* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 4 września 2012

Marta Osa: I po cholerę mi to było!

Zysk i S-ka, Poznań 2012.

Lekko o życiu

Marta Osa nie komplikuje przesadnie egzystencji swojej bohaterce. Ot, Ola, matka dorosłego i samodzielnego już syna, spoliczkowała księdza katechetę i jeszcze przed zakończeniem roku szkolnego przenosi się na urlop zdrowotny, by leczyć skołatane nerwy. Leczy je kolejnymi szklaneczkami metaxy, spotkaniami z przyjaciółmi i obserwowaniem szczęścia innych. A, jeszcze pracą nad restaurowaniem ogródków: tego uczy się od podstaw, a razem z nią czytelniczki tomu „I po cholerę mi to było!”, bo autorka nie szczędzi im szczegółów technicznych. I tyle. Całość składa się na dość przyjemne czytadło, przede wszystkim ze względu na oryginalność w wyborze wieku i zajęcia bohaterki. Ale Osa też tak bardzo boi się niekonsekwencji w kreowaniu charakteru Oli, że w efekcie przesadza, zalewając kobietę hektolitrem alkoholu i ziółek na wątrobę. Z inteligentnej niespokojnej duszy robi się więc momentami (ale tylko momentami) przewidywalna i pozbawiona wyrazu osóbka. Wniosek – w żadną stronę nie wolno przesadzać.

Autorka podporządkowuje narrację stylowi myślenia i działania Oli, tyle że i ona, i redaktorzy tomu popełniają błąd, który nie miał prawa się tu zdarzyć – to znaczy pozwalają na mieszanie się czasów. Dość często czas teraźniejszy i przeszły zderzają się ze sobą w opisach i wybijają z rytmu lektury. Niby te przeskoki czasowe dałoby się uzasadnić – bo pojawiają się z reguły tam, gdzie w angielskim Present Simple zastąpić może Present Perfect, a jednak rażą w trakcie czytania i można było je wyeliminować bez większego trudu. Marta Osa stawia też na maksymalną prostotę w opisach, niekiedy aż przesadnie upraszcza je, rezygnując z synonimów i płynnej narracji na rzecz krótkich, żołnierskich niemal zdań. Wszystko po to, żeby naszkicować portret bohaterki, do której czuje sporo sympatii – i do której ma najwyraźniej duży sentyment. Dobrze się składa, bo inaczej mogłaby nie wybronić Oli w fabule, która daje niewielkie szanse na oczarowanie odbiorczyń. Chociaż autorka stara się nasycić opowieść humorem, to jest to jednak sytuacja specyficzna: Ola nie mieści się przecież w obyczajówkowych standardach, potrzeba jej ocieplania wizerunku choćby tylko przez przychylność autorki.

„I po cholerę mi to było” opiera się naprawdę na ekspresyjności – żywiołowy ton opowiadania świetnie imituje wartką narrację i maskuje sercowe troski bohaterki. Ratuje powieść przed łzawym sentymentalizmem, podbija dowcip i w pewnym stopniu wynagradza narracyjne i fabularne niedociągnięcia. Wszystko ma swój początek w języku, który rzutuje na całą otaczającą postać rzeczywistość. Dzięki temu broni się Marta Osa – ale też i dlatego tak bardzo irytują gramatyczne niedopatrzenia. Bo gdyby tak jeszcze popracować nad narracją – oryginalna obyczajówka zasługiwałaby na zauważenie na półce z literaturą rozrywkową. Najciekawsze jest to, że autorka nie pozwala praktycznie na odczytanie wieku swojej bohaterki, nie eksponuje związanych z nim stereotypów i nie popada w przesadę, gdy próbuje odzwierciedlić świat. Ola żyje we własnym rytmie, nie podporządkowuje się żadnym regułom i do końca nie wpasowuje w żaden schemat – dzięki temu Osa uniknęła banału i nudnego moralizowania, a czytelniczki zyskały powieść sympatyczną i energiczną.

To lektura na szybko, żeby oderwać się od kłopotów i zająć myśli bez zbędnego wysiłku, wakacyjna opowieść, która wprawdzie nie utkwi w głowie, ale zapewni chwilę rozrywki. To też pomysł autorki na odejście od modnych w literaturze dla pań schematów, chociaż tak naprawdę – to wcale nie do końca…

poniedziałek, 3 września 2012

Teatr Ludowy (Kraków): Hotel Babilon

Hotel Babel

Uwielbiany przez publiczność "Hotel Babilon" ma jeden bardzo mocny punkt: Aldonę Jankowską, która w monodramie wciela się w kilka rozmaitych postaci. Ma też niestety cały szereg punktów słabych, których nie mogą do końca zniwelować ani rozmieszczone tu i ówdzie w tekście drobne żarty, ani aktorskie popisy parodystki. Te mankamenty przytrafiają się na różnych poziomach opowieści i niby nie przeszkadzają w oglądaniu, a jednak co pewien czas rodzą pytanie o sens. Nadrzędna opowieść, oparta zresztą na odwiecznych składnikach fabuł wielkich dzieł, miłości i zbrodni, rozmywa się niekiedy w szeregu nieistotnych do samego końca drobiazgów. Widzowie będą przez to poznawać świadków dramatu, ale ani na moment nie zaprzyjaźnią się z nimi: mimo drobiazgowych prezentacji bohaterowie pozostaną obcy. Poza może dwiema postaciami: sprawczynią całego zajścia, Zuzanną Kolarovą i Gienią, prostą kobietą z Wielkopolski.

W spokojnym hotelu w Zakopanem padają strzały. Do górala, Jędrka Parzenicy, oddaje je łagodna Słowaczka. W teatralnym tu i teraz toczy się rozprawa przeciwko Kolarovej, a odbiorcy mogą poznać zarys wydarzeń z różnych punktów widzenia, bo znalazło się paru świadków nieszczęścia. Co prawda najwięcej wyjaśnia oskarżona, bo reszta zajęta jest analizowaniem własnych problemów i relacji, ale przecież chodzi o rozbawienie odbiorców, a tego nie da się zrobić bezustannym roztrząsaniem tragedii sercowej. Ona chce zalegalizowanego związku i miłości aż po grób, on ma nadzieję na przelotny romansik bez konsekwencji. Zresztą inni świadkowie też wikłają się w niebezpieczne związki, rozbuchana seksualnie Ukrainka (stereotyp prostytutki) wiąże się z niewielkim Francuzikiem (tchórzem, ale przynajmniej namiętnym kochankiem), a Niemka jest jakby żywcem przeniesiona z filmów porno i agresywnie uwodzi panią sędzinę. Seks, seks, seks, to temat, który masową publikę przyciągnie, a że przy okazji zamienia chwilami Hotel Babilon w Hotel Burdel(ik), to już niczyja wina. Tak więc postacie, zamiast skupić się na wątku Zuzanny, próbują raczej wytłumaczyć swoją obecność w tytułowym przybytku.

Hotel Babilon w spektaklu jest tak naprawdę Hotelem Babel, z uwagi na języki, którymi posługują się kolejni bohaterowie. Jankowska musi nieźle się nagimnastykować, żeby płynnie przechodzić z imitowania słowackiego na niemiecki, francuski, angielski czy rosyjski (do tego dochodzą też gwary, góralska i wielkopolska). Różnymi melodiami języków sugeruje aktorka tożsamość postaci, poza tym szkicowanych bardzo grubymi kreskami. Na dobrą sprawę mógłby być Hotel Babilon słuchowiskiem, bo najtrafniejsze parodie tkwią w sposobach mówienia. Kiedy Jankowska udaje zachowania bohaterów (podryw górala czy seksualne aluzje Niemki) jest prześmiewcza, ale niezbyt przekonująca za sprawą hiperboli. Nie gra postaci, raczej je przedrzeźnia, za dużo w tym przesady i chęci rozbawienia ludzi, by można było uwierzyć w kreacje i charaktery. A przecież potrafi ta aktorka zagrać subtelniej (jak w przypadku znudzonego wokalisty na zabawie).

Spektakl skorzystałby też, gdyby go odrzeć ze zbędnych multimediów. O ile jeszcze wstępna projekcja z sędziną otwierającą rozprawę da się wytłumaczyć, o tyle wszystkie późniejsze wstawki wydają się niepotrzebne. Więcej: głos sędziny z offu (momentami niekonsekwentnie wprowadzany) dałoby się usunąć bez szkody dla całości, ba, nawet z pożytkiem. Pomysłowe są gry cieni: i jako jedyne mogłyby tu zostać. Męczy natomiast agitacyjne zakończenie z parodiami języków gazet. Jasne, chodziło w multimediach o wizualne wzbogacenie spektaklu, który bez tego byłby pewnie zdaniem reżysera zbyt statyczny, a jednak zabiegi upiększające tylko sali sądowej zaszkodziły. Nie ratują też zatracanego w dłużyznach tekstowych rytmu przedstawienia.

Gdyby z "Hotelu Babilon" wyrzucić to, co schlebia masowym odbiorcom, gdyby trochę stonować charaktery ognistych postaci i przez skróty zdynamizować historię, nie byłoby się do czego przyczepiać. Aldona Jankowska poradziła sobie z niełatwym zadaniem interesująco, zabrakło jej tylko udanej i przemyślanej oprawy. Mimo to warto zobaczyć "Hotel Babilon", choćby ze względu na lingwistyczne zabawy.

niedziela, 2 września 2012

Teatr Rampa: Monsters. Pieśni morderczyń

Melodia zabijania

Cztery kobiety jakby żywcem przeniesione z męskich fantazji: wamp, niewinna uczennica, pielęgniarka i prostytutka. Wkraczają na scenę nie jako demony seksu, a demony śmierci. To monsters, bezwzględne morderczynie, kobiety, które odbierają życie zamiast je dawać. „Zabiłam”, przyznają kolejno. Czeka je kara śmierci i… wieczny żywot w popkulturowych produkcjach: książkach, filmach czy piosenkach, bo zło ma ogromną siłę przebicia, fascynuje i zapładnia wyobraźnię.

„Monsters. Pieśni morderczyń” to muzyczny spektakl Teatru Rampa, mariaż mrocznych utworów Nicka Cave’a, Boba Geldofa, Toma Waitsa i Renaty Przemyk z drobnymi scenkami, w których autor spektaklu próbował zmieścić notki biograficzne kolejnych sławnych morderczyń. W dobie brutalizacji doniesień medialnych i wszechobecności tragedii w serwisach informacyjnych, suche fakty i liczby nie zawsze zrobią wielkie wrażenie, jednak reżyserowi udało się wpleść kilka razy spostrzeżenia wstrząsające. Licytacja na trupy przemienia się niekiedy w pytanie o przyczynę. Ale tego pytania nikt naprawdę nie chce zadawać: to życiorysy są kanwą kolażowej opowieści. I wystarczy. Morderczynie kolejno trafiają na scenę, wywoływane z mroków przeszłości. Każda specjalizuje się w innym pomyśle na zadawanie śmierci oraz na wybór ofiar. Są tu dzieciobójczynie i kobiety panicznie bojące się mężczyzn, są bezwzględne mścicielki i „prawie niewinne”, jakby zadziwione swoimi czynami. Zdradzają zaledwie niewielką część swoich postępków, o zbrodniach opowiadają z fascynacją, strachem, pomieszaniem zmysłów czy świadomością własnej siły. Zamysł spektaklu opiera się na kontraście między stereotypem kobiety jako istoty kruchej, słabej i delikatnej, a okrucieństwem prezentowanym przez spotworniałe zabójczynie. Choć walka jest męską rzeczą, a „kobiety nucą pieśni”, w pieśniach morderczyń nie ma miejsca na słabość.

Część miniscenek ociera się świadomie o kicz i dosłowność. Dziewczyna w obcisłym skórzanym stroju orgiastycznie wije się na trumnie, co pewien czas tańczy przy ścianie jak przy rurze i posługuje się rynsztokowym językiem. „Gotowanie i zabijanie” to największy chyba w całym spektaklu inscenizacyjny przesyt, z ciekawej opowieści robi się parodia konsumpcyjnej kulturowej papki, ale naprawdę dzięki temu śmiech może przesłonić grozę. Przy oszczędności środków wyrazu nie udałoby się rozbawić widzów, a przecież „Monsters” ma pełnić funkcję rozrywkową.

Charakterystyczne dla spektaklu są mocno rozbudowane songi: Cztery aktorki z Rampy sprawiają, że chce się tych śpiewanych relacji słuchać bez końca. Nie ma tu jednak operowania skrótem i zaskoczeniem, element grozy czy dreszcz emocji mieszczą się nie w pomyśle konstrukcyjnym, a w treści. Publiczności to nie przeszkadza, chociaż nietrudno zauważyć, że to partie nieinformacyjne wywołują największe wrażenie. W tym spektaklu przez cały czas strach musi mieszać się z rozbawieniem czy swoistą sympatią wobec morderczyń, stąd bierze się czasem estetyka kampu i ukłon w stronę upodobań masowej publiki.

Ale „Monsters” to przede wszystkim cztery wspaniałe śpiewające aktorki i cztery sceniczne indywidualności. Małgorzata Duda-Kozera potrafi rozbawić temperamentem i energią, Ewa Lorska dobrze sprawdza się w lirycznych balladach, a Dominika Łakomska, kiedy tylko może na chwilę zdjąć maskę kurwy-bogini, imponuje silnym głosem i celnymi interpretacjami utworów. Bezapelacyjnie najlepsza jest tu, i wokalnie, i aktorsko, Dorota Osińska: aż szkoda, że nie śpiewa w „Monsters” więcej, bo jej chciałoby się słuchać bez końca. Jako jedyna potrafi w trakcie utworu uruchomić cały wachlarz emocji i zróżnicować śpiew na tyle, by samym brzmieniem głosu przekazać tragedię przedstawianej bohaterki. Jako jedyna tego właśnie na scenie potrzebuje: Osińska nie opowiada historii, przenosi za to emocje.

„Monsters” to spektakl, któremu trudno się zdefiniować: czy ma być lekką produkcją rozrywkową, czy zestawem mrocznych prawd o okrucieństwie ludzkiej natury. Przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę i w efekcie zapewnia odbiorcom dawkę niezapomnianych i ti nie tylko muzycznych wrażeń. Piosenki z „Monsters” nuci się długo po wyjściu z teatru.

Ben Mezrich: Seks na księżycu

W.A.B., Warszawa 2012.

Skok życia

Ta historia nie brzmi wiarygodnie i najprawdopodobniej, gdyby nie zapewnienia autora, wielu czytelników miałoby problem z jej zaakceptowaniem. To po prostu nie miało prawa się wydarzyć i żaden autor obyczajówek nie zapuściłby się w podobne rejony, ba, nawet odrzuciłby przypuszczenia o takiej możliwości. Zamiast czynnika spajającego fabułę pojawia się tu romantyzm – i wielka dawka idealizmu, wiara w słuszność własnych racji podszyta młodzieńczą brawurą. I to musi wystarczyć, bo Ben Mezrich nie szuka dla swojego bohatera innych usprawiedliwień. Stawia przed nim zadanie nierealne i kompletnie nierozsądne.

Thad wychowywany w rodzinie Mormonów popełnia wielki grzech: uprawia seks z Sonią, swoją pierwszą wielką miłością. Gdy przyznaje się do tego czynu, musi dziewczynę poślubić, lecz i tak zostaje wyklęty przez najbliższych. Chłopak trafia na staż do NASA i tam poświęca się nauce. Jest też duszą towarzystwa, potrafi zrobić wiele, by zaimponować znajomym. Pewnego dnia w jego umyśle rodzi się plan wykradnięcia „odpadów” próbek z kosmosu i sprzedania ich na czarnym rynku. Katalizatorem jego działań staje się piękna stażystka, dla której warto zrobić wszystko…

W „Seksie na księżycu” znienacka uczciwy i skromny chłopak zmienia się w geniusza, zdobywającego kolejne stopnie wiedzy i astronomicznego wtajemniczenia. Kiedy już nastąpi szczyt intelektualnego rozwoju, bohater powraca do etapu błędów i braku rozsądku – nie potrafi przewidzieć konsekwencji swoich czynów, nawet przez moment nie waha się przed podejmowaniem ryzykownych działań. Chociaż decyduje się na kradzież na wielką skalę, zachowuje się raczej jak dziecko, które próbuje wynieść ze sklepu batonik. To jedyny minus w konstrukcji powieści, bo cała reszta została starannie przygotowana. W NASA Thad poznaje rozmaite szczegóły związane z badaniem kosmosu, a stała obecność informacji przyczynia się do uprawdopodobnienia kolorytu lokalnego. W płaszczyźnie uczuciowej autor nieco idealizuje związki Thada – lecz to akurat zabieg potrzebny do uzasadnienia jego chęci popełnienia przestępstwa. I tylko działanie, dalekie od tego, co znaleźć można w każdym przeciętnym kryminale, zaburza całość.

„Seks na księżycu” to powieść o nieskomplikowanej tak naprawdę fabule, a oparta na faktach, dokumentach i relacjach uczestników wydarzeń. Ben Mezrich stara się przede wszystkim uporządkować materiały – i w zasadzie nie dopuszcza do wprowadzania do fabuły jakichkolwiek śladów z zewnątrz: poza światem Thada nie ma tu miejsca na nic innego, każdy dodatkowy motyw wydawać się będzie zbędny. To książka maksymalnie zawężająca zasięg (chociaż paradoksalnie otwierająca się na sfery niedostępne przeciętnemu czytelnikowi), koloryt lokalny uniemożliwia nawiązanie do zwyczajnej egzystencji.

Ben Mezrich stawia w tej książce przede wszystkim na sceny, które bliskie są ujęciom filmowym. Lubi przyglądać się zachowaniom i gestom swojego bohatera, a przy chwilowym bezruchu przedstawiać jego myśli i emocje. Thad znajduje się cały czas w centrum uwagi i w zasadzie nie może schować się przed czytelnikami. Ma być katalizatorem intrygi, a momentami nawet okazuje się jej więźniem, przynajmniej w wymiarze literackim. Zwykle autorzy nie mogą sobie pozwolić na takie osaczenie postaci, ale Thad – z uwagi na niezwykłość przeżyć i pomysłów – może pomóc w zagospodarowaniu swoją osobą całego tomu.

Udało się autorowi napisać książkę oryginalną. Daleko jej do wciąż powtarzanych popscenariuszy, a chwytliwy tytuł wcale nie oznacza, że będziemy mieć do czynienia z literaturą pornograficzną, zapewnia za to udany chwyt marketingowy. Jest w „Seksie na księżycu” miły powiew świeżości, przez co tom okaże się atrakcyjny dla znudzonych stałymi konwencjami w literaturze rozrywkowej.

sobota, 1 września 2012

Divadlo PIKI: Ela hop!

Świat marzeń

tekst z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"

Roześmiane buzie dzieci i roześmiane twarze rodziców: czy może istnieć lepsza rekomendacja dla teatru, który prezentuje bajki? Sława divadla PIKI sięga poza granice Słowacji i nic dziwnego, bo Katarína Aulitisová i L'ubomír Piktor serwują swoim widzom historie dopracowane pod względem artystycznym, a przy tym niezwykle zabawne. Budują w spektaklach dwie płaszczyzny żartów: zrozumiałą dla dzieci i kierowaną do rodziców, w związku z czym nikt na ich przedstawieniach nudzić się nie będzie. PIKI to gwarancja jakości i znakomitej rozrywki.

Ela hop! to przedstawienie nietypowe. Po pierwsze, wyrosło na bazie telewizyjnego cyklu, niejako wymuszone przez wiernych fanów programu. Po drugie, pozwala zaznajomić maluchy z teatrem i wskazać im możliwość rozwijania codziennych zabaw o elementy aktorskiego rzemiosła. Po trzecie wreszcie, składa się z sekwencji gagów, minihistoryjek o komicznym (a przy okazji i edukacyjnym) wydźwięku. Królują, jak zawsze u PIKI, radość i energia, widoczne i na scenie, i wśród odbiorców. Tu wszystko rozgrywa się w błyskawicznym tempie, a dzieci biorą udział w coraz bardziej zaskakujących wydarzeniach. Najpierw trafiają do muzeum figur woskowych, potem pracują przy kręceniu filmu o królewnie Eli, by wreszcie zasilić szeregi chłopięcej i dziewczęcej orkiestry, grać na wymyślnych instrumentach (młotkofony i koralikofony to zaledwie początek ciekawej listy) i nauczyć się piosenki. W podsycanych absurdem scenkach pomysłową scenografię oraz rekwizyty (podest na popiersie i konewka z wodą budzą zachwyt) uzupełnia wyobraźnia. PIKI nie odchodzi daleko od dziecięcych zabaw i fantazji, dlatego może być tak bardzo przekonujące.

W spektaklu Ela hop! liczy się pokazanie maluchom możliwości, jakie niesie teatr. Dzieci uczą się ekspresyjnego okazywania emocji i wykonują proste aktorskie zadania. Dowiadują się, jak ze zwykłych przedmiotów wydobywać muzykę i razem z aktorami współtworzą magiczny świat bajek. Przewodnikami po tym świecie są dorośli, którzy zachowują się, jakby wciąż byli dziećmi, ale bez fałszu i infantylizmu. Aulitisová i Piktor sprawiają wrażenie, jakby naprawdę dobrze się bawili, choć przecież nie mają łatwego zadania. To oni narzucają tempo historii, zarażają entuzjazmem, rozśmieszają i wciągają dzieci w grę, nie pozwalając sobie ani na chwilę przerwy. Do końca przedstawienia dają z siebie wszystko i maluchy mogą poczuć, że są w spektaklu najważniejsze.

Jako przedstawienie interaktywne Ela hop! ma jeszcze jedną zaletę: ujawnia zdolność aktorów do improwizacji. Kiedy zabraknie im słowa po polsku, widownia może podpowiedzieć odpowiednik słowackiego wyrażenia, zresztą i tak nikt nie ma problemu ze zrozumieniem przekazu. Czasem w rozmowach z dziećmi pojawiają się szanse na dowcipne riposty czy komiczne skojarzenia: i te szanse aktorzy teatru PIKI od razu wykorzystują. Żywy dialog z publicznością w obcym języku naprawdę zasługuje na uznanie. Zwłaszcza że nieoczekiwanie pojawiają się tu inteligentne i szybkie puenty. Przyznaję, że uwielbiam divadlo PIKI. Przekonuje mnie ich sposób widzenia świata oraz podejścia do małych odbiorców, nie mówiąc już o sprytnie zakodowanej w każdym spektaklu „dorosłej” dawce żartów. PIKI to ziszczona bajka, ożywiona kraina niezwykłych przygód i historii rodem z wyobraźni. To powrót do beztroski i czystej radości. Tak właśnie powinny wyglądać wymarzone spektakle dla dzieci.

piątek, 31 sierpnia 2012

Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska: Wszyscy jesteśmy nomadami. Reportaż z podróży po Mongolii

Świat Książki, Warszawa 2012.

Podróż do horyzontu

Przez dość długi czas Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska pisze zgodnie z konwencjami dzisiejszej literatury podróżniczej, realizuje po prostu konkretny i przewidywalny schemat, tyle tylko, że zamiast porywać się na modną ostatnio podróż dookoła świata, wybiera się „jedynie” do Mongolii. Z tej podróży narodziła się książka „Wszyscy jesteśmy nomadami”, wyraźna próba szukania wypadkowej między obserwacjami i własnymi doświadczeniami. Dla autorki przez długi czas ważne jest miejsce, do którego trafiła – dopiero potem przypomina sobie o tym, że i sam fakt przebywania w Mongolii zasługuje na uwagę – i nieśmiało ten temat zaczyna się przebijać przez relację.

Na początku Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska sprawia wrażenie mocno zdystansowanej. Właściwie nie wiadomo, dlaczego wybrała akurat Mongolię. Przedstawia ekipę, z którą będzie pracować, ale o sobie jakby celowo zapomina, chowa się za innymi ludźmi, by zza ich pleców przemknąć do lokalnych atrakcji i oddać się niemal przewodnikowym tłumaczeniom – bezpiecznym, bo nie osobistym. Autorka jak tylko może, unika prywaty, nie szuka kontaktu z czytelnikami, pisze, jakby nie wyobrażała sobie tego, kto po książkę sięgnie. Zarzuca odbiorców wiadomościami na temat kultury i zwyczajów miejscowej ludności, omawia miejsca warte zobaczenia – w dodatku stara się to robić jak najbardziej obiektywnie. Nie ma w tym próby podzielenia się własną radością, zachwytem czy entuzjazmem, wszystko zostaje wyśrodkowane (i uśrednione), ale naprawdę nie wiadomo, dlaczego. Jeśli dodać do tego fakt, że Mongolia w przeciętnym czytelniku nie budzi silnych emocji, przyjemnych skojarzeń, nie mówiąc już o pragnieniu natychmiastowego zwiedzania – pytanie o pobyt tam autorki pozostaje otwarte.

Zasłanianie się informacjami to cecha dla Dzieduszyckiej-Ziemilskiej charakterystyczna – ucieszy to zapewne globtroterów, którzy szukają porad, co warto zobaczyć. To taki beletryzowany przewodnik, podręczny zbiór wiadomości, pozwalający wyrobić sobie opinię na temat ewentualnej zmiany celu podróży. Zwykłym odbiorcom pozostaje niewiele: zaledwie szczątki prywatnego życia, zapis drobnych niesnasek i międzyludzkich relacji. Z czasem te proporcje nieco się wyrównują i autorka wpuszcza jednak czytelników na chwilę do swojego życia w Mongolii. Zwłaszcza kiedy zasmakuje w codziennych obserwacjach, zaczyna się rozkręcać. Taka postawa jest również lekko wymuszana przez temat książki – skoro Dzieduszycka-Ziemilska zatrzymuje się w jednym miejscu, może sobie pozwolić na spowolnienie narracji, spokojne kontemplowanie otoczenia i przedstawianie po kawałku tego, co w Mongolii warto zobaczyć. Z pewnością autorka nie jest rejestratorką przygodnych i efemerycznych wrażeń ani kolekcjonerką anegdot, ma swój pomysł na przedstawienie Mongolii, więc konsekwentnie przybliża ją czytelnikom – wybiera dokładność, a nie zabieganie i poszukiwanie rozrywek.

Książka jest oczywiście pełna zdjęć, którymi autorka dopowiada własną relację. Kolorowe i duże fotografie raz po raz przecinają tekst, chociaż czasem czegoś im brakuje (na przykład przy stopach posągu Buddy – punktu odniesienia). Niektóre zdjęcia – udanie uchwycone chwile – nie potrzebują tłumaczenia, inne wzbogacane są o całe informacyjne notki. Pejzaże, portrety i szczegóły w odwiedzanych wnętrzach interesują autorkę najbardziej i można je z przyjemnością oglądać, to nie puste zapychacze stron, a rzeczywiście udane prace. Sporo wiadomości dostarczy ta książka, a przy tym jest głębsza niż standardowe i „przebojowe” relacje z podróży, w których Mongolia to tylko jeden z przystanków.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Izabela Sowa: Zielone jabłuszko

WNK, Warszawa 2012.

Ania z PRL-u

Jedną z pierwszych scen „Zielonego jabłuszka” przekonała mnie Izabela Sowa do swojej powieści – i chociaż komizmu w tym stężeniu nie udało jej się już potem powtórzyć, historia mimo wszystko poprawiała nastrój do samego końca. Gdzieś tam może zbyt zawierzyła autorka obiegowym dowcipom, na których nie ma sensu budować dialogu (a i sama Ania Kropelka nie wzięła się przecież z wyobraźni), ale da się to łatwo wybaczyć – za udany i nieco sentymentalny powrót do czasów, których dzisiejsze młode pokolenia nie znają.

Wydana w serii „Babie lato” powieść właściwie mogłaby być książką dla młodzieży – przy założeniu, że ta młodzież zainteresowałaby się życiem nastolatki w PRL-u. Ania Kropelka to młoda dziewczyna, która ironicznie komentuje otoczenie, a swoje zwierzenia ubiera w formę listu do idola, Limahla. Mama Ani wyjechała do Stanów i nie ma ochoty wrócić, ojca bohaterka nie zna. Pozostaje jej babcia i sąsiadki – oraz koledzy ze szkoły. I oczywiście Limahl. Ania prowadzi zwyczajne życie nastolatki, tyle że ustrój zapewnia jej przeżycia dziś nie do wyobrażenia. Relacje z codziennej egzystencji nastolatka okrasza humorem – to często śmiech mimo wszystko, bo w życiu nie zawsze dzieje się tak, jakby bohaterka chciała. Zwykle towarzyszą jej drobne zmartwienia i uciążliwości, niekiedy poważne konflikty psują nastrój – ale to wszystko ma specyficzny posmak nostalgii za dawnymi czasami. Dzięki temu zabiegowi, mocno ryzykownemu, Izabela Sowa uzyskuje w narracji pogodę ducha właściwą choćby bohaterkom Jeżycjady. Nie musi się obawiać, że kłopotami Ani Kropelki obarczy odbiorczynie – bo w końcu tym obce są rozterki nastolatki. Lektura dostarczy zatem rozrywki, czasem obudzi wspomnienia, ale pełnić będzie przede wszystkim funkcję rozrywkową. Jej atutem jest także ciekawe ujęcie czasów PRL-u, odmienne od konwencji w literaturze. Nie ma tu wielu ogranych już motywów czy wręcz stereotypów w pisaniu o tych czasach, autorka koncentruje się tak naprawdę na kwestii rozbicia rodziny przez emigrację. Wszystko inne – przedsiębiorczość młodych ludzi, pomysłowość w zdobywaniu towarów, których nie można kupić, wszechobecna szarzyzna i absurdy – schodzi do poziomu tła. Nadaje całości specyficznego i niepowtarzalnego kształtu, ale nie przytłacza czytelników.

„Zielone jabłuszko” nastawione jest na dostarczenie powodów do radości, widać to w każdej małej scence przywoływanej od razu z zamiarem budzenia śmiechu. Izabela Sowa ucieka od drobiazgu do drobiazgu – komiczne obrazki wcale nie mają wielkiego wpływu na rozwój fabuł, autorce zależy na tym, by przepędzić melancholię i czarne myśli. Przy tych wszystkich wplecionych w opowieść dowcipach nie sposób pozostać obojętnym na historię. Nawet jeśli ktoś będzie mieć inne wspomnienia i w postępowaniu Ani dostrzeże niekonsekwencję, będzie Sowie wdzięczny za dawkę śmiechu i optymizmu. I to jest w tej powieści najważniejsze – nie odwołania do poprzedniej epoki, nie przechowywanie pamięci o życiu w PRL-u, a ubaw pod pretekstem przekazywania obyczajowej historii. Standardowe wątki dużo zyskały po wtrąceniu w kontekst obcy dzisiejszym nastolatkom. Izabeli Sowie udało się stworzyć książkę, która pozytywnie wyróżnia się spośród współczesnych obyczajówek – klimatem, pomysłem i sposobem opowiadania. Warto do tej książki zajrzeć. Także w całej serii WNK to sympatyczne odświeżenie schematów i popis humoru.