Wielka Litera, Warszawa 2013.
Przed filmem
Dla kinomanów ta pozycja będzie prawdziwym skarbem. W czasach, gdy królują powierzchowne wywiady-rzeki oraz krótkie rozmowy promujące ostatnie dokonania twórców rozmowy zrodzone z pasji stają się jeszcze bardziej cenne. Janusz Wróblewski nie ma zamiaru powtarzać popularnych pytań, szukać skandalików czy pozostawiać interlokutorom do opowiedzenia ich własne życiorysy. Wychodzi z założenia, że potężny tom nie skusi przypadkowych odbiorców, a zainteresowanym banały potrzebne nie będą. Proponuje 540 stron rozmów i prezentacji najwybitniejszych reżyserów, owoc ciężkiej pracy, ale też i spełnianych marzeń.
Lista nazwisk pojawiających się w tomie imponuje. Znaleźli się tu Jarmusch, Kusturica, Kieślowski, Holland, Falk, Forman, Tarantino, Trier, Lynch, Zanussi, Benigni, Allen… dwadzieścia dziewięć wybitnych osobowości, które wpłynęły na kształt kina. Janusz Wróblewski podchodzi do nich z pozycji zafascynowanego widza, któremu nieobce są narzędzia do analizy krytycznej. Starannie przygotowuje się do każdej rozmowy, ale też pozwala sobie na rozwijanie nieoczekiwanych a interesujących wątków, potrafi słuchać i dogadywać się z rozmówcami o nie zawsze łatwych charakterach. Nie widać natomiast w jego postawie uniżoności wobec sław, tremy czy skłonności do stawiania pomników. Ze swoich motywacji tłumaczy się autor we wprowadzeniu – a i w dalszej części tomu nie znika. Mniej interesuje go proces realizacji, dużo bardziej – bogactwo świata wewnętrznego reżyserów. Unika Wróblewski naiwności nawet wtedy, gdy zahacza o poszukiwania inspiracji do filmów. Próbuje zrozumieć artystów, prosi o doprecyzowanie pomysłów czy rozwiązań, wyszukuje powtarzalne motywy i odczytuje ich znaczenia. Próbuje dotrzeć do wiadomości, co ukształtowało konkretnego artystę, zajmuje się zagadnieniem sztuki i rolą kina w życiu współczesnego człowieka, sprawdza zasady dobierania aktorów i pomysły na współpracę z operatorami, chce dowiedzieć się tego, co kryje się pod powierzchnią filmu.
Z samych wywiadów Wróblewski usuwa ślady „didaskaliów”. Dąży do uzyskania wrażenia uniwersalności i poważnej intelektualnej pogawędki – głęboko wnikającej w strukturę filmowych obrazów oraz osobowość reżysera, ale również lekkiej w odbiorze, ciekawej nie tylko dla samych rozmówców. Jednak umożliwia czytelnikom również pozorne uczestniczenie w swojej pracy. Każdy wywiad rozpoczyna dość obszernym komentarzem na temat danego reżysera – stara się stworzyć intrygujący miniesej, przybliżyć artystę i wskazać jego twórcze wybory, a do tego czasem dodaje informacje o kulisach przeprowadzania wywiadu. W samym wywiadzie wycofuje się Wróblewski, stawiając inteligentne pytania, jednocześnie nie dąży do promowania siebie lub podkreślania trudów pracy. Wydaje się momentami, że dyskretnie naprowadza rozmówców na wyjaśnienia, ale też wie, że nie musi się wstydzić swojej roli w książce. Każdy wywiad jest kończony krótką, encyklopedyczną biograficzną notką o reżyserze.
Jeśli ucieka się Wróblewski do spostrzeżeń krytyków, to tylko po to, by przed zadaniem pytania skonfrontować je z filmami. Potrafi też dostosowywać się do klimatu rozmów – dyskutuje o tym, co najbardziej interesuje reżyserów, raczej nie wdaje się w polemiki z nimi – bo króluje w jego podejściu sympatia i życzliwość, zrodzone z szacunku do dzieł. Proponuje czytelnikom pogłębianą opowieść nie tyle o gotowych filmach, co o pracy nad nimi, roli wyobraźni, wrażliwości i kolejnych mechanizmów w procesie tworzenia. Pozwala odkrywać tajniki warsztatu i konfrontować ze sobą kolejnych twórców. Jego „Reżyserzy” nie dłużą się, za to składają się na opowieść o prawdziwej fascynacji możliwościami kina. Tu nie objętość tomu imponuje, a żmudna praca autora – i jej efekt.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 5 czerwca 2013
wtorek, 4 czerwca 2013
Colombe Schneck: Odzyskane życie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Rodzinne więzi
Coraz częściej na polski rynek wydawniczy wkraczają wspomnienia z czasów drugiej wojny światowej spisywane przez osoby różnych narodowości – lub opowieści ich potomków. „Odzyskane życie” to kolejna z propozycji prezentujących inną optykę i podejście z zewnątrz do tematu martyrologii. Colombe Schneck w ogóle nie rości sobie praw do analizowania okrucieństw wojny, sprawia wrażenie, jakby była zdziwiona tematem, który przyszło jej opracować. Taka postawa objawia się między innymi w mniej stereotypowym ujęciu tematu oraz w przesunięciu akcentów ze sposobów na przetrwanie w stronę silnych uczuć.
Autorka przedziera się przez strzępki nieznanych sobie historii rodziny, by prywatne quasi-śledztwo zbeletryzować. Doświadczenia wojenne Żydów stają się tym samym kanwą lekko autotematyzowanej relacji i łącznikiem z przeszłością. Kilkuletnia Salomea istnieje tylko na zachowanej starej fotografii, coraz mniej osób o niej pamięta. Zagazowana w Auschwitz w 1943 roku dziewczynka – kuzynka matki autorki – to pretekst, by zanurzyć się w świat dokumentów i wspomnień – oraz przedstawić losy rodziny. Colombe Schneck próbuje sprawdzić, jak jej krewni postępowali w najtrudniejszych wojennych czasach. Z poszukiwań zradza się „Odzyskane życie” – mikropowieść czy rozszerzone opowiadanie, kompletnie różne od powtarzalnych autobiograficznych świadectw tych, którzy przeżyli wojnę.
W „Odzyskanym życiu” nie ma nastawienia na informacje. Autorka nie zamierza przyłączać się do chóru głosów z gett czy obozów koncentracyjnych, nie zagłębia się w szczegóły codzienności. Znacznie bardziej przyciągają ją międzyludzkie relacje, motywacje kolejnych decyzji i konsekwencje wyborów. W „Odzyskanym życiu” fakty przegrywają ze stanami psychiczno-emocjonalnymi: tworzą kanwę wydarzeń, ale nie zawłaszczają uwagi czytelników. Sama autorka zresztą ucieka od drobiazgowego prezentowania rzeczywistości, nie wychodzi poza granice wyznaczane przez życiorysy członków rodziny. Odtwarza część zachowań – ale nie chce niweczyć ulotności przeżyć przez przyziemne problemy. W książce nie brzmi to patetycznie – jednak Schneck próbuje skupić się na drogach miłości i poświęcenia dla najbliższych – ten temat najbardziej ją fascynuje.
Autorka dość blisko do swojej rodziny dopuszcza czytelników. Dzieli się swoim zdziwieniem, ale szybko zaczyna traktować bohaterów tekstu jak ludzi dobrze znanych odbiorcom. Tylko w ten sposób może mówić o potędze uczuć bez melodramatu w tonie narracji. Sama pojawia się w książce jako ta, która nie była przygotowana na odkrywanie sekretów przeszłości – dopiero poznaje fakty i czuje się podobnie jak czytelnicy. W tomie odwołuje się do własnych reakcji i tworzy narracyjną ramę z własnych poszukiwań. Chwilami zamienia się zatem opowieść w rodzaj reportażu. Zdradza też autorka drobne elementy swojej egzystencji nieistotne dla całości – to rodzaj zawieranego z odbiorcami paktu.
„Odzyskane życie” temat wojny ujmuje z innej niż znana powszechnie perspektywy. Autorka też nie planuje odkrywać i opisywać już utrwalonych w świadomości czytelników danych – dla niej liczą się losy jednej rodziny i prawdy, które można by uniwersalizować, ale tu akurat nie ma takiej potrzeby. Cały tom napisany jest prostym językiem, przetykany migawkami z teraźniejszości – i bazuje na sile uczuć matek do dzieci. Zapewni więc mniej spodziewany obraz czasów wojny.
Rodzinne więzi
Coraz częściej na polski rynek wydawniczy wkraczają wspomnienia z czasów drugiej wojny światowej spisywane przez osoby różnych narodowości – lub opowieści ich potomków. „Odzyskane życie” to kolejna z propozycji prezentujących inną optykę i podejście z zewnątrz do tematu martyrologii. Colombe Schneck w ogóle nie rości sobie praw do analizowania okrucieństw wojny, sprawia wrażenie, jakby była zdziwiona tematem, który przyszło jej opracować. Taka postawa objawia się między innymi w mniej stereotypowym ujęciu tematu oraz w przesunięciu akcentów ze sposobów na przetrwanie w stronę silnych uczuć.
Autorka przedziera się przez strzępki nieznanych sobie historii rodziny, by prywatne quasi-śledztwo zbeletryzować. Doświadczenia wojenne Żydów stają się tym samym kanwą lekko autotematyzowanej relacji i łącznikiem z przeszłością. Kilkuletnia Salomea istnieje tylko na zachowanej starej fotografii, coraz mniej osób o niej pamięta. Zagazowana w Auschwitz w 1943 roku dziewczynka – kuzynka matki autorki – to pretekst, by zanurzyć się w świat dokumentów i wspomnień – oraz przedstawić losy rodziny. Colombe Schneck próbuje sprawdzić, jak jej krewni postępowali w najtrudniejszych wojennych czasach. Z poszukiwań zradza się „Odzyskane życie” – mikropowieść czy rozszerzone opowiadanie, kompletnie różne od powtarzalnych autobiograficznych świadectw tych, którzy przeżyli wojnę.
W „Odzyskanym życiu” nie ma nastawienia na informacje. Autorka nie zamierza przyłączać się do chóru głosów z gett czy obozów koncentracyjnych, nie zagłębia się w szczegóły codzienności. Znacznie bardziej przyciągają ją międzyludzkie relacje, motywacje kolejnych decyzji i konsekwencje wyborów. W „Odzyskanym życiu” fakty przegrywają ze stanami psychiczno-emocjonalnymi: tworzą kanwę wydarzeń, ale nie zawłaszczają uwagi czytelników. Sama autorka zresztą ucieka od drobiazgowego prezentowania rzeczywistości, nie wychodzi poza granice wyznaczane przez życiorysy członków rodziny. Odtwarza część zachowań – ale nie chce niweczyć ulotności przeżyć przez przyziemne problemy. W książce nie brzmi to patetycznie – jednak Schneck próbuje skupić się na drogach miłości i poświęcenia dla najbliższych – ten temat najbardziej ją fascynuje.
Autorka dość blisko do swojej rodziny dopuszcza czytelników. Dzieli się swoim zdziwieniem, ale szybko zaczyna traktować bohaterów tekstu jak ludzi dobrze znanych odbiorcom. Tylko w ten sposób może mówić o potędze uczuć bez melodramatu w tonie narracji. Sama pojawia się w książce jako ta, która nie była przygotowana na odkrywanie sekretów przeszłości – dopiero poznaje fakty i czuje się podobnie jak czytelnicy. W tomie odwołuje się do własnych reakcji i tworzy narracyjną ramę z własnych poszukiwań. Chwilami zamienia się zatem opowieść w rodzaj reportażu. Zdradza też autorka drobne elementy swojej egzystencji nieistotne dla całości – to rodzaj zawieranego z odbiorcami paktu.
„Odzyskane życie” temat wojny ujmuje z innej niż znana powszechnie perspektywy. Autorka też nie planuje odkrywać i opisywać już utrwalonych w świadomości czytelników danych – dla niej liczą się losy jednej rodziny i prawdy, które można by uniwersalizować, ale tu akurat nie ma takiej potrzeby. Cały tom napisany jest prostym językiem, przetykany migawkami z teraźniejszości – i bazuje na sile uczuć matek do dzieci. Zapewni więc mniej spodziewany obraz czasów wojny.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Katarzyna Michalak: Bezdomna
Znak, Kraków 2013.
Wyrok i ofiara
Katarzyna Michalak przeważnie proponuje odbiorczyniom lekkie powieści obyczajowe, pełne humoru i sprawdzonych schematów, optymistyczne i przyjemne w lekturze. W „Bezdomnej” natomiast wybiera temat trudny i kontrowersyjny, a do tego modyfikowany i zniekształcony przez żądne krwi media. Mimo jednowymiarowej struktury kompozycyjnej chce zmusić czytelników do refleksji i przy okazji zaproponować inne spojrzenie na medialne sensacje. Sposób opisu jest w „Bezdomnej” mniej ważny niż temat – ten z kolei wyrósł z obrazów co pewien czas wstrząsających opinią publiczną.
Kinga chce w Wigilię skończyć ze sobą. Starannie zaplanowane samobójstwo nie dochodzi do skutku przez zbłąkanego kota i dziennikarkę, byłą kochankę eksmęża Kingi. Aśka marzy o zdobyciu materiału na reportaż – zabiera Kingę do siebie, oferuje jej pomoc i przedstawia własną wersję przeszłości. W zamian chce opowieści, która zapewni jej pieniądze, sławę i nagrody. Chodzi jednak o znacznie więcej niż o małżeńskie niesnaski: Kinga powoli tłumaczy, co stało się w jej życiu. Aż dociera do swojej największej tragedii. Aśka tymczasem prezentuje dwie twarze – współczująca przyjaciółka zamienia się miejscami w żądną sensacji hienę dziennikarską. Kilka opowieści stapia się w jedną.
Tym razem Katarzyna Michalak nie szuka łatwych pocieszanek i prozy rozrywkowej – tylko początek przypomina o jej starszych książkach: cudowne ocalenie i świąteczny nastrój płyną z pogody ducha. Ale autorkę interesują psychologiczne dramaty i motywacje kobiet. Nie staje po stronie mediów, które wydały już wyrok i żądają jego wykonania, nie przyłącza się do ogólnego linczu, pyta za to, co stało się z psychiką kobiet, które decydują się na przerażający krok. Sprawdza, dlaczego nie mogły znaleźć wsparcia u najbliższych i dlaczego nie dało się zapobiec wykluczającym ze społeczeństwa czynom. Spojrzenie z perspektywy winnych ma doprowadzić do ocalenia niewinnych istot – a przynajmniej stanowić przeciwwagę dla doniesień z mediów. W „Bezdomnej” nie da się wygłaszać łatwych opinii i sądów. Tu oskarżone mogą być ofiarami. Sama autorka też ucieka od wydawania jednoznacznych ocen, tylko tak zachęci czytelników do zastanawiania się nad życiem i pułapkami chorych umysłów.
W „Bezdomnej” funkcjonuje równolegle kilka przestrzeni równie przekonująco przez autorkę odmalowanych. Przekonują obraz z życia na ulicy, kolejno przełamywane bariery poniżenia. Trafiają do wyobraźni sceny z przemocy domowej, ale też mechanizmy działania brukowca. Także przeciętność wpasowuje się w historię i nie budzi wątpliwości. Katarzyna Michalak nie zapomina o odtwarzaniu charakterów tak, by w istnienie postaci łatwo było uwierzyć. Tylko idealnie przygotowany grunt daje jej szansę wprowadzenia najcięższego kalibru win bez obaw, że zostanie potraktowana jako kolejna poszukiwaczka tanich sensacji.
Pozbawiona łatwej naiwności „Bezdomna” w zestawieniu z czytadłami Katarzyny Michalak pokazuje pisarską sprawność tej autorki. Powieść psychologiczna głęboko poruszająca odbiorców nie powiela znanych z literatury scenariuszy, sięga po ekstremalne emocje, ale nie traci przy tym na prawdziwości wyrazu. Katarzyna Michalak radzi sobie z retrospekcjami, wplatając je w monologi bohaterów – a w migawkach codzienności Kingi i Aśki po wigilijnym spotkaniu ukrywa odrobinę magicznego myślenia: w sam raz, by odbiorcy życzliwie potraktowali bohaterkę i nie byli skłonni odwracać się od niej, gdy na jaw wyjdzie największy sekret. Przy okazji Michalak sprawdza, jak medialny show da się przekształcić na bardziej uniwersalną literacką opowieść. Puenta tej historii zawiera drugie dno, przesłanie dla czytelników.
Wyrok i ofiara
Katarzyna Michalak przeważnie proponuje odbiorczyniom lekkie powieści obyczajowe, pełne humoru i sprawdzonych schematów, optymistyczne i przyjemne w lekturze. W „Bezdomnej” natomiast wybiera temat trudny i kontrowersyjny, a do tego modyfikowany i zniekształcony przez żądne krwi media. Mimo jednowymiarowej struktury kompozycyjnej chce zmusić czytelników do refleksji i przy okazji zaproponować inne spojrzenie na medialne sensacje. Sposób opisu jest w „Bezdomnej” mniej ważny niż temat – ten z kolei wyrósł z obrazów co pewien czas wstrząsających opinią publiczną.
Kinga chce w Wigilię skończyć ze sobą. Starannie zaplanowane samobójstwo nie dochodzi do skutku przez zbłąkanego kota i dziennikarkę, byłą kochankę eksmęża Kingi. Aśka marzy o zdobyciu materiału na reportaż – zabiera Kingę do siebie, oferuje jej pomoc i przedstawia własną wersję przeszłości. W zamian chce opowieści, która zapewni jej pieniądze, sławę i nagrody. Chodzi jednak o znacznie więcej niż o małżeńskie niesnaski: Kinga powoli tłumaczy, co stało się w jej życiu. Aż dociera do swojej największej tragedii. Aśka tymczasem prezentuje dwie twarze – współczująca przyjaciółka zamienia się miejscami w żądną sensacji hienę dziennikarską. Kilka opowieści stapia się w jedną.
Tym razem Katarzyna Michalak nie szuka łatwych pocieszanek i prozy rozrywkowej – tylko początek przypomina o jej starszych książkach: cudowne ocalenie i świąteczny nastrój płyną z pogody ducha. Ale autorkę interesują psychologiczne dramaty i motywacje kobiet. Nie staje po stronie mediów, które wydały już wyrok i żądają jego wykonania, nie przyłącza się do ogólnego linczu, pyta za to, co stało się z psychiką kobiet, które decydują się na przerażający krok. Sprawdza, dlaczego nie mogły znaleźć wsparcia u najbliższych i dlaczego nie dało się zapobiec wykluczającym ze społeczeństwa czynom. Spojrzenie z perspektywy winnych ma doprowadzić do ocalenia niewinnych istot – a przynajmniej stanowić przeciwwagę dla doniesień z mediów. W „Bezdomnej” nie da się wygłaszać łatwych opinii i sądów. Tu oskarżone mogą być ofiarami. Sama autorka też ucieka od wydawania jednoznacznych ocen, tylko tak zachęci czytelników do zastanawiania się nad życiem i pułapkami chorych umysłów.
W „Bezdomnej” funkcjonuje równolegle kilka przestrzeni równie przekonująco przez autorkę odmalowanych. Przekonują obraz z życia na ulicy, kolejno przełamywane bariery poniżenia. Trafiają do wyobraźni sceny z przemocy domowej, ale też mechanizmy działania brukowca. Także przeciętność wpasowuje się w historię i nie budzi wątpliwości. Katarzyna Michalak nie zapomina o odtwarzaniu charakterów tak, by w istnienie postaci łatwo było uwierzyć. Tylko idealnie przygotowany grunt daje jej szansę wprowadzenia najcięższego kalibru win bez obaw, że zostanie potraktowana jako kolejna poszukiwaczka tanich sensacji.
Pozbawiona łatwej naiwności „Bezdomna” w zestawieniu z czytadłami Katarzyny Michalak pokazuje pisarską sprawność tej autorki. Powieść psychologiczna głęboko poruszająca odbiorców nie powiela znanych z literatury scenariuszy, sięga po ekstremalne emocje, ale nie traci przy tym na prawdziwości wyrazu. Katarzyna Michalak radzi sobie z retrospekcjami, wplatając je w monologi bohaterów – a w migawkach codzienności Kingi i Aśki po wigilijnym spotkaniu ukrywa odrobinę magicznego myślenia: w sam raz, by odbiorcy życzliwie potraktowali bohaterkę i nie byli skłonni odwracać się od niej, gdy na jaw wyjdzie największy sekret. Przy okazji Michalak sprawdza, jak medialny show da się przekształcić na bardziej uniwersalną literacką opowieść. Puenta tej historii zawiera drugie dno, przesłanie dla czytelników.
niedziela, 2 czerwca 2013
Rafał Kosik: Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2. Alternauci
Powergraph, Warszawa 2012.
Podróż po światach
Nie dziwię się, że Rafał Kosik swoją serią o Felixie, Necie i Nice zdobywa uznanie coraz szerszego grona nastolatków. Nie dziwię się, że kolejne tomy są przez młodzież rozchwytywane – takiego autora literatura czwarta dawno nie miała, a do bohaterów – inteligentnych gimnazjalistów – bardzo łatwo się przywiązać. Kosik stworzył postacie charakterystyczne: Felix zna się na maszynach i robotach, Net to specjalista od programowania i komputerów, a Nika – wrażliwa dziewczyna – ukrywa przed otoczeniem fakt, że nie ma rodziców i mieszka sama. Od pierwszego dnia w gimnazjum na trójka trzyma się razem, tworzy superpaczkę i przeżywa przygody spod znaku s-f, okraszone dodatkowo ogromną dawką poczucia humoru. Ale zaklasyfikowanie serii jako powieści spod znaku s-f niewiarygodnie by je spłyciło i zniechęciło przeciętnych czytelników. Tymczasem Kosik do historii wprowadza nie tylko fantastyczne światy czy pomysłowe wynalazki, ale i satyrę na współczesne społeczeństwo, szkolne i domowe obyczajowe historie, relacje z bliskimi, zwykłe tarapaty czy wątki sercowe. Inaczej niż w wielu schematycznych tytułach, tu normalne życie nie stanowi wyłącznie pretekstu do ruszania w stronę atrakcyjnych przygód, przeciwnie – to przygody wplatane są w pozornie zwykłą egzystencję gimnazjalistów.
W dziewiątym tomie serii Rafał Kosik wysłał bohaterów na dłuższą wyprawę. Przejście superpaczki przez wyłączony Pierścień zaowocowało nieznacznym przesunięciem w czasie i przestrzeni – ale już próby powrotu do normalności zaczęły coraz bardziej oddalać przyjaciół od znanego im świata. W finale dziewiątego tomu Nika znalazła swoich rodziców – a właściwie alterrodziców (nigdy wcześniej Kosik nie zamknął tomu tak silnym akcentem) – tom dziesiąty, „Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2. Alternauci” rozpoczyna się zatem w przestrzeni, która bohaterkę wabi silniej niż jej przyjaciół. Superpaczka wciąż podróżuje po alternatywnych światach, a osik nawet na chwilę nie traci wyobraźni. Co ważne – powtórzenia podróżniczego szablonu nie wymuszają na nim powielania rozwiązań. Nie dość, że każdy alternatywny świat różni się od poprzednich, to jeszcze w każdym wydarzenia rozgrywają się inaczej. Tym broni się autor przed zarzutami o kopiowaniu sprawdzonych chwytów: Felix, Net i Nika podróżowali już w czasie, alternatywne światy działają podobnie, tyle że bohaterowie przemieszczają się w poziomie – do równoległych przestrzeni. Kosik dobrze panuje nad punktami odniesienia dla postaci, rozkręca się w podróżach coraz bardziej, ale nie wprowadza chaosu, dzięki czemu czytelnicy mogą za nim podążać.
Felix, Net i Nika mają różne priorytety, ale chcą się trzymać razem – zresztą jako postacie zostali stworzeni tak, że wzajemnie się uzupełniają. Kosik każe im mierzyć się z rozmaitymi wyzwaniami, które wymagają korzystania z uczuć, wyobraźni, pomysłowości, intelektu, zdolności, siły – ale i współdziałania. W dziesiątym tomie najmniej jest „zwykłego” szkolnego życia – chociaż i tu znajduje autor miejsce na nakreślenie relacji między bohaterami. W świecie uczuć jest równie przekonujący, co w wymyślaniu coraz to nowych robotów i maszyn. Tym, co niezmienne od początku serii, jest wysokogatunkowy dowcip: przygody superpaczki dostarczają adrenaliny, ale w drobiazgach bawią. Do tego autor przemyca i wiadomości z fizyki czy historii – niby przypadkiem, przy wyjaśnianiu zasad działania alterświatów: nie ma w tym nachalnej encyklopedyczności Szklarskiego czy natręctwa wydawnictw edukacyjnych. Jest za to czysta rozrywka ozdabiana inteligentnym żartem. Bohaterowie – mimo że za sprawą uzdolnień niepodobni do obrazu zwykłych gimnazjalistów – budzą zaufanie i przekonują do siebie. Ich krzepiąca przyjaźń obfituje w różnorodne atrakcje, dialogi są mądre ale nie przeintelektualizowane, bohaterowie nie boją się przyznawać do uczuć (nawet tych niechlubnych, jak strach czy zazdrość).
Szkoda, że tak starannie wydana książka (z drobnymi ilustracjami autora) nie ma porządnej korekty. To, co wyprawia Maria Aleksandrow, woła o pomstę do nieba. Z motywu pisowni wielką literą samochodowych marek autor wybrnął w pierwszych tomach humorystycznym przypisem – ale przypis ów nie tłumaczy choćby „Martensów”. A już za „gadżeciaża” Aleksandrow powinna przepisać całą powieść ręcznie. Zacinającym się długopisem. Tak potworne błędy w inteligentnej lekturze dla młodzieży nie mają prawa istnieć – i budzą zrozumiałą irytację. Niepotrzebnie fatalna korekta psuje efekt.
Podróż po światach
Nie dziwię się, że Rafał Kosik swoją serią o Felixie, Necie i Nice zdobywa uznanie coraz szerszego grona nastolatków. Nie dziwię się, że kolejne tomy są przez młodzież rozchwytywane – takiego autora literatura czwarta dawno nie miała, a do bohaterów – inteligentnych gimnazjalistów – bardzo łatwo się przywiązać. Kosik stworzył postacie charakterystyczne: Felix zna się na maszynach i robotach, Net to specjalista od programowania i komputerów, a Nika – wrażliwa dziewczyna – ukrywa przed otoczeniem fakt, że nie ma rodziców i mieszka sama. Od pierwszego dnia w gimnazjum na trójka trzyma się razem, tworzy superpaczkę i przeżywa przygody spod znaku s-f, okraszone dodatkowo ogromną dawką poczucia humoru. Ale zaklasyfikowanie serii jako powieści spod znaku s-f niewiarygodnie by je spłyciło i zniechęciło przeciętnych czytelników. Tymczasem Kosik do historii wprowadza nie tylko fantastyczne światy czy pomysłowe wynalazki, ale i satyrę na współczesne społeczeństwo, szkolne i domowe obyczajowe historie, relacje z bliskimi, zwykłe tarapaty czy wątki sercowe. Inaczej niż w wielu schematycznych tytułach, tu normalne życie nie stanowi wyłącznie pretekstu do ruszania w stronę atrakcyjnych przygód, przeciwnie – to przygody wplatane są w pozornie zwykłą egzystencję gimnazjalistów.
W dziewiątym tomie serii Rafał Kosik wysłał bohaterów na dłuższą wyprawę. Przejście superpaczki przez wyłączony Pierścień zaowocowało nieznacznym przesunięciem w czasie i przestrzeni – ale już próby powrotu do normalności zaczęły coraz bardziej oddalać przyjaciół od znanego im świata. W finale dziewiątego tomu Nika znalazła swoich rodziców – a właściwie alterrodziców (nigdy wcześniej Kosik nie zamknął tomu tak silnym akcentem) – tom dziesiąty, „Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2. Alternauci” rozpoczyna się zatem w przestrzeni, która bohaterkę wabi silniej niż jej przyjaciół. Superpaczka wciąż podróżuje po alternatywnych światach, a osik nawet na chwilę nie traci wyobraźni. Co ważne – powtórzenia podróżniczego szablonu nie wymuszają na nim powielania rozwiązań. Nie dość, że każdy alternatywny świat różni się od poprzednich, to jeszcze w każdym wydarzenia rozgrywają się inaczej. Tym broni się autor przed zarzutami o kopiowaniu sprawdzonych chwytów: Felix, Net i Nika podróżowali już w czasie, alternatywne światy działają podobnie, tyle że bohaterowie przemieszczają się w poziomie – do równoległych przestrzeni. Kosik dobrze panuje nad punktami odniesienia dla postaci, rozkręca się w podróżach coraz bardziej, ale nie wprowadza chaosu, dzięki czemu czytelnicy mogą za nim podążać.
Felix, Net i Nika mają różne priorytety, ale chcą się trzymać razem – zresztą jako postacie zostali stworzeni tak, że wzajemnie się uzupełniają. Kosik każe im mierzyć się z rozmaitymi wyzwaniami, które wymagają korzystania z uczuć, wyobraźni, pomysłowości, intelektu, zdolności, siły – ale i współdziałania. W dziesiątym tomie najmniej jest „zwykłego” szkolnego życia – chociaż i tu znajduje autor miejsce na nakreślenie relacji między bohaterami. W świecie uczuć jest równie przekonujący, co w wymyślaniu coraz to nowych robotów i maszyn. Tym, co niezmienne od początku serii, jest wysokogatunkowy dowcip: przygody superpaczki dostarczają adrenaliny, ale w drobiazgach bawią. Do tego autor przemyca i wiadomości z fizyki czy historii – niby przypadkiem, przy wyjaśnianiu zasad działania alterświatów: nie ma w tym nachalnej encyklopedyczności Szklarskiego czy natręctwa wydawnictw edukacyjnych. Jest za to czysta rozrywka ozdabiana inteligentnym żartem. Bohaterowie – mimo że za sprawą uzdolnień niepodobni do obrazu zwykłych gimnazjalistów – budzą zaufanie i przekonują do siebie. Ich krzepiąca przyjaźń obfituje w różnorodne atrakcje, dialogi są mądre ale nie przeintelektualizowane, bohaterowie nie boją się przyznawać do uczuć (nawet tych niechlubnych, jak strach czy zazdrość).
Szkoda, że tak starannie wydana książka (z drobnymi ilustracjami autora) nie ma porządnej korekty. To, co wyprawia Maria Aleksandrow, woła o pomstę do nieba. Z motywu pisowni wielką literą samochodowych marek autor wybrnął w pierwszych tomach humorystycznym przypisem – ale przypis ów nie tłumaczy choćby „Martensów”. A już za „gadżeciaża” Aleksandrow powinna przepisać całą powieść ręcznie. Zacinającym się długopisem. Tak potworne błędy w inteligentnej lekturze dla młodzieży nie mają prawa istnieć – i budzą zrozumiałą irytację. Niepotrzebnie fatalna korekta psuje efekt.
sobota, 1 czerwca 2013
Chris Bradford: Krąg wody
Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.
Tułaczka samuraja
Seria o Młodym Samuraju umożliwia Chrisowi Bradfordowi wykorzystywanie tych wszystkich motywów, które w klasycznej literaturze czwartej nie mogłyby się znaleźć. Tu nastoletni bohater bez przerwy musi mierzyć się z dorosłymi i doskonale wyszkolonymi wojownikami – a zawsze walczy na śmierć i życie. Stara się postępować zgodnie z wpojonym mu systemem wartości i kierować się w życiu sprawiedliwością – ale przy tym nie wolno mu zapomnieć, że wrogowie nie znają litości i nie zawahają się przed niczym, a ponadto często obcy im jest honor.
Jack jest samurajem, ale trochę czasu spędził w wiosce ninja i poznał inne sposoby walki oraz przezwyciężania własnych słabości. Wyruszył w dalszą podróż i w niewyjaśnionych dla siebie okolicznościach stracił swoje najcenniejsze skarby. Musi znaleźć sprzymierzeńców wśród napotkanych na drodze osób – i znów uruchomić całą czujność oraz umiejętności walki, by móc zmierzyć się z wrogami, którzy są coraz bliżej. Sam Jack w zasadzie nie podlega metamorfozom, chłopiec ma wszystkie cechy prawdziwego bohatera powieści awanturniczej. Ciekawe przemiany rozgrywają się natomiast w jego otoczeniu: Jack poznaje kompanów (zdarza się, że do tego grona trafiają dziewczyny) niemal wykluczonych ze społeczeństwa. Ci w ferworze walk ujawniają swoje lepsze oblicze i mają szansę zrehabilitować się w oczach czytelników. Tym razem towarzyszką przygód chłopca staje się Hana, młoda i zwinna złodziejka.
Akcja serii dzieje się w siedemnastowiecznej Japonii – dla młodzieży dystans kulturowy i czasowy jest więc tak ogromny, że nie potrzeba już stylizacji językowych. To sprawia, że bohaterowie wydają się zawieszeni poza czasem, bardziej uniwersalni i przekonujący szerszą grupę odbiorców, oczywiście rozmiłowanych w powieściach akcji. Dla lepszego zrozumienia książki na końcu przygotowany został słowniczek japońskich zwrotów i pojęć używanych w tekście. Oddalenie czasowe pozwala także oczyścić fabułę z ewentualnych zdobyczy cywilizacyjnych. Postacie zdane są na własne siły, umiejętności i wyobraźnię – i tym większą wagę muszą przykładać do nauki, kiedy tylko pojawi się ktoś, kto zechce podzielić się z nimi swoimi doświadczeniami. Przypływ adrenaliny podczas lektury zapewni ciągłe poczucie zagrożenia (także dzięki potyczkom) – ale w tomie „Krąg wody” obok walk pojawia się również sporo zagadek i pułapek. Autor proponuje zatem coś więcej niż tylko popisy walczących.
„Krąg wody” może wydawać się nieco mniej brutalny niż poprzedni tom, ale i tak Bradfordowi nie chodzi o wywoływanie literackiego skandalu, a o wypunktowanie tradycyjnych wartości niezmiennych w czasie. Na swoje potrzeby przerabia baśniową wojnę dobra ze złem, dla uniknięcia naiwności wplata ją w egzotyczną scenerię, która skrywa skutecznie przejawy prostolinijnego myślenia. Przy okazji może zainteresować młodzież światem samurajów i japońskich sztuk walki – wielu odbiorców będzie cenić „Krąg wody” właśnie za egzotykę, która wyróżnia książkę spośród młodzieżowych powieści sensacyjnych i pozwala na inną, atrakcyjną lekturę.
Tułaczka Jacka jest nawiązaniem do dawnych historii awanturniczych, a Chris Bradford udowadnia, że nawet odległa przeszłość może w dzisiejszej narracji ożywać i przyciągać uwagę młodych czytelników. Nawiązania do samurajskich „zwyczajów” z kolei uzasadniają część mocniejszych fabularnych pomysłów. A że Bradford musi chronić swojego bohatera – seria dostarcza przede wszystkim rozrywki.

Tułaczka samuraja
Seria o Młodym Samuraju umożliwia Chrisowi Bradfordowi wykorzystywanie tych wszystkich motywów, które w klasycznej literaturze czwartej nie mogłyby się znaleźć. Tu nastoletni bohater bez przerwy musi mierzyć się z dorosłymi i doskonale wyszkolonymi wojownikami – a zawsze walczy na śmierć i życie. Stara się postępować zgodnie z wpojonym mu systemem wartości i kierować się w życiu sprawiedliwością – ale przy tym nie wolno mu zapomnieć, że wrogowie nie znają litości i nie zawahają się przed niczym, a ponadto często obcy im jest honor.
Jack jest samurajem, ale trochę czasu spędził w wiosce ninja i poznał inne sposoby walki oraz przezwyciężania własnych słabości. Wyruszył w dalszą podróż i w niewyjaśnionych dla siebie okolicznościach stracił swoje najcenniejsze skarby. Musi znaleźć sprzymierzeńców wśród napotkanych na drodze osób – i znów uruchomić całą czujność oraz umiejętności walki, by móc zmierzyć się z wrogami, którzy są coraz bliżej. Sam Jack w zasadzie nie podlega metamorfozom, chłopiec ma wszystkie cechy prawdziwego bohatera powieści awanturniczej. Ciekawe przemiany rozgrywają się natomiast w jego otoczeniu: Jack poznaje kompanów (zdarza się, że do tego grona trafiają dziewczyny) niemal wykluczonych ze społeczeństwa. Ci w ferworze walk ujawniają swoje lepsze oblicze i mają szansę zrehabilitować się w oczach czytelników. Tym razem towarzyszką przygód chłopca staje się Hana, młoda i zwinna złodziejka.
Akcja serii dzieje się w siedemnastowiecznej Japonii – dla młodzieży dystans kulturowy i czasowy jest więc tak ogromny, że nie potrzeba już stylizacji językowych. To sprawia, że bohaterowie wydają się zawieszeni poza czasem, bardziej uniwersalni i przekonujący szerszą grupę odbiorców, oczywiście rozmiłowanych w powieściach akcji. Dla lepszego zrozumienia książki na końcu przygotowany został słowniczek japońskich zwrotów i pojęć używanych w tekście. Oddalenie czasowe pozwala także oczyścić fabułę z ewentualnych zdobyczy cywilizacyjnych. Postacie zdane są na własne siły, umiejętności i wyobraźnię – i tym większą wagę muszą przykładać do nauki, kiedy tylko pojawi się ktoś, kto zechce podzielić się z nimi swoimi doświadczeniami. Przypływ adrenaliny podczas lektury zapewni ciągłe poczucie zagrożenia (także dzięki potyczkom) – ale w tomie „Krąg wody” obok walk pojawia się również sporo zagadek i pułapek. Autor proponuje zatem coś więcej niż tylko popisy walczących.
„Krąg wody” może wydawać się nieco mniej brutalny niż poprzedni tom, ale i tak Bradfordowi nie chodzi o wywoływanie literackiego skandalu, a o wypunktowanie tradycyjnych wartości niezmiennych w czasie. Na swoje potrzeby przerabia baśniową wojnę dobra ze złem, dla uniknięcia naiwności wplata ją w egzotyczną scenerię, która skrywa skutecznie przejawy prostolinijnego myślenia. Przy okazji może zainteresować młodzież światem samurajów i japońskich sztuk walki – wielu odbiorców będzie cenić „Krąg wody” właśnie za egzotykę, która wyróżnia książkę spośród młodzieżowych powieści sensacyjnych i pozwala na inną, atrakcyjną lekturę.
Tułaczka Jacka jest nawiązaniem do dawnych historii awanturniczych, a Chris Bradford udowadnia, że nawet odległa przeszłość może w dzisiejszej narracji ożywać i przyciągać uwagę młodych czytelników. Nawiązania do samurajskich „zwyczajów” z kolei uzasadniają część mocniejszych fabularnych pomysłów. A że Bradford musi chronić swojego bohatera – seria dostarcza przede wszystkim rozrywki.
piątek, 31 maja 2013
Mariusz Urbanek: Brzechwa nie dla dzieci
Iskry, Warszawa 2013.
Bajkopisarz i życie
W świadomości społecznej Jan Brzechwa funkcjonuje jako bajkopisarz. O jego działalności satyrycznej pamięta niewielu. O Brzechwie-liryku niemal nikt. Arcyciekawy zbiór wspomnień, „Akademia Pana Brzechwy” nie przebija się do kanonów lektur, a niektórych – bardzo zaangażowanych w dawną politykę i rozdrapywanie życiorysów w poszukiwaniu tanich sensacji – interesuje wyłącznie podważanie zasług autora, który uczył dzieci humoru. Mariusz Urbanek w tomie „Brzechwa nie dla dzieci” tworzy biograficzno-artystyczną kompilację wiadomości o działaniach Jana Brzechwy – a że ochoczo czerpie z wywiadów i zapisków bliskich poety, a samego autora traktuje niemal jak swojego przyjaciela, jest co poczytać.
Urbanek dość dokładnie przygląda się kolejnym dziedzinom, w których udzielał się Brzechwa. Kiedy analizuje życiorys, uwypukla ciekawostki, kiedy przechodzi do twórczości, przywołuje artystyczne wybory, powiązania z rzeczywistością i klucze interpretacyjne. Chętnie korzysta z notowanych przez przyjaciół Brzechwy anegdot, budując obraz człowieka z nieprzeciętnym poczuciem humoru. Trzeba mu przyznać, że kiedy sięga po spisywane przez satyryków fragmenty, nie wprowadza ich – jak niektórzy publicyści – na prawach mozaikowej konstrukcji z cytatów, ale nie niszczy puent ani wewnętrznej lekkości wspomnień. Stawia na rzetelność, stara się precyzyjnie przedstawiać swojego bohatera. Tematyzuje rozdziały, by przeciętnemu czytelnikowi łatwiej było śledzić zwłaszcza artystyczne wybory. Bardziej zainteresowanym literackimi poszukiwaniami Brzechwy spodobać się mogą zwłaszcza szczegółowo potraktowane epizody kabaretowe. Zabrakło mi natomiast trochę Brzechwy z „Opowiadań drastycznych” (choć sam zestaw pojawia się w tomie kilka razy). Bardzo ładnie wybrzmiewają tu opowieści poświęcone walkom o kształt literatury dla dzieci. Mariusz Urbanek nie pomija też „niewygodnych” zagadnień – a całą książkę kończy rejestrem burzy nad Brzechwą i przedstawieniem politycznych przepychanek (nic a nic nie interesujących dzieci, które wybrały sobie bajkopisarza na patrona szkoły). ZAiKS, kontakty ze skamandrytami i futurystami, opinie krytyków – Urbanek dąży do zaprezentowania wielowymiarowego wizerunku. Wiadomo, że o samym Brzechwie jako bajkopisarzu można by bez trudu napisać kilka tomów – ale Urbanek szuka równowagi między kolejnymi rolami Jana Brzechwy. Pokazuje go bez patosu, za to z sympatią. Odnosi się do recepcji twórczości, i do grona znajomych. Przywołuje Brzechwę mniej znanego – i budzi zainteresowanie artystą, na którego tekstach wychowują się kolejne pokolenia.
Udała się Urbankowi ta biografia nawet bardziej niż książka o Broniewskim: jest bardziej gęsta, sycąca, a przy tym mocno zanurzona w realiach konkretnych zawodów. Autor nie wpada w manię cytowania (a popularyzatorski charakter opowieści każe mu zrezygnować z przypisów na rzecz rzetelnej bibliografii). Jeśli ktoś po lekturze tego tomu będzie chciał zagłębić się w świat bliski Brzechwie, bez trudu trafi do najciekawszych tekstów źródłowych – wywiadów i wspomnień. Zwykłym czytelnikom Urbanek proponuje też delikatne próby odczytywania twórczości Brzechwy dzięki kilku kluczom interpretacyjnym. Nie popada w biograficzne schematy, anegdoty rozmieszcza z wyczuciem. To naprawdę udana biografia, wprowadzająca też śladowe pomysły na odczytywanie lektur. Na takie opracowanie Brzechwa zasługuje. Tom Iskier wart jest polecenia: poza szczegółowym przedstawianiem życia i twórczości Brzechwy cieszy tu także ładny język i wyczucie stylistyczne. To tom mimo kontrowersyjnych czasem tematów optymistyczny i pogodny, pasuje do pisarstwa Brzechwy – i porządkuje informacje na temat artysty. Dobrze się „Brzechwę nie dla dzieci” czyta, a Urbanek udowadnia, że potrafi wzbudzić zainteresowanie czytelników starannie opracowanym tematem.

Bajkopisarz i życie
W świadomości społecznej Jan Brzechwa funkcjonuje jako bajkopisarz. O jego działalności satyrycznej pamięta niewielu. O Brzechwie-liryku niemal nikt. Arcyciekawy zbiór wspomnień, „Akademia Pana Brzechwy” nie przebija się do kanonów lektur, a niektórych – bardzo zaangażowanych w dawną politykę i rozdrapywanie życiorysów w poszukiwaniu tanich sensacji – interesuje wyłącznie podważanie zasług autora, który uczył dzieci humoru. Mariusz Urbanek w tomie „Brzechwa nie dla dzieci” tworzy biograficzno-artystyczną kompilację wiadomości o działaniach Jana Brzechwy – a że ochoczo czerpie z wywiadów i zapisków bliskich poety, a samego autora traktuje niemal jak swojego przyjaciela, jest co poczytać.
Urbanek dość dokładnie przygląda się kolejnym dziedzinom, w których udzielał się Brzechwa. Kiedy analizuje życiorys, uwypukla ciekawostki, kiedy przechodzi do twórczości, przywołuje artystyczne wybory, powiązania z rzeczywistością i klucze interpretacyjne. Chętnie korzysta z notowanych przez przyjaciół Brzechwy anegdot, budując obraz człowieka z nieprzeciętnym poczuciem humoru. Trzeba mu przyznać, że kiedy sięga po spisywane przez satyryków fragmenty, nie wprowadza ich – jak niektórzy publicyści – na prawach mozaikowej konstrukcji z cytatów, ale nie niszczy puent ani wewnętrznej lekkości wspomnień. Stawia na rzetelność, stara się precyzyjnie przedstawiać swojego bohatera. Tematyzuje rozdziały, by przeciętnemu czytelnikowi łatwiej było śledzić zwłaszcza artystyczne wybory. Bardziej zainteresowanym literackimi poszukiwaniami Brzechwy spodobać się mogą zwłaszcza szczegółowo potraktowane epizody kabaretowe. Zabrakło mi natomiast trochę Brzechwy z „Opowiadań drastycznych” (choć sam zestaw pojawia się w tomie kilka razy). Bardzo ładnie wybrzmiewają tu opowieści poświęcone walkom o kształt literatury dla dzieci. Mariusz Urbanek nie pomija też „niewygodnych” zagadnień – a całą książkę kończy rejestrem burzy nad Brzechwą i przedstawieniem politycznych przepychanek (nic a nic nie interesujących dzieci, które wybrały sobie bajkopisarza na patrona szkoły). ZAiKS, kontakty ze skamandrytami i futurystami, opinie krytyków – Urbanek dąży do zaprezentowania wielowymiarowego wizerunku. Wiadomo, że o samym Brzechwie jako bajkopisarzu można by bez trudu napisać kilka tomów – ale Urbanek szuka równowagi między kolejnymi rolami Jana Brzechwy. Pokazuje go bez patosu, za to z sympatią. Odnosi się do recepcji twórczości, i do grona znajomych. Przywołuje Brzechwę mniej znanego – i budzi zainteresowanie artystą, na którego tekstach wychowują się kolejne pokolenia.
Udała się Urbankowi ta biografia nawet bardziej niż książka o Broniewskim: jest bardziej gęsta, sycąca, a przy tym mocno zanurzona w realiach konkretnych zawodów. Autor nie wpada w manię cytowania (a popularyzatorski charakter opowieści każe mu zrezygnować z przypisów na rzecz rzetelnej bibliografii). Jeśli ktoś po lekturze tego tomu będzie chciał zagłębić się w świat bliski Brzechwie, bez trudu trafi do najciekawszych tekstów źródłowych – wywiadów i wspomnień. Zwykłym czytelnikom Urbanek proponuje też delikatne próby odczytywania twórczości Brzechwy dzięki kilku kluczom interpretacyjnym. Nie popada w biograficzne schematy, anegdoty rozmieszcza z wyczuciem. To naprawdę udana biografia, wprowadzająca też śladowe pomysły na odczytywanie lektur. Na takie opracowanie Brzechwa zasługuje. Tom Iskier wart jest polecenia: poza szczegółowym przedstawianiem życia i twórczości Brzechwy cieszy tu także ładny język i wyczucie stylistyczne. To tom mimo kontrowersyjnych czasem tematów optymistyczny i pogodny, pasuje do pisarstwa Brzechwy – i porządkuje informacje na temat artysty. Dobrze się „Brzechwę nie dla dzieci” czyta, a Urbanek udowadnia, że potrafi wzbudzić zainteresowanie czytelników starannie opracowanym tematem.
czwartek, 30 maja 2013
Grażyna Jeromin-Gałuszka: Magnolia
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Sekrety z przeszłości
W Bieszczadach schronienie znajdują ci, którym w życiu nie ułożyło się najlepiej. Tutaj czas płynie swoim rytmem, a ludzie zajmują się własnymi zwykłymi sprawami, nie interesuje ich z to świat, bo dramatów, a i tematów do rozmów codzienność dostarcza aż w nadmiarze. Grażyna Jeromin-Gałuszka dobrze sprawdza się w tworzeniu takiej właśnie atmosfery – w lekko oniryczną aurę spowijającą pensjonat Magnolia wtrąca bohaterów o skomplikowanych życiorysach. Do miejsca, w którym królują kobiety, wysyła Filipa, do niedawna szczęśliwego pracoholika. Od Filipa właśnie odeszła żona, mężczyzna porzuca zatem dotychczasowe życie i wyrusza w nieznane. Na nieczynnej stacji kolejowej w bieszczadzkiej wiosce kupuje Magnolię – „knajpę z hotelikiem w budynku po więzieniu” – i chociaż wcale nie ma zamiaru angażować się w jej prowadzenie, nie uda mu się stronić od pracownic i bywalczyń pensjonatu.
A kobiety w Magnolii dalekie są od portretów heroin romansów. To silne i samodzielne bohaterki, które nie załamują się nawet podczas największych przeciwności losu. Każda na własną rękę mierzy się z problemami – jeśli pojawiają się kłopoty w małżeństwach, to są to kłopoty ogromne i wyzwalające serię pytań o sens bycia z drugim człowiekiem; czasem zmartwień przyczynia samotność, a czasem bieda. Czas w Magnolii umila nastoletnia Tuśka, dziewczyna, która zna miejscowe historie i chętnie opowiada o płomiennym uczuciu Rudolfa i Luizy. Emocje swoim słuchaczkom dawkuje, tak, że narracja przypomina powieść w odcinkach. Choć Tuśka udaje wścibskie i irytujące dziecko, sama zmaga się z dużym wyzwaniem. Do zestawu nieszczęść gnębiących bohaterów autorka dodaje jeszcze problemy ze zdrowiem. W bieszczadzkiej wsi, w której czas płynie powoli, nie ma sielanki. Grażyna Jeromin-Gałuszka wykorzystuje motyw do znudzenia powtarzany w modnych czytadłach nie po to, by zaproponować czytelnikom arkadyjską wizję świata, a po to, by w oderwaniu od wielkomiejskiego zgiełku przypomnieć o roli drugiego człowieka.
Na „Magnolię” składają się misternie splatane losy kilku osób. Jeromin-Gałuszka przygląda się uważnie doświadczeniom bohaterek w różnym wieku, daje im czas na otwarcie się i przyznanie w przyjacielsko-plotkarskim tonie do mroków przeszłości. Silne kobiety z „Magnolii” wybierają działanie, nie rozczulają się nad sobą, raczej sobie dogryzają – nie ma tu mowy o przygnębieniu czy depresji, nie ma czasu na załamywanie się psychiczne: gdy dzieje się coś złego, najlepiej odpowiedzieć czynem. A przecież cała relacja z „Magnolii” jest relacją zapośredniczoną: to Filip zwierza się obcemu mężczyźnie z przeżyć i obserwacji poczynionych w pensjonacie. Migawki z opowiadania pozwalają uporządkować wydarzenia i podzielić je na tematyczne rozdziały, czytelnicy natomiast błyskawicznie przenoszą się do centrum wydarzeń bez niepotrzebnych tekstowych dłużyzn. Autorka nie pozwala zatem na stałe osiedlić się w miejscu, które ma być schronieniem przed grozą świata, bez przerwy przypomina o tymczasowości pobytu w Magnolii. Jednocześnie gdy już jest wśród bywalców pensjonatu, zagłębia się w ich przeżycia z pełnym zaangażowaniem.
Początkowo wydaje się, że będzie to powieść szybka i raczej powierzchowna, ale gdy z czasem zaczynają się ujawniać różne poziomy międzyludzkich kryzysów, „Magnolia” rozwija się niespodziewanie. Grażyna Jeromin-Gałuszka dobrze operuje tu atmosferą – do tego stopnia, że nawet lekko infantylna ramowa konstrukcja powieści nie przeszkadza, a podkreśla jeszcze obraz jakby z pogranicza realnego życia i snu.
Sekrety z przeszłości
W Bieszczadach schronienie znajdują ci, którym w życiu nie ułożyło się najlepiej. Tutaj czas płynie swoim rytmem, a ludzie zajmują się własnymi zwykłymi sprawami, nie interesuje ich z to świat, bo dramatów, a i tematów do rozmów codzienność dostarcza aż w nadmiarze. Grażyna Jeromin-Gałuszka dobrze sprawdza się w tworzeniu takiej właśnie atmosfery – w lekko oniryczną aurę spowijającą pensjonat Magnolia wtrąca bohaterów o skomplikowanych życiorysach. Do miejsca, w którym królują kobiety, wysyła Filipa, do niedawna szczęśliwego pracoholika. Od Filipa właśnie odeszła żona, mężczyzna porzuca zatem dotychczasowe życie i wyrusza w nieznane. Na nieczynnej stacji kolejowej w bieszczadzkiej wiosce kupuje Magnolię – „knajpę z hotelikiem w budynku po więzieniu” – i chociaż wcale nie ma zamiaru angażować się w jej prowadzenie, nie uda mu się stronić od pracownic i bywalczyń pensjonatu.
A kobiety w Magnolii dalekie są od portretów heroin romansów. To silne i samodzielne bohaterki, które nie załamują się nawet podczas największych przeciwności losu. Każda na własną rękę mierzy się z problemami – jeśli pojawiają się kłopoty w małżeństwach, to są to kłopoty ogromne i wyzwalające serię pytań o sens bycia z drugim człowiekiem; czasem zmartwień przyczynia samotność, a czasem bieda. Czas w Magnolii umila nastoletnia Tuśka, dziewczyna, która zna miejscowe historie i chętnie opowiada o płomiennym uczuciu Rudolfa i Luizy. Emocje swoim słuchaczkom dawkuje, tak, że narracja przypomina powieść w odcinkach. Choć Tuśka udaje wścibskie i irytujące dziecko, sama zmaga się z dużym wyzwaniem. Do zestawu nieszczęść gnębiących bohaterów autorka dodaje jeszcze problemy ze zdrowiem. W bieszczadzkiej wsi, w której czas płynie powoli, nie ma sielanki. Grażyna Jeromin-Gałuszka wykorzystuje motyw do znudzenia powtarzany w modnych czytadłach nie po to, by zaproponować czytelnikom arkadyjską wizję świata, a po to, by w oderwaniu od wielkomiejskiego zgiełku przypomnieć o roli drugiego człowieka.
Na „Magnolię” składają się misternie splatane losy kilku osób. Jeromin-Gałuszka przygląda się uważnie doświadczeniom bohaterek w różnym wieku, daje im czas na otwarcie się i przyznanie w przyjacielsko-plotkarskim tonie do mroków przeszłości. Silne kobiety z „Magnolii” wybierają działanie, nie rozczulają się nad sobą, raczej sobie dogryzają – nie ma tu mowy o przygnębieniu czy depresji, nie ma czasu na załamywanie się psychiczne: gdy dzieje się coś złego, najlepiej odpowiedzieć czynem. A przecież cała relacja z „Magnolii” jest relacją zapośredniczoną: to Filip zwierza się obcemu mężczyźnie z przeżyć i obserwacji poczynionych w pensjonacie. Migawki z opowiadania pozwalają uporządkować wydarzenia i podzielić je na tematyczne rozdziały, czytelnicy natomiast błyskawicznie przenoszą się do centrum wydarzeń bez niepotrzebnych tekstowych dłużyzn. Autorka nie pozwala zatem na stałe osiedlić się w miejscu, które ma być schronieniem przed grozą świata, bez przerwy przypomina o tymczasowości pobytu w Magnolii. Jednocześnie gdy już jest wśród bywalców pensjonatu, zagłębia się w ich przeżycia z pełnym zaangażowaniem.
Początkowo wydaje się, że będzie to powieść szybka i raczej powierzchowna, ale gdy z czasem zaczynają się ujawniać różne poziomy międzyludzkich kryzysów, „Magnolia” rozwija się niespodziewanie. Grażyna Jeromin-Gałuszka dobrze operuje tu atmosferą – do tego stopnia, że nawet lekko infantylna ramowa konstrukcja powieści nie przeszkadza, a podkreśla jeszcze obraz jakby z pogranicza realnego życia i snu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






