealnieniu – ale klapiące powieki bohatera, chociaż utrzymane w poetyce oniryczności, na scenie zyskują bardzo konkretną realizację: wystarczą kastaniety, których aktor co pewien czas używa. Svoboda gra trochę odruchem Pawłowa: gdy dyrygent schodzi na dalszy plan, pojedyncze kliknięcia wywołują uśmiech widzów. Mykolog prezentuje ironię prostaczka: to bohater, który będzie budzić niewyjaśnioną sympatię niezależnie od rozwoju akcji. O wyborze przyszłości decyduje za niego los. Ta postać z filozoficznym spokojem przyjmuje wszystkie niespodzianki. Urzędnik skarbówki to typ satyryczny w połączeniu z karykaturą. W przerysowaniu uaktywniają się tu momentami oceny społeczne. Parodia poczucia władzy łączy się w tej sylwetce z niezaspokojonym popędem seksualnym, śmiech staje się bronią. Najkrótszy epizod wydaje się z kolei najbliższy normalności: wynalazca, który eksperymentuje na sobie (i matce) to sposób na połączenie komicznej nieprzewidywalności szaleńca z humorem sytuacyjnym. Trudno byłoby wyróżnić kogokolwiek z ekipy aktorskiej: wszyscy idealnie znajdują się w opowieści, potrafią nawet wciągnąć w grę publiczność. Są przekonujący i świetnie czują się w niezwykłych rolach.
Wszystko przypomina tu kreatywny sen. Scenografia sprowadza się do kilku dobrze ogrywanych domowych sprzętów, czasem też służących absurdowi. Odpowiednio oświetlane ściany dzięki kolorowym wzorom mogą zmieniać przestrzeń, a Svoboda mistrzowsko operuje perspektywą. Potrafi zamienić scenę w widownię lub ulicę nocą, w windę czy biuro. Pozwala widzom na bycie świadkami erotycznego spełnienia jednego z nieudaczników czy… samochodowej podróży innych. O oniryczności przypominają pozostający na uboczu aktorzy, zamieniani w elementy scenografii (za sprawą powtarzanego na kostiumach wzoru) – a i tak Svobodzie wierzy się bez zastrzeżeń. Tu na scenę może wjechać samochód, a aktor zjada widelec. Do dużych pomysłów tekstowych i realizacyjnych dochodzą jeszcze cudowne drobiazgi („na drugą nóżkę”), utwierdzające publiczność w przekonaniu, że oto trafiła do świata stojącego na głowie, ale dopracowanego w każdym szczególe. „Sarenki” to czysta wyobraźnia przeniesiona na scenę bez technicznych udziwnień, za to z pomysłem i bez oglądania się na teatralne mody. A o bohaterach tego przedstawienia powinni nakręcić film dokumentalny.
„Powinni o panu nakręcić film dokumentalny. O mnie już kręcą” – przekonuje każdego ze swoich nowych przyjaciół-nieudaczników cierpiący na gigantyzm mykolog. Rzeczywiście, takiego zestawienia oryginałów i dziwaków jak w „Sarenkach” próżno by szukać gdzie indziej. A najlepsze jest to, że historia Tomáša Svobody mimo nagromadzenia absurdów i niezwykłości okazuje się zadziwiająco lekka i wciągająca. Odejście od fabularnych schematów i przewidywalnych postaci to jednak nie wszystko: autor i reżyser znalazł bowiem pomysł na historię oraz jej błyskotliwe opowiedzenie.
Bohaterów jest tutaj czterech, a każdy z nich ma do przedstawienia własne, niezależne od innych, przeżycia. Z czasem ich relacje stykają się, a wtedy nagromadzenie nonsensów niemal rozrywa opowieść. Najpierw na scenie pojawia się dyrygent z ostrawskiej operetki. W wypadku stracił on powieki, a plastikowe protezy, które obecnie nosi, sprawiają mu niemały problem: głośno klapią. Nie do pozazdroszczenia jest też sytuacja mykologa – musi cały czas chodzić zgięty i mieć wzrok na wysokości jednego metra, żeby nie zrobiło mu się słabo z powodu wysokości. Dlatego zresztą mógł się zająć grzybami. Do grona nieudaczników dołączy jeszcze nieśmiały urzędnik skarbówki, który znalazł sposób na poznawanie kobiet oraz szalony wynalazca, ofiara własnych konstrukcji i pomysłów.
Autor pozwala prowadzić historię jednemu bohaterowi, doprowadza go do zwrotnego punktu i spotkania, po czym cofa się w czasie, by obejrzeć kolejne losy następnej postaci. Tylko przez unaoczniane odbiorcom retrospekcje może zaspokoić ciekawość – przecież nie posługuje się przeważnie czytelnymi stereotypami, więc nie da rady schować się za fasadą oczywistości. Wszystko musi dokładnie zaprezentować, żeby nie stracić smakowitego absurdu. Taka konstrukcja spektaklu gwarantuje odbiorcom cztery równoważne historie o jednym zakończeniu. Dołączane do głównego nurtu opowieści wzmacniają się wzajemnie. Ale każda z nich jako samodzielna relacja bardzo angażuje publiczność. Svoboda posługuje się czterema rodzajami komizmu (absurd jest tu czynnikiem nadrzędnym i spajającym całość). Historia dyrygenta zbudowana została na nonsensie i całkowitym odrealnieniu – ale klapiące powieki bohatera, chociaż utrzymane w poetyce oniryczności, na scenie zyskują bardzo konkretną realizację: wystarczą kastaniety, których aktor co pewien czas używa. Svoboda gra trochę odruchem Pawłowa: gdy dyrygent schodzi na dalszy plan, pojedyncze kliknięcia wywołują uśmiech widzów. Mykolog prezentuje ironię prostaczka: to bohater, który będzie budzić niewyjaśnioną sympatię niezależnie od rozwoju akcji. O wyborze przyszłości decyduje za niego los. Ta postać z filozoficznym spokojem przyjmuje wszystkie niespodzianki. Urzędnik skarbówki to typ satyryczny w połączeniu z karykaturą. W przerysowaniu uaktywniają się tu momentami oceny społeczne. Parodia poczucia władzy łączy się w tej sylwetce z niezaspokojonym popędem seksualnym, śmiech staje się bronią. Najkrótszy epizod wydaje się z kolei najbliższy normalności: wynalazca, który eksperymentuje na sobie (i matce) to sposób na połączenie komicznej nieprzewidywalności szaleńca z humorem sytuacyjnym. Trudno byłoby wyróżnić kogokolwiek z ekipy aktorskiej: wszyscy idealnie znajdują się w opowieści, potrafią nawet wciągnąć w grę publiczność. Są przekonujący i świetnie czują się w niezwykłych rolach.
Wszystko przypomina tu kreatywny sen. Scenografia sprowadza się do kilku dobrze ogrywanych domowych sprzętów, czasem też służących absurdowi. Odpowiednio oświetlane ściany dzięki kolorowym wzorom mogą zmieniać przestrzeń, a Svoboda mistrzowsko operuje perspektywą. Potrafi zamienić scenę w widownię lub ulicę nocą, w windę czy biuro. Pozwala widzom na bycie świadkami erotycznego spełnienia jednego z nieudaczników czy… samochodowej podróży innych. O oniryczności przypominają pozostający na uboczu aktorzy, zamieniani w elementy scenografii (za sprawą powtarzanego na kostiumach wzoru) – a i tak Svobodzie wierzy się bez zastrzeżeń. Tu na scenę może wjechać samochód, a aktor zjada widelec. Do dużych pomysłów tekstowych i realizacyjnych dochodzą jeszcze cudowne drobiazgi („na drugą nóżkę”), utwierdzające publiczność w przekonaniu, że oto trafiła do świata stojącego na głowie, ale dopracowanego w każdym szczególe. „Sarenki” to czysta wyobraźnia przeniesiona na scenę bez technicznych udziwnień, za to z pomysłem i bez oglądania się na teatralne mody. A o bohaterach tego przedstawienia powinni nakręcić film dokumentalny.
poniedziałek, 3 września 2012
Teatr Ludowy (Kraków): Hotel Babilon
Hotel Babel
Uwielbiany przez publiczność "Hotel Babilon" ma jeden bardzo mocny punkt: Aldonę Jankowską, która w monodramie wciela się w kilka rozmaitych postaci. Ma też niestety cały szereg punktów słabych, których nie mogą do końca zniwelować ani rozmieszczone tu i ówdzie w tekście drobne żarty, ani aktorskie popisy parodystki. Te mankamenty przytrafiają się na różnych poziomach opowieści i niby nie przeszkadzają w oglądaniu, a jednak co pewien czas rodzą pytanie o sens. Nadrzędna opowieść, oparta zresztą na odwiecznych składnikach fabuł wielkich dzieł, miłości i zbrodni, rozmywa się niekiedy w szeregu nieistotnych do samego końca drobiazgów. Widzowie będą przez to poznawać świadków dramatu, ale ani na moment nie zaprzyjaźnią się z nimi: mimo drobiazgowych prezentacji bohaterowie pozostaną obcy. Poza może dwiema postaciami: sprawczynią całego zajścia, Zuzanną Kolarovą i Gienią, prostą kobietą z Wielkopolski.
W spokojnym hotelu w Zakopanem padają strzały. Do górala, Jędrka Parzenicy, oddaje je łagodna Słowaczka. W teatralnym tu i teraz toczy się rozprawa przeciwko Kolarovej, a odbiorcy mogą poznać zarys wydarzeń z różnych punktów widzenia, bo znalazło się paru świadków nieszczęścia. Co prawda najwięcej wyjaśnia oskarżona, bo reszta zajęta jest analizowaniem własnych problemów i relacji, ale przecież chodzi o rozbawienie odbiorców, a tego nie da się zrobić bezustannym roztrząsaniem tragedii sercowej. Ona chce zalegalizowanego związku i miłości aż po grób, on ma nadzieję na przelotny romansik bez konsekwencji. Zresztą inni świadkowie też wikłają się w niebezpieczne związki, rozbuchana seksualnie Ukrainka (stereotyp prostytutki) wiąże się z niewielkim Francuzikiem (tchórzem, ale przynajmniej namiętnym kochankiem), a Niemka jest jakby żywcem przeniesiona z filmów porno i agresywnie uwodzi panią sędzinę. Seks, seks, seks, to temat, który masową publikę przyciągnie, a że przy okazji zamienia chwilami Hotel Babilon w Hotel Burdel(ik), to już niczyja wina. Tak więc postacie, zamiast skupić się na wątku Zuzanny, próbują raczej wytłumaczyć swoją obecność w tytułowym przybytku.
Hotel Babilon w spektaklu jest tak naprawdę Hotelem Babel, z uwagi na języki, którymi posługują się kolejni bohaterowie. Jankowska musi nieźle się nagimnastykować, żeby płynnie przechodzić z imitowania słowackiego na niemiecki, francuski, angielski czy rosyjski (do tego dochodzą też gwary, góralska i wielkopolska). Różnymi melodiami języków sugeruje aktorka tożsamość postaci, poza tym szkicowanych bardzo grubymi kreskami. Na dobrą sprawę mógłby być Hotel Babilon słuchowiskiem, bo najtrafniejsze parodie tkwią w sposobach mówienia. Kiedy Jankowska udaje zachowania bohaterów (podryw górala czy seksualne aluzje Niemki) jest prześmiewcza, ale niezbyt przekonująca za sprawą hiperboli. Nie gra postaci, raczej je przedrzeźnia, za dużo w tym przesady i chęci rozbawienia ludzi, by można było uwierzyć w kreacje i charaktery. A przecież potrafi ta aktorka zagrać subtelniej (jak w przypadku znudzonego wokalisty na zabawie).
Spektakl skorzystałby też, gdyby go odrzeć ze zbędnych multimediów. O ile jeszcze wstępna projekcja z sędziną otwierającą rozprawę da się wytłumaczyć, o tyle wszystkie późniejsze wstawki wydają się niepotrzebne. Więcej: głos sędziny z offu (momentami niekonsekwentnie wprowadzany) dałoby się usunąć bez szkody dla całości, ba, nawet z pożytkiem. Pomysłowe są gry cieni: i jako jedyne mogłyby tu zostać. Męczy natomiast agitacyjne zakończenie z parodiami języków gazet. Jasne, chodziło w multimediach o wizualne wzbogacenie spektaklu, który bez tego byłby pewnie zdaniem reżysera zbyt statyczny, a jednak zabiegi upiększające tylko sali sądowej zaszkodziły. Nie ratują też zatracanego w dłużyznach tekstowych rytmu przedstawienia.
Gdyby z "Hotelu Babilon" wyrzucić to, co schlebia masowym odbiorcom, gdyby trochę stonować charaktery ognistych postaci i przez skróty zdynamizować historię, nie byłoby się do czego przyczepiać. Aldona Jankowska poradziła sobie z niełatwym zadaniem interesująco, zabrakło jej tylko udanej i przemyślanej oprawy. Mimo to warto zobaczyć "Hotel Babilon", choćby ze względu na lingwistyczne zabawy.
Uwielbiany przez publiczność "Hotel Babilon" ma jeden bardzo mocny punkt: Aldonę Jankowską, która w monodramie wciela się w kilka rozmaitych postaci. Ma też niestety cały szereg punktów słabych, których nie mogą do końca zniwelować ani rozmieszczone tu i ówdzie w tekście drobne żarty, ani aktorskie popisy parodystki. Te mankamenty przytrafiają się na różnych poziomach opowieści i niby nie przeszkadzają w oglądaniu, a jednak co pewien czas rodzą pytanie o sens. Nadrzędna opowieść, oparta zresztą na odwiecznych składnikach fabuł wielkich dzieł, miłości i zbrodni, rozmywa się niekiedy w szeregu nieistotnych do samego końca drobiazgów. Widzowie będą przez to poznawać świadków dramatu, ale ani na moment nie zaprzyjaźnią się z nimi: mimo drobiazgowych prezentacji bohaterowie pozostaną obcy. Poza może dwiema postaciami: sprawczynią całego zajścia, Zuzanną Kolarovą i Gienią, prostą kobietą z Wielkopolski.
W spokojnym hotelu w Zakopanem padają strzały. Do górala, Jędrka Parzenicy, oddaje je łagodna Słowaczka. W teatralnym tu i teraz toczy się rozprawa przeciwko Kolarovej, a odbiorcy mogą poznać zarys wydarzeń z różnych punktów widzenia, bo znalazło się paru świadków nieszczęścia. Co prawda najwięcej wyjaśnia oskarżona, bo reszta zajęta jest analizowaniem własnych problemów i relacji, ale przecież chodzi o rozbawienie odbiorców, a tego nie da się zrobić bezustannym roztrząsaniem tragedii sercowej. Ona chce zalegalizowanego związku i miłości aż po grób, on ma nadzieję na przelotny romansik bez konsekwencji. Zresztą inni świadkowie też wikłają się w niebezpieczne związki, rozbuchana seksualnie Ukrainka (stereotyp prostytutki) wiąże się z niewielkim Francuzikiem (tchórzem, ale przynajmniej namiętnym kochankiem), a Niemka jest jakby żywcem przeniesiona z filmów porno i agresywnie uwodzi panią sędzinę. Seks, seks, seks, to temat, który masową publikę przyciągnie, a że przy okazji zamienia chwilami Hotel Babilon w Hotel Burdel(ik), to już niczyja wina. Tak więc postacie, zamiast skupić się na wątku Zuzanny, próbują raczej wytłumaczyć swoją obecność w tytułowym przybytku.
Hotel Babilon w spektaklu jest tak naprawdę Hotelem Babel, z uwagi na języki, którymi posługują się kolejni bohaterowie. Jankowska musi nieźle się nagimnastykować, żeby płynnie przechodzić z imitowania słowackiego na niemiecki, francuski, angielski czy rosyjski (do tego dochodzą też gwary, góralska i wielkopolska). Różnymi melodiami języków sugeruje aktorka tożsamość postaci, poza tym szkicowanych bardzo grubymi kreskami. Na dobrą sprawę mógłby być Hotel Babilon słuchowiskiem, bo najtrafniejsze parodie tkwią w sposobach mówienia. Kiedy Jankowska udaje zachowania bohaterów (podryw górala czy seksualne aluzje Niemki) jest prześmiewcza, ale niezbyt przekonująca za sprawą hiperboli. Nie gra postaci, raczej je przedrzeźnia, za dużo w tym przesady i chęci rozbawienia ludzi, by można było uwierzyć w kreacje i charaktery. A przecież potrafi ta aktorka zagrać subtelniej (jak w przypadku znudzonego wokalisty na zabawie).
Spektakl skorzystałby też, gdyby go odrzeć ze zbędnych multimediów. O ile jeszcze wstępna projekcja z sędziną otwierającą rozprawę da się wytłumaczyć, o tyle wszystkie późniejsze wstawki wydają się niepotrzebne. Więcej: głos sędziny z offu (momentami niekonsekwentnie wprowadzany) dałoby się usunąć bez szkody dla całości, ba, nawet z pożytkiem. Pomysłowe są gry cieni: i jako jedyne mogłyby tu zostać. Męczy natomiast agitacyjne zakończenie z parodiami języków gazet. Jasne, chodziło w multimediach o wizualne wzbogacenie spektaklu, który bez tego byłby pewnie zdaniem reżysera zbyt statyczny, a jednak zabiegi upiększające tylko sali sądowej zaszkodziły. Nie ratują też zatracanego w dłużyznach tekstowych rytmu przedstawienia.
Gdyby z "Hotelu Babilon" wyrzucić to, co schlebia masowym odbiorcom, gdyby trochę stonować charaktery ognistych postaci i przez skróty zdynamizować historię, nie byłoby się do czego przyczepiać. Aldona Jankowska poradziła sobie z niełatwym zadaniem interesująco, zabrakło jej tylko udanej i przemyślanej oprawy. Mimo to warto zobaczyć "Hotel Babilon", choćby ze względu na lingwistyczne zabawy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






