Zysk i S-ka, Poznań 2014.
Pomoc
To poradnik, który właściwie krzyczy do odbiorców, angażuje ich siły i nie pozwala odejść od kolejnych ćwiczeń. W tomie „Uwolnić się z depresji” duży format jest starannie przemyślanym rozwiązaniem. Sugeruje nie tylko kompleksowe podejście do tematu, ale też swoisty rytm porad. Ten tom staje się nakazem, impulsem do działania – i nie da się od niego uciec. Dla osób, które są świadome swojego stanu i chciałyby go zmienić, a także dla bliskich cierpiących na depresję będzie to książka ważna.
Jesse H. Wright i Laura W. McCray, ojciec i córka, próbują w jednym miejscu zgromadzić różne metody radzenia sobie z objawami depresji i pokazać czytelnikom, jak najlepiej dobrać skuteczną terapię. Nie przekreślają żadnych dróg – angażują do leczenia farmakologię, psychologię a także wiarę. Szukają różnych sposobów na wyjście z kryzysu i są przekonani, że chory może przezwyciężyć swój stan dzięki regularnym ćwiczeniom ciała i duszy. Każdej metodzie przyglądają się dokładnie – w przypadku leków analizują ewentualne skutki uboczne, w terapii behawioralnej wyznaczają zadania i zbijają argumenty przeciwko wszelkiej aktywności. Każda część tomu poświęcona jest innej formie walki z depresją. Znajdzie się tu temat relacji z bliskimi, a i modny ostatnio temat „uważności”. Wszystko, by udowodnić odbiorcom, że z depresją da się walczyć na wiele różnych sposobów i że często najlepiej jest skomponować własną ozdrowieńczą drogę. Autorzy wiedzą, że każdy przypadek depresji będzie inny – stąd ogromne pole poszukiwań najwłaściwszych rozwiązań.
„Uwolnić się z depresji” przynosi kilka przykładów choroby. Kilku bohaterów w typowych życiowych sytuacjach traci kontrolę nad własną psychiką i podejmuje leczenie, wspomagane proponowanymi w książce ćwiczeniami. To szansa na zrozumienie istoty choroby dla odbiorców, ale także silny doping i przy okazji lekcja ćwiczeń zamieszczanych w całej publikacji bardzo hojnie. W tomie roi się od rozmaitych tabelek do wypełniania, miejsca na zapiski i monitorowanie swojego stanu, elementów motywacyjnych oraz podpowiedzi pomocnych w komentowaniu osobistych doświadczeń. Przykłady nie pozostawiają wątpliwości co do kierunku zadań – ta książka wprawdzie nie zastąpi diagnoz profesjonalistów, ale ułatwi komunikację chorych z nimi i być może doprowadzi do modyfikowania standardowych metod leczenia.
Autorzy bardzo często odwołują się w tomie do typowych wymówek i sformułowań stosowanych przez ludzi z depresją. Pokazują, do czego prowadzą ich sądy i jak spróbować je zmienić. Wobec ich argumentów trudniej będzie rezygnować z pomocy. „Uwolnić się z depresji” wymaga jednak sporego wysiłku: mimo licznych streszczeń, podsumowań i porad w pigułce, lektura nie będzie przebiegała błyskawicznie. O to chyba zresztą chodzi – żeby zatrzymać odbiorców przy książce i przekonać ich do poświęcenia czasu i energii na pracę nad sobą. Taki chwyt sprawia, że trudniej rezygnować z decyzji o pokonywaniu choroby. Wright i McCray nie chcą tworzyć kioskowego poradnika do czytania w autobusie – swoją książkę kierują do odbiorców zdecydowanych na podjęcie leczenia i świadomych własnego stanu – a ci będą wdzięczni z tak rzetelnego potraktowania tematu leczenia depresji. „Uwolnić się z depresji” to podręcznik dla chorych i ich rodzin – choroba cywilizacyjna spotykana coraz częściej została tu dokładnie opisana, a zaproponowane metody leczenia przydadzą się czytelnikom, podobnie jak zestawy ćwiczeń do wykonania.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 10 listopada 2014
niedziela, 9 listopada 2014
James Bowen: Świat według Boba. Dalsze przygody ulicznego kota i jego człowieka
WNK, Warszawa 2014.
Kot gazeciarz
Ta historia poruszyła ludzi. Zwykły uliczny muzyk, wychodzący z nałogu narkoman, zaopiekował się chorym bezdomnym kotem. Gdy zwierzę wydobrzało, James chciał zwrócić mu wolność, zachęcał wręcz do wybrania własnej drogi. Jednak kot Bob dokonał wyboru już wcześniej: zdecydował się dzielić na poły koczownicze życie Jamesa i towarzyszyć mu nawet w pracy. Szybko stał się ulubieńcem przechodniów, a w końcu i bohaterem książki. „Świat według Boba” to druga część opowieści Jamesa Bowena o jego niezwykłym przyjacielu.
Niemal każdy właściciel kota czy psa, zwykły człowiek, który decyduje się na napisanie książki o swoim czworonogu, popada w bezbrzeżny zachwyt i rozwodzi się nad urokami pupila. Bowen zachowuje się inaczej: on prezentuje rodzaj szorstkiej przyjaźni, jaka połączyła niezbyt skłonnego do wzruszeń i wylewności gościa z kotem mającym silny charakter. Facet z pokiereszowaną przeszłością nie będzie opowiadać o kocie babcinym tonem – nawet jeśli kot stanie się dla niego całym światem. Dzięki temu „Świat według Boba” ma szansę powtórzyć sukces pierwszej części („Kot Bob i ja”). Bowen nie musi już przedstawiać swoich początków zaprzyjaźniania się z kotem-outsiderem. Teraz Bob jest gwiazdą większą niż jego właściciel: od przechodniów dostaje kolejne prezenty, budzi sympatię i ciekawość.
A James Bowen walczy z biedą. Pracuje jako gazeciarz (kot pomaga mu w przyciągnięciu klientów), musi uczyć się rozsądnego gospodarowania pieniędzmi i podejmowania biznesowych decyzji. Ma w końcu dla kogo się starać: Bob jest jak dziecko, o które trzeba wciąż się troszczyć. Na ulicy nie brakuje zresztą ludzi, którzy chętnie zabraliby kota, uznając, że zapewnią mu znacznie lepsze warunki, oskarżając Bowena o znęcanie się nad zwierzęciem, lub po prostu dokuczających z czystej zawiści. James Bowen uczy się, jak zapewniać swojemu kociemu przyjacielowi bezpieczeństwo. Ale kot Bob bez przerwy zaskakuje – swoją mądrością, reakcjami i pomysłami, z których wiele w tej książce się znalazło. W końcu Bowen dochodzi do tematu spisania własnych przeżyć.
„Świat według Boba” jest jak pamiętnik z życia, a momentami jak spowiedź. Autor bez popadania w patetyczne tony rozprawia się z własną niechlubną przeszłością, nie upiększa trudnej codzienności, ale też stara się zachować honor w każdej sytuacji. Walczy o siebie – dla Boba, który go wybrał. Wszystko relacjonuje (ghostem jest Garry Jenkins) dość surowo, bez tkliwości. Czytelnikom zresztą za dowód miłości do kota wystarczą ciekawe obserwacje czy reakcje. Po tych książkach kota w szaliczku pokochają wszyscy. Zwłaszcza że o swojej miłości do niego opowiada człowiek wolny od sentymentów.
Praca na ulicy, narkotykowa przeszłość i kot, który daje możliwość przejścia do lepszego życia. Bowen wygrywa szczerością – ale właściwy odbiór tomu zapewnia dopiero piękne porozumienie kota i człowieka. Bowen pokazuje, jak odczytywać sygnały wysyłane przez zwierzę, tłumaczy zachowania Boba i czyni z niego dodatkowego, dosyć sarkastycznego komentatora trudnej codzienności. Nie ogląda się na literackie potrzeby, chce po prostu opowiedzieć ludziom o najbardziej niezwykłym życiowym doświadczeniu, jakie stało się jego udziałem. „Świat według Boba” to historia urzekająca dzięki przedziwnemu połączeniu dróg kota samotnika i człowieka opuszczonego przez wszystkich. A że Bowen nie użala się nad sobą i uczy wyczulenia na potrzeby Boba – tym przyjemniejsza to lektura. Kot z charakterem to najlepszy sposób na poprawę nastroju. „Świat według Boba” sprawdza się nie tylko jako kontynuacja bestsellerowej opowieści, ale też jako samodzielna historia z ważnym przesłaniem.
Kot gazeciarz
Ta historia poruszyła ludzi. Zwykły uliczny muzyk, wychodzący z nałogu narkoman, zaopiekował się chorym bezdomnym kotem. Gdy zwierzę wydobrzało, James chciał zwrócić mu wolność, zachęcał wręcz do wybrania własnej drogi. Jednak kot Bob dokonał wyboru już wcześniej: zdecydował się dzielić na poły koczownicze życie Jamesa i towarzyszyć mu nawet w pracy. Szybko stał się ulubieńcem przechodniów, a w końcu i bohaterem książki. „Świat według Boba” to druga część opowieści Jamesa Bowena o jego niezwykłym przyjacielu.
Niemal każdy właściciel kota czy psa, zwykły człowiek, który decyduje się na napisanie książki o swoim czworonogu, popada w bezbrzeżny zachwyt i rozwodzi się nad urokami pupila. Bowen zachowuje się inaczej: on prezentuje rodzaj szorstkiej przyjaźni, jaka połączyła niezbyt skłonnego do wzruszeń i wylewności gościa z kotem mającym silny charakter. Facet z pokiereszowaną przeszłością nie będzie opowiadać o kocie babcinym tonem – nawet jeśli kot stanie się dla niego całym światem. Dzięki temu „Świat według Boba” ma szansę powtórzyć sukces pierwszej części („Kot Bob i ja”). Bowen nie musi już przedstawiać swoich początków zaprzyjaźniania się z kotem-outsiderem. Teraz Bob jest gwiazdą większą niż jego właściciel: od przechodniów dostaje kolejne prezenty, budzi sympatię i ciekawość.
A James Bowen walczy z biedą. Pracuje jako gazeciarz (kot pomaga mu w przyciągnięciu klientów), musi uczyć się rozsądnego gospodarowania pieniędzmi i podejmowania biznesowych decyzji. Ma w końcu dla kogo się starać: Bob jest jak dziecko, o które trzeba wciąż się troszczyć. Na ulicy nie brakuje zresztą ludzi, którzy chętnie zabraliby kota, uznając, że zapewnią mu znacznie lepsze warunki, oskarżając Bowena o znęcanie się nad zwierzęciem, lub po prostu dokuczających z czystej zawiści. James Bowen uczy się, jak zapewniać swojemu kociemu przyjacielowi bezpieczeństwo. Ale kot Bob bez przerwy zaskakuje – swoją mądrością, reakcjami i pomysłami, z których wiele w tej książce się znalazło. W końcu Bowen dochodzi do tematu spisania własnych przeżyć.
„Świat według Boba” jest jak pamiętnik z życia, a momentami jak spowiedź. Autor bez popadania w patetyczne tony rozprawia się z własną niechlubną przeszłością, nie upiększa trudnej codzienności, ale też stara się zachować honor w każdej sytuacji. Walczy o siebie – dla Boba, który go wybrał. Wszystko relacjonuje (ghostem jest Garry Jenkins) dość surowo, bez tkliwości. Czytelnikom zresztą za dowód miłości do kota wystarczą ciekawe obserwacje czy reakcje. Po tych książkach kota w szaliczku pokochają wszyscy. Zwłaszcza że o swojej miłości do niego opowiada człowiek wolny od sentymentów.
Praca na ulicy, narkotykowa przeszłość i kot, który daje możliwość przejścia do lepszego życia. Bowen wygrywa szczerością – ale właściwy odbiór tomu zapewnia dopiero piękne porozumienie kota i człowieka. Bowen pokazuje, jak odczytywać sygnały wysyłane przez zwierzę, tłumaczy zachowania Boba i czyni z niego dodatkowego, dosyć sarkastycznego komentatora trudnej codzienności. Nie ogląda się na literackie potrzeby, chce po prostu opowiedzieć ludziom o najbardziej niezwykłym życiowym doświadczeniu, jakie stało się jego udziałem. „Świat według Boba” to historia urzekająca dzięki przedziwnemu połączeniu dróg kota samotnika i człowieka opuszczonego przez wszystkich. A że Bowen nie użala się nad sobą i uczy wyczulenia na potrzeby Boba – tym przyjemniejsza to lektura. Kot z charakterem to najlepszy sposób na poprawę nastroju. „Świat według Boba” sprawdza się nie tylko jako kontynuacja bestsellerowej opowieści, ale też jako samodzielna historia z ważnym przesłaniem.
Antoni Huczyński: Dziarski dziadek. Mój sposób na długowieczność
Agora, Warszawa 2014.
Szczęśliwe życie
Internet kreuje swoje gwiazdy, jedną z nich jest Antoni Huczyński, „dziarski dziadek”. 92-latek znany jest z propagowania zdrowego trybu życia. Zwraca uwagę na skład posiłków, codziennie gimnastykuje się w Lesie Kabackim i przyznaje się także do snów erotycznych. W tomie „Mój sposób na długowieczność” zachęca innych do aktywności. Zawsze szeroko uśmiechnięty i pełen energii ma motywować do działania wszystkich, bez względu na wiek. Z pomocą wnuka nagrywa filmiki z ćwiczeniami na YouTube i pokazuje, jak ważne jest zadowolenie z siebie.
„Mój sposób na długowieczność” to dowód na twierdzenie, że każdy może napisać jedną książkę na podstawie własnych przeżyć. Huczyński podkreśla, że ważny jest dla niego patriotyzm. Pierwszą część tomu poświęca na własne wspomnienia – dość szybko rozprawia się z latami dzieciństwa, za to długo opowiada o doświadczeniach wojennych. Przedstawia kolejne scenki z czasu wojny, potem bardzo skraca relację: na kilku stronach zamyka całe powojenne życie. W końcu tom „Mój sposób na długowieczność” nie ma być typowym pamiętnikiem, a receptą na szczęście w każdym wieku.
Antoni Huczyński kieruje się przede wszystkim do seniorów. Przekonuje kolejno do trenowania umysłu, do krioterapii, uprawiania sportu i stosowania przemyślanej diety. Za każdym razem odwołuje się do własnych doświadczeń – ale też podpowiada odbiorcom najlepsze rozwiązania. Systematyzuje wskazówki, wylicza, co zrobić, by zachować zdrowie, jak ćwiczyć pamięć i wypracować samoakceptację. Przy sportach proponuje cały szereg ćwiczeń, które wykonywać powinien każdy – zwłaszcza że autor takie właśnie elementy codziennych treningów sam testuje. W przypadku zdrowych posiłków Huczyński podpowiada menu. Poza częścią pamiętnikową rytm tomu jest podobny: autor najpierw, służąc własnym przykładem, przekonuje do zmiany nastawienia oraz trybu życia, potem rzuca kilka ogólników na temat dobroczynnego wpływu zmian na organizm, by następnie przejść do skrupulatnych wyliczeń – porad dla zainteresowanych. Tom jest też bogato ilustrowany: na wielu zdjęciach Huczyński przedstawia prawidłowo wykonywane ćwiczenia (zawsze w eleganckiej koszuli i jasnych sztruksach, choć raczej nie jest to najwygodniejszy strój do uprawiania sportu). Zwraca się wciąż do swoich czytelników, przedstawiając ćwiczenia, sięga po pierwszoosobowe czasowniki. Stale podkreśla, że sprawdził na własnej skórze to, co teraz poleca odbiorcom. Występuje zatem w roli autorytetu. Zwłaszcza aktywnych seniorów przekona do eksperymentowania, zadziała lepiej niż lekarz.
Na końcu każdego rozdziału znajdują się dodatkowe komentarze ekspertów – na wypadek, gdyby Huczyński nie wystarczył jako dowód na zasadność konkretnych działań prozdrowotnych. Jeśli ktoś zechce od razu po lekturze wprowadzić w życie zmiany, również zyska tu fachową pomoc. Huczyński pisze prosto, a lekturę ułatwia jeszcze opracowanie graficzne, dość duży druk i zróżnicowane kolory tła. Podpowiedzi co do ćwiczeń są wytłuszczone. „Mój sposób na długowieczność” to książka, która ma wytrącić argumenty gnuśniejącym emerytom. Po takiej lekturze wymigiwanie się od obowiązkowych ćwiczeń traci rację bytu. Huczyński pokazuje, że nie warto narzekać, trzeba za to zatroszczyć się o własne zdrowie. A to osiągnie się dzięki regularności, konsekwencji i optymistycznemu podejściu do życia.
Szczęśliwe życie
Internet kreuje swoje gwiazdy, jedną z nich jest Antoni Huczyński, „dziarski dziadek”. 92-latek znany jest z propagowania zdrowego trybu życia. Zwraca uwagę na skład posiłków, codziennie gimnastykuje się w Lesie Kabackim i przyznaje się także do snów erotycznych. W tomie „Mój sposób na długowieczność” zachęca innych do aktywności. Zawsze szeroko uśmiechnięty i pełen energii ma motywować do działania wszystkich, bez względu na wiek. Z pomocą wnuka nagrywa filmiki z ćwiczeniami na YouTube i pokazuje, jak ważne jest zadowolenie z siebie.
„Mój sposób na długowieczność” to dowód na twierdzenie, że każdy może napisać jedną książkę na podstawie własnych przeżyć. Huczyński podkreśla, że ważny jest dla niego patriotyzm. Pierwszą część tomu poświęca na własne wspomnienia – dość szybko rozprawia się z latami dzieciństwa, za to długo opowiada o doświadczeniach wojennych. Przedstawia kolejne scenki z czasu wojny, potem bardzo skraca relację: na kilku stronach zamyka całe powojenne życie. W końcu tom „Mój sposób na długowieczność” nie ma być typowym pamiętnikiem, a receptą na szczęście w każdym wieku.
Antoni Huczyński kieruje się przede wszystkim do seniorów. Przekonuje kolejno do trenowania umysłu, do krioterapii, uprawiania sportu i stosowania przemyślanej diety. Za każdym razem odwołuje się do własnych doświadczeń – ale też podpowiada odbiorcom najlepsze rozwiązania. Systematyzuje wskazówki, wylicza, co zrobić, by zachować zdrowie, jak ćwiczyć pamięć i wypracować samoakceptację. Przy sportach proponuje cały szereg ćwiczeń, które wykonywać powinien każdy – zwłaszcza że autor takie właśnie elementy codziennych treningów sam testuje. W przypadku zdrowych posiłków Huczyński podpowiada menu. Poza częścią pamiętnikową rytm tomu jest podobny: autor najpierw, służąc własnym przykładem, przekonuje do zmiany nastawienia oraz trybu życia, potem rzuca kilka ogólników na temat dobroczynnego wpływu zmian na organizm, by następnie przejść do skrupulatnych wyliczeń – porad dla zainteresowanych. Tom jest też bogato ilustrowany: na wielu zdjęciach Huczyński przedstawia prawidłowo wykonywane ćwiczenia (zawsze w eleganckiej koszuli i jasnych sztruksach, choć raczej nie jest to najwygodniejszy strój do uprawiania sportu). Zwraca się wciąż do swoich czytelników, przedstawiając ćwiczenia, sięga po pierwszoosobowe czasowniki. Stale podkreśla, że sprawdził na własnej skórze to, co teraz poleca odbiorcom. Występuje zatem w roli autorytetu. Zwłaszcza aktywnych seniorów przekona do eksperymentowania, zadziała lepiej niż lekarz.
Na końcu każdego rozdziału znajdują się dodatkowe komentarze ekspertów – na wypadek, gdyby Huczyński nie wystarczył jako dowód na zasadność konkretnych działań prozdrowotnych. Jeśli ktoś zechce od razu po lekturze wprowadzić w życie zmiany, również zyska tu fachową pomoc. Huczyński pisze prosto, a lekturę ułatwia jeszcze opracowanie graficzne, dość duży druk i zróżnicowane kolory tła. Podpowiedzi co do ćwiczeń są wytłuszczone. „Mój sposób na długowieczność” to książka, która ma wytrącić argumenty gnuśniejącym emerytom. Po takiej lekturze wymigiwanie się od obowiązkowych ćwiczeń traci rację bytu. Huczyński pokazuje, że nie warto narzekać, trzeba za to zatroszczyć się o własne zdrowie. A to osiągnie się dzięki regularności, konsekwencji i optymistycznemu podejściu do życia.
sobota, 8 listopada 2014
Anita Głowińska: Kicia Kocia w kosmosie
Media Rodzina, Poznań 2014.
Gwiezdna podróż
Bez obaw, Anita Głowińska nie ucieka od realizmu, do którego przyzwyczaiła małych odbiorców (chociaż to i tak realizm bajkowy, skoro bohaterką cyklu edukacyjno-wychowawczego jest mała kicia). „Kicia Kocia w kosmosie” nie zapowiada ekstremalnej podróży, a temat, do którego zainspirować może obserwowanie rozgwieżdżonego nieba.
Kicia Kocia siedzi z rodzicami na tarasie i podziwia księżyc. Zadaje rodzicom kolejne pytania związane z podbojami kosmosu, a ci cierpliwie i prosto odpowiadają bohaterce. Głowińska wykazuje się tu po raz kolejny znajomością dziecięcych zachowań – wie, że dla odbiorców ciekawe będzie także to, czy kupa latałaby po całej rakiecie. Pytanie, które zadaje bohaterka, zdradza czysto dziecięcą ciekawość, a przy okazji staje się powodem rozbawienia maluchów. A Kicia Kocia dowiaduje się znacznie więcej: czego nie ma w księżycowym krajobrazie, jak wygląda kosmiczny skafander i jak działa przyciąganie ziemskie. To tematy, które dość szybko zainteresują każde dziecko. Głowińska przy ich objaśnianiu posługuje się rysunkami i charakterystycznymi dla siebie wyliczeniami. Wie, jak zaspokoić ciekawość dzieci, a jednocześnie nie przytłoczyć ich zbyt trudnymi wiadomościami. Przygotowuje do dalszego szukania informacji o kosmosie, a na razie – zapewni ciekawe sny. Bo przecież Kicia Kocia po bogatej w fakty rozmowie z rodzicami daje upust własnej wyobraźni i we śnie bawi się z księżycowymi ludkami.
Na przykładzie tomiku „Kicia Kocia w kosmosie” widać, jak rozwija się twórczo Anita Głowińska. Jest w swoich bajkach coraz bardziej swobodna, wie, że nie musi kurczowo trzymać się pouczeń i danych, może też pozwolić sobie na rozrywkę. I tu popisuje się humorem: rodzice znają przyciąganie Kiciowe, a mała bohaterka do łóżka może się udać w rakiecie z ramion taty. Ten subtelny dowcip sugeruje dom pełen miłości – dlatego też u Kici Koci zawsze chce się przebywać. Głowińska zresztą robi wszystko, żeby lektura nie dłużyła się ani dzieciom, ani dorosłym. Temat kosmosu jest strzałem w dziesiątkę – przy jego pomocy autorka zainteresuje serią również chłopców, udowodni im, że przygody słodkiej kotki nadają się dla wszystkich dzieci. Warto też podkreślić, że tak dobrany temat wyklucza właściwie przewidywalność: tym razem po tytule nie sposób odgadnąć przebiegu miniakcji, co więcej, Głowińska intryguje dzieci i sugeruje im ciekawą niespodziankę.
Przy Kici Koci warstwa graficzna to coś, co wywołuje nieustannie zachwyty. Autorka rezygnuje z komputerowych sztuczek i trójwymiarów, celowo zaznacza „nierówno” kontury postaci – tu niemal widać fakturę farby. Obrazki stają się dzięki temu bardziej intrygujące, naiwne, a przy tym bardzo ładne dla dzieci i dla dorosłych. Kicia Kocia – mała bohaterka z wielkimi oczami i najczęściej uśmiechniętym pyszczkiem – przebywa w otoczeniu sympatycznych i starannie przedstawianych drobiazgów. Książeczka obrazkowo-edukacyjna w wykonaniu Anity Głowińskiej to także plastyczny popis, z którego i dorośli będą zadowoleni. W „Kici Koci w kosmosie” dominują kolory „wieczorne”, ale mocno nasycone. Barwy tutaj przyciągają wzrok najmłodszych, są jednocześnie wyróżnikiem poszczególnych historyjek i łącznikiem całej serii.
„Kicia Kocia w kosmosie” to ciepła i ciekawa opowiastka, która nadaje się na wieczorną lekturę albo na odpowiedź na rozmaite pytania najmłodszych. Kicia Kocia, ciekawa świata bohaterka, chce się dowiedzieć wszystkiego, ale w bardzo rozsądnych proporcjach, tak, by nadmiar wiadomości nie zniechęcił najmłodszych do śledzenia jej przygód.
Gwiezdna podróż
Bez obaw, Anita Głowińska nie ucieka od realizmu, do którego przyzwyczaiła małych odbiorców (chociaż to i tak realizm bajkowy, skoro bohaterką cyklu edukacyjno-wychowawczego jest mała kicia). „Kicia Kocia w kosmosie” nie zapowiada ekstremalnej podróży, a temat, do którego zainspirować może obserwowanie rozgwieżdżonego nieba.
Kicia Kocia siedzi z rodzicami na tarasie i podziwia księżyc. Zadaje rodzicom kolejne pytania związane z podbojami kosmosu, a ci cierpliwie i prosto odpowiadają bohaterce. Głowińska wykazuje się tu po raz kolejny znajomością dziecięcych zachowań – wie, że dla odbiorców ciekawe będzie także to, czy kupa latałaby po całej rakiecie. Pytanie, które zadaje bohaterka, zdradza czysto dziecięcą ciekawość, a przy okazji staje się powodem rozbawienia maluchów. A Kicia Kocia dowiaduje się znacznie więcej: czego nie ma w księżycowym krajobrazie, jak wygląda kosmiczny skafander i jak działa przyciąganie ziemskie. To tematy, które dość szybko zainteresują każde dziecko. Głowińska przy ich objaśnianiu posługuje się rysunkami i charakterystycznymi dla siebie wyliczeniami. Wie, jak zaspokoić ciekawość dzieci, a jednocześnie nie przytłoczyć ich zbyt trudnymi wiadomościami. Przygotowuje do dalszego szukania informacji o kosmosie, a na razie – zapewni ciekawe sny. Bo przecież Kicia Kocia po bogatej w fakty rozmowie z rodzicami daje upust własnej wyobraźni i we śnie bawi się z księżycowymi ludkami.
Na przykładzie tomiku „Kicia Kocia w kosmosie” widać, jak rozwija się twórczo Anita Głowińska. Jest w swoich bajkach coraz bardziej swobodna, wie, że nie musi kurczowo trzymać się pouczeń i danych, może też pozwolić sobie na rozrywkę. I tu popisuje się humorem: rodzice znają przyciąganie Kiciowe, a mała bohaterka do łóżka może się udać w rakiecie z ramion taty. Ten subtelny dowcip sugeruje dom pełen miłości – dlatego też u Kici Koci zawsze chce się przebywać. Głowińska zresztą robi wszystko, żeby lektura nie dłużyła się ani dzieciom, ani dorosłym. Temat kosmosu jest strzałem w dziesiątkę – przy jego pomocy autorka zainteresuje serią również chłopców, udowodni im, że przygody słodkiej kotki nadają się dla wszystkich dzieci. Warto też podkreślić, że tak dobrany temat wyklucza właściwie przewidywalność: tym razem po tytule nie sposób odgadnąć przebiegu miniakcji, co więcej, Głowińska intryguje dzieci i sugeruje im ciekawą niespodziankę.
Przy Kici Koci warstwa graficzna to coś, co wywołuje nieustannie zachwyty. Autorka rezygnuje z komputerowych sztuczek i trójwymiarów, celowo zaznacza „nierówno” kontury postaci – tu niemal widać fakturę farby. Obrazki stają się dzięki temu bardziej intrygujące, naiwne, a przy tym bardzo ładne dla dzieci i dla dorosłych. Kicia Kocia – mała bohaterka z wielkimi oczami i najczęściej uśmiechniętym pyszczkiem – przebywa w otoczeniu sympatycznych i starannie przedstawianych drobiazgów. Książeczka obrazkowo-edukacyjna w wykonaniu Anity Głowińskiej to także plastyczny popis, z którego i dorośli będą zadowoleni. W „Kici Koci w kosmosie” dominują kolory „wieczorne”, ale mocno nasycone. Barwy tutaj przyciągają wzrok najmłodszych, są jednocześnie wyróżnikiem poszczególnych historyjek i łącznikiem całej serii.
„Kicia Kocia w kosmosie” to ciepła i ciekawa opowiastka, która nadaje się na wieczorną lekturę albo na odpowiedź na rozmaite pytania najmłodszych. Kicia Kocia, ciekawa świata bohaterka, chce się dowiedzieć wszystkiego, ale w bardzo rozsądnych proporcjach, tak, by nadmiar wiadomości nie zniechęcił najmłodszych do śledzenia jej przygód.
Zofia Stanecka: Wielka księga Basi i Franka
Egmont, Warszawa 2014.
Nauka Dobrze mieć rodzeństwo. Basia świetnie o tym wie. Chociaż mały Franek czasami (zwłaszcza w książeczkach obrazkowych) denerwuje bohaterkę, ogólnie da się lubić. A już w „Wielkiej księdze Basi i Franka” dzieci działają zgodnie, poznając otoczenie. „Wielka księga Basi i Franka” to seria prostych obrazkowych opowiadań dla najmłodszych. Tekstu jest tu dużo mniej niż w zwykłych „Basiach”, a tematy należą do mniej skomplikowanych – wszystko po to, by zainteresować najmłodszych doświadczeniami miłego rodzeństwa. Starszy brat się tu nie pojawia, Zofia Stanecka nakreśla relację między Basią i Frankiem. Koncentruje się na uczeniu odbiorców prostych rzeczy: wymienia nazwy pojazdów, liczb, części garderoby, kolorów itp. Często opowiadania kończą się zadaniem dla odbiorców – dzięki temu rodzice łatwo skontrolują postępy dzieci.
Franek uwielbia swoją starszą siostrę. Chce zawsze spędzać z nią czas i jest smutny, kiedy Basi nie ma w pobliżu. Przy niej może przećwiczyć samodzielne ubieranie się, sztukę siusiania na stojąco (to Basia wymyśla, by podstawić dla małego Franka taboret przy sedesie). Uczy się rozpoznawać kształty, ale przede wszystkim spędza czas na zabawie. Basia ma sporo pomysłów i już całkiem dużo wie. Przy historyjkach z Frankiem Basia jawi się jako doświadczona przewodniczka. Staje się starszą siostrą również dla małych odbiorców. A że wcześniej dała się poznać jako wspaniała towarzyszka zabaw przedszkolaków, każdy maluch będzie chciał posłuchać o jej przygodach. Basia zajmuje się małym Frankiem, a to znacznie ciekawsze niż spędzanie czasu z rodzicami.
Jako starsza siostra Basia właściwie nie popełnia błędów. Kiedy uwaga odbiorców ma się skupiać na jej młodszym bracie, dziewczynka usuwa się w cień. Funkcjonuje jako punkt odniesienia dla dziecka, ale sama przestaje psocić. Ma być wsparciem i pociechą, nie może zatem pozwolić sobie na nieracjonalne zachowania wobec chronionego tym razem Franka. Najważniejsze, by Basia była przy Franku – mały bohater potrzebuje wspólnych zabaw, a przede wszystkim obecności. „Wielka księga Basi i Franka” udowadnia to z każdą stroną.
Zofia Stanecka posługuje się tu prostymi zdaniami opisującymi zachowania dzieci. Wprowadza też do historyjek bezpośrednie wypowiedzi (zwłaszcza Basia za każdym razem nawiązuje kontakt z bratem, przez propozycje „rozmów”). Odbiorcy widzą dzięki temu, jak zachowywać się w relacjach z rodzeństwem i dlaczego obecność innych dzieci jest tak ważna. Stanecka kolejne opowiadania buduje w oparciu o wyliczenia zajęć lub czynności dzieci, nie wymyśla specjalnych fabuł. Zawsze dba natomiast o to, by w małych scenkach coś się działo: wprowadza cały szereg emocji czy rozmaitych zajęć. W tym ostatnim bardzo pomaga jej Marianna Oklejak, ilustratorka: o części zabaw Basi (jak i o części zabawnych błędów Franka) Stanecka nie mówi wprost, dopiero rysunki wyjaśniają do końca znaczenie słów.
„Wielka księga Basi i Franka” to zestaw edukacyjnych opowiadań obrazkowych dla najmłodszych dzieci. Sprawdzi się ta książka jako lektura przed snem, ale również jako duża pomoc w rozwijaniu umiejętności dzieci. Mały Franek – podobnie jak Basia w innej serii – poznaje otoczenie. Na razie nie sytuacje i stresujące chwile, ale te elementy rzeczywistości, które są niezbędne do komunikowania się ze światem. Z Frankiem mali odbiorcy dowiedzą się dużo podczas zwyczajnego słuchania bajki. „Wielka księga Basi i Franka” przyda się rodzicom – ale może również starsze rodzeństwo zechce podzielić się z maluchami ulubioną postacią i zacznie czytać braciom lub siostrom?
Nauka Dobrze mieć rodzeństwo. Basia świetnie o tym wie. Chociaż mały Franek czasami (zwłaszcza w książeczkach obrazkowych) denerwuje bohaterkę, ogólnie da się lubić. A już w „Wielkiej księdze Basi i Franka” dzieci działają zgodnie, poznając otoczenie. „Wielka księga Basi i Franka” to seria prostych obrazkowych opowiadań dla najmłodszych. Tekstu jest tu dużo mniej niż w zwykłych „Basiach”, a tematy należą do mniej skomplikowanych – wszystko po to, by zainteresować najmłodszych doświadczeniami miłego rodzeństwa. Starszy brat się tu nie pojawia, Zofia Stanecka nakreśla relację między Basią i Frankiem. Koncentruje się na uczeniu odbiorców prostych rzeczy: wymienia nazwy pojazdów, liczb, części garderoby, kolorów itp. Często opowiadania kończą się zadaniem dla odbiorców – dzięki temu rodzice łatwo skontrolują postępy dzieci.
Franek uwielbia swoją starszą siostrę. Chce zawsze spędzać z nią czas i jest smutny, kiedy Basi nie ma w pobliżu. Przy niej może przećwiczyć samodzielne ubieranie się, sztukę siusiania na stojąco (to Basia wymyśla, by podstawić dla małego Franka taboret przy sedesie). Uczy się rozpoznawać kształty, ale przede wszystkim spędza czas na zabawie. Basia ma sporo pomysłów i już całkiem dużo wie. Przy historyjkach z Frankiem Basia jawi się jako doświadczona przewodniczka. Staje się starszą siostrą również dla małych odbiorców. A że wcześniej dała się poznać jako wspaniała towarzyszka zabaw przedszkolaków, każdy maluch będzie chciał posłuchać o jej przygodach. Basia zajmuje się małym Frankiem, a to znacznie ciekawsze niż spędzanie czasu z rodzicami.
Jako starsza siostra Basia właściwie nie popełnia błędów. Kiedy uwaga odbiorców ma się skupiać na jej młodszym bracie, dziewczynka usuwa się w cień. Funkcjonuje jako punkt odniesienia dla dziecka, ale sama przestaje psocić. Ma być wsparciem i pociechą, nie może zatem pozwolić sobie na nieracjonalne zachowania wobec chronionego tym razem Franka. Najważniejsze, by Basia była przy Franku – mały bohater potrzebuje wspólnych zabaw, a przede wszystkim obecności. „Wielka księga Basi i Franka” udowadnia to z każdą stroną.
Zofia Stanecka posługuje się tu prostymi zdaniami opisującymi zachowania dzieci. Wprowadza też do historyjek bezpośrednie wypowiedzi (zwłaszcza Basia za każdym razem nawiązuje kontakt z bratem, przez propozycje „rozmów”). Odbiorcy widzą dzięki temu, jak zachowywać się w relacjach z rodzeństwem i dlaczego obecność innych dzieci jest tak ważna. Stanecka kolejne opowiadania buduje w oparciu o wyliczenia zajęć lub czynności dzieci, nie wymyśla specjalnych fabuł. Zawsze dba natomiast o to, by w małych scenkach coś się działo: wprowadza cały szereg emocji czy rozmaitych zajęć. W tym ostatnim bardzo pomaga jej Marianna Oklejak, ilustratorka: o części zabaw Basi (jak i o części zabawnych błędów Franka) Stanecka nie mówi wprost, dopiero rysunki wyjaśniają do końca znaczenie słów.
„Wielka księga Basi i Franka” to zestaw edukacyjnych opowiadań obrazkowych dla najmłodszych dzieci. Sprawdzi się ta książka jako lektura przed snem, ale również jako duża pomoc w rozwijaniu umiejętności dzieci. Mały Franek – podobnie jak Basia w innej serii – poznaje otoczenie. Na razie nie sytuacje i stresujące chwile, ale te elementy rzeczywistości, które są niezbędne do komunikowania się ze światem. Z Frankiem mali odbiorcy dowiedzą się dużo podczas zwyczajnego słuchania bajki. „Wielka księga Basi i Franka” przyda się rodzicom – ale może również starsze rodzeństwo zechce podzielić się z maluchami ulubioną postacią i zacznie czytać braciom lub siostrom?
piątek, 7 listopada 2014
Agnieszka Osiecka: Dzieniki. Tom 2. 1951
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Obserwacje
W drugim tomie „Dzienników” Agnieszka Osiecka jest piętnastolatką, która nadal bardzo chętnie prowadzi pisemne rozważania na różne tematy. Bezustannie analizuje swój niezbyt udany związek ze Stachem i ocenia przyjaciółki oraz koleżanki. Sili się na dystans wobec rówieśniczek, nawet jeśli z częścią wymienia się diariuszami i prowadzi dyskusje o przemyśleniach innych. Wśród dziewczyn widzi „gęsi” i jest w stosunku do nich bardzo krytyczna. Nie oddala się za to od stereotypu nastolatki w rozmaitych zauroczeniach: dziennikowi zwierza się z uczuć do przystojnych chłopców i przez cały czas próbuje zrozumieć własne stany emocjonalne. Dla Osieckiej jednak codzienność to przede wszystkim sport: w drugim tomie „Dzienników” wiele fragmentów dotyczy pływania (i siatkówki). Osiecka za każdym razem sporo czasu spędza nad zeszytem – dba o odnotowywanie ważnych historii lub prowadzi lekko filozoficzne rozważania. Nie wybiera prostych notatek dla pamięci – chociaż jeden z zeszytów wypełniony jest cytatami i wierszami różnych autorów. Przeważnie jednak Agnieszka Osiecka dąży do utrwalania swoich przemyśleń i obserwacji. Zależy jej na prowadzeniu dojrzałych zapisków – popełnia wprawdzie sporo błędów gramatycznych, ale płynąć mogą one między innymi z wyczuwalnego między wersami podekscytowania. Autorka dąży do rozwijania swojej świadomości językowej – tekst „Dzienników” staje się zatem coraz ciekawszy.
Momentami Agnieszka Osiecka jest bardzo naiwna (część takich infantylnych notatek sama po latach ironicznie i bezlitośnie komentuje), ale jej codzienne zapiski już zdradzają literackie zapędy autorki. Osiecka skupia się na psychologicznych obserwacjach, bardzo zajmują ją relacje między ludźmi. Z zainteresowaniem przygląda się postawom koleżanek i kolegów, a przed swoim dziennikiem nie ukrywa, co o nich sądzi. To jeszcze nie etap, na którym spostrzeżenia dałoby się przekuć na aforystyczne i uniwersalne prawdy o życiu – ale dobry wstęp do późniejszych piosenkowych inspiracji. Osiecka chętnie zamienia się tu w ironistkę, nie do końca pasuje do grona rówieśników, szkoła tłamsi jej fantazję. Codziennie notowane uwagi pokazują czytelnikom osóbkę samodzielnie myślącą (mimo że i rok 1951 odciska tu swoje piętno: autorka czasem wpada w socrealistyczny żargon i nad tym akurat się nie zastanawia). W „Dziennikach” Osieckiej przez cały czas coś się dzieje, mimo że o konstrukcjach fabularnych mowy nie ma. Agnieszka Osiecka za to potrafi żywo i barwnie omawiać własne sądy.
Widać w tym tomie dążenie do pracy nad sobą. Dziewczyna usilnie stara się zrozumieć znaczenie interpersonalnych gierek, wchodzi dopiero w dorosły świat i chce odkryć rządzące nim reguły. Zdradza swoje sympatie i przemyca wiadomości o pracy nad charakterem. Dąży do samopoznania. Oczywiście nie jest to konstrukcja znana choćby ze „Szpetnych czterdziestoletnich” – ale dzienniki nastolatki wcale nie wypadają źle nawet w porównaniu z dziennikami dorosłych i świadomych warsztatu literatów. I to jedno z ciekawszych odkryć podczas lektury. Agnieszka Osiecka ma sporo do powiedzenia o otaczającym ją świecie. Unika (nie zawsze z powodzeniem) egzaltacji i tanich wzruszeń. To, co zawsze dla młodych dziewczyn ważne i ciekawe, przeżywa mocniej, a jednocześnie próbuje narzucić sobie pisarską dyscyplinę i w pełni zapanować nad stylem. „Dzienniki” Osieckiej sprzed czasu dorosłości to ważne wydarzenie literackie.
Obserwacje
W drugim tomie „Dzienników” Agnieszka Osiecka jest piętnastolatką, która nadal bardzo chętnie prowadzi pisemne rozważania na różne tematy. Bezustannie analizuje swój niezbyt udany związek ze Stachem i ocenia przyjaciółki oraz koleżanki. Sili się na dystans wobec rówieśniczek, nawet jeśli z częścią wymienia się diariuszami i prowadzi dyskusje o przemyśleniach innych. Wśród dziewczyn widzi „gęsi” i jest w stosunku do nich bardzo krytyczna. Nie oddala się za to od stereotypu nastolatki w rozmaitych zauroczeniach: dziennikowi zwierza się z uczuć do przystojnych chłopców i przez cały czas próbuje zrozumieć własne stany emocjonalne. Dla Osieckiej jednak codzienność to przede wszystkim sport: w drugim tomie „Dzienników” wiele fragmentów dotyczy pływania (i siatkówki). Osiecka za każdym razem sporo czasu spędza nad zeszytem – dba o odnotowywanie ważnych historii lub prowadzi lekko filozoficzne rozważania. Nie wybiera prostych notatek dla pamięci – chociaż jeden z zeszytów wypełniony jest cytatami i wierszami różnych autorów. Przeważnie jednak Agnieszka Osiecka dąży do utrwalania swoich przemyśleń i obserwacji. Zależy jej na prowadzeniu dojrzałych zapisków – popełnia wprawdzie sporo błędów gramatycznych, ale płynąć mogą one między innymi z wyczuwalnego między wersami podekscytowania. Autorka dąży do rozwijania swojej świadomości językowej – tekst „Dzienników” staje się zatem coraz ciekawszy.
Momentami Agnieszka Osiecka jest bardzo naiwna (część takich infantylnych notatek sama po latach ironicznie i bezlitośnie komentuje), ale jej codzienne zapiski już zdradzają literackie zapędy autorki. Osiecka skupia się na psychologicznych obserwacjach, bardzo zajmują ją relacje między ludźmi. Z zainteresowaniem przygląda się postawom koleżanek i kolegów, a przed swoim dziennikiem nie ukrywa, co o nich sądzi. To jeszcze nie etap, na którym spostrzeżenia dałoby się przekuć na aforystyczne i uniwersalne prawdy o życiu – ale dobry wstęp do późniejszych piosenkowych inspiracji. Osiecka chętnie zamienia się tu w ironistkę, nie do końca pasuje do grona rówieśników, szkoła tłamsi jej fantazję. Codziennie notowane uwagi pokazują czytelnikom osóbkę samodzielnie myślącą (mimo że i rok 1951 odciska tu swoje piętno: autorka czasem wpada w socrealistyczny żargon i nad tym akurat się nie zastanawia). W „Dziennikach” Osieckiej przez cały czas coś się dzieje, mimo że o konstrukcjach fabularnych mowy nie ma. Agnieszka Osiecka za to potrafi żywo i barwnie omawiać własne sądy.
Widać w tym tomie dążenie do pracy nad sobą. Dziewczyna usilnie stara się zrozumieć znaczenie interpersonalnych gierek, wchodzi dopiero w dorosły świat i chce odkryć rządzące nim reguły. Zdradza swoje sympatie i przemyca wiadomości o pracy nad charakterem. Dąży do samopoznania. Oczywiście nie jest to konstrukcja znana choćby ze „Szpetnych czterdziestoletnich” – ale dzienniki nastolatki wcale nie wypadają źle nawet w porównaniu z dziennikami dorosłych i świadomych warsztatu literatów. I to jedno z ciekawszych odkryć podczas lektury. Agnieszka Osiecka ma sporo do powiedzenia o otaczającym ją świecie. Unika (nie zawsze z powodzeniem) egzaltacji i tanich wzruszeń. To, co zawsze dla młodych dziewczyn ważne i ciekawe, przeżywa mocniej, a jednocześnie próbuje narzucić sobie pisarską dyscyplinę i w pełni zapanować nad stylem. „Dzienniki” Osieckiej sprzed czasu dorosłości to ważne wydarzenie literackie.
czwartek, 6 listopada 2014
Joanna Kulmowa: Kolory
Muza SA, Warszawa 2014.
Barwy świata
Joanna Kulmowa „Kolorami” udowadnia, że ścisły może być związek poezji z twórczością dziecięcą. Tomik sprzed przeszło czterdziestu lat przypominany z oryginalnymi ilustracjami Teresy Wilbik pod szyldem Muzeum Książki Dziecięcej poleca to piękna lekturowa przygoda. Nie ma w nim infantylizmu, częstego w dzisiejszych rymowanych bajkach, pojawia się za to liryczna zaduma nad światem. I nawet jeśli od czasu do czasu wybrzmi tu słowo, którego kilkulatki już nie znają (które dziecko dzisiaj słyszało o niezabudkach?), wszystkich odbiorców nad tomikiem połączy zachwyt. Zachwyt nad umiejętnością dostrzegania piękna w zwyczajnych zjawiskach.
Dzieli się ten tomik na trzy części, trzy tematyczne zbiorki. Najpierw autorka przygląda się kolorom w zestawieniu z pogodą i porami roku. Tu baranki mogą być jak chmurki, miejska zieleń szuka dla siebie miejsca w domach, a w szkółce drzewa uczą się, jak stać się lasem. Kolory łączy Joanna Kulmowa zawsze z temperaturą i zjawiskami pogodowymi – lub z kwiatami. Nie oddala się od tematu natury, przez cały czas pozostaje przy tym, co uniwersalne i dostępne wszystkim maluchom. W drugiej części tomiku sięga autorka po obserwowanie ptaków. Według niej dzięcioł może obudzić wiosnę, liście są jak żurawie, a za śnieg odpowiadają zimowe słowiki, w które prawie nikt nie wierzy. Ponownie Joanna Kulmowa łączy temat z kolorami oraz porami roku – sprawia, że odbiorcy chcą uważniej przyglądać się rozmaitym zjawiskom i odczytywać je tym razem przez pryzmat prawdziwej poezji. W trzeciej części książki, części zatytułowanej „Gdyby i niegdyby” pokazuje potęgę wyobraźni. Swoim bohaterom pozwala puszczać wodze fantazji – przypomina, jakich bajek nie byłoby bez szewców, przedstawia ciotkę z wąsami, możliwość posiadania dziesięciu rąk czy chorą żyrafę. Te wierszyki służą przede wszystkim rozrywce dzieci, wzbudzają śmiech i przyczyniają się do rozwijania wyobraźni.
Joanna Kulmowa rezygnuje z klasycznych w literaturze czwartej sylabotoników. Nie tworzy regularnych zwrotek, eksperymentuje z długością wersów, sięga też po niedokładne współbrzmienia – ale w tej poszarpanej formie nie ma miejsca na przypadek, wszystko okazuje się dobrze przemyślane, zrytmizowane i melodyjne. W dodatku takie poetyckie decyzje wydobywają piękno kolejnych wierszy. Kulmowa zwraca uwagę na detale, tworzy obrazki delikatne i ulotne, dostrzega to, na co najszybciej spojrzą też dzieci. Ta wrażliwość zresztą łączy poetkę i jej odbiorców, nawet po kilkudziesięciu latach od wydania książki.
Teresa Wilbik koloruje swoje proste szkice barwnymi pasami, nie przejmuje się konturami rysunków ani „prawdziwością”. Dzięki takiemu pomysłowi po pierwsze zbliża się do rysunków dzieci, po drugie natomiast zyskuje zmianę nastroju, przejście od motywu kojarzonego z kolorowanką, do artyzmu. W „Kolorach: nie ma, jakby na przekór tytułowi, barwnego zamieszania. Na stonowanych obrazkach mieszczą się barwy zgaszone, a sposób kolorowania zapewnia płynne przejścia między odcieniami. Prawdziwe kolory pozostają kwestią wyobraźni małych odbiorców.
„Kolory” Joanny Kulmowej to przypominane po latach ponadczasowe spotkanie poetki z dziećmi. W kolejnych utworach ożywają nieskomplikowane tematycznie, za to pięknie ubrane w słowa zachwyty nad urokami natury. Dzisiaj „Kolory” to również przypomnienie, że nie warto całego czasu spędzać przed komputerem lub telewizorem. Zjawiska uchwycone przez Kulmową dalej dostępne są na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko przez chwilę i w skupieniu posłuchać prawdziwej poetki.
Barwy świata
Joanna Kulmowa „Kolorami” udowadnia, że ścisły może być związek poezji z twórczością dziecięcą. Tomik sprzed przeszło czterdziestu lat przypominany z oryginalnymi ilustracjami Teresy Wilbik pod szyldem Muzeum Książki Dziecięcej poleca to piękna lekturowa przygoda. Nie ma w nim infantylizmu, częstego w dzisiejszych rymowanych bajkach, pojawia się za to liryczna zaduma nad światem. I nawet jeśli od czasu do czasu wybrzmi tu słowo, którego kilkulatki już nie znają (które dziecko dzisiaj słyszało o niezabudkach?), wszystkich odbiorców nad tomikiem połączy zachwyt. Zachwyt nad umiejętnością dostrzegania piękna w zwyczajnych zjawiskach.
Dzieli się ten tomik na trzy części, trzy tematyczne zbiorki. Najpierw autorka przygląda się kolorom w zestawieniu z pogodą i porami roku. Tu baranki mogą być jak chmurki, miejska zieleń szuka dla siebie miejsca w domach, a w szkółce drzewa uczą się, jak stać się lasem. Kolory łączy Joanna Kulmowa zawsze z temperaturą i zjawiskami pogodowymi – lub z kwiatami. Nie oddala się od tematu natury, przez cały czas pozostaje przy tym, co uniwersalne i dostępne wszystkim maluchom. W drugiej części tomiku sięga autorka po obserwowanie ptaków. Według niej dzięcioł może obudzić wiosnę, liście są jak żurawie, a za śnieg odpowiadają zimowe słowiki, w które prawie nikt nie wierzy. Ponownie Joanna Kulmowa łączy temat z kolorami oraz porami roku – sprawia, że odbiorcy chcą uważniej przyglądać się rozmaitym zjawiskom i odczytywać je tym razem przez pryzmat prawdziwej poezji. W trzeciej części książki, części zatytułowanej „Gdyby i niegdyby” pokazuje potęgę wyobraźni. Swoim bohaterom pozwala puszczać wodze fantazji – przypomina, jakich bajek nie byłoby bez szewców, przedstawia ciotkę z wąsami, możliwość posiadania dziesięciu rąk czy chorą żyrafę. Te wierszyki służą przede wszystkim rozrywce dzieci, wzbudzają śmiech i przyczyniają się do rozwijania wyobraźni.
Joanna Kulmowa rezygnuje z klasycznych w literaturze czwartej sylabotoników. Nie tworzy regularnych zwrotek, eksperymentuje z długością wersów, sięga też po niedokładne współbrzmienia – ale w tej poszarpanej formie nie ma miejsca na przypadek, wszystko okazuje się dobrze przemyślane, zrytmizowane i melodyjne. W dodatku takie poetyckie decyzje wydobywają piękno kolejnych wierszy. Kulmowa zwraca uwagę na detale, tworzy obrazki delikatne i ulotne, dostrzega to, na co najszybciej spojrzą też dzieci. Ta wrażliwość zresztą łączy poetkę i jej odbiorców, nawet po kilkudziesięciu latach od wydania książki.
Teresa Wilbik koloruje swoje proste szkice barwnymi pasami, nie przejmuje się konturami rysunków ani „prawdziwością”. Dzięki takiemu pomysłowi po pierwsze zbliża się do rysunków dzieci, po drugie natomiast zyskuje zmianę nastroju, przejście od motywu kojarzonego z kolorowanką, do artyzmu. W „Kolorach: nie ma, jakby na przekór tytułowi, barwnego zamieszania. Na stonowanych obrazkach mieszczą się barwy zgaszone, a sposób kolorowania zapewnia płynne przejścia między odcieniami. Prawdziwe kolory pozostają kwestią wyobraźni małych odbiorców.
„Kolory” Joanny Kulmowej to przypominane po latach ponadczasowe spotkanie poetki z dziećmi. W kolejnych utworach ożywają nieskomplikowane tematycznie, za to pięknie ubrane w słowa zachwyty nad urokami natury. Dzisiaj „Kolory” to również przypomnienie, że nie warto całego czasu spędzać przed komputerem lub telewizorem. Zjawiska uchwycone przez Kulmową dalej dostępne są na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko przez chwilę i w skupieniu posłuchać prawdziwej poetki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






