* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 29 czerwca 2010

Lechosław Herz: Wardęga. Opowieści z pobocza drogi

Iskry, Warszawa 2010.

Polskie drogi

Są takie doznania i emocje, które najlepiej wyrazili przed laty (a czasem nawet przed wiekami) ludzie pióra. Są frazy, które swoim wewnętrznym rytmem idealnie oddają nastrój miejsca, pozwalają budzić w wyobraźni – lub pamięci – charakterystyczne pejzaże, przynoszą, u wyczulonych na piękno otoczenia bądź sentymentalnych odbiorców silne wzruszenia. I chociaż we współczesnym świecie, nastawionym na pośpiech i przeliczanie czasu na pieniądze, opisy przyrody nie są najbardziej lubianym elementem lektur, istnieją przecież czytelnicy, którym statyczne literackie podróże wydają się szczególnie cenne. Dla takich właśnie koneserów przeznaczony jest tom „Wardęga. Opowieści z pobocza drogi” Lechosława Herza, zbiór krótkich esejów przepojonych z jednej strony zachwytem nad nieznanymi zakątkami kraju, z drugiej – erudycyjnymi wstawkami: fragmentami utworów literackich czy opisami dzieł malarstwa. Autor rozkoszuje się urokliwymi widokami i w odkrywanych przed czytelnikami krajobrazach naświetla Polskę, o jaką dziś nie tylko w tekstach coraz trudniej. Jest to wyprawa z daleka od miejsc opisywanych w przewodnikach, historia w wymiarze mikro, tak drobna, że niemal prywatna. Nieprzypadkowo w tytule zaakcentowane zostało pobocze drogi: Herz upomina się o rejony nieznane, a raczej dzieli się z odbiorcami własnym zachwytem. Mocno próbuje przekonać czytelników do sentymentalnych wzruszeń, choć zdaje sobie sprawę z tego, że nikogo nie można nauczyć wrażliwości – czy umiejętności odkrywania piękna nizinnych krajobrazów.

Interesująco wypada w tym zbiorze obraz autora. Z początku Lechosław Herz jawi się jako reportażysta z zacięciem badawczym. Ma ochotę utrwalać zasłyszane opowieści i anonimowych rozmówców unieśmiertelniać w tekstach. Z czasem kieruje się raczej ku już zapisanym komentarzom, tworząc glosy, dodatki na marginesach własnych lektur. Wreszcie odwraca się w stronę kronik, czerpie z zestawów danych – dat i faktów – które wprawdzie do ogólnopolskich podręczników wejść nie mogą, ale świadczą o tym, że nawet w najmniejszych miejscowościach da się znaleźć coś ciekawego – okruch przeszłości budujący genius loci. Teksty otwierające tom mają lekko felietonową konstrukcję, widać w nich ślady uśmiechu – lecz Lechosław Herz rezygnuje z lekkiego i dowcipnego stylu na rzecz rozwiniętego zaangażowania emocjonalnego. Stale konfrontuje to, co minęło i już nie wróci z aktualną rzeczywistością – bez większego trudu da się tu zauważyć nostalgię i żal za utraconą, odległą przeszłością.

„Wardęga” to książka składana z małych zachwytów, malowana światłem (na każdym kroku spotyka się tu rozsłonecznione pejzaże i charakterystyczne, niemal funkcjonujące na prawach symbolu elementy polskich krajobrazów). Herz ożywia postacie ze starych podań i wierzeń, przypomina dawno nieistniejące miejsca i zapomniane zwyczaje. Autor wie, że „każdy z nas nosi w sobie obraz Polski ukształtowany przez sztukę, malarstwo i literaturę” – jego zapisana w krótkich tekstach opowieść jest przywołaniem tego wspólnego obrazu, sprawdzeniem go w praktyce, ale i uzupełnieniem o prywatne doznania. U Herza odpust pełen jest nie chińskiej tandety a polskiego ludowego rękodzieła. Tu liczą się artyści, nawet jeśli nigdy ich sława nie wyszła poza granice rodzinnego miasteczka. To jednocześnie opowieść utkana z tęsknot, azyl – być może w świecie, który bezpowrotnie przemija, szuka Herz szansy na ucieczkę ze wciąż przyspieszającego życia.

Nie jest to publikacja dla każdego – jej powolny rytm, smakowanie poszczególnych krajobrazów, chłonięcie Polski zapomnianej i niepopularnej – to elementy, które niecierpliwych odbiorców odstraszą. Dla tych jednak czytelników, którzy chcieliby wybrać alternatywę wobec cepeliowskiej ludowości i odnaleźć swojskość, dla tych, którzy chcieliby ocalić odrobinę oryginalności i uroku pejzaży, dla tych, którzy pragną znów odnaleźć na kartach książek doznania przedstawione w arcydziełach polskiej literatury – dla tych właśnie jest „Wardęga”.


niedziela, 27 czerwca 2010

Robert Goolrick: Żona godna zaufania

WNK, Warszawa 2010.



Opowieść o pożądaniu

Dla powieści obyczajowych kierowanych do pań Fannie Flagg przywróciła atmosferę małego, sennego miasteczka, którego mieszkańcy uwikłani są w całą sieć kryminalnych intryg i skrywają we wspólnej chcąc nie chcąc przeszłości mroczne tajemnice. Robert Goolrick także przyznaje się do urzeczenia pełnym grozy klimatem „ciemnej, spustoszonej duszy amerykańskiej wsi”. Nie decyduje się na stworzenie czytadła, wybiera gniewną powieść psychologiczną o zabarwieniu sensacyjnym. Stawia na wyrazistą, miejscami aż przerysowaną fabułę i bohaterów wyizolowanych z pierwotnie wybranego środowiska.

Akcja przeniesiona została na początek XX wieku, lecz daty nie mają tu większego znaczenia, gdyż autor skupia się niemal wyłącznie na odmalowywaniu emocji i relacji między trójką postaci. Tło historyczne – a nawet społeczne – praktycznie nie istnieje, sfera obyczajowa jest budowana na potrzeby książki. Ralph Truitt, mężczyzna samotny od dwudziestu lat, decyduje się na poślubienie kobiety, którą zna jedynie z odpowiedzi na ogłoszenie matrymonialne. Gdy Catherine Land przybywa do miasteczka, od razu wychodzi na jaw pierwsze z jej kłamstw: kobieta o olśniewającej urodzie do listów dołączyła fotografię banalnej i nieatrakcyjnej osoby. Ralph nie wie, że jego nowa partnerka ma do wypełnienia okrutną misję.

Stopniowo autor odsłania przed czytelnikami motywacje postaci, hańbiące sekrety i zdarzenia, które rzutują na dalsze losy bohaterów. Nie waha się przed stosowaniem mocnych środków, jakby fabularnym rozmachem próbował trochę usprawiedliwić koncentrowanie się na schemacie już wyeksploatowanym, wizją miłosnego trójkąta. Odważne wydarzenia osłabiałyby wiarygodność akcji – ale przed podejrzeniem o wybujałą fantazję chroni Goolricka oddalenie czasowe. Zresztą – skoro liczą się powiązania międzyludzkie i zmieniające się w miarę rozwoju książki uczucia – intryga schodzi na dalszy plan Na początku prosta historia o budzącej zainteresowanie przyszłości zamienia się w zagmatwaną, skomplikowaną opowieść, w której tu i teraz przypomina wierzchołek góry lodowej. Robert Goolrick lubuje się w zmienianiu kierunku akcji w chwili, gdy już – jakby się wydawało – zmienić niewiele można. Dzięki temu rozwiązaniu nie tyle dynamizuje fabułę, bo modyfikacje wprowadza dość regularnie – co raczej otwiera nowe możliwości dla prezentowania damsko-męskich układów.

„Żona godna zaufania” to opowieść o pożądaniu. Na początku książki właśnie pożądanie kieruje bohaterami i staje się przyczyną ich frustracji. Niemożliwe do zaspokojenia i obarczone ciężarem zła i krzywdy, dominuje w życiu Ralpha. Robert Goolrick wykorzystuje ten motyw dla naszkicowania kilku scen erotycznych, a pragnienie przygłusza inne odczucia. W zmysłowych i wysmakowanych opisach nie brakuje żaru namiętności i zaangażowania – próżno by za to szukać miłości. Ta rozwija się dopiero, gdy Goolrick pozwala emocjom wygasnąć.

Inni ludzie pojawiają się tu bardzo rzadko, cała uwaga autora skupia się na konstruowaniu wewnętrznego świata między trzema postaciami. To świat, który niszczy i nie daje nadziei, a jednocześnie niebezpiecznie wciąga. Autor stawia pytania o granice ludzkiej wyrozumiałości ale i obłudy. Zastanawia się, ile można drugiemu człowiekowi wybaczyć. Znajdą się w tej książce momenty wzruszające, znajdą się i takie, które budzą odruchowy sprzeciw. „Żona godna zaufania” nie może być lekturą lekką, łatwą i przyjemną – zmusza do refleksji nad związkami, zdradzając, jak mało można wiedzieć o bliskich.

Robert Goolrick aktualizuje temat stary jak literatura i wykorzystywany od wieków – ale za sprawą odważnych pomysłów i pozbawionego kompleksów rytmu narracji może sobie pozwolić na odbanalizowanie stereotypów. Świeże spojrzenie na zagadnienia związane z miłością, zdradą i pożądaniem to mocna strona tej powieści, utrzymanej w lekko onirycznym rytmie (momentami wpadającym w niemal hipnotyczny czy narkotyczny trans).


sobota, 26 czerwca 2010

Julian Tuwim: Czary i czarty polskie oraz Wypisy czarnoksięskie i czarna msza

Iskry, Warszawa 2010.

Polowanie na czarownice

Wyobraźnię artystów – ale także zwykłych ludzi – od dawna rozpalały nie obietnice nagród po śmierci, lecz wizje piekielnych mąk. Mroczna strona natury człowieka domaga się obrazów wywołujących lęk, scen budzących grozę i dreszcz emocji. Perwersyjna radość czerpana z kreowania okropieństw bądź śledzenia wytworów imaginacji innych sprawia, że literatura dotycząca „czarów i czartów” okazuje się nadspodziewanie bogata. Julianowi Tuwimowi, kolekcjonerowi różności, zawdzięczamy przegląd opisów diabłów, zabobonów i guseł, utrwalonych w tekstach do dziewiętnastego wieku.

Iskry przypominają teraz tom „Czary i czarty polskie oraz Wypisy czarnoksięskie i czarna msza” – przegląd literackich i obyczajowych kuriozów, dawniej przerażających, dziś w wielu przypadkach groteskowych, czasem jeszcze mrożących krew w żyłach. W książce tej znajdą się „Wypisy czarnoksięskie” – to środkowa, najobszerniejsza część tomu, jednocześnie najciekawsza i najtrudniejsza w odbiorze – pojawiają się tu wyimki z dawnych dzieł, począwszy od tekstów makaronicznych. Głównym problemem dla zwykłych czytelników, którzy zdecydują się sięgnąć po książkę, będzie archaiczny język – warto jednak podjąć wyzwanie i prześledzić odnalezione przez Tuwima fragmenty, by przekonać się, do czego doprowadzić mogła wiara w czary, jak rozwijała się w Polsce i – w jaki sposób zagrożenia płynące ze strony ciemnych mocy odmalowywano w tekstach. Sporo tu tematów związanych z cielesnością, pytań o moc czartów, o pokusy, przysięgi, składane czarownicom i szatanowi. Szeroki jest zakres zagadnień, od barwnych opowieści o sabatach, po sposoby szkodzenia innym. Pojawiają się opowieści o czarach, które wykonywać mogą tylko mężczyźni – a obok tego przegląd objawów, pozwalających poznać opętanego. Nie zabraknie porad, jak czary odwrócić bądź odpędzić. Tę część książki zamyka przegląd mocy tajemnych ziół (najbardziej podoba mi się opis działania ruty: „kto się obłoży rutą, iże miejsca gołego nie będzie, tedy taki może bazyliszka zabić bez wszelkiej szkody i obrazy”). Są tu metody na odkrycie niewierności męża lub żony – i na zdobycie serca ukochanej osoby. Tuwim – literacki alchemik – opowiada też, za sprawą cytowanych partii, o największych nadziejach przedstawicieli fachu – rozbija mity o możliwości przemiany metalu w złoto.

Ale Tuwim najpierw przygotowuje czytelników do śledzenia wybranych wątków. „Czary i czarty polskie” rozpoczyna przegląd najciekawszych zjawisk związanych z ludowymi wierzeniami. Julian Tuwim porządkuje zgromadzoną wiedzę, wymienia nazwy dla diabła, oznaki opętania (często utrzymane w poetyce anegdot) czy dowolnego oddania duszy ciemnym mocom. Prezentuje tu działania czarownic i cały zestaw skarg na rzucające czary kobiety. Osobny rozdział stanowi opis torturowania podejrzanych o współpracę z diabłem – i następująca po nim opowieść o tych, którzy czarownic zaczęli bronić (a raczej – sprzeciwiali się strasznym praktykom). Tuwim przekonuje, że „z każdą niemal czynnością związany był jakiś zabobon, w każdym fakcie dopatrywano się sprężyn i nici tajemnych, roiło się od przestróg, wróżb, prognostyków, zażegnywań i przepowiedni” – i w swojej opowieści o czarach i czartach bogactwo pomysłów i wierzeń pokazuje. Jego wykład na temat niebezpiecznych praktyk ludzi żyjących w minionych wiekach jest dynamiczny i pasjonujący, chociaż Piotr Matywiecki, autor wstępu do tego wydania, sugeruje, że Tuwim był demonizmem zarażony, a ślady tej fascynacji daje się odczytać także w poezji skamandryty.

Książkę zamyka wykład na temat czarnej mszy na przestrzeni wieków. Autor próbuje zanalizować poszczególne elementy bluźnierczej ceremonii, a jego celem jest uchwycenie momentu przeistoczenia się tego obrzędu z wyrazu buntu i rozpaczy w orgię i rozpustę. Jeśli pierwszą część książki zaludniają polskie czarty – opisy czarnej mszy dotyczą praktyk z różnych krajów. Jednocześnie zamykająca tom partia okazuje się najbardziej emocjonalna – może sprawia to klamra kompozycyjna, a może rzeczywista zgroza przebijająca między wierszami.
W tomie mnóstwo jest rycin i ilustracji prezentujących makabryczne scenki i wyobrażenia na temat diabłów oraz ludzi opętanych.

środa, 23 czerwca 2010

Agata Mańczyk: Duża kieszeń na kłopoty

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.


Wyprawa po skarb

Do tej pory Agata Mańczyk dość łagodnie wprowadzała swoich bohaterów w całe serie awanturniczych przygód rodem z młodzieżowych powieści sensacyjnych z ubiegłego wieku. W „Jajecznicy na deszczówce” i „Pierwszej nocy pod gołym niebem” nakreślała najpierw tło wydarzeń i pozwalała odbiorcom oswoić się z nastoletnimi postaciami zanim zaserwowała potężną dawkę emocji. W „Dużej kieszeni na kłopoty”, historii mocno rozbudowanej, takiego czasu na przyzwyczajenie się do szybkiej fabuły i adrenaliny nie ma, akcja rozkręca się błyskawicznie, a książka niemal do ostatniej strony trzyma w napięciu. Nie znam drugiej takiej autorki, która dziś zdecydowałaby się na podobne przeładowanie historii mrożącymi krew w żyłach przygodami. Agata Mańczyk jest jedyna w swoim rodzaju – i ze względu na kreatywność może budzić podziw.

Czworo nastolatków – Polę, Gutka, Nikodema i Gretę – łączy jedno: spędzają wakacje w deszczowym, więc i strasznie nudnym, Jarosławcu. Bohaterowie nie znają się na początku opowieści – i wcale nie mają zamiaru się poznawać, każdy zamyka się w sobie i w samotności przetrawia codzienne troski. Pola cierpi z powodu kilkukilogramowej nadwagi i tęskni za mamą, która zmarła dwa lata temu. Ojciec Nikodema pije, rodzice Gutka bez przerwy się kłócą, a mama i tata Grety są nadopiekuńczy do przesady – wciąż faszerują córkę kolejnymi lekarstwami i zabraniają prawie wszystkich rozrywek. Gdyby nie nuda, być może Pola, Gutek, Niki i Greta nie zwróciliby uwagi na rozmowę miejscowych gangsterów, z których jeden… pracuje na komisariacie. Zgubienie walizki pełnej pieniędzy nie zdarza się co dzień – a taki współczesny skarb rozwiązałby wiele problemów nastolatków. Nic dziwnego, że dzieci podejmują wyzwanie i próbują przechytrzyć mafiozów z Jarosławca: łatwo nie będzie, bo już pierwsze zadanie wymaga… rozkopania świeżego grobu – a to dopiero dwudziesta z trzystu pięćdziesięciu stron. Młodzi ludzie nastawieni są do siebie nieufnie, ale muszą zacząć współpracować, jeśli chcą mieć szansę na odnalezienie skarbu.

Trudno uwierzyć, że Agata Mańczyk potrafi – zaczynając od rozgrzebywania mogiły – przez cały czas podkręcać tempo książki. A jednak. Będą tu brawurowe ucieczki, szyfry i tajne mapy, będzie łamanie prawa (do grona przeciwników, przed którymi trzeba się kryć, dołączy więc i policja). Będą noce spędzane pod gołym niebem, będzie walka ze strachem, głodem i bólem. Będzie cały korowód przygód – a każda z nich bardziej od poprzedniej zaskakująca. Nie zostawia autorka czasu, by odetchnąć. W „Dużej kieszeni na kłopoty” dzieje się tyle, że akcją można by obdzielić kilkanaście książek. Mańczyk nie rozwodzi się przy tym nad prawdopodobieństwem wydarzeń: liczy się adrenalina, część kwestii pomaga wyjaśnić przypadek, szczęśliwy traf. I dobrze, bo przez długi czas takie właśnie wyjaśnienie wystarczy, a kiedy przestanie wystarczać – autorka zafunduje odbiorcom jeszcze jedno, zaskakujące i ostateczne tłumaczenie.

Skazani na swoje towarzystwo bohaterowie muszą w końcu zacząć ze sobą rozmawiać. Ponieważ nie leży w ich interesie robienie wrażenia na kolegach, a przez długi czas zakładają w ogóle, że się nie polubią, stawiają na wzajemną szczerość – choć ta może być czasem bolesna. Dzięki temu przypadkowe i celowe zwierzenia nie nabierają cierpiętniczego charakteru, łatwiej też wspólnie zaradzić kłopotom. Pewnych spraw nie da się na poczekaniu rozstrzygnąć, lecz spojrzenie z dystansu bardzo pomaga. Między Polą, Gretą, Gutkiem i Nikim wytwarza się stopniowo bardzo silna więź. Nie ma tu łatwych uczuć: przyjaźń uniemożliwia ciągły brak zaufania, zauroczenia budowane są i rujnowane przez przypadkowe gesty. Agata Mańczyk stroni od sentymentalizmu i swoją książkę kieruje do czytelników obu płci – nikt nie będzie się tu nudził.

I na tle ekstremalnych przygód wybrzmiewają bezcenne komentarze, dotyczące zwyczajnych oraz niezwyczajnych problemów i zmartwień nastolatków. Wachlarz poruszanych tematów okazuje się bardzo szeroki, od kompleksów wywoływanych wyglądem po apatię i strach przed ludźmi. Każda troska przedyskutowana w gronie bezlitośnie szczerych rówieśników przestaje być przygnębiająca. A dodatkowo bohaterowie tej powieści wyniosą z wakacyjnej przygody cenną prawdę o sobie…

Podziwiam Agatę Mańczyk. Udaje jej się każdorazowo zaskoczyć czytelników. Nie powtarza tych samych rozwiązań, chociaż ogólny szkielet konstrukcyjny powieści zwykle pozostaje bez zmian. Nie brakuje autorce barwnych pomysłów na to, by ożywić akcję, a propozycje niebanalnych przygód, które podrzuca w swoich powieściach młodzieży budzą jednocześnie grozę i zachwyt. Mało jest dzisiaj książek, które tak silnie jak historie proponowane przez Agatę Mańczyk działają na wyobraźnię czytelników. „Duża kieszeń na kłopoty" nie jest głupawą historyjką o poszukiwaniu złota, ale mądrą powieścią o samopoznaniu.

niedziela, 20 czerwca 2010

Richelle Mead: W szponach mrozu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.

Szkoła (nie)życia

Drugą częścią „Akademii wampirów” może Richelle Mead zaskoczyć swoje czytelniczki. Więcej tu bowiem kryminału, sensacyjna fabuła dominuje nad warstwą psychologiczną, a emocje, chociaż – jak poprzednio – wyraziste, również muszą momentami ustąpić przed sensacyjną akcją. Książka „W szponach mrozu” urzeka, ale już nie atmosferą czy sposobem prowadzenia narracji, a pomysłami na kreowanie wampirzego świata. W porównaniu z pierwszym tomem lekko złagodzone zostało pożądanie – na rzecz mocno podkreślanego buntu nastolatki. Zróżnicowanych uczuć tu nie zabraknie.

Te odbiorczynie, które chciałyby od pozycji „W szponach mrozu” rozpocząć swoją przygodę z serią, nie będą miały problemów ze zrozumieniem konstrukcji fabuły – na początku książki bowiem autorka w skrócie przytacza wydarzenia opisane w pierwszej części. Owo streszczenie nie oddaje klimatu „Akademii wampirów”, a zwłaszcza rewelacyjnej melodii narracji – warto więc mimo wszystko prześledzić tom inicjujący serię. W publikacji „W szponach mrozu” nastawienie na dynamiczną fabułę i sensacyjność nie pozwala na rozkoszowanie się stylem, ale jednocześnie wyklucza powtórzenie sprawdzonych schematów. Przytoczenie treści „Akademii wampirów” wydaje się za to niezbędne: wiele wątków Richelle Mead po prostu kontynuuje.

Powraca w książce kwestia trudnego uczucia między główną bohaterką, Rose, a jej instruktorem – przyszli strażnicy Lissy z różnych względów nie mogą być razem, w dodatku koło Dymitra zaczyna się kręcić atrakcyjna kobieta: Rose musi się zmierzyć nie tylko z własnym rozgoryczeniem, ale też z zazdrością, próbuje zwalczyć beznadziejne uczucie związkiem ze swoim rówieśnikiem. Na dalszy plan schodzi natomiast więź, jaką Rose czuje ze swoją przyjaciółką, Liss. Dziewczyny oddalają się od siebie, choć echa dawnego oddania powracają w najmniej spodziewanych momentach. Motywem całkowicie nowym jest konflikt bohaterki z matką – legendarną strażniczką, która pomaga kadrze szkoły. Rose – dotąd odpowiedzialna i rozsądna – znowu przeżywa kryzys, buntuje się i impulsywnie reaguje na kolejne wyzwania. W tej historii przedstawi Mead olbrzymią pracę Rose nad swoim charakterem – i dojrzewanie dziewczyny.

Całość spaja natomiast wątek kryminalny. Książkę spina klamra z obrazów rzezi – ich wymowę łagodzi jedynie fakt przeniesienia ofiar i oprawców do świata nierzeczywistego, naturalistyczne sekwencje przytłumia piękny język, jakim prowadzona jest opowieść. Autorka pozwala swoim bohaterom wyjść poza mury szkoły, co automatycznie zwiększa poziom niebezpieczeństwa. Richelle Mead umiejętnie buduje tu atmosferę grozy, posługując się prostymi chwytami – ale nie chodzi jej o zwyczajne wystraszenie odbiorczyń, a o pokazanie trudów dojrzewania. Bo przecież, pomijając fantastyczną otoczkę, Rose dąży do poznania siebie, cały czas uczy się kontrolować odruchy i eliminować niepożądane reakcje. Analizuje swoje uczucia i ocenia siebie, czasem tylko korzystając z uwag innych. Nieprzeciętne problemy (jak uchronić przyjaciółkę przed atakami strzyg, czy – jak odciąć głowę przeciwnikowi) są tu jedynie dodatkiem do spraw, które w prostszy sposób dadzą się przełożyć na prawdziwe życie czytelniczek.

„W szponach mrozu” to tom, który łączy delikatność kobiecej narracji, nastawionej na zmysłowość i uczucia z agresywną, drapieżną, awanturniczą fabułą. Richelle Mead zestawia dwa przeciwstawne żywioły, spaja je idealnie – tak, że nie widać miejsc styku. Książka wciąga zarówno ze względu na przebieg wydarzeń – niczego nie można się podczas lektury domyślić, nie ma tendencyjnych rozwiązań – jak i z uwagi na świetną narrację (tu brawa dla tłumaczki, Moniki Gajdzińskiej).

Siłą tej powieści jest także niejednokierunkowość wysiłków twórczych – wątki uzupełniają się i wzajemnie tłumaczą, lecz żaden tak naprawdę nie dominuje. Richelle Mead zrezygnowała z klisz, konstruuje świat wampirów, dampirów i morojów według własnych, jasno sprecyzowanych reguł – i tak samo nie decyduje się na kompromisy w wymyślaniu charakterów postaci. „W szponach mrozu” z pewnością nie rozczaruje wielbicielek pisarstwa Richelle Mead. To także dobra pozycja dla nieprzekonanych do mrożących krew w żyłach historii o wampirach.

piątek, 18 czerwca 2010

Agnieszka Tyszka: Wyciskacz do łez

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.


Magia ziół

Zwykle Agnieszka Tyszka stawia na spokojne i trochę sentymentalne historie, w których akcentuje emocjonalne problemy nastolatek. Wygasza delikatnie akcję rozumianą jako sekwencja wydarzeń i koncentruje się na psychice nastolatek. Jej książki wkraczają w konwencję powieści psychologicznej, chociaż nie tracą na fabularnej atrakcyjności. Ale w „Wyciskaczu do łez” da się znaleźć próbę zmiany stylu – nie radykalną, są tu i powroty do poprzednich pomysłów.

Marianna jest uczennicą katolickiego gimnazjum, prowadzonego przez siostry zakonne. Dziewczyna nie może znaleźć wspólnego języka z matką, Panią Reaktor, redaktor naczelną poczytnego pisma dla pań. Ojciec Marianny nie żyje, dawny partner matki został przez Panią Reaktor wyrzucony, gdy zaczął nadużywać alkoholu – dobrze, że bohaterka może dalej na niego liczyć, podobnie jak na swojego prawie-brata, Tomka. Marianna dorabia sobie sprzątaniem u pani Nory – niezwykłej staruszki, która wie jak zaradzić wielu troskom. Z samotnej dziewczyny w czarnych ciuchach przeistoczy się nastolatka w barwnego motyla.

Agnieszka Tyszka ostro ocenia obłudę dorosłych – tym razem skrytykowane zostały zakonnice, tępiące u młodych wychowanek przejawy samodzielnego myślenia, nieufne i posuwające się do karygodnych zachowań, by wykryć rzekome przewinienia uczennic. W starciu z mądrymi i asertywnymi dziewczynami, które nie robią przecież nic złego, zakonnice przegrywają, budząc śmiech odbiorczyń. Równie źle wypada matka głównej bohaterki i ciotka Marianny – dwie kobiety, które ze względu na trudne dzieciństwo nie potrafią sobie poradzić z własnymi uczuciami. Brak rozmowy i w konsekwencji niemożność porozumienia się to problem, na który Tyszka zwraca uwagę. Jest tu jednak i postać pozytywna, przedstawicielka starszego pokolenia, pani Nora. To u niej młodzież znajduje schronienie i pomoc. Pani Nora stosuje niekonwencjonalne metody odpędzania smutków, a wiedzę o życiu umiejętnie łączy ze znajomością tajemnej magii zaklętej w ziołach. Razem z przyjaciółkami przyrządza dla swoich młodych pomocników amulety – mieszanki roślin, mające ułatwić codzienne życie.

„Wyciskacz do łez” wcale łez nie wyciska – to powieść wolna od stanów depresyjnych, z optymistycznym, chociaż nie nachalnym przesłaniem. Marianna ma mnóstwo powodów do zmartwień – w szkole złośliwe (i, co tu ukrywać, niezbyt inteligentne) zakonnice uprzykrzają egzystencję na każdym kroku. W domu matka, dotąd despotyczna i wymagająca, traci pracę i popada w apatię, ale nie pozwala sobie pomóc. Grono starszych pań przekonuje nastolatkę, że najważniejsza jest miłość – tymczasem uczennica żeńskiego gimnazjum nie dostrzega w tej kwestii żadnych perspektyw. Gazety pełne są ponurych wiadomości, bo zło dobrze się sprzedaje. A jednak wizyty u pani Nory pozwalają przywrócić światu kolor. Pod wpływem kobiety bohaterka nie tylko rezygnuje z czarnych ubrań i niewesołych myśli – znajduje tak potrzebny spokój i rozwiązania wielu problemów.

Jeszcze jeden motyw wprowadza Agnieszka Tyszka do tej historii: motyw słów. Marianna odkąd pamięta – podziwia słowa. Zamiłowanie do słów powraca jak refren i przenosi „Wyciskacz do łez” z półki ckliwych czytadeł do – ciekawych powieści obyczajowych. Książkę przesycają też dowcipy, głównie – mocno satyryczne. Tyszka sięga też po humor, kiedy przełamuje zwykłe szkolne rozterki przemyśleniami i spostrzeżeniami świętego Antoniego, patrona, który zmysłem ironii, przewyższa większość bohaterów. Dziewczyny z klasy Marianny wpadają na pomysł optymistycznej (i podziemnej) gazetki dla szczęśliwych. „Wyciskacz do łez” nie ma dosmucać czytelniczek, a przynosić nadzieję.

Seria „Ze sprężynką” gwarantuje nastoletnim odbiorczyniom dostęp do świetnych powieści obyczajowych. To książki o dobrze wyważonych proporcjach, ciekawe i dotykające ważnych nie tylko dla młodych dziewczyn tematów.