Nowy Świat, Warszawa 2010.
Sztuka, kuchnia i koty
Jest coś takiego w książkach Anny Marii Goławskiej, czemu trudno się oprzeć. Może to harmonijna i pełna spokoju narracja, może zamiłowanie do sztuki, kotów i dobrego jedzenia, może po prostu miłość do Włoch – faktem jest, że po arcyciekawym tomie „Toskania, Umbria i okolice” proponuje nam ta autorka kolejną historię podróżniczą, tym razem kierującą czytelników na południe Włoch. Wydany przez Nowy Świat tom staje się połączeniem przewodnika literackiego i dziennika – autorka szczególnie często odnosi się do zapisków Jarosława Iwaszkiewicza i Michała Wiszniewskiego, konfrontując spostrzeżenia tych postaci z własnymi, odległymi w czasie a przecież podobnymi pod względem doznań odczuciami. Książka „Włochy. Podróż na południe” to zestaw refleksji i notatek, wzbogaconych o wiadomości o miejscowej kulturze i zwyczajach.
Anna Maria Goławska nie przytłacza czytelników nagromadzeniem faktów. Chociaż informacji jest tu rzeczywiście bardzo dużo, nie mogą one znużyć odbiorców, bo przefiltrowane są przez nieustającą opowieść o odkrywaniu włoskiego stylu życia. Wszelkie dane okrasza autorka subiektywnymi uwagami, wiedzę o zabytkach i miejscach godnych polecenia obudowuje pamiętnikarsko-reportażową narracją. Nie oddziela przewodnikowych wskazówek od porad prywatnych, zachowuje się za to jak dobry gospodarz, szczery i wart zaufania. Goławska chętnie pisze o odwiedzanych, a czasem przypadkowo odkrywanych, miejscach, a jeszcze chętniej – o ludziach, których spotkała na swojej drodze: o tych życzliwych bratnich duszach, dzięki którym udało się znaleźć ciekawe miejsca czy tanie noclegi. Nie ma w tym tomie prób uogólniania, nie ma poszukiwań szerokiej i trafnej charakterystyki mieszkańców – dla autorki liczą się napotkane jednostki, nie truizmy i wnioski wysnuwane na szybko według innych książek.
Można tę publikację pokochać ze względu na smakowitą narrację: Goławska rozkoszuje się dziełami sztuki, perłami architektury, ale nawet zwyczajnym życiem – i swój zachwyt potrafi przekuć na równie atrakcyjną opowieść. Bez zarzutu przedstawia także doznania kulinarne: jej książka jest najlepszą zachętą do rozsmakowania się w kuchni włoskiej – choć przepisów w niej nie ma. Stosuje tu autorka sprytne zabiegi, czasem rozwodzi się nad odkrytym właśnie daniem, innym razem przenosi się myślami do własnych odczuć z daną potrawą związanych. Opisy dotyczące jedzenia są w książce równie zmysłowe, co przedstawienia architektury i sztuki. Ale Goławska znalazła motyw, który wyróżnia ją z coraz bardziej obszernej (głównie za sprawą toskanianów) półki z literaturą autobiografiującą, powiązaną z Italią: to koty. I Anna Maria Goławska, i Grzegorz Lindenberg, to miłośnicy tych futrzastych stworzeń – i do zachwytów nad dorobkiem kulturowym dołączają wciąż drobne opowiastki o spotykanych we Włoszech kotach. Są tu biedne, wychudzone i przestraszone kocie maleństwa, dokarmiane przez parę specjalnie noszonym w tym celu kocim jedzeniem, są koty rozleniwione i wygrzewające się na słońcu w starych murach. Zyskują one miejsce w reportażowej opowieści, trafiają także na zdjęcia (podobnie jak w tomie „Toskania, Umbria…” książkę zamyka zestaw fotografii) – można więc podzielać zachwyt autorki nad tymi stworzeniami.
Goławska przytacza całe mnóstwo ciekawostek, anegdot zrodzonych pod wpływem chwili i opowieści, które nadają książce lekkości. „Włochy. Podróż na południe” to subiektywny przewodnik, ale też pozycja obowiązkowa dla tych wszystkich, którzy wybierają się do Italii – i dla tych, którzy wolą podróżowanie palcem po mapie przy sycącej, spokojnej lekturze.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 4 sierpnia 2010
wtorek, 3 sierpnia 2010
Jeffrey Zaslow: Dziewczyny z Ames. Przyjaźń, która trwa
Media Rodzina, Poznań 2010.
Jeffrey Zaslow to jeden z tych autorów, którzy zwykły reportaż potrafią rozbudować do ram ciekawej i atrakcyjnej dla odbiorców opowieści. Udowodnił tę umiejętność przy „Ostatnim wykładzie”, a teraz ponownie uwodzi czytelników książką „Dziewczyny z Ames” – historią niby zwyczajną, a przecież pełną niespodzianek. Autor próbuje bowiem zgłębić tajemnicę przyjaźni młodych dziewcząt, którym udało się zachować dawne relacje w niemal niezmienionej formie. Podtrzymywanie znajomości nie byłoby jeszcze niczym dziwnym i nie zasługiwałoby na uwagę, gdyby nie fakt, że grupę przyjaciółek tworzyło od czasów wczesnoszkolnych tworzyło aż jedenaście dziewczyn, dorastających w miasteczku Ames. Jeffrey Zaslow postanowił sprawdzić, jak udało się dziewczynom z Ames zbudować tak silne relacje w grupie – i jak dziecięca przyjaźń pomaga w dojrzałym życiu.
Tom „Dziewczyny z Ames” stanowi próbę zaprezentowania narodzin niezwykłej grupy – Zaslow cofa się do czasów dzieciństwa jedenastu przyjaciółek, pokazuje domy, w których dorastały, przedstawia rodziców – tych, którzy swoim zachowaniem wpływali na wszystkie dziewczyny. Wyciąga z przeszłości drobne zdarzenia, które kształtowały przyszłe postawy przyjaciółek, ze strzępków wspomnień, ale także pamiętników i listów udostępnianych przez bohaterki książki, buduje autor historię grupy. Kilku dziewczynom poświęca osobne rozdziały, czasem natomiast koncentruje się na konkretnych sytuacjach – na przykład wykluczeniu z grupy jednej z przyjaciółek. Stopniowo przechodzi do pierwszych zauroczeń i „poważnych” związków z chłopakami, by w następnej kolejności opisać udane i nieudane małżeństwa, a także tragedie i dramaty poszczególnych kobiet, śmierć jednej z nich w niewyjaśnionych okolicznościach, choroby innych, problemy z dziećmi. Wszystko to ma służyć zobrazowaniu siły więzi, łączących bohaterki – za każdym razem bowiem Jeffrey Zaslow podkreśla, że wszystkie nieszczęścia przyjaciółki z Ames pokonują dzięki wzajemnemu wsparciu. Fakt, że zawsze mogą na siebie liczyć, nie obrażają się na siebie i trzymają się razem, dodaje im sił i przynosi radość.
W tej historii Jeffrey Zaslow usuwa się w cień, oddając głos swoim bohaterkom. Przytacza ich wypowiedzi i komentarze, ale nie stara się filtrować ich przez jakiekolwiek wątpliwości czy oznaki niedowierzania. Nie ma zamiaru obiektywizować narracji, zgadza się na wersję, którą proponują dziewczyny z Ames. Bardzo rzadko też dopuszcza do głosu osoby spoza otoczenia przyjaciółek, praktycznie porusza się cały czas w zamkniętym kręgu. To sprawia, że faktycznie gloryfikuje prezentowaną grupę, a wymowę opowieści równoważy przez rejestr kolejnych smutków i katastrof, które nie nadwątlają przyjaźni, a umacniają ją.
„Dziewczyny z Ames” to historia oparta na emocjach. Autor wybiera przede wszystkim relacje zawierające ogromny ładunek uczuciowy, chce wywoływać u odbiorców (a właściwie odbiorczyń) głównie wzruszenie. Podtrzymuje wiarę w trwałość przyjaźni zawiązanych w dzieciństwie i między wierszami namawia do pielęgnowania tego typu relacji – a jednocześnie wydaje się być zafascynowany grupą dziewczyn z Ames, bo nie jest w stanie do końca zgłębić jej istoty.
Opowieść dokumentują liczne zdjęcia z różnych okresów życia bohaterek, a to sprawia, że podczas lektury dziewczyny z Ames mogą stać się bliskie odbiorcom – mimo że ich grupa okazuje się hermetyczna i niezbyt otwarta na innych ludzi. Zasługą Zaslowa będzie tutaj umiejętność słuchania – ale autor nie zachowuje dystansu do tematu swoich „badań”. „Dziewczyny z Ames” to książka napisana jak dobra powieść i wciągający dokument w jednym – lecz sięgnąć po nią powinny przede wszystkim wielbicieli obyczajówek i to niekoniecznie tych z obowiązkowym happy endem.
Jeffrey Zaslow to jeden z tych autorów, którzy zwykły reportaż potrafią rozbudować do ram ciekawej i atrakcyjnej dla odbiorców opowieści. Udowodnił tę umiejętność przy „Ostatnim wykładzie”, a teraz ponownie uwodzi czytelników książką „Dziewczyny z Ames” – historią niby zwyczajną, a przecież pełną niespodzianek. Autor próbuje bowiem zgłębić tajemnicę przyjaźni młodych dziewcząt, którym udało się zachować dawne relacje w niemal niezmienionej formie. Podtrzymywanie znajomości nie byłoby jeszcze niczym dziwnym i nie zasługiwałoby na uwagę, gdyby nie fakt, że grupę przyjaciółek tworzyło od czasów wczesnoszkolnych tworzyło aż jedenaście dziewczyn, dorastających w miasteczku Ames. Jeffrey Zaslow postanowił sprawdzić, jak udało się dziewczynom z Ames zbudować tak silne relacje w grupie – i jak dziecięca przyjaźń pomaga w dojrzałym życiu.
Tom „Dziewczyny z Ames” stanowi próbę zaprezentowania narodzin niezwykłej grupy – Zaslow cofa się do czasów dzieciństwa jedenastu przyjaciółek, pokazuje domy, w których dorastały, przedstawia rodziców – tych, którzy swoim zachowaniem wpływali na wszystkie dziewczyny. Wyciąga z przeszłości drobne zdarzenia, które kształtowały przyszłe postawy przyjaciółek, ze strzępków wspomnień, ale także pamiętników i listów udostępnianych przez bohaterki książki, buduje autor historię grupy. Kilku dziewczynom poświęca osobne rozdziały, czasem natomiast koncentruje się na konkretnych sytuacjach – na przykład wykluczeniu z grupy jednej z przyjaciółek. Stopniowo przechodzi do pierwszych zauroczeń i „poważnych” związków z chłopakami, by w następnej kolejności opisać udane i nieudane małżeństwa, a także tragedie i dramaty poszczególnych kobiet, śmierć jednej z nich w niewyjaśnionych okolicznościach, choroby innych, problemy z dziećmi. Wszystko to ma służyć zobrazowaniu siły więzi, łączących bohaterki – za każdym razem bowiem Jeffrey Zaslow podkreśla, że wszystkie nieszczęścia przyjaciółki z Ames pokonują dzięki wzajemnemu wsparciu. Fakt, że zawsze mogą na siebie liczyć, nie obrażają się na siebie i trzymają się razem, dodaje im sił i przynosi radość.
W tej historii Jeffrey Zaslow usuwa się w cień, oddając głos swoim bohaterkom. Przytacza ich wypowiedzi i komentarze, ale nie stara się filtrować ich przez jakiekolwiek wątpliwości czy oznaki niedowierzania. Nie ma zamiaru obiektywizować narracji, zgadza się na wersję, którą proponują dziewczyny z Ames. Bardzo rzadko też dopuszcza do głosu osoby spoza otoczenia przyjaciółek, praktycznie porusza się cały czas w zamkniętym kręgu. To sprawia, że faktycznie gloryfikuje prezentowaną grupę, a wymowę opowieści równoważy przez rejestr kolejnych smutków i katastrof, które nie nadwątlają przyjaźni, a umacniają ją.
„Dziewczyny z Ames” to historia oparta na emocjach. Autor wybiera przede wszystkim relacje zawierające ogromny ładunek uczuciowy, chce wywoływać u odbiorców (a właściwie odbiorczyń) głównie wzruszenie. Podtrzymuje wiarę w trwałość przyjaźni zawiązanych w dzieciństwie i między wierszami namawia do pielęgnowania tego typu relacji – a jednocześnie wydaje się być zafascynowany grupą dziewczyn z Ames, bo nie jest w stanie do końca zgłębić jej istoty.
Opowieść dokumentują liczne zdjęcia z różnych okresów życia bohaterek, a to sprawia, że podczas lektury dziewczyny z Ames mogą stać się bliskie odbiorcom – mimo że ich grupa okazuje się hermetyczna i niezbyt otwarta na innych ludzi. Zasługą Zaslowa będzie tutaj umiejętność słuchania – ale autor nie zachowuje dystansu do tematu swoich „badań”. „Dziewczyny z Ames” to książka napisana jak dobra powieść i wciągający dokument w jednym – lecz sięgnąć po nią powinny przede wszystkim wielbicieli obyczajówek i to niekoniecznie tych z obowiązkowym happy endem.
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Janusz Kaźmierczak OFM Cap.: Papua Nowa Gwinea. W krainie rajskiego ptaka
WAM, Kraków 2010.
Świadectwo
Zdarza się, że niezwykłość doświadczenia przysłania brak pisarskiego talentu, a zwyczajna i zrozumiała przecież chęć zarejestrowania wrażeń nie idzie w parze z lekkim piórem. Tak jest w przypadku książki „Papua Nowa Gwinea. W krainie rajskiego ptaka” autorstwa ojca Janusza Kaźmierczaka, kapucyna, który w Papui Nowej Gwinei spędził dwa i pół roku. Tom opublikowany przez WAM obejmuje roczne zapiski, utrzymane w konwencji dziennika – jako luźne notatki i przemyślenia na temat różnic kulturowych oraz proste obserwacje, pozbawione skłonności do syntezy.
Janusz Kaźmierczak koncentruje się na tym, co w obcej krainie, krainie rajskiego ptaka, nowe i niezwykłe dla przybysza z zewnątrz, ale swoje doznania obudowuje podręcznikowymi informacjami, dotyczącymi historii czy zwyczajów mieszkańców. Mniej w ten sposób doświadcza, a więcej powtarza. W dodatku skupia się na rzeczach z punktu widzenia zwykłego czytelnika mniej istotnych – rozwodzi się na przykład nad klimatem i codzienną pogodą, ale gdy próbuje wprowadzić odrobinę sensacji – w postaci napadu ze strony miejscowych – zawodzi go pióro. Nie potrafi autor budować napięcia, zaskakiwać czy intrygować – zwyczajnie rejestruje kolejne chwile, starając się przy tym wyrażać językiem z książek. Nie ma tu zatem poszukiwanego zwykle w reportażach podróżniczych elementu przygody czy nietypowości. Nastawienie na czystą informację odbiera radość czytania, zwłaszcza kiedy Janusz Kaźmierczak w centrum zainteresowania stawia siebie. W ten sposób zamyka się na autor na otoczenie, notuje konkretne wiadomości, lecz nie rozwija ich, chciałoby się powiedzieć, że patrzy, ale nie widzi. Nie wyciąga wniosków, nie porównuje – a książka zestawiona z samych faktów robi wrażenie zbyt ugładzonej.
Napisany przez osobę duchowną tekst z definicji już przesycony jest zagadnieniami związanymi z wiarą. Dla Janusza Kaźmierczaka zaangażowanie religijne staje się kolejnym utrudnieniem przy próbie opisu zwyczajów papuaskich – bardziej bowiem interesują go widoczne znaki katolicyzacji niż to, czy w umysłach i sercach mieszkańców dokonała się rzeczywista przemiana. Inaczej mówiąc: cieszy go ilość ochrzczonych dzieci, obraz, powieszony w kaplicy czy możliwość przebywania na kolejnych mszach – ale tej radości nie towarzyszy już refleksja na temat miejscowych wierzeń, jakby trzeba je było usunąć ze świadomości społeczeństwa. Nie ma mowy o tym, jaką miarą mierzy się nawrócenia, skąd wiadomo, jakie pobudki kierują mieszkańcami. Kiedy autor pyta napotkanych uzbrojonych mężczyzn, czy zabijają ludzi – i uzyskuje odpowiedź twierdzącą – decyduje się na tłumaczenie piątego przykazania. Wielokrotnie ma się wrażenie, że Janusz Kaźmierczak nie chce naprawdę poznać świata, do którego trafił, a z wiary czyni dla siebie pancerz, chroniący, owszem, przed pokusami i trudami życia w Papui Nowej Gwinei, ale też uniemożliwiający kontakt z tym światem. Najbezpieczniej czuje się w wygodnych schematach – stąd długie opowieści o niuansach językowych. W zderzeniu z rzeczywistością autor się gubi: dziwi go, że ma do czynienia ze społecznością nastawioną na przetrwanie i nieszukającą rozwoju cywilizacyjnego, nie chce albo nie może pojąć sedna egzystencji Papuasów.
Zdarzają się tu zabawne anegdoty i ciekawe relacje – ale jest ich raczej mało, zbyt mało jak na taką rozbudowaną opowieść. Widmo rajskiego ptaka, mające tworzyć klamrę kompozycyjną, rozpływa się w nicość. Na wiele pytań czytelnicy nie znajdą tu odpowiedzi – tom „W krainie rajskiego ptaka” to raczej po prostu świadectwo niż atrakcyjna lektura. Plusem publikacji jest mnóstwo dobrych zdjęć.
Świadectwo
Zdarza się, że niezwykłość doświadczenia przysłania brak pisarskiego talentu, a zwyczajna i zrozumiała przecież chęć zarejestrowania wrażeń nie idzie w parze z lekkim piórem. Tak jest w przypadku książki „Papua Nowa Gwinea. W krainie rajskiego ptaka” autorstwa ojca Janusza Kaźmierczaka, kapucyna, który w Papui Nowej Gwinei spędził dwa i pół roku. Tom opublikowany przez WAM obejmuje roczne zapiski, utrzymane w konwencji dziennika – jako luźne notatki i przemyślenia na temat różnic kulturowych oraz proste obserwacje, pozbawione skłonności do syntezy.
Janusz Kaźmierczak koncentruje się na tym, co w obcej krainie, krainie rajskiego ptaka, nowe i niezwykłe dla przybysza z zewnątrz, ale swoje doznania obudowuje podręcznikowymi informacjami, dotyczącymi historii czy zwyczajów mieszkańców. Mniej w ten sposób doświadcza, a więcej powtarza. W dodatku skupia się na rzeczach z punktu widzenia zwykłego czytelnika mniej istotnych – rozwodzi się na przykład nad klimatem i codzienną pogodą, ale gdy próbuje wprowadzić odrobinę sensacji – w postaci napadu ze strony miejscowych – zawodzi go pióro. Nie potrafi autor budować napięcia, zaskakiwać czy intrygować – zwyczajnie rejestruje kolejne chwile, starając się przy tym wyrażać językiem z książek. Nie ma tu zatem poszukiwanego zwykle w reportażach podróżniczych elementu przygody czy nietypowości. Nastawienie na czystą informację odbiera radość czytania, zwłaszcza kiedy Janusz Kaźmierczak w centrum zainteresowania stawia siebie. W ten sposób zamyka się na autor na otoczenie, notuje konkretne wiadomości, lecz nie rozwija ich, chciałoby się powiedzieć, że patrzy, ale nie widzi. Nie wyciąga wniosków, nie porównuje – a książka zestawiona z samych faktów robi wrażenie zbyt ugładzonej.
Napisany przez osobę duchowną tekst z definicji już przesycony jest zagadnieniami związanymi z wiarą. Dla Janusza Kaźmierczaka zaangażowanie religijne staje się kolejnym utrudnieniem przy próbie opisu zwyczajów papuaskich – bardziej bowiem interesują go widoczne znaki katolicyzacji niż to, czy w umysłach i sercach mieszkańców dokonała się rzeczywista przemiana. Inaczej mówiąc: cieszy go ilość ochrzczonych dzieci, obraz, powieszony w kaplicy czy możliwość przebywania na kolejnych mszach – ale tej radości nie towarzyszy już refleksja na temat miejscowych wierzeń, jakby trzeba je było usunąć ze świadomości społeczeństwa. Nie ma mowy o tym, jaką miarą mierzy się nawrócenia, skąd wiadomo, jakie pobudki kierują mieszkańcami. Kiedy autor pyta napotkanych uzbrojonych mężczyzn, czy zabijają ludzi – i uzyskuje odpowiedź twierdzącą – decyduje się na tłumaczenie piątego przykazania. Wielokrotnie ma się wrażenie, że Janusz Kaźmierczak nie chce naprawdę poznać świata, do którego trafił, a z wiary czyni dla siebie pancerz, chroniący, owszem, przed pokusami i trudami życia w Papui Nowej Gwinei, ale też uniemożliwiający kontakt z tym światem. Najbezpieczniej czuje się w wygodnych schematach – stąd długie opowieści o niuansach językowych. W zderzeniu z rzeczywistością autor się gubi: dziwi go, że ma do czynienia ze społecznością nastawioną na przetrwanie i nieszukającą rozwoju cywilizacyjnego, nie chce albo nie może pojąć sedna egzystencji Papuasów.
Zdarzają się tu zabawne anegdoty i ciekawe relacje – ale jest ich raczej mało, zbyt mało jak na taką rozbudowaną opowieść. Widmo rajskiego ptaka, mające tworzyć klamrę kompozycyjną, rozpływa się w nicość. Na wiele pytań czytelnicy nie znajdą tu odpowiedzi – tom „W krainie rajskiego ptaka” to raczej po prostu świadectwo niż atrakcyjna lektura. Plusem publikacji jest mnóstwo dobrych zdjęć.
sobota, 31 lipca 2010
Charlie i Lola. Ale to są przecież moje urodziny!
Media Rodzina, Poznań 2010.
Kres cierpliwości
Zwykle w tomikach przygód Charliego i Loli (więc także i w telewizyjnych kreskówkach, których odcinki przenoszą się potem na adaptacje książkowe) wyrozumiały starszy brat tonuje wszelkie szaleństwa dziewczynki i zachowuje stoicki spokój w obliczu wygłupów Loli. Na ogół to kwestie małej bohaterki trafiają do tytułów książek z tej serii. Tym razem jednak autorem wypowiedzi „Ale to są przecież moje urodziny!” okazuje się Charlie. Kto by się spodziewał, że cierpliwy i wyrozumiały chłopiec zdecyduje się tak gwałtownie podkreślać swoje święto? Charlie, wyprowadzony z równowagi przez małą siostrzyczkę, wreszcie zaczyna walczyć o swoje przywileje.
Lola uwielbia przyjęcia urodzinowe. Chce o wszystkim decydować, czytać karty z życzeniami, otwierać prezenty i zdmuchiwać świeczki z tortu. Przygotowuje nawet mnóstwo babeczek z różowym lukrem. Problem w tym, że to urodziny Charliego, który wymarzył sobie potworne przyjęcie – przerażający tort, przyjaciół w strasznych przebraniach i groźne (z nazwy) zabawy. Lola pragnie, by wszystko wypadło jak najlepiej, a w swojej nadgorliwości posuwa się za daleko i prawie psuje bratu imprezę.
Do większego sporu rodzeństwa na szczęście nie dochodzi, wszystko układa się dobrze i Charlie może uznać swoje urodziny za naprawdę udane. Postaciom stworzonym przez Lauren Child trochę wyostrzyły się charaktery, jest w tej historyjce nieco przesady, ale i, tak jak do tej pory, dużo humoru. Dowcip polega na zestawieniu intencji Loli i efektów jej starań. Liczy się tu również bezradność Charliego wobec pomysłów siostry i zderzenie dwóch wizji urodzinowego przyjęcia – potwornego i bajkowo-różowego.
W tym tomie sporo jest tekstu. Nie oznacza to, że warstwa słowna dominuje nad grafiką – ale opowieść okazuje się być dość rozbudowana. Zdarza się, że w pewnych momentach ilustracje zastępują opowieść, przejmują rolę narracji – głośnej lekturze musi zatem towarzyszyć oglądanie obrazków. Wtedy też ujawni się cały komizm sytuacyjny – jak wówczas, gdy Lola zapomina się i zdmuchuje świeczki z tortu Charliego. Ta publikacja pełna jest podobnych smaczków – być może dzięki nim tom „Ale to są przecież moje urodziny” rozbawi każdego malucha.
Poza tym Charlie i Lola mimo wszystko uczą dzieci tolerancji i wyrozumiałości – to nic, że główny bohater tym razem nie wytrzymuje szaleństw młodszej siostry: i tak radość szybko się opanowuje, a przy tym większość czytelników, gdyby znalazła się na jego miejscu, straciłaby cierpliwość znacznie szybciej i raczej nie starałaby się wyjaśniać młodszym niewłaściwości ich postępowania. Charlie tłumaczy Loli, dlaczego jest zdenerwowany, nie wychodzi nawet na chwilę z roli mądrzejszego starszego brata, chociaż teraz nie wydaje się już takim ideałem.
Jak zwykle dużo tu dowcipu. Babeczki z różowym lukrem, przygotowane dla stada wygłodniałych potworów przez ubraną w różową spódniczkę baletnicy i zajęcze uszka na opasce Lolę muszą wywołać uśmiech na twarzach maluchów. Książeczka przygotowana została tak, by dzieci łatwo dały się wciągnąć w akcję i przy tym nie chciały odłożyć lektury, dopóki nie skończą. Duże obrazki i grani wielkością czcionki to elementy, które mają wzbudzać ciekawość i zachęcać maluchy do czytania. Temat, wybrany do tej opowiastki, bliski jest młodym odbiorcom – co też nie pozostaje bez wpływu na satysfakcję pociech.
Wśród różnych adaptacji filmowych bajek historie Charliego i Loli cieszą wysoką jakością wykonania – i samym pomysłem. Warto zwracać na nie uwagę – to propozycja nie tylko dla wielbicieli telewizyjnej wersji przygód miłego rodzeństwa.
Kres cierpliwości
Zwykle w tomikach przygód Charliego i Loli (więc także i w telewizyjnych kreskówkach, których odcinki przenoszą się potem na adaptacje książkowe) wyrozumiały starszy brat tonuje wszelkie szaleństwa dziewczynki i zachowuje stoicki spokój w obliczu wygłupów Loli. Na ogół to kwestie małej bohaterki trafiają do tytułów książek z tej serii. Tym razem jednak autorem wypowiedzi „Ale to są przecież moje urodziny!” okazuje się Charlie. Kto by się spodziewał, że cierpliwy i wyrozumiały chłopiec zdecyduje się tak gwałtownie podkreślać swoje święto? Charlie, wyprowadzony z równowagi przez małą siostrzyczkę, wreszcie zaczyna walczyć o swoje przywileje.
Lola uwielbia przyjęcia urodzinowe. Chce o wszystkim decydować, czytać karty z życzeniami, otwierać prezenty i zdmuchiwać świeczki z tortu. Przygotowuje nawet mnóstwo babeczek z różowym lukrem. Problem w tym, że to urodziny Charliego, który wymarzył sobie potworne przyjęcie – przerażający tort, przyjaciół w strasznych przebraniach i groźne (z nazwy) zabawy. Lola pragnie, by wszystko wypadło jak najlepiej, a w swojej nadgorliwości posuwa się za daleko i prawie psuje bratu imprezę.
Do większego sporu rodzeństwa na szczęście nie dochodzi, wszystko układa się dobrze i Charlie może uznać swoje urodziny za naprawdę udane. Postaciom stworzonym przez Lauren Child trochę wyostrzyły się charaktery, jest w tej historyjce nieco przesady, ale i, tak jak do tej pory, dużo humoru. Dowcip polega na zestawieniu intencji Loli i efektów jej starań. Liczy się tu również bezradność Charliego wobec pomysłów siostry i zderzenie dwóch wizji urodzinowego przyjęcia – potwornego i bajkowo-różowego.
W tym tomie sporo jest tekstu. Nie oznacza to, że warstwa słowna dominuje nad grafiką – ale opowieść okazuje się być dość rozbudowana. Zdarza się, że w pewnych momentach ilustracje zastępują opowieść, przejmują rolę narracji – głośnej lekturze musi zatem towarzyszyć oglądanie obrazków. Wtedy też ujawni się cały komizm sytuacyjny – jak wówczas, gdy Lola zapomina się i zdmuchuje świeczki z tortu Charliego. Ta publikacja pełna jest podobnych smaczków – być może dzięki nim tom „Ale to są przecież moje urodziny” rozbawi każdego malucha.
Poza tym Charlie i Lola mimo wszystko uczą dzieci tolerancji i wyrozumiałości – to nic, że główny bohater tym razem nie wytrzymuje szaleństw młodszej siostry: i tak radość szybko się opanowuje, a przy tym większość czytelników, gdyby znalazła się na jego miejscu, straciłaby cierpliwość znacznie szybciej i raczej nie starałaby się wyjaśniać młodszym niewłaściwości ich postępowania. Charlie tłumaczy Loli, dlaczego jest zdenerwowany, nie wychodzi nawet na chwilę z roli mądrzejszego starszego brata, chociaż teraz nie wydaje się już takim ideałem.
Jak zwykle dużo tu dowcipu. Babeczki z różowym lukrem, przygotowane dla stada wygłodniałych potworów przez ubraną w różową spódniczkę baletnicy i zajęcze uszka na opasce Lolę muszą wywołać uśmiech na twarzach maluchów. Książeczka przygotowana została tak, by dzieci łatwo dały się wciągnąć w akcję i przy tym nie chciały odłożyć lektury, dopóki nie skończą. Duże obrazki i grani wielkością czcionki to elementy, które mają wzbudzać ciekawość i zachęcać maluchy do czytania. Temat, wybrany do tej opowiastki, bliski jest młodym odbiorcom – co też nie pozostaje bez wpływu na satysfakcję pociech.
Wśród różnych adaptacji filmowych bajek historie Charliego i Loli cieszą wysoką jakością wykonania – i samym pomysłem. Warto zwracać na nie uwagę – to propozycja nie tylko dla wielbicieli telewizyjnej wersji przygód miłego rodzeństwa.
piątek, 30 lipca 2010
Aleksandra Zgorzelska, Józef Wilkoń: Nazywam się... Fryderyk Chopin
Media Rodzina, Poznań 2010.
Biografia kompozytora
Pomysł na przedstawianie dzieciom życiorysów sławnych ludzi w formie monologów owych sław nie jest nowy i dobrze się sprawdza w lekturze. Nic dziwnego, że kolejne serie książeczek edukacyjnych przybliżają maluchom fabularyzowane biografie tak, by wzbudzić ciekawość i przemycić jak najwięcej informacji w pozornie plotkarskim wyznaniu. Pomysł sam w sobie wydaje się być bardzo udany, różnie bywa za to z realizacją, chociaż przeważnie pierwszoosobowa narracja ożywia suche fakty i zachęca dzieci do lektury.
W serii „Nazywam się…” wydawnictwa Media Rodzina pojawili się między innymi Szekspir, Mozart, Einstein, Picasso, Jan Paweł II czy Maria Skłodowska-Curie. Teraz przyszedł czas na Fryderyka Chopina – dzieci dowiedzą się czegoś o twórcy i o jego dziełach, a przy okazji otrzymają przyjemną historyjkę do poczytania, krótką i bogato ilustrowaną. Bohater publikacji prowadzi małych odbiorców przez wydarzenia z różnych etapów własnej egzystencji i próbuje przy tym wytłumaczyć, dlaczego jego dokonania są tak ważne i cenione mimo upływu czasu. Ponieważ swój wywód rozpoczyna słowem „cześć” i zwraca się ciągle bezpośrednio do czytelników, łatwo przyciągnąć uwagę maluchów.
Aleksandra Zgorzelska nie wyważyła jednak dobrze proporcji w narracji. Przez wywód Fryderyka Chopina przebija tekst bazowy, nie do końca udanie przerobiony na historię dla dzieci. Przede wszystkim za dużo tu patosu i wielkich słów, jakby autorka posiłkowała się rozpiskami z akademii w szkołach podstawowych. Sporo sformułowań dałoby się uprościć, sporo tu kwestii, które, odarte z aury niezwykłości, brzmiałyby znacznie lepiej. Fryderyk Chopin, który powinien relacjonować własne życie i swoje doświadczenia bez trudu, mówi językiem z archaicznych już podręczników, nie ma w tej narracji swobody, beztroski i lekkości. Inaczej: chociaż autorka sugeruje imitowanie języka mówionego, Chopin w jej książce posługuje się stylem literackim, od czasu do czasu przeplatanym zwrotami kolokwialnymi. U dorosłych odbiorców wywoływać to będzie wrażenie niedopasowania formy do pomysłu – ale najprawdopodobniej maluchy nie odczują tego tak silnie.
Uda się tą historią pobudzić wyobraźnię czytających. Chopin nie mówi o znanej i granej na całym świecie muzyce, a wymienia odległe tereny i proponuje dzieciom, by sprawdziły na globusie, jak daleko od siebie leżą. Obok nietypowego konkretyzowania przewijają się przez tę niewielką książeczkę również refleksje natury estetycznej. Opowieść o życiu Chopina staje się również pretekstem do snucia rozważań na temat piękna, egzystencji artysty (to jest – każdego twórcy) czy istoty tworzenia. Aleksandra Zgorzelska próbuje przemycić w tym tomie wskazówki do rozumienia prawdziwej sztuki. Robi to subtelnie i dyskretnie, dlatego ma szansę na odniesienie sukcesu.
Życie Fryderyka Chopina miało wpływ na jego kompozycje – co do tego nie ma chyba żadnych wątpliwości. Autorka książki „Nazywam się… Fryderyk Chopin” stara się uchwycić te zależności, pokazując, jak kolejne doznania młodego kompozytora rzutowały na wybierane przez niego rozwiązania muzyczne. Oczywiście nie brakuje tu i tła historycznego, przy okazji maluchy będą więc zapoznawać się z emigracyjnymi losami Polaków.
Józef Wilkoń jest autorem całkiem niezłych ilustracji (ale wyraźny problem ma z odwzorowywaniem dłoni). Dzięki temu, że zamiast reprodukcji pojawiają się tu obrazy przerysowane przez ilustratora, całość nabiera spójnego charakteru. Duże obrazki rozbijają nieco rytm przesyconej faktami narracji i przynoszą wytchnienie, mimo że utrzymane są raczej w ponurej kolorystycznej tonacji.
Biografia kompozytora
Pomysł na przedstawianie dzieciom życiorysów sławnych ludzi w formie monologów owych sław nie jest nowy i dobrze się sprawdza w lekturze. Nic dziwnego, że kolejne serie książeczek edukacyjnych przybliżają maluchom fabularyzowane biografie tak, by wzbudzić ciekawość i przemycić jak najwięcej informacji w pozornie plotkarskim wyznaniu. Pomysł sam w sobie wydaje się być bardzo udany, różnie bywa za to z realizacją, chociaż przeważnie pierwszoosobowa narracja ożywia suche fakty i zachęca dzieci do lektury.
W serii „Nazywam się…” wydawnictwa Media Rodzina pojawili się między innymi Szekspir, Mozart, Einstein, Picasso, Jan Paweł II czy Maria Skłodowska-Curie. Teraz przyszedł czas na Fryderyka Chopina – dzieci dowiedzą się czegoś o twórcy i o jego dziełach, a przy okazji otrzymają przyjemną historyjkę do poczytania, krótką i bogato ilustrowaną. Bohater publikacji prowadzi małych odbiorców przez wydarzenia z różnych etapów własnej egzystencji i próbuje przy tym wytłumaczyć, dlaczego jego dokonania są tak ważne i cenione mimo upływu czasu. Ponieważ swój wywód rozpoczyna słowem „cześć” i zwraca się ciągle bezpośrednio do czytelników, łatwo przyciągnąć uwagę maluchów.
Aleksandra Zgorzelska nie wyważyła jednak dobrze proporcji w narracji. Przez wywód Fryderyka Chopina przebija tekst bazowy, nie do końca udanie przerobiony na historię dla dzieci. Przede wszystkim za dużo tu patosu i wielkich słów, jakby autorka posiłkowała się rozpiskami z akademii w szkołach podstawowych. Sporo sformułowań dałoby się uprościć, sporo tu kwestii, które, odarte z aury niezwykłości, brzmiałyby znacznie lepiej. Fryderyk Chopin, który powinien relacjonować własne życie i swoje doświadczenia bez trudu, mówi językiem z archaicznych już podręczników, nie ma w tej narracji swobody, beztroski i lekkości. Inaczej: chociaż autorka sugeruje imitowanie języka mówionego, Chopin w jej książce posługuje się stylem literackim, od czasu do czasu przeplatanym zwrotami kolokwialnymi. U dorosłych odbiorców wywoływać to będzie wrażenie niedopasowania formy do pomysłu – ale najprawdopodobniej maluchy nie odczują tego tak silnie.
Uda się tą historią pobudzić wyobraźnię czytających. Chopin nie mówi o znanej i granej na całym świecie muzyce, a wymienia odległe tereny i proponuje dzieciom, by sprawdziły na globusie, jak daleko od siebie leżą. Obok nietypowego konkretyzowania przewijają się przez tę niewielką książeczkę również refleksje natury estetycznej. Opowieść o życiu Chopina staje się również pretekstem do snucia rozważań na temat piękna, egzystencji artysty (to jest – każdego twórcy) czy istoty tworzenia. Aleksandra Zgorzelska próbuje przemycić w tym tomie wskazówki do rozumienia prawdziwej sztuki. Robi to subtelnie i dyskretnie, dlatego ma szansę na odniesienie sukcesu.
Życie Fryderyka Chopina miało wpływ na jego kompozycje – co do tego nie ma chyba żadnych wątpliwości. Autorka książki „Nazywam się… Fryderyk Chopin” stara się uchwycić te zależności, pokazując, jak kolejne doznania młodego kompozytora rzutowały na wybierane przez niego rozwiązania muzyczne. Oczywiście nie brakuje tu i tła historycznego, przy okazji maluchy będą więc zapoznawać się z emigracyjnymi losami Polaków.
Józef Wilkoń jest autorem całkiem niezłych ilustracji (ale wyraźny problem ma z odwzorowywaniem dłoni). Dzięki temu, że zamiast reprodukcji pojawiają się tu obrazy przerysowane przez ilustratora, całość nabiera spójnego charakteru. Duże obrazki rozbijają nieco rytm przesyconej faktami narracji i przynoszą wytchnienie, mimo że utrzymane są raczej w ponurej kolorystycznej tonacji.
czwartek, 29 lipca 2010
Małgorzata Karolina Piekarska: LO-teria
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Z życia młodzieży
Kilka lat temu Małgorzata Karolina Piekarska stała się autorką książki dla młodzieży- „Klasa pani Czajki”, pomyślana początkowo jako powieść w odcinkach do jednego z czasopism, stała się wydawniczym hitem i trafiła nawet na listę lektur uzupełniających w gimnazjach. Autorka postanowiła zaprezentować dalsze losy paczki przyjaciół i w „LO-terii” kontynuuje opowieść o znanych już czytelnikom postaciach. Nie zmienia formy, bohaterów ani przesłania, jedyne co odróżnia „LO-terię” od „Klasy pani Czajki” to tło wydarzeń – liceum.
Pary, które swoje pierwsze zauroczenia przeżywały w gimnazjum, teraz, u progu dorosłości, czekają pierwsze kryzysy i nieporozumienia. Konflikty zdarzają się nawet w tych związkach, które budowane były na bazie przyjaźni – i tu Małgorzata Karolina Piekarska kreatywnie podchodzi do banalnego w gruncie rzeczy tematu. Na drodze do szczęścia stają czasem rodzice, którzy z niezrozumiałych względów sprzeciwiają się dzieciom, czasem – nowi potencjalni partnerzy. Zazdrość, brak porozumienia, zbyt bujna wyobraźnia – to wszystko utrudnia młodym ludziom cieszenie się sobą. Bywają i bardziej poważne zmartwienia – liceum to czas inicjacji seksualnej, a to pociąga za sobą inne niż do tej pory rozumienie zdrady.
Związki i międzyludzkie relacje stanowią najważniejszy motyw „LO-terii”. Nie zawsze zresztą chodzi o miłość – liczą się tu również konflikty na linii dzieci – rodzice – od najprostszych codziennych sprzeczek po sytuacje patologiczne. Sporo emocji zapewni autorka odbiorcom za sprawą zemsty i przemocy – nie ma w tej książce taryfy ulgowej dla bohaterów, kilka sytuacji znajdzie tragiczny finał, co jeszcze wzmocni wymowę historii. Tutaj odbiorców traktuje się poważnie, co objawia się rezygnacją z przesłodzonej fikcji. Jasne, że w pewnych momentach Piekarska idealizuje opowieści, na przykład przy odwzorowywaniu bardzo dojrzałych postaw nastolatków, które chcą być ze sobą, lecz przecież to także próba podpowiadania czytelnikom, jak rozwiązywać problemy i jak uczyć się wypracowywania kompromisów.
Powieść składa się z krótkich rozdziałów-odcinków, niepowiązanych ze sobą dodatkową narracją. Autorka skupia się na pojedynczych wydarzeniach, a w ramach kolejnych opowieści stosuje przeskoki czasowe, pokazując sprawy poprzedzające daną sytuację bądź jej konsekwencje. W ten sposób książka przypomina raczej zbiór połączonych ze sobą i wzajemnie zależnych opowiadań niż klasyczną powieść – co jest dobrym rozwiązaniem dla niecierpliwych czytelników. Inna sprawa, że czasem trochę brakuje rozwinięć otwartych na początku książki motywów – ale to już kwestia priorytetów autorki.
Fabularnie gęsta powieść od strony literackiej nie jest zachwycająca. To książka bardziej reportażowa, Piekarska stawia tu na przekazywanie wydarzeń, nie na ich ładne obudowywanie. Gorzej, że książce tej zabrakło korekty – jest w niej wiele literówek, zwykle złośliwych, to jest zmieniających sens wyrazu, błędów ortograficznych (łączna i rozdzielna pisownia „nie”) i interpunkcyjnych. Większość dałoby się wyeliminować po jednym uważnym przeczytaniu. Niby dynamiczna akcja odwraca uwagę od niedoskonałości formy, ale w publikacjach dla młodzieży powinno się szczególnie dbać o przestrzeganie zasad ortografii. Dwa jeszcze przyzwyczajenia autorki mogą razić – jedno to uparcie wstawiane w klauzuli zdań „się”, które brzmi nienaturalnie i zaburza akcenty zdaniowe. Drugie – „bym” zamiast „żebym” – w dialogach młodzieżowych wypada to bardzo zabawnie, jakby postacie siliły się na wygłaszanie swoich kwestii w języku literackim. Sztuczność takiego rozwiązania jest wyraźna.
Niezaprzeczalne atuty tej powieści to wielowątkowość, szybkie tempo i nastawienie na prawdziwe, niewydumane, chociaż czasem wyostrzone, problemy młodzieży. Wyćwiczona w felietonowych dyskusjach z młodymi czytelnikami Małgorzata Karolina Piekarska nie próbuje się odbiorcom podlizać, nie udaje też, że wszystkie zmartwienia wieku dojrzewania znajdą łatwe rozwiązanie. Nie uderza w tony sentymentalne ani moralizatorskie, woli sensację wydobywaną z codzienności, dzięki czemu trafi swoją książką do wszystkich młodych ludzi, którym pozwala samodzielnie myśleć.
Z życia młodzieży
Kilka lat temu Małgorzata Karolina Piekarska stała się autorką książki dla młodzieży- „Klasa pani Czajki”, pomyślana początkowo jako powieść w odcinkach do jednego z czasopism, stała się wydawniczym hitem i trafiła nawet na listę lektur uzupełniających w gimnazjach. Autorka postanowiła zaprezentować dalsze losy paczki przyjaciół i w „LO-terii” kontynuuje opowieść o znanych już czytelnikom postaciach. Nie zmienia formy, bohaterów ani przesłania, jedyne co odróżnia „LO-terię” od „Klasy pani Czajki” to tło wydarzeń – liceum.
Pary, które swoje pierwsze zauroczenia przeżywały w gimnazjum, teraz, u progu dorosłości, czekają pierwsze kryzysy i nieporozumienia. Konflikty zdarzają się nawet w tych związkach, które budowane były na bazie przyjaźni – i tu Małgorzata Karolina Piekarska kreatywnie podchodzi do banalnego w gruncie rzeczy tematu. Na drodze do szczęścia stają czasem rodzice, którzy z niezrozumiałych względów sprzeciwiają się dzieciom, czasem – nowi potencjalni partnerzy. Zazdrość, brak porozumienia, zbyt bujna wyobraźnia – to wszystko utrudnia młodym ludziom cieszenie się sobą. Bywają i bardziej poważne zmartwienia – liceum to czas inicjacji seksualnej, a to pociąga za sobą inne niż do tej pory rozumienie zdrady.
Związki i międzyludzkie relacje stanowią najważniejszy motyw „LO-terii”. Nie zawsze zresztą chodzi o miłość – liczą się tu również konflikty na linii dzieci – rodzice – od najprostszych codziennych sprzeczek po sytuacje patologiczne. Sporo emocji zapewni autorka odbiorcom za sprawą zemsty i przemocy – nie ma w tej książce taryfy ulgowej dla bohaterów, kilka sytuacji znajdzie tragiczny finał, co jeszcze wzmocni wymowę historii. Tutaj odbiorców traktuje się poważnie, co objawia się rezygnacją z przesłodzonej fikcji. Jasne, że w pewnych momentach Piekarska idealizuje opowieści, na przykład przy odwzorowywaniu bardzo dojrzałych postaw nastolatków, które chcą być ze sobą, lecz przecież to także próba podpowiadania czytelnikom, jak rozwiązywać problemy i jak uczyć się wypracowywania kompromisów.
Powieść składa się z krótkich rozdziałów-odcinków, niepowiązanych ze sobą dodatkową narracją. Autorka skupia się na pojedynczych wydarzeniach, a w ramach kolejnych opowieści stosuje przeskoki czasowe, pokazując sprawy poprzedzające daną sytuację bądź jej konsekwencje. W ten sposób książka przypomina raczej zbiór połączonych ze sobą i wzajemnie zależnych opowiadań niż klasyczną powieść – co jest dobrym rozwiązaniem dla niecierpliwych czytelników. Inna sprawa, że czasem trochę brakuje rozwinięć otwartych na początku książki motywów – ale to już kwestia priorytetów autorki.
Fabularnie gęsta powieść od strony literackiej nie jest zachwycająca. To książka bardziej reportażowa, Piekarska stawia tu na przekazywanie wydarzeń, nie na ich ładne obudowywanie. Gorzej, że książce tej zabrakło korekty – jest w niej wiele literówek, zwykle złośliwych, to jest zmieniających sens wyrazu, błędów ortograficznych (łączna i rozdzielna pisownia „nie”) i interpunkcyjnych. Większość dałoby się wyeliminować po jednym uważnym przeczytaniu. Niby dynamiczna akcja odwraca uwagę od niedoskonałości formy, ale w publikacjach dla młodzieży powinno się szczególnie dbać o przestrzeganie zasad ortografii. Dwa jeszcze przyzwyczajenia autorki mogą razić – jedno to uparcie wstawiane w klauzuli zdań „się”, które brzmi nienaturalnie i zaburza akcenty zdaniowe. Drugie – „bym” zamiast „żebym” – w dialogach młodzieżowych wypada to bardzo zabawnie, jakby postacie siliły się na wygłaszanie swoich kwestii w języku literackim. Sztuczność takiego rozwiązania jest wyraźna.
Niezaprzeczalne atuty tej powieści to wielowątkowość, szybkie tempo i nastawienie na prawdziwe, niewydumane, chociaż czasem wyostrzone, problemy młodzieży. Wyćwiczona w felietonowych dyskusjach z młodymi czytelnikami Małgorzata Karolina Piekarska nie próbuje się odbiorcom podlizać, nie udaje też, że wszystkie zmartwienia wieku dojrzewania znajdą łatwe rozwiązanie. Nie uderza w tony sentymentalne ani moralizatorskie, woli sensację wydobywaną z codzienności, dzięki czemu trafi swoją książką do wszystkich młodych ludzi, którym pozwala samodzielnie myśleć.
środa, 28 lipca 2010
Magdalena Kawka: Sztuka latania
Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.
Zwyczajne życie
Właściwie Magdalena Kawka przepis na udaną powieść obyczajową dla pań znalazła. Czerpie z najlepiej sprzedających się czytadeł, z elementów kolejnych książek, skleja z drobiazgów historię swojej bohaterki, ale… ale w tym wszystkim czegoś zabrakło, być może po prostu narracyjnego polotu – a może oryginalnego rysu, ostatniego szlifu opowieści. Bez tego „Sztuka latania” jest czytadłem zgrabnym, czasem interesującym, ale nie zachwycającym, widać w nim miejsca klejenia i wysiłki autorki, by trafić do jak najszerszego grona odbiorczyń.
Po raz kolejny do powieści wkracza trzydziestoparolatka, która nie bardzo wie, co ma zrobić ze swoim życiem. Dobrze płatna praca przestaje ją cieszyć, zainteresowanie ze strony mężczyzn nie przekłada się na udane związki a co najwyżej na przelotne romanse. Zośka co pewien czas raczy otoczenie feministycznymi banałami, ale mimo zdecydowanej postawy nie ma własnego pomysłu na egzystencję. Zagubiona w codzienności, popełnia proste błędy, za które przychodzi jej niekiedy płacić (nie zawsze: część wątków zamyka się na stałe, jakby Magdalena Kawka o nich zapominała). Mnóstwo tu patosu w zwyczajnych sytuacjach, mnóstwo porywów namiętności i idealizowanych uczuć, przez co powieść chwilami traci na lekkości. Autorka nie potrafi uwolnić się od wpływów własnych lektury – są tu ślady Grocholi, Wiśniewskiego i Szwai, jest trochę Musierowicz – nie działa to jednak jak intertekst, wskazuje raczej drogi warsztatowych poszukiwań i nadzieję na stworzenie bestsellerowej opowieści – a do takiej „Sztuce latania” jeszcze daleko.
Co drażni? Przede wszystkim brak elastyczności w prowadzeniu narracji – bywa, że rozmowy wypadają drętwo i blado, a opisy, zamiast stymulować wyobraźnię czytających, przypominają, że są tylko zestawem nie zawsze odpowiednio dobranych słów. Brakuje Magdalenie Kawce tej swobody pisania, która sprawia, że przez książkę można by płynąć: zupełnie jakby praca nad zlepianiem z różnych fragmentów jednego życiorysu bohaterki wyczerpała autorkę do tego stopnia, że ze snucia opowieści dla przyjemności zrezygnowała. Drażni też – na szczęście to rzadziej spotykany zabieg – moralizowanie. Czasem w przydługich i szczerych rozmowach bohaterów Kawka upycha tak dużo życiowych porad i komentarzy rodem z podręczników afirmacji, że odnosi odwrotny do zamierzonego skutek. W taki sposób mogłaby pisać do egzaltowanych nastolatek, które w pamiętnikach wpisują cytaty z przeczytanych książek – na dorosłe odbiorczynie to nie ma prawa zadziałać. Trzecim elementem, który razi w tej powieści, będzie przesada. Autorka rozdmuchuje niemal wszystkie wydarzenia, nie szuka odcieni szarości, wszystko musi być u niej jednoznaczne, czarne albo białe. Tendencyjnie budowane charaktery, chęć powiedzenia wszystkiego (Kawka nie potrafi sugerować, nie gra niedopowiedzeniami, sądzi, że wszystko musi zostać wyjaśnione) odbiera lekturze uroku. Za dużo tu wszechwiedzącej autorki, za dużo sytuacji, które mają zastąpić komentarze i wyjaśnienia.
Trudno mi się przekonać do „Sztuki latania” – może dlatego, że niewiele brakuje tej książce, żeby stała się miłym zabijaczem czasu, a może ze względu na jej nieodkrywczość, na wpisaną w treść chęć zawojowania czytelniczek. Widzę wysiłki autorki – i to przeszkadza, nie pozwala cieszyć się historią. A może po prostu „Sztuka latania” mnie nie przekonuje? Nie potępiam tej książki, zdaję sobie sprawę z tego, że wielu czytelniczkom przypadnie do gustu, na tej samej zasadzie, na której popularnością cieszą się tasiemcowe seriale obyczajowe. W wolnych chwilach będę jednak sięgać po coś innego.
Zwyczajne życie
Właściwie Magdalena Kawka przepis na udaną powieść obyczajową dla pań znalazła. Czerpie z najlepiej sprzedających się czytadeł, z elementów kolejnych książek, skleja z drobiazgów historię swojej bohaterki, ale… ale w tym wszystkim czegoś zabrakło, być może po prostu narracyjnego polotu – a może oryginalnego rysu, ostatniego szlifu opowieści. Bez tego „Sztuka latania” jest czytadłem zgrabnym, czasem interesującym, ale nie zachwycającym, widać w nim miejsca klejenia i wysiłki autorki, by trafić do jak najszerszego grona odbiorczyń.
Po raz kolejny do powieści wkracza trzydziestoparolatka, która nie bardzo wie, co ma zrobić ze swoim życiem. Dobrze płatna praca przestaje ją cieszyć, zainteresowanie ze strony mężczyzn nie przekłada się na udane związki a co najwyżej na przelotne romanse. Zośka co pewien czas raczy otoczenie feministycznymi banałami, ale mimo zdecydowanej postawy nie ma własnego pomysłu na egzystencję. Zagubiona w codzienności, popełnia proste błędy, za które przychodzi jej niekiedy płacić (nie zawsze: część wątków zamyka się na stałe, jakby Magdalena Kawka o nich zapominała). Mnóstwo tu patosu w zwyczajnych sytuacjach, mnóstwo porywów namiętności i idealizowanych uczuć, przez co powieść chwilami traci na lekkości. Autorka nie potrafi uwolnić się od wpływów własnych lektury – są tu ślady Grocholi, Wiśniewskiego i Szwai, jest trochę Musierowicz – nie działa to jednak jak intertekst, wskazuje raczej drogi warsztatowych poszukiwań i nadzieję na stworzenie bestsellerowej opowieści – a do takiej „Sztuce latania” jeszcze daleko.
Co drażni? Przede wszystkim brak elastyczności w prowadzeniu narracji – bywa, że rozmowy wypadają drętwo i blado, a opisy, zamiast stymulować wyobraźnię czytających, przypominają, że są tylko zestawem nie zawsze odpowiednio dobranych słów. Brakuje Magdalenie Kawce tej swobody pisania, która sprawia, że przez książkę można by płynąć: zupełnie jakby praca nad zlepianiem z różnych fragmentów jednego życiorysu bohaterki wyczerpała autorkę do tego stopnia, że ze snucia opowieści dla przyjemności zrezygnowała. Drażni też – na szczęście to rzadziej spotykany zabieg – moralizowanie. Czasem w przydługich i szczerych rozmowach bohaterów Kawka upycha tak dużo życiowych porad i komentarzy rodem z podręczników afirmacji, że odnosi odwrotny do zamierzonego skutek. W taki sposób mogłaby pisać do egzaltowanych nastolatek, które w pamiętnikach wpisują cytaty z przeczytanych książek – na dorosłe odbiorczynie to nie ma prawa zadziałać. Trzecim elementem, który razi w tej powieści, będzie przesada. Autorka rozdmuchuje niemal wszystkie wydarzenia, nie szuka odcieni szarości, wszystko musi być u niej jednoznaczne, czarne albo białe. Tendencyjnie budowane charaktery, chęć powiedzenia wszystkiego (Kawka nie potrafi sugerować, nie gra niedopowiedzeniami, sądzi, że wszystko musi zostać wyjaśnione) odbiera lekturze uroku. Za dużo tu wszechwiedzącej autorki, za dużo sytuacji, które mają zastąpić komentarze i wyjaśnienia.
Trudno mi się przekonać do „Sztuki latania” – może dlatego, że niewiele brakuje tej książce, żeby stała się miłym zabijaczem czasu, a może ze względu na jej nieodkrywczość, na wpisaną w treść chęć zawojowania czytelniczek. Widzę wysiłki autorki – i to przeszkadza, nie pozwala cieszyć się historią. A może po prostu „Sztuka latania” mnie nie przekonuje? Nie potępiam tej książki, zdaję sobie sprawę z tego, że wielu czytelniczkom przypadnie do gustu, na tej samej zasadzie, na której popularnością cieszą się tasiemcowe seriale obyczajowe. W wolnych chwilach będę jednak sięgać po coś innego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






