* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 30 września 2010

Donna Leon: Okropna sprawiedliwość

Noir sur Blanc, Warszawa 2010.

Porwanie zgodne z prawem

Właściwie „Okropna sprawiedliwość” trochę zaskakuje: Donna Leon w cyklu opowieści o komisarzu Brunettim jest wprawdzie drobiazgowa i skrupulatna, ale nad opis stawia jednak, jak na kryminał przystało, fabułę. Tymczasem w najnowszej powieści amerykańskiej autorki w zasadzie od początku wszystko jest jasne: wiadomo kto i co zrobił oraz – jakie będą skutki tego działania. Pozostaje jedynie znalezienie motywu, a nawet nie tyle motywu, co łącznika między wydarzeniami, małego punktu, który wyjaśni lawinę zajść. Wszystko rozgrywa się jak zawsze w Wenecji i opatrzone jest dodatkowym, subtelnym rysem lokalnym, który nadaje powieściom o komisarzu Brunettim specyficznego posmaku.

Gustavo Pedrolli to znakomity, ceniony lekarz pediatra, od osiemnastu miesięcy szczęśliwy ojciec. Scena zabawy z malutkim synkiem jest jednym z obrazków otwierających książkę: lecz sielankę burzy nocna wizyta oddziału carabinieri, którzy zabierają małe dziecko. Komisarz Brunetti dowiaduje się o sprawie, gdy zostaje wezwany do szpitala, w którym znajduje się lekko poturbowany mundurowy i znacznie bardziej poszkodowany Pedrolli. Szybko zostaje poinformowany, że chodzi o nielegalną adopcję: lekarz kilka miesięcy wcześniej odkupił dziecko od Albanki, która nie chciała potomka. Teraz maluch trafi do sierocińca – nie zostanie zwrócony biologicznym rodzicom ani kochającemu go ojcu zastępczemu. Brunetti łączy ze sobą reakcje po wydarzeniu i dochodzi do tego, kto stał za donosem na pediatrę.

Donna Leon sprytnie powiązała w tym tomie dwa elementy, które nadają całej historii blasku. Z jednej strony – to chwyt już stary i sprawdzony – zaprezentowała ludzkie oblicze komisarza, który po godzinach pracy lubi napić się z żoną dobrego wina, a obserwowane sytuacje filtruje – mniej lub bardziej świadomie – przez własny system wartości. Z drugiej natomiast strony pokazała autorka scenę, która nie ma jednoznacznego ze względów moralnych czy etycznych rozwiązania: odebranie dziecka kochającej je rodzinie i oddanie do sierocińca oznacza kres uczuć i traumę na resztę życia dla bezwzględnie potraktowanego malucha. Zwrócenie dziecka rodzicom, którzy bezprawnie je adoptowali (czyli: kupili) stworzyłoby przyzwolenie na taki proceder w przyszłości. To właśnie ten dylemat, zawieszony w narracji, próbuje Donna Leon w „Okropnej sprawiedliwości” przemycić. Tyle że widać też w książce tendencyjność: sam tytuł zdradza, która z możliwości musi zostać wybrana – a po wstępnej, rozczulającej scence z małym Alfredem, dziecko znika z horyzontu i nie pojawia się na nim poza marginalnymi rozterkami Brunettiego. Być może zagłębianie się w temat cierpienia dziecka przekraczałoby ramy powieści rozrywkowej, bądź też Donna Leon nie odważyła się po prostu na budowanie kolejnego wątku w kilkutorowej opowieści. Trochę jednak momentami brakuje takiego podejścia, odrobiny psychologizmów w kreśleniu postaci innych niż komisarz Brunetti.

W kryminale tym – jak zwykle u Donny Leon – jest trochę polityki, trochę poruszania spraw aktualnych i bolesnych, i trochę pytań bez odpowiedzi. Autorka postawiła tym razem na grę na emocjach odbiorców i bohaterów – i dzięki temu może budować intrygę w momencie, w którym wszystko wydaje się już być jasne i rozstrzygnięte. Donna Leon jest ponadto bardzo precyzyjna w narracji – każdy, kto sięgnie po przygody komisarza Brunettiego przekona się, jak szczegółowo odmalowywane są w książce kolejne sceny. To spowalnia akcję, a jednocześnie pozwala cieszyć się pomysłem na całą fabułę.
Poruszanie tematów trudnych od strony etycznej sprawia, że „Okropna sprawiedliwość” może spodobać się miłośnikom kryminałów, ale także stać się może przyczynkiem do dyskusji na temat dobra dziecka i dramatów bezpłodnych par.

środa, 29 września 2010

Małgorzata Kondej: Sejf z milionem w środku, czyli bestseller III b

Stentor, Warszawa 2008.

Książka przyjaźni

Dawniej bohaterowie książek dla dzieci byli chronieni przed nieszczęściami i tragediami – a ta ochrona wynikała z potrzeby oddalania trudnych tematów od czytelników. Dziś tematy tabu coraz częściej są w literaturze czwartej przełamywane, a wobec postaci nie stosuje się już taryfy ulgowej – ma to stanowić punkt wyjścia do objaśniania dzieciom zasad, rządzących dorosłym światem – i pomóc maluchom w zrozumieniu otaczającej je rzeczywistości. W ciepłych mimo wszystko historiach zmieścić można sporo zagadnień, które oswoją małych odbiorców z losem, który jest udziałem ich samych bądź ich rówieśników. Do takich publikacji należy „Sejf z milionem w środku, czyli bestseller III b” Małgorzaty Kondej, książka wyróżniona w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren.

Felek, nowy uczeń, napędza III b niezłego stracha. Wezwany do odpowiedzi nagle mdleje. Dla dzieci to nie lada sensacja, zwłaszcza że nie zdążyły jeszcze poznać nowego kolegi. Według nich Felek dziwnie się zachowuje: nie ćwiczy na wuefie, nie jada słodyczy, nie jeździ na wycieczki. Na przerwach nie bawi się z nikim. Dopiero omdlenie sprawia, że wychowawczyni decyduje się porozmawiać ze swoją klasą o Felku – chorym na raka. Maluchy nie wiedzą, że największym marzeniem chłopca jest zdobycie przyjaciół, ale chcą wesprzeć kolegę. Dlatego, wspólnie z panią, przygotowują dla niego książkę, złożoną z historii każdego dziecka. Jedni opowiadają o swoich snach czy marzeniach, inni o obawach i smutkach. Niektórzy badają historię rodziny, inni koncentrują się na domowym zwierzątku. Ktoś przeżywa pogrzeb babci, ktoś inny ślub mamy. Jedno z dzieci odpowiada o tremie przed publicznym występem, drugie o byciu małym. Kolejna bohaterka odrzuca sympatię kolegi, gdy ten obraża jej niepełnosprawnego braciszka. Te wszystkie opowieści dzieci spisują z pomocą nauczycielki i ukradkiem podrzucają Felkowi do szpitala.

Małgorzata Kondej sprawdza się w krótkich formach, wymyśliła zatem sprytną ramę dla swojej książki – by uzasadnić w niej istnienie zróżnicowanych formalnie i tematycznie opowiadań. Dzięki temu mogła zawrzeć w opowieści znacznie więcej zagadnień i spraw trudnych bez obawy, że zniszczy fabułę całej książki. Widać z tego krótkiego przeglądu motywów, w jakim kierunku autorka poszła: zdarzenia, które dawniej nie miały prawa wstępu do literatury czwartej, tu wysuwają się na pierwszy plan. Dzieci nie martwią się już przezwiskami, dotyczącymi wyglądu, nie boją się też odrzucenia ze strony rówieśników – potrafią walczyć o swoje światy, są – w ujęciu Kondej – odważne i mądre. Oczywiście nie zawsze jest to obraz realistyczny, ale autorka w ten sposób próbuje przekonać odbiorców, jak powinni się w określonych sytuacjach zachować.

Forma opowiadań nie została jednak dostosowana do konstrukcji całej książki. Według rozwoju wydarzeń kolejne relacje są prowadzone przez dziecięcych bohaterów, narracja, utrzymana w pierwszej osobie, ma o tym przekonywać. Ale jednocześnie postacie mówiące mają tendencję do wyraźnego fabularyzowania wydarzeń oraz do analiz swoich stanów emocjonalnych, a to już motywy narzucone przez wszystkowiedzącego, dorosłego narratora. Przypuszczam, że maluchom nie będzie to w lekturze specjalnie przeszkadzało, bo wciągnie je dynamika poszczególnych rozdziałów i tematyka poruszana w książce – ale można było tekst trochę bardziej uwiarygodnić.

Żeby zostać zauważonym, pisarz musi dziś próbować wstrząsnąć odbiorcami. W książeczkach dla dzieci ta reguła została złagodzona – piszący nie powinien tylko uciekać od zagadnień, które wymagają dłuższej refleksji czy rozmowy z kimś dorosłym. Małgorzata Kondej nie udaje, że świat jest piękny, a do świadomości dzieci nie przedostają się troski ich rodziców, ale też nie zastrasza małych czytelników, pozwala im oswoić się z różnymi życiowymi sytuacjami, pokazuje jaśniejsze strony zmartwień i w pełnej ciepła oraz dziecięcego, zaraźliwego entuzjazmu książce porządkuje rzeczywistość.

wtorek, 28 września 2010

Andżelika Piechowiak: Koty i ich sławni ludzie

Nowy Świat, Warszawa 2010.


Po prostu koci świat


Nie ma większego sensu zaczynanie tej recenzji od powtarzania obiegowych opinii o tym, że ludzie dzielą się na psiarzy i kociarzy, podobnie zresztą jak wymienianie stereotypowych wad i zalet kotów nie przyczyni się do lepszego omówienia publikacji wydawnictwa Nowy Świat. „Koty i ich sławni ludzie” to bowiem książka zrodzona z sympatycznego pomysłu, łącząca wielbicieli miauczących stworzeń i dla miłośników kotów przeznaczona – nie zmieni tego fakt, że autorką tomu jest Andżelika Piechowiak, jedna z aktorek młodego pokolenia, a wśród sław opowiadających o swoich pupilach znajdą się między innymi Zofia Czerwińska, Joanna Chmielewska, Grzegorz Turnau, Krystyna Sienkiewicz, Katarzyna Dowbor, Grzegorz Miecugow, Allan Starski, Zbigniew Wodecki czy Ewa Gawryluk. Na pierwszym planie pozostają tu koty – piękne i rasowe, albo zwyczajne dachowce, przygarnięte z litości, ale przez to nie mniej piękne. Wszystkie rozmowy poświęcone są kotom – z rzadka uda się gdzieś przemycić opowieść z planu. Tę hierarchię znakomicie oddaje humorystyczny tytuł książki – znani ludzie usuwają się w cień, snując barwne opowieści o zwierzakach. Na dobrą sprawę nie ma nawet znaczenia, kim są rozmówcy Andżeliki Piechowiak: każdy, kto kiedykolwiek kochał jakieś domowe zwierzę, doskonale wie, że o mądrości, przebiegłości i wyjątkowych zdolnościach pupila da się opowiadać godzinami, a dla zainteresowanych tematem wszystkie historie będą brzmiały równie atrakcyjnie. Tak też jest w przypadku tej książki.

Wywiady z „Kotów i ich sławnych ludzi” nie mogą zmęczyć, skoro dotyczą kocich indywidualności. Andżelika Piechowiak prowadzi rozmowy bardzo zgrabnie i pomysłowo, nie tylko ze znawstwem tematu (sama kocha koty, zatem z łatwością odnajduje się w odmalowywanych przez rozmówców scenach), ale i z wyczuciem interlokutorów. Swoje pytania okrasza cytatami poświęconymi kociej naturze. Wybiera zagadnienia starannie, nie posługuje się ogólnikami i widać, że rozmowy także jej sprawiają przyjemność. Wyciąga rozmówców na zwierzenia, czasem proponuje powroty do doświadczeń wyniesionych z dzieciństwa. Nie prowokuje dyskusji, skoro zgadza się z większością zapraszanych do wywiadów sław, nie próbuje skierować rozmowy na wybrane przez siebie tory na siłę, jest dyskretna, ale okazuje się też świetnym katalizatorem kocich opowieści.

W kilku przypadkach postawy autorów wypowiedzi wybrzmiewają dość przewidywalnie – i niekiedy z lekką już rysą fanatyzmu. Jeśli rozgoryczenie, płynące z niezrozumienia ze strony społeczeństwa, bierze górę nad właściwymi historiami, sama rozmowa mniej będzie cieszyć – ale za to pozwoli w szerszej perspektywie na pełniejszy ogląd świata miłośników kotów. Parę razy wywiady dostarczą powodów do śmiechu, zwłaszcza u tych rozmówców, którzy mimo uwielbienia dla swoich czworonogów, są w stanie zdobyć się na dystans do tematu – co przecież nie jest zbyt łatwe. Prym wiedzie tu Wojciech Mann, który o swoim kocie mówi „futrzany kretyn” i bezlitośnie, a przecież z ironicznym przymrużeniem oka – wytyka jego wady. To idealna przeciwwaga dla rozmów z zaślepionymi właścicielami zwierząt i wyśmienity w lekturze kawałek.

Książce, niestety, zabrakło porządnej korekty – edytory tekstu nie wyłapią wszystkich błędów, zwłaszcza jeśli – a tak jest w tym wypadku – literówki przekształcają słowa w inne, istniejące w korpusie słownika języka polskiego. Także w poprawianiu przecinków Ewa Chmielewska po raz kolejny się nie sprawdziła, zamiast zasad interpunkcji stosując, z niewiadomych przyczyn, sobie tylko znane pomysły. Nie pierwszy już raz oddziela przecinkami podmioty od orzeczeń i niewielka jest szansa na to, że w końcu ktoś zwróci jej na to uwagę. Szkoda. Cała książka robi dobre wrażenie, jest porządnie wydana, zawiera nawet kilka zdjęć kotów sławnych ludzi – błędy psują efekt.

Andżelika Piechowiak połączyła tendencje do plotkarskich rozmów z wielką miłością do zwierząt – efekt godny jest uwagi, oczywiście pod warunkiem, że kocha się – lub przynajmniej lubi – koty.

poniedziałek, 27 września 2010

Ewa Grętkiewicz: Dostaliśmy po dziecku

Stentor, Warszawa 2007.

Egzamin z dojrzałości

Wśród książek dla młodych odbiorców wciąż za mało jest publikacji pisanych z pomysłem, oryginalnych i ciekawych. „Dostaliśmy po dziecku” Ewy Grętkiewicz przełamuje schematy z literatury czwartej, dostarcza rozrywki – a przy tym nie jest pozbawiona wartości pedagogicznych. Codzienność ukazuje w intrygujący sposób i sprawia, że młodym czytelnikom trudno będzie oderwać się od lektury.

Albert ma czternaście lat, Julka dwanaście. To oni są bohaterami historii „Dostaliśmy po dziecku” – na tydzień zostaną opiekunami młodszego rodzeństwa, kilkulatków – Błażeja i Huberta. Rodzice całej czwórki muszą na tydzień wyjechać na szkolenie, zakończone egzaminem. Ciocia, która miała zapanować nad całą gromadką, skręciła kostkę, więc Albert i Julka muszą poradzić sobie sami. Czeka ich prawdziwy egzamin z dojrzałości: Hubert i Błażej to dzieci żywiołowe, energiczne i pomysłowe, a przy tym niepozbawione własnego zdania. Bohaterowie muszą wypracować sobie autorytet u młodszych braci i znaleźć metody na przekonanie ich do zwykłych, rutynowych czynności. Z pomocą przychodzą im przyjaciele – Daria, koleżanka Julki i Dominik, kumpel Alberta. To oni nietuzinkowymi pomysłami zamieniają nudne zadania w świetną zabawę: przygotowania do snu poprzedza wyścig, a kolację – zrobienie skaczących naleśników. Hubert i Błażej rywalizują także w konkursie o nagrody dla najgrzeczniejszego dziecka, ale to, co logiczne i zrozumiałe jest dla starszych, maluchom często wydaje się dziwne. Mimo motywacji w postaci czerwonych kółeczek rysowanych w „Zeszytach grzeczności” kilkulatki stale wpadają w tarapaty – może nawet dojść do tragedii…

Ewa Grętkiewicz zmusza swoich bohaterów do błyskawicznego dorośnięcia. Razem z nimi kształtuje też postawy nastoletnich czytelników, którzy, dzięki prezentowanym tu wydarzeniom, na wiele spraw spojrzeć mogą z nowej perspektywy. To, co w normalnych warunkach urosłoby do rozmiarów problemu nie do przejścia – na przykład rozmaite szkolne wpadki i drobne przykrości ze strony kolegów – przy wybrykach młodszego rodzeństwa traci znaczenie. Albert, który prowadzi narrację, przekonuje się, jak trudno czasem być rodzicem i wychowywać dzieci. Uczy się nie tylko samodzielności, ale i odpowiedzialności, radzi sobie z nowymi obowiązkami, troszczy się o braci, a przy tym nie może zapominać o własnych potrzebach i zadaniach. Julka zauważa dwukierunkowość wychowawczych wysiłków: nie nauczy maluchów sprzątania po sobie, jeśli we własnym pokoju będzie miała bałagan. Daria i Dominik zdają za to egzamin z przyjaźni: angażują się w pomoc i podtrzymują na duchu – dzięki nim obecność czuwającej sąsiadki nie jest tak bardzo potrzebna.

W tomie „Dostaliśmy po dziecku” Ewa Grętkiewicz przeniosła typowe rozwiązania z powieści przygodowych (grupa młodzieży sama, bez pomocy dorosłych, stawia czoła kolejnym wyzwaniom) na grunt bliski każdemu odbiorcy. Pokazała, że najbliższe otoczenie także może być pełne zadań do wykonania – i że można sobie z tymi zadaniami samodzielnie poradzić. Bez nachalnego przekonywania zachęca dzieci do wyrabiania w sobie poczucia odpowiedzialności, a jej książka może ukształtować postawy młodych czytelników – podsuwa dobre wzorce i rozwiązania.

Tym, co urzeka, jest kreacja kilkulatków. Grętkiewicz musi być świetną obserwatorką i naprawdę niezłą pisarką – Hubert i Błażej w tej książce są postaciami, w których istnienie nie sposób nie wierzyć. Budowani w sferze zachowań, nieubłagalnej dziecięcej logiki, a przede wszystkim w warstwie językowej nie są bohaterami papierowymi. Autorka wprowadza do książki motywy komiczne – zwłaszcza gdy przedstawia absurdy rejestrowane przez dziecięce umysły – przy „Dostaliśmy po dziecku” można się naprawdę sporo śmiać.

Za książkę „Dostaliśmy po dziecku” Ewa Grętkiewicz otrzymała drugą nagrodę w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren w 2007 roku. To nagroda w pełni zasłużona – ale o tym przekonają się odbiorcy, którzy zdecydują się sięgnąć po tę pozycję. Nie będą żałować.

niedziela, 26 września 2010

Monika i Michał Przybysz: Goniąc marzenia, czyli podróż poślubna dookoła świata

Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Dziennik podróży

Nie wiem, czy zacząć od wyliczania wad czy zalet tego tomu. Wydany w serii „Człowiek poznaje świat” teoretycznie powinien dotyczyć odwiedzanych miejsc, odkrywania nowych kultur i zwyczajów. W praktyce to jednak książka o samym procesie podróżowania, wbrew zamierzeniom autora, który chce widzieć w niej serię reportaży. Gatunkowo Michał Przybysz proponuje tak naprawdę zwykły dziennik, mało tego – dziennik internetowy, ze wszystkimi jego niedoskonałościami: płytkością poruszanych zagadnień, nastawieniem na emocje, brakiem redakcji i przemyślanej konstrukcji poszczególnych wpisów. W skrócie: bardziej liczy się dla autora to, że gdzieś był i coś przeżył, niż to, CO przeżył. Czytelnicy, którzy chcieliby z tą książką poznać świat, srodze się rozczarują – czynione przez małżeństwo obserwacje nie należą do zbyt ambitnych, te najpełniejsze są jedynie potwierdzeniem lub powieleniem silnie już zakorzenionych w świadomości społeczeństwa informacji – inne urywają się wtedy, gdy mogłoby się zacząć robić ciekawie.

Tom jest zapisem trwającej rok poślubnej podróży Moniki i Michała Przybyszów, trzydziestolatków, którzy postanowili spełnić swoje marzenia i wybrać się na wyprawę dookoła świata, z dala od proponowanych przez biura podróży miejsc. Ameryka Południowa, Azja i Oceania stają się ich celem. Chodzi też o to, by wojaże nie wymagały zbyt dużych nakładów finansowych i przynosiły jak najwięcej możliwości obcowania z miejscowymi. Michał Przybysz w imieniu swoim i żony rejestruje kolejne etapy wyprawy, niestety ignoruje szczegóły, które w literaturze podróżniczej są sednem… Jeśli pisze, że przez dwa dni mieszkali z „tubylcami”, kwituje to lakonicznym „było super” bądź „było fajnie” (kolokwializmy zajmują sporą część książki), ale nic ponadto, nie indywidualizuje przygód, jakby bał się naruszyć swoją prywatność. W rezultacie prześlizguje się po miejscach i tematach, nie wnosząc – od strony poznawczo-kulturowej, ani od strony plotkarskiej – wiele do wiadomości odbiorców.

Koncentruje się za to Przybysz na pisaniu o samym procesie podróżowania. Zachwala wybrany przez siebie rytm życia, podkreśla, że to sposób spędzania czasu dobry dla każdego, bo nie wymaga zbyt dużych finansów. Powtarza, że nie warto polegać na ofertach biur turystycznych, a lepiej schodzić z utartych szlaków i szukać pomocy u zwykłych mieszkańców. Pod tym względem książka może się faktycznie okazać przydatna i inspirująca. W końcu nie na darmo została zatytułowana „Goniąc marzenia, czyli podróż poślubna dookoła świata”.

Smykałki do pisania Michał Przybysz nie ma, w parze z ochotą nie idą zdolności. Na internet to, co robi, spokojnie wystarcza – na tradycyjną książkę, zwłaszcza przy bogactwie literatury podróżniczej – to zdecydowanie zbyt mało. Brakuje tu plastycznych opisów, które uzupełniałyby się z niezilustrowanymi zachwytami. Brakuje rytmu – notki na stronę internetową nie zostały dobrze zaplanowane, widać po nich, że były tworzone na gorąco i z braku czasu lub talentu narracyjnego nieprzemyślane. Daje się też mocno we znaki ubóstwo językowe autora – liczne powtórzenia i opieranie się na czasownikach „być” i „mieć” w następujących po sobie zdaniach trochę wytrącają z lektury: zwłaszcza że nie ma na czym skupić uwagi, skoro zabrakło ładnych opisów czy głębszych zwierzeń.

Jest ten tom czymś w rodzaju wspomnień z wakacji, kojarzy mi się zresztą z przywożonymi z wakacyjnych wojaży przeciętnymi i zwykłymi fotkami: dla autorów to ważna pamiątka. Dla bliskich, do pewnego momentu, współdzielona radość. Dla obcych – nic specjalnego. Nie jest to chyba przypadek, że i zdjęcia, wybrane do tej publikacji, to zwykłe ujęcia dokumentacyjne, nie – pomysłowe czy artystyczne. Świetne wydanie skrywa tu zwyczajną treść – pozycja ta nie wzbudza raczej większych emocji, chociaż przecież doświadczenia autorów mogą wyzwalać podziw. Trudno, nie udało się przełożyć ich na literaturę – pozostało miłe świadectwo wspólnie przeżytych chwil.


czwartek, 23 września 2010

Olga Tokarczuk: Anna In w grobowcach świata

Znak, Kraków 2006.


Futurystyczne cmentarzysko

W Krótkiej historii mitu, eseju otwierającym serię „Mity”, Karen Armstrong napisała: „nigdy nie ma jedynej, ortodoksyjnej wersji mitu. Stosownie do zmian naszej sytuacji musimy nasze historie opowiadać inaczej, aby wydobywać z nich ponadczasową prawdę”. Do współczesnych autorów, reinterpretujących wierzenia antyczne dołączyła teraz Olga Tokarczuk, powieścią Anna In w grobowcach świata.
Książka czerpie z jednego z najstarszych przekazów – z opowieści o sumeryjskiej bogini Inannie. Inanna zeszła do podziemi, aby pokonać swą siostrę – panią śmierci. Z wyprawy wróciła zwycięsko. Ten mit, wielokrotnie modyfikowany, kształtowany przez wyobraźnię pokoleń i kształtujący inne przekazy, posłużył Oldze Tokarczuk do stworzenia kanwy na wpół współczesnej historii o uniwersalnych zachowaniach i lękach człowieka. Poza nim do budowania historii przyczyniły się też inne mity. Poza nimi – starożytne teksty literackie (na przykład Hymn do Inanny autorstwa Enhuduanny).
U Tokarczuk Anna In również kieruje się do podziemi, do królestwa śmierci, którym włada jej siostra. Z rąk pani mroku ponosi śmierć. Wierna przyjaciółka, Nina Szubur, czekająca przy bramie, spieszy Annie In z pomocą – odwiedza ojców bohaterki, jej kochanków i przyjaciół i szuka sposobów na przywrócenie Anny In do życia. Uwolnienie Inanny warunkowane jest dokonaniem okrutnej zamiany – zastąpieniem kobiety przez kogoś z żyjących przyjaciół.
Powieść Olgi Tokarczuk to zestawienie dwóch odrębnych światów, połączenie nadzwyczaj silnie kontrastujących ze sobą obrazów: z jednej strony mamy tu futurystyczne miasto, groźne, przerażające i obce – ale przez to fascynujące; z drugiej strony – świat podziemi – zimny, złowieszczy. Miasto to rzekoma współczesność. Kraina umarłych jest powrotem do mitologicznej tradycji i przeszłości.
Metropolia w wizji pisarki przypomina poetyckie rozwiązania Miłosza z Orfeusza i Eurydyki. Kiedy Orfeusz schodził do Hadesu, „szedł labiryntem korytarzy, wind. / Silne światło nie było światłem, ale ziemskim mrokiem. / Elektroniczne psy mijały go bez szelestu. / Zjeżdżał piętro po piętrze, sto, trzysta, w dół”. U Tokarczuk „miasto unosiło się w górę, na metalowych filarach, na ogromnych, pustych w środku kolumnach, czasem ażurowych, czasem pełnych klatek schodowych i szybów wind”, „miasto jest pionowe i pnie się w górę”. Podróż do wnętrza świata, podróż Anny In i Niny Szubur, przypomina również wędrówkę Orfeusza – „jedziemy chyba ukośnie w dół, tego jednak nie wiemy, w windzie są tylko lustra. Okna nie pokazałyby więcej – tylko węzły trakcji, nieskończone tunele. Splątane kable, transformatory, małe windy towarowe, pocztowe rury, wszechświat, który składa się z linii”. W mieście nie ma miejsca na promienie słoneczne – zamiast tego wszędzie porozmieszczane są lampy i neony. Sztuczność oraz technicyzacja życia mają stać się kontrastem dla mitu. Zurbanizowana przestrzeń i śmiałe rozwiązania architektoniczne przenoszą mit w zwyrodniałą współczesność, a nawet – w przyszłość.
Olga Tokarczuk sprawnie łączy świat wyobrażeń antycznych z wizjami jutra. Mimo tej opozycji krainy się przenikają, autorka zauważa zresztą „w języku, w którym piszę, przeszłość i przyszłość różnią się tylko jedną samogłoską”. W Annie In możliwa jest wędrówka między światami, możliwe jest przekraczanie niektórych granic. Historia stała się wyzwaniem rzuconym ostateczności i nieodwracalności śmierci. Korowody demonów opuszczają wraz z Anną In podziemia i plądrują miasto. Ojcowie Inanny i jej matka – twórczyni ludzi, to przedstawiciele „bogów”, przebywający na ziemi. Metropolia wyrasta na ruinach, na cmentarzysku świata.
Ale już podziemia są ukłonem w stronę przeszłości – ponure, ciemne, zimne i wilgotne tereny, porośnięte szarym mchem. Drzwi do krainy umarłych obracają się tylko w jedną stronę. Tu nie dociera technika, „grobowce są poza zasięgiem każdej sieci, żadna poczta nie ma odwagi obsługiwać tego adresu, żadne kable nie wplatają grobowców w swoje komunikacyjne warkocze”.
Mity przekazują uniwersalne wartości i prawdy o rzeczywistości. Tokarczuk znakomicie podkreśla współczesną degradację międzyludzkich relacji czy kontaktów. Doskonałe kreacje ojców Anny In i kochanków bohaterki to demaskacja obłudy, zakłamania i niesprawiedliwości współczesnego świata. A jednocześnie – paradoksalnie – świadectwo wierności, oddania i przyjaźni. Co jest silniejsze – zło i oszustwa? Czy zwycięży sprawiedliwość? Odwieczny lęk człowieka przed umieraniem znalazł odzwierciedlenie w książce i chociaż „podziemia” budzą lęk, są przecież niezwykłe i fascynujące – „nagie ściany, na których zacieki rysują piękne akwarele, brunatne i szare; rzeźby słonych stalagmitów, systemy sal, gdzie na sufitach niewprawną ręką zmarli malują uparcie rozgwieżdżone niebo, ale żółta farba z gwiazd łuszczy się i odpada do wody”. Powieść kryje w sobie wiele niedopowiedzeń – niektóre pochodzą z przekazów mitologicznych – jak choćby tajemnica kosza bogini Ninmy, połączona z opowieścią o Demeter. W posłowiu pisarka prezentuje swoją wędrówkę po zbiorach mitów – jednak kilka zagadnień nie zostanie wyjaśnionych.
Olga Tokarczuk napisała Annę In językiem nie do końca przezroczystym, ale śpiewnym i pięknym. Uwagę czytających przykuwają powtórzenia, melodyjność, imitowanie oralności. Dzięki stosowanym rozwiązaniom narracyjnym przez tę opowieść płynie się, zagłębiając wciąż w nowe wątki mitologiczne. „Świat składa się z punktów widzenia, ja jestem jednym z nich” – pisze autorka i niczym wędrowny aoid snuje pieśń o Annie In i dzielnej Ninie Szubur, pieśń o obojętności i hipokryzji, o braterstwie i przywiązaniu, o strachu i odwadze.
Powieść Tokarczuk to nie tylko polski wkład w rozwój serii reinterpretującej mity, ale także wzruszający i intrygujący przekaz o nas – o ludziach z przełomu XX i XXI wieku. „Mitologia, podobnie jak poezja i muzyka, powinna otwierać nas na zachwycenie, nawet w obliczu śmierci i grozy zagłady. Jeśli mit przestaje funkcję, to znaczy, że umarł i stracił swą użyteczność” – pisze Karen Armstrong. W Annie In mit sprzed czterech tysięcy lat na nowo ożywa i prezentuje ponadczasową prawdę o człowieku.

("Śląsk" 2007, nr 3)

wtorek, 21 września 2010

Hubert Selby Jr: Requiem dla snu

Niebieska Studnia, Warszawa 2010.

Jak narkotyk

„Requiem dla snu” to powieść, którą bez wahania można określić jako zachwycającą. Mimo że przedstawia świat zdegenerowany i pozbawiony nadziei, mimo że napisana jest językiem, który co bardziej wrażliwych odbiorców zapewne oburzy – książka ta zasługuje na najwyższe uznanie. Gdyby z „Requiem dla snu” wypreparować fabularny szkielet, tom okazałby się dość przewidywalny, a losy bohaterów – schematyczne. Ale Hubert Selby Jr wydarzenia z powieści opisuje w sposób wręcz hipnotyzujący – i chociaż nie ma możliwości, by sądzić, że odwrócą się losy postaci, książka będzie fascynować do ostatnich słów. Słowa – to prawdziwa siła „Requiem dla snu”. Poza słowami – zmysł obserwacji, umiejętność oddania stanów psychicznych bohaterów, doskonale umotywowane zachowania.

Harry i Tyrone to dwaj przyjaciele, narkomani. Ich myśli wciąż obracają się wokół tematu, jak zdobyć pieniądze na kolejne porcje heroiny. Harry co pewien czas oddaje w zastaw telewizor matki, Sary (Sara natychmiast udaje się do komisu i telewizor wykupuje). I Harry, i Tyrone widzą, co dzieje się z uzależnionymi od narkotyków ludźmi – obiecują sobie, że nigdy nie upadną tak nisko, nie przekroczą ustalonych granic i nie pozwolą, by narkotyk przejął nad nimi władzę. Wpadają też na pomysł, jak zarobić mnóstwo pieniędzy – oczywiście na handlu heroiną. Do ich działań chętnie przyłącza się Marion, młoda narkomanka, dziewczyna Harry’ego. Z czasem okazuje się, że o pieniądze na heroinę – a i o sam narkotyk – jest coraz trudniej, a uzależnienie pcha bohaterów do przełamywania kolejnych psychicznych barier, aż po całkowity upadek.

Matka Harry’ego także nie ma łatwego życia. Jej marzeniem jest wystąpienie w telewizyjnym programie, a nadzieja na udział w teleturnieju staje się bodźcem do zmiany wyglądu. Sara usiłuje się odchudzić – i błyskawicznie uzależnia się od przepisanych jej przez lekarza-konowała tabletek. Wkrótce zamieni się w cień człowieka, a leki i wstręt do jedzenia wpędzą ją w chorobę psychiczną. Wstrząsający obraz upadku starej kobiety wybrzmiewa w „Requiem dla snu” silniej nawet niż historia zniszczonej miłości Harry’ego i Marion.

U Selby’ego nie ma radykalnych zmian sytuacji, wyrazistych punktów zwrotnych w historii. Wszystko rozgrywa się tu płynnie, a każde następne wydarzenie jest naturalną konsekwencją poprzedniego. Tylko dzięki takiemu rozplanowaniu fabuły bohaterowie nie mają szans zorientować się w swoim rzeczywistym stanie – i muszą przegrać. Każdy z nich potrafi, przynajmniej na początku, marzyć, snuć śmiałe plany i wierzyć w siebie, żaden nie dostrzeże niebezpieczeństw płynących z uzależnienia. Opisy wstrzykiwania sobie heroiny są naturalistyczne i sugestywne, ale Hubert Selby Jr jest prawdziwym geniuszem, gdy przedstawia – nie wychodząc poza sferę myśli i odczuć postaci – jak zmienia się świat po działce. Rytm książki przekształca się, w zależności od tego, czy bohaterowie są na narkotykowym głodzie, czy na haju, ale zmiany te podczas lektury wyłapuje się podświadomie, na pierwszy rzut oka są niedostrzegalne. Autor potrafi bez zbędnych objaśnień uchwycić cały sens relacji międzyludzkich i istotę uzależnienia, jest w tym szokujący, ale też przekonujący.

Co ciekawe, chociaż narracja przesycona jest przekleństwami, a brutalność i szokująca tematyka dominują, książka wcale nie jest wulgarna. Urzeka swoim głębokim pięknem, zaskakuje i kusi, czasem odpycha – ale wciąga w mroczny świat. Pełną emocji powieścią Selby rzuca innym wyzwanie. Nie wystarczy szorstki, agresywny język czy prowokujący główny motyw – trzeba jeszcze mieć coś ciekawego do powiedzenia. „Requiem dla snu” to publikacja, która nie ma sobie równych. Powieść sprzed trzech dekad do dziś może być przykładem oryginalności w ujmowaniu trudnych zagadnień – i dowodem na możliwości twórcze tkwiące w języku.