* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 1 grudnia 2011

Magda Parus: Rodzinnych, ciepłych świąt

Muza SA, Warszawa 2011.

Tragedia świąteczna

Tym wszystkim, których męczy postępująca komercjalizacja świąt i „familiarność” związanych z Bożym Narodzeniem historii Magda Parus przekona do siebie bez trudu. Ironiczny tytuł jej powieści – „Radosnych, ciepłych świąt” dobrze koresponduje ze zdjęciem całkiem łysego rachitycznego drzewka, pyszniącego się bombkami. Więcej o tomie zresztą mówi to zdjęcie niż konwencjonalne życzenia zamknięte w tytule. Parus bowiem bezlitośnie rozprawia się ze stereotypem radosnej atmosfery i pokazuje piekło, jakie potrafią zgotować sobie bliscy. Towarzyszy w kilku uroczystościach dwóm paniom domu i sprawia, że czytelnicy zatęsknią do rzeczywiście ciepłych i stereotypowych obrazków rodem z nieszczerych, sztampowych życzeń.

Kamila dba o pozory. Jest nadopiekuńczą matką dla syna-jedynaka, leniwego studenta polonistyki, którego z uporem nazywa „Adusiem” i „kotkiem” i rozpieszcza bez wahania. Męża traktuje bardziej jak zwierzątko domowe, które nie ma własnego zdania, odnosi się do niego uprzejmie, starannie skrywa poczucie wyższości – ale nie próbuje się z nim porozumieć. Zresztą małżonek-pantoflarz kontaktu specjalnie nie szuka. Lena ma dwie córki (rozkapryszoną do granic wytrzymałości młodszą nazywa „króliczkiem”) i męża, który sporo zarabia, a z czasem zaczyna mieć coraz więcej pretensji do ukochanej. Ma też złośliwą teściową, która w końcu wprowadza się do jej domu. W rodzinie wszystko zaczyna się psuć, chociaż bohaterka z uwagi na święta Bożego Narodzenia stara się zachować spokój. Jednak przemilczanie pewnych faktów może doprowadzić do tragedii.

Obie bohaterki Magda Parus prezentuje tak, by trudno było czuć do nich sympatię, zresztą w całym tomie nie ma osoby, do której można by się jakoś szczególnie przywiązać. Dwie kobiety jednak przedstawiane są w sposób odpychający, Kamila ma w sobie sporo z mentalności Dulskiej (a i Świętkowej z „Cholonka”), nie docenia własnego szczęścia, a jej wewnętrzne zgorzknienie rozbija narrację od środka. Fałsz i obłuda to z kolei jej znaki firmowe, do ujawniania światu. Lena czuje się zmęczona zachowaniem irytującej córki i wścibskiej teściowej, lecz o ile do dziecka potrafi odnieść się bardziej stanowczo i na moment powstrzymać kolejne ataki histerii, o tyle z dorosłą przecież matką męża rozmawiać nie umie. W ogóle rezygnuje z mówienia wprost o kłopotach, stąd rodzi się sytuacja, z której już nie ma ucieczki. Lena ma jeszcze coś, co do szału doprowadzić może czytelników – po każdym poleceniu czy wykrzyknieniu dodaje bezsensowną doczepkę pytaniową „tak?” – owo natręctwo wystarczająco drażni w zwykłej mowie, nie potrzeba go dodatkowo w tekście, zwłaszcza że zamiast indywidualizować styl i podkreślać wiarygodność bohaterki, przenosi uwagę odbiorców na płaszczyznę słów.

Parus pokazuje obie rodziny w powtarzalnych sytuacjach, nawiązuje do świątecznych rytuałów i zwyczajów, które kobiety wypracowały w swoich domach: święta służą tu za tło, ale przez desakralizację wydarzeń jeszcze uwypuklają kontrast między upragnionym i trochę baśniowym szczęściem oraz klimatem rodem z kina familijnego a ponurą rzeczywistością ludzi, którzy niepostrzeżenie stali się dla siebie obcy. Ta powieść niesie bardzo wiele goryczy i zupełnie oddala się od standardowych historyjek poszukiwanych w okresie przedświątecznym – a jednocześnie stawia ważne pytanie o granice poświęcenia w imię tradycji.


środa, 30 listopada 2011

Ulf Stark: Magiczne tenisówki mojego przyjaciela Percy'ego

Zakamarki, Poznań 2011.

Źródło odwagi

Rodzice na myśl o tej książce mogą poczuć dreszcz – bo Ulf Stark, tradycyjnie zresztą, nie tłumaczy zachowań swojego bohatera ani wyraźnych związków przyczynowo-skutkowych, a całkowicie skręca w stronę dziecięcego widzenia świata. W „Magicznych tenisówkach mojego przyjaciela Percy’ego” nie ma miejsca na analizę niewłaściwego postępowania, ani na nudne morały – wszystko toczy się swoim trybem, tak, jakby dorośli nie mieli nic do powiedzenia. Właściwie to chyba nie mają, bo nie mogą w żaden sposób wpłynąć na czyny małego Ulfa. A Ulf przeżywa właśnie niezwykłą metamorfozę. Z małego i słabego niezdary w prawdziwego łobuza. Przyczyną tej przemiany staje się nowy szkolny kolega, Percy. Percy jest typowym cwaniakiem, potrafi zdobyć wszystko, czego chce. Wykorzystuje do tego Ulfa, obiecując mu w zamian… swoje stare i bardzo zniszczone tenisówki.

Ulf wierzy, że w brzydkich butach kryje się magiczna moc – w końcu Percy bez wysiłku robi to wszystko, czego Ulf nie umie. Chociaż cena za buty jest wysoka i wymaga ogromnych poświęceń, chłopiec bez wahania wypełnia żądania „przyjaciela”, zupełnie odrzucając swoich dotychczasowych kolegów-nieudaczników. Kiedy już ma swoje wymarzone buty, odkrywa w sobie potężną siłę, a wręcz brawurę – nie istnieją dla niego rzeczy niemożliwe, choćby były niebezpieczne. Jednak spełnienie marzeń o odwadze prowadzi do coraz częstszego łamania zasad i, co za tym idzie, do poważnych kłopotów. Lecz teraz Ulf czuje się podwójnie silny – po pierwsze dzięki posiadaniu magicznych tenisówek (w których magię tylko on wierzy), po drugie dzięki posiadaniu prawdziwego przyjaciela (chociaż Percy wcale na to miano nie zasługuje). Za sprawą naiwnej wiary w słowa rówieśnika, niespodziewanie dla samego siebie, dojrzewa.

Postać Percy’ego nie jest jednoznacznie określona. Nowy w szkole chłopak cechuje się sporym sprytem i doświadczeniem życiowym właściwym dzieciom, które musiały szybko nauczyć się radzić sobie same. Bez skrupułów wykorzystuje okazję do zdobycia tego, czego chce. A jednocześnie jest bardzo pokrzywdzony i nieszczęśliwy – marzy o tym, by jego ojciec zwrócił na niego uwagę. Ten jednak zajęty jest interesami i nie przejmuje się dzieckiem, skąpi mu czułości, a nawet zwykłej sympatii. Głodny miłości ojca Percy nie boi się już niczego. Ten szkolny łobuz ma jeszcze nietypowe hobby: uwielbia haftować, a ponieważ nie kryje się z tym talentem, może być uznawany za prawdziwego twardziela. Zresztą w łamaniu zasad uczeń Ulf niedługo przerośnie mistrza, ku zgrozie tego ostatniego.

Powieść ta została osnuta na wątkach autobiograficznych i Ulf Stark nieraz zaskoczy nią czytelników – zwłaszcza że decyduje się na nieocenzurowane przygody dorastających chłopców, czego zupełnie nie zapowiadały jego historyjki dla młodszych dzieci. Tu prezentuje kolejne niezbyt bezpieczne sytuacje i scenki bez wyjaśnienia, dlaczego maluchy nie powinny naśladować bohaterów. Ta lektura wymaga rozmowy z mniej rozsądnymi dziećmi, odczytania im przesłań autora i nakreślenia granic postępowania. Poza tym natomiast Ulf Stark pozostaje w sferze wzruszających i niebanalnych rozwiązań, potrafi pokazać prawdziwą przyjaźń (choć znowu podarunek, na jaki decyduje się Ulf, do rozsądnych nie należy – jest za to szczery i płynie z serca – pomijając jego konsekwencje – chwyta za gardło). Jest w tej książce coś magicznego (niekoniecznie tenisówki), choć i coś przerażającego zarazem.

wtorek, 29 listopada 2011

Władysław Broniewski: Wierszem przez życie. Poezje

Iskry, Warszawa 2011.

Wybór osobisty

Mariusz Urbanek ze znawstwem, a i z pasją opisał życie i twórczość Władysława Broniewskiego. Idealnym uzupełnieniem jego książki „Broniewski. Miłość, wódka, polityka” staje się przygotowany przez niego wybór wierszy poety – subiektywny i niezbyt obszerny zestaw utworów z różnych lat, mający – jak zapewnia Urbanek – pokazać Broniewskiego kompletnego. Przywołuje więc autor wyboru sześćdziesiąt jeden tekstów, które dopełniają tom biografii, a jednocześnie przynoszą obraz poety niejednorodnego, niełatwego do zaszufladkowania i oceniania. Czy taka ilość wierszy wystarczy, by poznać i zrozumieć Broniewskiego? Czytelnikom rozmiłowanym w tej poezji z pewnością zaostrzy apetyty (lub też pozwoli szybciej dotrzeć do utworów arcydzielnych). Tym, którzy biografię czytali na sucho, mając w pamięci jedynie strzępy szkolnych lektur, tomik „Wierszem przez życie. Poezje” jawić się będzie jako skondensowany i wartościowy zbiorek, umożliwiający szybkie zapoznanie się z twórczością Władysława Broniewskiego. Wszystkim natomiast ów wybór wierszy każe się zastanowić nad własną recepcją dzieł i nad prywatnym zestawem utworów do ocalenia. Wiersze z tomiku jako ilustracja do biografii spełniają swoje zadanie znakomicie.

Urbanek sam tłumaczy, co było kluczem doboru liryków. Chce czytać Broniewskiego nie tylko jako poetę rewolucyjnego, ale też autora tekstów rozrachunkowych, człowieka doświadczonego przez los i… poetę, autora erotyków i wierszy romantycznych. Ale w kilkudziesięciu utworach pojawia się też inny Broniewski, Broniewski, którego pisaniem rządzą emocje. W tomiku powracają wiersze wyrastające z buntu i niezgody, źródła gniewu, zagrzewające do walki apele, ale i… utwory dowcipne i lekkie, ukazujące Broniewskiego jako żartownisia: te teksty każą zweryfikować sens powagi – bo w końcu wydrwieniu ulec może nawet miłość. To prawdziwy test znaczenia humorystycznych tematów i, co ważne, nigdy nieistniejący w utworach o tematyce patriotycznej. Tomik „Wierszem przez życie. Poezje” przedstawia różne oblicza Broniewskiego – zaangażowanego w sprawy państwa i w politykę, gloryfikującego miłość, szukającego żartu, załamanego po stracie bliskich – ale i Broniewskiego o ogromnej „lirycznej” wrażliwości (jak w „Zielonym wierszu”). Widać w tej książce warsztat Broniewskiego i istotne dla niego kwestie – ale tak naprawdę cały zbiorek wybrzmiewa w zestawieniu z biografią napisaną przez Urbanka. Oba tomy czytać można równolegle, żeby uzyskać pełną wiedzę o literackiej działalności Broniewskiego.

Urbanek przypomina wiersze, które wszyscy doskonale znają – nie tylko ze szkoły, ale i na przykład z… piosenek. Obok nich natomiast proponuje wiersze zapomniane, produkcyjniaki pisane zgodnie z obowiązującymi „normami”. Jest w tych utworach siła, jest rytm i rym niebanalny – zmienia się za to niemal bez przerwy (to efekt skondensowania wyboru), ich ton i sposób oddziaływania na czytelników. „Wierszem przez życie” to tomik zróżnicowanych nastrojów i całego szeregu spraw, o które warto walczyć. Ważne, że Urbanek nie chce pokazywać Broniewskiego jednowymiarowo.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Rafik Schami: Opowiadacze nocy

WAM, Kraków 2011.

Apetyt na fabuły

Rafik Schami to autor, który lubi upajać się brzmieniem słów. Jego frazy są niezwykle melodyjne, a przy tym obrazowe (duża w tym zasługa Elżbiety Zarych, tłumaczki, która dobrze czuje się w baśniowych klimatach), rozbudowane, ale nie barokowe. W efekcie samo słowo staje się przedmiotem zainteresowania czytelników – w przypadku „Opowiadaczy nocy” – w podwójny sposób. Raz – jako materia pisarska, z której Rafik Schami potrafi wyczarować spójną i atrakcyjną egzotyczną opowieść, dwa – jako katalizator akcji. W tle rozbrzmiewają baśnie z tysiąca i jednej nocy, a niezwykła aura otaczająca zwyczajnych bohaterów pozwala odbiorcom na zasmakowanie egzotyki. „Opowiadaczy nocy” czyta się przede wszystkim dla rytmu opowieści, magicznego prowadzenia narracji, pełnej literackich bajań.

Wszystko zaczęło się tajemniczo: woźnica Salim, słynący dotąd z pięknego opowiadania historii, stracił głos. Ostatnie słowa wykorzystał, by wyjaśnić przyjaciołom, że mogą go ocalić – nie dał jednak kompanom wyraźnych wskazówek, zmuszając ich do rozwikłania trudnej zagadki. Kiedy wszystkie przyziemne próby przywrócenia Salimowi zdrowia zawiodły, przyjaciele zdecydowali się na podarowanie staremu woźnicy własnych, najbardziej niezwykłych historii. Przez siedem kolejnych nocy zbierali się u Salima i przedstawiali baśniowe intrygi, w których oryginalność i czar przeplatały się z trafnymi ocenami ludzkich przywar. Każdy z przyjaciół ofiarowywał najcenniejszą historię, choć żaden nie miał pewności, że baśniowa terapia poskutkuje.

I z tych opowieści, przeplecionych jeszcze prześwitującą tu i ówdzie powieściową teraźniejszością, składają się „Opowiadacze nocy”. Rafik Schami jednak także realia historii traktuje jako kolejny baśniowy wątek – nie stara się odróżnić przypadku Salima od konstruowanych przez jego przyjaciół fabuł, ta szkatułkowa kompozycja sprawdza się w tomie bez zarzutu, zwłaszcza że prawdziwą przyjemność lekturową przynoszą wysmakowane zdania, z których całość jest misternie budowana. Autor decyduje się także na nietypowe uwiarygodnianie szkieletu powieści – czasem niespodziewanie przerywa wywody kolejnego gawędziarza, by odnieść się do aktualnie wykonywanych przez niego czynności, pozwala sobie na wyrwane z baśniowego kontekstu komentarze i wykorzystuje je jako sztuczki dla podbijania napięcia w opowiadanej historii. Rozbudza tym samym apetyt na fabuły.

Świat tworzony w „Opowiadaczach nocy” nie musi wydawać się rzeczywisty czy naturalny – autor umieszcza akcję w Damaszku w 1959 roku, ale tak naprawdę nie ma większego znaczenia jej realizm. W tej lekturze na pierwszy plan wybija się koloryt lokalny, zamiłowanie do snucia opowieści, które silnie wpływają na słuchaczy, wreszcie wiara w możliwość hipnotyzowania słowem. Rafik Schami autotematyzm zgrabnie przykrywa aurą egzotyki, obcej kultury, której zrozumieć ani przejąć nie można, kultury, która da się tylko podziwiać z zewnątrz. Proponuje zestaw baśni dla dorosłych – tom, od którego nie można się oderwać. Tę książkę można czytać dla samej przyjemności śledzenia rytmu, świadomości słowa i jego siły – wystarczy, by podziwiać autora.


niedziela, 27 listopada 2011

Jacek Fedorowicz: Ja jako wykopalisko

Świat Książki, Warszawa 2011.

Głos satyryka

Bywa, że wspomnienia satyryków przepełnione są goryczą i melancholią, uwolnione od scenicznej lekkości i humoru, który nie musi przekładać się na memuarowe zapiski. Ale Jacek Fedorowicz w swoich książkach o naturze kronikarsko-pamiętnikarskiej jest konsekwentny w dowcipnym prezentowaniu faktów i doświadczeń, związanych z kolejnymi etapami pracy satyryka. Świat Książki zdecydował się na uzupełnienie biblioteczek koneserów tego rodzaju literatury o tom napisany w latach siedemdziesiątych, a przedstawiający czasy o dwie dekady wcześniejsze, powiązane z powstawaniem Bim-Bomu i, ogólnie, studenckimi latami autora. Dawne zapiski Fedorowicz nazywa „Znaleziskiem” i wyjaśnia ich genezę w ramach dzisiejszego dodatkowego komentarza. Mamy zatem dwie różniące się od siebie narracje – ta dawna wyodrębniona jest graficznie: prezentowana na żółtym tle, czcionką o kroju maszynowej, dzięki czemu nie ma wątpliwości, które elementy są w opisie o czterdzieści lat młodsze.

Jacek Fedorowicz na scenie – zwłaszcza dzisiaj – ma specyficzny sposób podawania tekstów (a i charakterystyczne poczucie humoru w tych tekstów kreowaniu) – jednak w książce sprzed lat jawi się jako niezrównany gawędziarz, łowca anegdot i świadek wydarzeń jednocześnie. Interesuje go własna działalność artystyczna (rozpoczyna historię w chwili zdawania egzaminów wstępnych na Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych, kończy z momentem uzyskania dyplomu; do akcji szybko wkraczają Wowo Bielicki, Bogumił Kobiela i Zbyszek Cybulski), ale w szerszej perspektywie – działalność w studenckich kabaretach. Fedorowicz jest nie tylko autorem ciekawym, ale, co najważniejsze, świadomym. Doskonale wie, co będzie interesowało jego czytelników, niekoniecznie rekrutujących się z kabaretowego światka – jeśli więc decyduje się na opisanie wyrazistych wpadek czy dylematów twórczych, to opatruje je dodatkowym komentarzem. Nie przesadza na szczęście z usprawiedliwieniami, nie uderza też w megalomańskie tony, jego tekst z dawnych lat jest zwięzły, konkretny, dowcipny, a przez ilość zabawnych ciekawostek także niebywale atrakcyjny dla dzisiejszych odbiorców.

Do Fedorowicza jako autora wycinkowych wspomnień można mieć zaufanie. Nie powtarza on obiegowych żartów czy dyżurnych anegdot, za to doskonale puentuje obserwowane wydarzenia, jego „Znalezisko” to naprawdę ukryty popis gawędziarskich umiejętności. Dziś nie ma już Fedorowicz tamtej lekkości, a czasem i brawury w pisaniu – a może po prostu z chęcią imponowania stylem wygrywa konieczność tłumaczenia niektórych faktów, dopowiadania szczegółów i uzupełniania całości. W krótkich, teraz dodawanych wstawkach, Jacek Fedorowicz zamiast żartu wybiera spokój i rzeczowość – co, owszem, pozwala na zrozumienie pewnych zabiegów autorskich, ale jednocześnie tylko podsyca apetyt na dalszą część archiwalnych notatek.

„Ja jako wykopalisko” to jeden z lepszych tomów wspomnieniowych – nie lada gratka dla wielbicieli zabawnych i przyjemnych, opartych na faktach lektur. Fedorowicz nie musi spełniać misji archiwizowania danych, może za to skoncentrować się na tym, co w egzystencji młodego kabaretu najciekawsze. „Znalezisko” nawet po kilkudziesięciu latach nie straciło na atrakcyjności.
Na uwagę zasługuje także sposób opisywania zdjęć w książce – to jakby odręczne, nieformalne dopiski, znakomicie pasujące do całości – jakby odbiorcy zostali zaproszeni do wysłuchania subiektywnej historii, nieujętej w książkowe ramy.

sobota, 26 listopada 2011

Jarosław Kret: Planeta według Kreta

PWN, Warszawa 2011.

Zwiedzanie świata

Niewiele jest naprawdę pomysłów na książki podróżnicze. Autorzy zwykle próbują połączyć własne doświadczenia i obserwacje z wiedzą ogólną – z przewodników turystycznych, czasem trochę pogłębioną, a niekiedy jeszcze wzbogaconą o cytaty z literatury. Ale Jarosław Kret zamiast rozbudowanych analiz i opowieści na temat jednej wyprawy decyduje się na krótkie opowieści z różnych podróży. Proponuje odkrywanie kolejnych miejsc z dala od tłumów turystów i nastawianych na ten biznes przedsiębiorców, przełamywanie stereotypów i zsubiektywizowane spojrzenie na świat.

Tom „Planeta według Kreta” składa się właśnie z zestawu krótkich tekstów o odkrywaniu nowych miejsc, przy czym owo odkrywanie czasem polega na poznawaniu nowej kultury, a czasem na zmienianiu obiegowych opinii. Austriackie wioski, Wenecja, Izrael, kraje arabskie i miejsca wakacyjnego wypoczynku, najbardziej promowane przez biura podróży. Dawkę egzotyki zapewnia Madagaskar, z kolei dyskusja kilku muzułmanek rzuci nowe światło na kwestie, które wciąż rozpalają opinię publiczną. Autor raz stawia siebie w centrum wydarzeń, raz usuwa się w cień. Filtruje fakty przez własne emocje lub próbuje naświetlać tematy z wielu stron. Nie pozwala nudzić się przy lekturze, chociaż niemal zupełnie odrzuca styl dowcipnej lekkości – zupełnie jakby ten w naszej literaturze podróżniczej zarezerwowany był dla Cejrowskiego.

Jarosław Kret przeważnie stara się zachować chłodny spokój, który ma być gwarancją rzetelności, zdarza się jednak, że coś wywołuje jego gwałtowne reakcje – wówczas mnoży pytania retoryczne, daje upust złości lub pozwala sobie na zdumienie. Lubi oceniać odwiedzane miejsca, ich atmosferę (lub jej brak) i to, co mają do zaoferowania miejscowi. Unika tłumów, ucieka przed gromadami turystów i szybko zniechęca się do przeludnionych miejsc. W swoje wywody wplata informacje dotyczące obcych krajów, próbuje uchwycić ich specyficzny nastrój – lubuje się zwłaszcza w migawkowych scenkach, które rozwijają się w komentarz. Kret dość poważnie podchodzi do opisywania mniej znanych krajów – nie bawi się w znajdowanie ich wyrazistych cech, za to nierzadko wybiera na temat opisu… pierwsze wrażenie (potem, rzecz jasna, wzbogacone o konkretne wiadomości). Ponieważ kolejne rozdziały są krótkie, a autor ciągle zmienia ich tematy, książka wydaje się ciekawa. Trzeba jednak zaznaczyć, że przeważają w niej opisy, niewiele tu „życia”, przygód czy wrażeń – Kret skupia się raczej na obserwacjach, statycznych i spokojnych. Cały świat jest źródłem niebywałych doznań – tyle tylko, że te doznania w postaci cudzej, zapośredniczonej opowieści tracą część swojej mocy, nie wzbudzają aż tak żywych emocji jak w przypadku uczestnictwa. Kretowi zapadły w pamięć opisy z młodzieńczych lektur – książki Arkadego Fiedlera czy Alfreda Szklarskiego, które rozpalały wyobraźnię i chęć podróżowania, teraz powracają – w formie literackich przewodników, których śladami można bez większych przeszkód podążać. Wprawdzie sama „Planeta według Kreta” nie zapisze się w pamięci czytelników równie mocno, by odbiorcy ruszyli śladem autora, ale być może da impuls do marzeń o własnym odkrywaniu świata.
Opowieści Jarosława Kreta pełne są zdjęć, ale dopiero informacja na końcu książki pozwoli oddzielić te, które zrobił sam autor od – dość licznych – zaczerpniętych z różnych źródeł.

piątek, 25 listopada 2011

Poczytaj mi, mamo. Księga druga

Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Sentymentalna podróż

Nie zaglądam do spisu treści, zresztą i tak najwięcej wspomnień wywołują ilustracje i teksty. Nazwiska autorów nie wchodziły przecież do cowieczornej lektury, co innego same historie – te, wielokrotnie powtarzane, na długo zapadły w pamięć. Chcę je odkrywać stopniowo, chociaż gruby tom „Poczytaj mi, mamo. Księga druga”, który dawniej zastąpiłby dziesięć dobranocek, dziś staje się lekturą na jeden wieczór. Zapewnia jednak sporo emocji – trudno nie uśmiechnąć się na widok dobrze znanych prostych fabułek i pięknych ilustracji: w końcu na serii „Poczytaj mi, mamo” wychowało się moje pokolenie.

A ponieważ wydawnictwo zdecydowało się na reprinty (i chwała mu za to) mogę bez problemu przypominać sobie czytane przez rodziców bajki w najlepszym z możliwych kształcie. Tyle że zamiast podniszczonych od ciągłego oglądania książeczek, malutkich, bo kilkunastostronicowych, o nietypowym kwadratowym kształcie, dostaję spory i ciężki, ekskluzywnie wydany tom. I powstaje pytanie: czy to lepszy prezent dla spragnionego bajek dziecka, czy dla dorosłego, który nie przejdzie obojętnie obok takiego wznowienia. „Poczytaj mi, mamo” trafi do podwójnego kręgu odbiorców – zwłaszcza że ukazuje się w okresie przedświątecznym. Upominek nieoceniony od strony tekstowej – ale i od strony sentymentalnej.

Wanda Chotomska, Małgorzata Musierowicz, Tadeusz Kubiak, Julian Tuwim, Helena Bechlerowa, Danuta Wawiłow, Sławomir Grabowski i Marek Nejman – kilkulatki nie mają pojęcia, że obcują z klasyką literatury czwartej. Zyskują za to rozwijające wyobraźnię opowieści, czasem trochę zaczarowane (o koniu, który przychodzi pod dom chłopca), czasem wychowawcze (o zarozumiałej srebrnej łyżeczce), czasem życiowe (o kłótniach rodzeństwa o biurko czy o pierwszym dniu w przedszkolu). Te wszystkie książeczki czytane po latach – już z inną wrażliwością – odbiera się zupełnie inaczej, ale wciąż będą silnie wpływać na maluchy. Odnoszą się w końcu do spraw na nich istotnych.

Przewracanie kartek z kredowego papieru to sama przyjemność: charakterystyczne ilustracje Edwarda Lutczyna, Wandy Orlińskiej czy Marii Uszackiej jeszcze bardziej wpływają na ożywienie wspomnień. A przecież zgromadzone w jednym miejscu książeczki urzekają różnorodnością grafik – są tu rysunki wykonywane rozmaitymi technikami, odmienne od siebie style i pomysły na oddanie fabuł. Takie właśnie, nieujednolicone grafiki sprawdzają się tu doskonale.

Nasza Księgarnia przedstawia wartościowe historyjki, z morałami (ale bez dydaktyzmu), pozbawione agresji, nienaruszające zasad dobrego smaku. Opowieści sprawdzone i cenione, pięknie opracowywane i nieschematyczne. Powraca do bajek, które już sklasyczniały, i które na pewno chętnie kupią rodzice dla swoich pociech (a może i dla siebie). W zalewie pseudoliterackiej tandety (pisanie dla maluchów byle jak i bez pomysłu) „Poczytaj mi, mamo” jaśnieje pełnym blaskiem i wywołuje zachwyt. Nie da się o tym tomie (i o poprzedniej części) nie pisać w samych superlatywach. Wie o tym każdy, kto zasypiał przy małych kwadratowych książeczkach – opowieściach najlepszych polskich autorów. Wiele jest obecnie ładnie wydanych bajek – ale „Poczytaj mi, mamo” to książki wyjątkowe.