* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 7 marca 2010

Agnieszka Osiecka: Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania

Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.


Obrazy kobiecości

„Biała bluzka” ma w sobie coś magnetycznego. Kiedy czytałam tę rozpisaną na dwa głosy mikropowieść kilkanaście lat temu, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Potem do lektury wracałam kilkakrotnie – za każdym razem z tym samym uczuciem zachwytu, które towarzyszyło pierwszej lekturze. I dzisiaj, kiedy przebiegam wzrokiem historię rozpoczynającą tom „Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania” wiem, że pozostało we mnie naiwne zdziwienie i radość z dawnego zetknięcia się z tym tekstem. Bo „Biała bluzka” to nie tylko psychologiczny majstersztyk, to przede wszystkim piękny literacki portret kobiety. Kobiety zagubionej, niepewnej, trochę szalonej. Kobiety niekochanej przez matkę i rozpaczliwie walczącej o uczucie wymarzonego mężczyzny. Kobiety, dla której przyziemna rzeczywistość PRL-u nie ma żadnego znaczenia wobec porywów namiętności i niepokojów duszy. „Biała bluzka” przedstawiona jest w formie korespondencji Krysi – oschłej, rzeczowej i surowej oraz Eli – zwariowanej, barwnej dziewczyny, która wybiera życie w świecie fantazji. Ela czasem daje się uwieść słowom na skraj absurdu, lekkość podkreśla rzucanymi tu i ówdzie rymami, a swą egzystencję przedstawia nie zawsze zgodnie z prawdą. Przed czytelnikami otwiera się jednak w ten sposób przestrzeń, w którą trudno nie wkroczyć. Można Osieckiej nie lubić za jej piosenki – za „Białą bluzkę” każdy ją pokocha.

„Biała bluzka” się kończy, ale przygody Eli nie – w tomie pojawia się bowiem „Ćma”, kontynuacja opowieści z bohaterami starszymi o dziesięć lat. „Ja tylko kiedy tak cholernie cierpię, że już ścierpieć tego nie mogę to taki – no właśnie – taki niby pajacyk ze mnie wychodzi” – wyjaśnia wówczas Ela, a „pajacyk” jest znakiem rozpoznawczym dwóch utworów, o których nie da się zapomnieć. Odmienną poetykę przynosi opowiadanie „Zabiłam ptaka w locie”. Tu mamy do czynienia nie z piosenkowym strumieniem uwolnionych słów, a z narracją kostyczną i urywaną. Krótkie obrazki, jakie docierają do odbiorców przez sekwencje bardzo skondensowanych akapitów, niosą historię tragiczną – i jak to u Osieckiej często bywa, osnutą wokół mikrodramatu, maleńkiego cierpienia, którego nie da się pokonać. W „Czarnej wiewiórce” oraz „Salonie gier” autorka rozpracowuje ponownie motyw zdrady i pragnienia miłości – w pierwszym opowiadaniu wykpieniu podlega rodzaj międzyludzkich relacji, w drugim – nadzieje na wzniosłe uczucie. „Mimi Mahometanka”, publikowana tu po raz pierwszy, jest grą z konwencją kryminału, ale też wiąże się z odejściem od charakterystycznego dla Osieckiej zaangażowanego uczuciowo stylu prowadzenia historii. Na wydarzenia spogląda się z zewnątrz – co oswojonych już z prozatorskimi formami tej autorki odbiorców może zaskoczyć – podobnie zresztą jak finał historii.

Trzy miniatury, dotąd niewydawane, zamykają ten tom. W „Śniło mi się że moja łódź tonie” Osiecka zdaje się powracać do pomysłu z „Zabiłam ptaka w locie” (choć zmienia się niemal wszystko, konstrukcja charakterystyki bohaterki pozostaje), proponując dwustronicowy zaledwie i nasycony emocjami portret psychologiczny postaci. W „Retro” proponuje rozwiązanie absurdalne, udowadniając, że dobrze czuje się w surrealistycznych sceneriach. „Albańska noga” jest natomiast krótkim studium stosunku córki do toksycznej matki – zresztą ten motyw, obok kwestii zdrady, powraca w tomie najczęściej.

„To aż śmieszne: na robienie zwykłych domięśniowych zastrzyków trzeba mieć specjalne pozwolenie, ale majstrować przy duszy ludzkiej może praktycznie każdy, kto zechce: ksiądz, agitator, kochanek, przechodzień. Nikt” – zauważa Agnieszka Osiecka. Być może dlatego tak wiele w jej opowiadaniach bohaterek o okaleczonej duszy. Postacie z tych utworów dałoby się zdiagnozować, poddać psychologicznym i psychiatrycznym analizom – lecz to, co im naprawdę dolega, to nie problemy z psychiką, a ogromny głód miłości. Osiecka nie odwołuje się do banalnych i kiczowatych obrazów, choć porusza tematy znane i wielokrotnie prezentowane.

Przewijają się przez tom „Biała bluzka. Najpiękniejsze opowiadania” nawiązania do codzienności PRL-u, raz szarość egzystencji podkreślana jest mocniej, dla kontrastu ze światem uczuć, to znowu rozmywa się – bo ważniejsze są przeżycia i rozterki bohaterek. Wszystkie teksty układają się natomiast w jedną ogromną opowieść o poszukiwaniu miłości. „Ja bym dla ciebie chciała zrobić coś przecudownego, coś super, pożar dusz na wszechświatową skalę. Ale skoro taka twoja wola, no to marsz do cyrku i za godzinę wracam: kartki, kolej i praca!” – obiecuje bohaterka tytułowego opowiadania. Zdradza tym samym podstawowe rozdarcie większości kobiet z utworów.
Agnieszka Osiecka znana jest przede wszystkim z twórczości piosenkowej – warto jednak także przyjrzeć się jej prozie, zwłaszcza opowiadaniom z opublikowanego właśnie tomu.


sobota, 6 marca 2010

Charles Martin: Maggie

WAM, Kraków 2010.


Życie ze słów

Czekałam na książkę, w której Charles Martin nie będzie już mógł korzystać z aktualizowanego we wszystkich poprzednich wydanych w Polsce powieściach schematu – i doczekałam się, „Maggie” wreszcie uwalnia się od medycznych wstawek i zagrożeń życia, ale zmiana szkieletu konstrukcyjnego sprawia, że bardziej wyraźne stają się inne struktury chętnie przez Martina wykorzystywane. Coś za coś – a „Maggie”, choć fabularnie dość późno się rozkręca, znowu przynosi czytelnikom sporo wzruszeń. Zniesie to, kto lubi prozę Martina. Lub – kto szuka lekko łzawych, dramatycznych fabuł.

„Maggie” to kontynuacja losów bohaterów powieści „Umarli nie tańczą”. Dylan Styles odzyskuje ukochaną żonę (która po wybudzeniu się ze śpiączki do normalnego życia powraca błyskawicznie) – a wkrótce też zaczyna na nowo snuć marzenia o dziecku. Większy nacisk kładzie autor na niegdyś dalszoplanowych bohaterów – Amandę, żonę Amosa, pastora Johna oraz Bryce’a, odludka i dziwaka. Wszyscy oni przeżyli w przeszłości rozmaite tragedie, a za dawne błędy przyjdzie im płacić po latach. Amanda po raz kolejny znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, z Bryce’a uczynił Martin komandosa i superbohatera, przy którym Superman wygląda na przedszkolaka, a tłem dla wydarzeń okażą się położone z dala od skupisk ludzkich farmy i lasy nad rzeką.

Z jednego Charles Martin nie zrezygnował: z mrożących krew w żyłach scen, podczas których bohaterowie mogą po kilka razy stracić życie, ale z których jednak wychodzą cało. Na takich scenach buduje autor nie tylko fabułę, ale i całą płaszczyznę emocji. Stopniuje napięcie, w sielskie obrazki wprowadzając poczucie zagrożenia i atmosferę strachu, najpierw bez podawania przyczyn. Potem lęk zaczyna się krystalizować, przybiera konkretne formy, a uczucia bohaterów przez cały czas udzielają się czytelnikom – na tym zresztą polega magia prozy Charlesa Martina, ale żeby jej się poddać, trzeba przymknąć oko na powtarzalność schematów.

Bohaterowie – jak i w poprzednich książkach – są raczej nieskomplikowani. Maggie cechuje przede wszystkim siła i pogoda ducha (scena jej gniewu to zaledwie malutka próba przełamania monotonii), Dylan z nauczyciela pisania z powrotem przedzierzgnął się w farmera, jest prostolinijny i w porównaniu z tomem „Umarli nie tańczą” przestaje się liczyć. Amandy nic nie wytrąci z równowagi, Amos jak zwykle troszczy się o wszystkich – i na tym tle jedna postać pozytywnie się wyróżnia. To Bryce, który w „Umarłych” funkcjonował gdzieś na marginesie historii. Tu Bryce został zaprezentowany jako superkomandos, człowiek o niewyobrażalnych umiejętnościach i ponadnaturalnej wytrzymałości, lecz – o nieprzewidywalnej dla innych psychice. Bryce może się okazać śmiertelnym wrogiem, jeśli nie poradzi sobie z demonami przeszłości i jeśli dadzą o sobie znać stare urazy. Przez tę postać Charles Martin wprowadza do książki element dramatu, Bryce robi na czytelnikach duże wrażenie.

Trochę mniej jest w „Maggie” prób poetyzowania. Tym razem autor raczej nie posługuje się rozbudowaną symboliką i metaforami, stawia na dynamiczną akcję i sporą dawkę emocji, chociaż dba też o płynną, przyjemną dla odbiorców narrację – wie w końcu, że „nasze życie składa się ze słów”. Ze względu na nieco zmienioną formę opowieści rezygnuje też z wyrazistego przeplatania aktualnej relacji retrospekcjami – czasem tylko bohater wraca pamięcią do czasów dzieciństwa, kiedy musi wytłumaczyć fragmenty kodu, którym porozumiewa się z Amosem: wtedy ilustruje odpowiednimi przykładami zagadkowe dialogi.

W „Maggie” pojawiają się dwa główne tematy, które się nie uzupełniają, a sytuują obok siebie – pierwszy to pragnienie posiadania dziecka – ów motyw zdominował początek książki. W drugiej połowie został jednak zagłuszony i prawie zapomniany za sprawą akcji rodem z thrillerowego kryminału, by powrócić dopiero w finale.

Charles Martin ma tendencje do sentymentalizmu – lecz taka postawa jest chyba powodowana znakomitą znajomością warsztatu pisarza. Każą mi tak sądzić niekonwencjonalne, lecz bardzo Martinowskie podziękowania, zamykające tom. Ten autor z pewnością wie, jak wstrząsnąć czytelnikami i doprowadzić ich do łez ze wzruszenia. To nie genialny artysta, ale bardzo dobry rzemieślnik – i dlatego dalej z ciekawością będę go czytać dla zabicia czasu.

piątek, 5 marca 2010

Ewa Nowacka: Heliogabal, wnuk Mezy

Nowy Świat, Warszawa 2010.


Historia, szkiełko i oko

„Heliogabal, wnuk Mezy” to książka, w której Ewa Nowacka wydarzeniom z czasów starożytnych nadaje nowy wymiar, udowadniając, że wielkie namiętności i walka o władzę to motywy uniwersalne. Przy okazji wykorzystuje autorka swoją fascynację Cesarstwem Rzymskim, przez koloryt lokalny jeszcze zwiększając atrakcyjność opowieści. Nowy Świat publikuje historię ciekawą nie tylko od strony formalnej, ale także ze względu na pomysły kompozycyjne.

Ewa Nowacka oddaje w powieści głos Julii Mezie, kobiecie, która urasta do rangi faktycznej bohaterki tej książki. Wnuk Mezy, Basjanus, to chłopiec ograniczony i głupi, staje się on jedynie narzędziem dla babki, pragnącej władzy. U Nowackiej portret Heliogabala jawi się raczej dość jednoznacznie: jest zbudowany z pogardy i lekceważenia. Nic dziwnego, tak właśnie silna, despotyczna i sprytna Julia Meza postrzega wnuka-cezara. Z jej relacji wyłania się obraz młodzieńca o słabej psychice (i zniechęcającej powierzchowności, Basjanus w oczach Mezy okazuje się zwyczajnie brzydki, choć może to konsekwencja pełnej wyższości postawy babki) – na dalszy plan schodzą za to kwestie seksualnych wynaturzeń Heliogabala, mniej niż polityka liczy się w książce obyczajowość. Julia Meza przedstawia dzieje swoje (i historię rodziny) aż po śmierć Heliogabala, na którego wydała wyrok. Ewa Nowacka przeplata emocjonalne oceny swojej bohaterki raczej beznamiętnymi opisami sytuacji, przy czym operacji tych dokonuje na stosunkowo niewielkich obszarach tekstu. Fakty wydają się tu być jedynie dodatkiem do odwzorowywania uczuć Julii Mezy, to opowieść snuta z punktu widzenia kobiety fatalnej, przekonanej o słuszności swoich czynów. Meza w „Heliogabalu” zwraca uwagę na interpretację swoich zachowań i decyzji, podsuwa odbiorcom relacji słuszną – czyli własną – drogę ich odczytania, próbuje manipulować słuchaczami tak, jak manipulowała członkami rodziny.

Emocjonalna obojętność, jaką Meza prezentuje wobec najbliższych, zwłaszcza swoich córek, mocno kontrastuje z dostarczającymi adrenaliny politycznymi decyzjami. Trudno uwierzyć w wielką miłość do męża siostry, jaką Julia Meza deklaruje, jeśli sposób opowiadania o tym uczuciu przypomina do złudzenia mówienie o władzy. Te niuanse narracji mogą się uważnym odbiorcom podobać – a to przecież nie koniec zaskoczeń.

Nowacka przygotowała bowiem całą serię dokumentalnych i paradokumentalnych komentarzy i objaśnień. Opowieści Julii Mezy przetykane są fragmentami dzieł rzymskich historyków, by wprowadzić odbiorców w rzeczywistość za panowania Heliogabala i na chwilę uobiektywnić wywód – ale także… rozmowami autorki książki z kolejnymi lekarzami (pojawi się psycholog, psychiatra i endokrynolog), dodatkowe spojrzenie zapewnia jeszcze rozbudowana mocno quasi-recenzja, wypowiedź czytelniczki. Ewa Nowacka przygląda się Heliogabalowi (i tu faktycznie tytułowy bohater wychodzi na pierwszy plan) jako pacjentowi współczesnych medyków i na temat zachowań bohatera sprzed wieków przeprowadza wywiady. Próbuje sprawdzić, czy udałoby się dziś wyleczyć Basjanusa z jego przypadłości – i ustala, jaki specjalista powinien zająć się chłopcem. Literacka gra motywami zamienia się w oryginalne i atrakcyjne dla czytelników śledztwo. Lekarze-specjaliści podejmują grę, jaką proponuje Nowacka i na podstawie podsuniętych im danych próbują postawić spóźnioną o kilkanaście stuleci diagnozę – zestawienie monologu Mezy i domysłów eskulapów pokazuje możliwości twórcze, tkwiące w historii. Inaczej wybrzmiewa tu opowieść czytelniczki – to raczej propozycja interpretacji książki niż komentarz na temat jej bohaterów. Szkoda natomiast, że rozmówcy Nowackiej przedstawieni są inicjałami.

Udało się Ewie Nowackiej połączyć w „Heliogabalu” kilka narracji i kilka różnych spojrzeń na sytuację w Cesarstwie Rzymskim – ale też sukcesem okazała się próba odwzorowywania mentalności władców i obyczajowości ludzi. Dzięki ciekawym pomysłom i zgrabnej narracji, „Heliogabal, wnuk Mezy” to nie tylko powieść historyczna, ale i psychologiczna.

czwartek, 4 marca 2010

Andrzej Strzelecki: Człowiek w jednej rękawiczce

Iskry, Warszawa 2010.


Z miłości do golfa

Nie widziałam nigdy ani kawałka „Klanu”, a Andrzeja Strzeleckiego kojarzę przede wszystkim jako satyryka. Okazuje się że dzięki takiemu podejściu „Człowiek w jednej rękawiczce” zapewni sporo rozrywki. Historii z planu „Klanu” (rym zamierzony) nie ma tu bowiem wcale, za to zabawnych anegdot i rozdziałów, kończonych efektownymi puentami całe mnóstwo. Ale „Człowiek w jednej rękawiczce” to przede wszystkim książka o miłości do golfa. Opowieść o egzotycznym hobby, prowadzona z punktu widzenia człowieka, któremu poczucie humoru nie jest obce – nie ma się czego bać, Andrzej Strzelecki, mówiąc o tej dyscyplinie sportu, przez cały czas ma na uwadze swoich czytelników, odbiorców, którzy o golfie przeważnie nie wiedzą nic.

Nie jest to podręcznik do gry, poradnik ani reklama – choć przy tym ostatnim nieco się waham, Strzelecki potrafi zarażać pasją i nie dziwiłabym się, gdyby parę osób swoją książką do gry przekonał. Swoją postawą natomiast przekonał wielu, zwłaszcza ze świata znanych aktorów – tom przetykany jest anegdotami, w których pojawiają się – przy grze w golfa – sławni. Po lekturze nietrudno też zrozumieć zapał autora, a wszyscy, którym wydaje się, że golf to gra nudna i pozbawiona emocji, będą mile zaskoczeni.

Kolejne rozdziały „Człowieka w jednej rękawiczce” to kolejne sceny z życia golfisty-amatora, trudności, z jakimi musi się zmierzyć gracz, wyzwania, sukcesy i porażki. Sceny, uzupełniam od razu, przefiltrowane przez dowcip. To podstawowe antidotum na rzekomą nudę – Strzelecki okrasza swoje wywody zabawnymi sytuacjami, dialogami, które śmieszą do łez i zaskakują, oraz mało znanymi dowcipami o golfistach. Nie sposób się tu nudzić, skoro większości puent nie da się przewidzieć, zwłaszcza że autor nie sygnalizuje żartów, a wplata je bez zbędnych komentarzy w tekst. Książka jest zatem skarbnicą dowcipów i anegdot z życia aktorów, a Strzelecki wykorzystuje w niej swoje satyryczne zdolności. Każdy rozdział będzie tu zbudowany zgodnie z zasadami konstruowania tekstów satyrycznych, a przy okazji – według pamiętnikarskich reguł. Choć rytm opowieściom nadaje gra w golfa, naprawdę liczą się oryginalne wspomnienia, przedstawione z gawędziarskim zacięciem. Andrzej Strzelecki stara się przekonać czytelników, że w golfa mogą grać wszyscy oraz – że naprawdę warto zainteresować się tym sportem. Przy okazji rozbija kolejne mity, tłumaczy, jakie zachowania są niedopuszczalne – całą etykietę golfisty rozprasza sprytnie po tekście, tak, by jego wskazówki i podpowiedzi zostały przez odbiorców wchłonięte i zapamiętane. Golf to już nie tylko pretekst do powracania pamięcią do przyjemnych sportowych i okołosportowych wydarzeń – to źródło anegdot, niewyczerpywalne i głębokie.

Strzelecki mimo namiętności do golfa nie przytłacza czytelników opowiadaniem o kolejnych uderzeniach, nie rozwodzi się nad elementami dla przeciętnego odbiorcy niezbyt zrozumiałymi, tłumaczy branżowe wstawki. „Człowiek w jednej rękawiczce” odrobinę przybliża nietypowy sport. To, że rolę komentatora przejmuje satyryk, sprawia, że po tę publikację Iskier sięgnąć mogą – poza zainteresowanymi towarzyską stroną golfa i amatorskim jego uprawianiem – także miłośnicy zwyczajnych wspomnień. Rozczarowani będą pewnie jedynie ci, którzy znają Strzeleckiego z „Klanu” i chcieliby opowieści o ukochanej telenoweli.

Nigdy nie przypuszczałam, że z własnej woli sięgnę po wyznania golfisty – i że chętnie będę do nich wracać. Nigdy nie przypuszczałam, że będę się przy takiej lekturze naprawdę dobrze bawić. Andrzej Strzelecki potrafi zajmująco opowiadać o swoim hobby – „Człowiek w jednej rękawiczce” jest najlepszym tego dowodem.

środa, 3 marca 2010

Richelle Mead: Akademia wampirów

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.

Szkoła wampirów

Po sukcesie „Zmierzchu” Stephenie Meyer paranormal romance zaczął święcić triumfy. Richelle Mead proponuje jednak cykl, który spodoba się nie tylko wielbicielkom „Zmierzchu”, ale wszystkim czytelnikom lubiącym dynamiczne powieści akcji. „Akademia wampirów” nie należy do prostych historyjek, a rozwiązania w niej zawarte wykraczają poza fantastykę i bildungsroman: odbiorcy otrzymują bogatą galerię postaci, konsekwentnie budowany świat akademii imienia świętego Władimira, ale i cały zestaw dylematów młodych ludzi.

W Akademii Świętego Władimira kształcą się moroje – wampiry czystej krwi – oraz dampiry – ich przyszli strażnicy, istoty zrodzone z wampira i człowieka. Dwie uciekinierki z tej placówki – księżniczka wampirów, Lissa oraz jej przyjaciółka i opiekunka, dampirka Rose, zostają na powrót sprowadzone do szkoły. Rose będzie musiała sporo trenować, żeby móc oficjalnie ubiegać się o status strażniczki Lissy. Wampirom zagrażają strzygi, bezwzględne potwory, które przed niczym się nie cofną – zadanie Rose wygląda zatem na niełatwe. Obie bohaterki łączy telepatyczna więź i coś jeszcze: za murami akademii Rose karmiła Lissę własną krwią – uzależniła się od tego, traktując doznanie niemal na równi z seksualno-narkotykowymi odczuciami. Musi utrzymać to w tajemnicy, lecz trudno będzie jej ukryć ekstazę na myśl o powrocie do roli karmiciela. Poza tym w Akademii Świętego Władimira życie toczy się zwyczajnym trybem: dyrektorka jest nieznośna, nauczyciele wymagający, część koleżanek snuje intrygi, a chłopcy starają się zawrócić dziewczynom w głowach. I tylko Lissę spotyka coś dziwnego: wampirka z darem uzdrawiania znajduje w swoich rzeczach brutalnie zabite zwierzęta. Powoli wyjaśnia się tajemnica związki między nią a Rose…

Jest "Akademia wampirów” bardzo udanym połączeniem motywów wampirycznych ze zwyczajnym dojrzewaniem. Richelle Mead przedstawia swoich bohaterów w momencie wejścia w dorosłość – już nie trzymają się młodych wampirów i dampirów głupie żarty, zaczynają się za to prawdziwe problemy z koniecznością walki o przetrwanie włącznie. W powieści bardzo ładnie nakreślony został wątek seksualności i pożądania – nie ma w niej wulgarności ani prostactwa, jest za to „kobiece” podejście do tematu – delikatnie kreślona zmysłowość, rozpalające się uczucie, rodzące się pragnienia – to wszystko przedstawione zostało subtelnie i z wyczuciem. Skomplikowane relacje między bohaterkami przynoszą obraz wzruszającej i głębokiej przyjaźni, pełnej poświęceń i trudnej. Chociaż wydarzenia osadzone są w nierealnym i przepełnionym magią świecie, istota kontaktów między postaciami daje się bez trudu przełożyć na egzystencję czytelników. Richelle Mead opowiada o sytuacjach granicznych, stawia swoje bohaterki przed wymagającymi wysiłku wyborami, uczy je odpowiedzialności i zaufania, a przy tym cały czas odwraca uwagę od fabuły i każe się na przeżyciach wampirki i dampirki.

Uderza w tej książce precyzja w konstruowaniu powieściowej rzeczywistości: odbiorcy otrzymują obraz fragmentu wyimaginowanej krainy – ale na podstawie tego fragmentu bez trudu zrekonstruują całość. Jasne od początku są zasady regulujące życie w akademii wampirów i nie ma w narracji błędów (poza kilkukrotnym tłumaczeniem, kim są dziwki sprzedające własną krew). Szkielet historii wydaje się być naprawdę solidny – to z kolei dobry punkt wyjścia do snucia intrygującej opowieści.

W „Akademii wampirów” liczą się wielkie namiętności, rozterki i problemy wieku dojrzewania, uczucia, jakich zawsze się poszukuje – przyjaźń, oddanie, zaufanie. Znajduje się tu również trochę szybkiej akcji, kilka scen rodem z thrillera i filmów sensacyjno-fantastycznych. Wszystko to zostało przekazane w sposób, któremu nie można nic zarzucić. „Akademia wampirów” ma szansę odnieść wydawniczy sukces – mogą po nią sięgnąć nie tylko wielbicielki mrożących krew w żyłach opowieści, ale i nastolatki lubiące powieści obyczajowe.

Przybora

Śmierć w satyrycznych dekoracjach


W onirycznym, humorystycznym i lirycznym świecie stworzonym przez Jeremiego Przyborę, królowała śmierć. Bohaterowie ginęli w rozmaitych okolicznościach, w wyniku nieszczęśliwych wypadków, katastrofy, działalności zbrodniarzy i splotu zbiegów okoliczności z wymogami konwencji. Ale naznaczeni piętnem śmierci w Eksterytorialnej Krainie, w której prym wiedli Starsi Panowie, byli nie tylko ludzie. Czezły w Kabarecie niechciane piosenki, ginęła osłabiona miłość, umierały w płomieniach dawne listy.


[całość tekstu dostępna będzie w późniejszym terminie]

wtorek, 2 marca 2010

Kajsa Ingemarsson: Żółte cytrynki

Słowo/obraz - terytoria, Gdańsk 2009.


W poszukiwaniu księcia


Blurb z „Żółtych cytrynek” nie przynosi nic oryginalnego ani twórczego: „powieść o poszukiwaniu samej siebie, o miłości i przyjaźni, ale zwłaszcza o odwadze, która pozwala postawić wszystko na jedną kartę i podjąć w życiu właściwą decyzję” – gdyby kierować się promocyjnym tekstem z okładki, Kajsa Ingemarsson nie miałaby do zaoferowania nic ciekawego, a przynajmniej: nic ponad to, co dają czytelniczkom setki podobnych publikacji z półki literatury dla pań. Zwłaszcza że książka została wydana ze znaczkiem „komedii romantycznej”, co w pewien sposób zapowiada rozwój fabuły i obowiązkowy happy end. Ale „Żółte cytrynki” pod paroma względami zaskakują i chociaż wpisują się w konwencję powieści o wielkim, romantycznym uczuciu, nieco wyróżniają się z raczej mdłego tła. Są ożywcze i świeże, może też za sprawą tytułu.

Młoda kobieta, Agnes, pracuje w najlepszej sztokholmskiej restauracji. Właściwie: pracowała: do momentu, w którym coraz bardziej natarczywe zaloty ze strony szefa-erotomana nie przerodziły się w próbę gwałtu. Na domiar złego partner Agnes komunikuje jej, że zakochał się w chórzystce o dużych piersiach i odchodzi. Na pierwszych pięciu stronach życie Agnes wali się w gruzy – to naprawdę dobry punkt wyjścia dla komedii romantycznej. Ale, co nietypowe, dalej nie ma mowy ani o komedii, ani, tym bardziej, o romantycznej. Spotkany w pralni nowy sąsiad nie nadaje się do tego, by rzucić mu się w objęcia, a szukanie pracy nie należy do przyjemności – już wkrótce jednak do Agnes wróci odrobina szczęścia.

Czytelniczki, które będą czekać na naświetloną ze wszystkimi szczegółami historię pięknej miłości, mogą się poczuć rozczarowane: uwagę bohaterki zaprzątać mają bowiem nie sprawy sercowe a praca w nowo otwartej restauracji. Czas wolny umili Agnes przyjaciółka, siostra i rodzice – w przelotnych związkach nie ukryła autorka żadnego romansogennego potencjału. Oczywiście nie obejdzie się całkiem bez porywów namiętności, ale nie mam zamiaru zdradzać przebiegu akcji. Kajsa Ingemarsson dba o ciągłe zmiany tła, nakreśla społeczne problemy (w rodzinnym miasteczku Ages Amerykanie zamykają fabrykę, na bruk wyrzucając czterysta osób), obrazy szczęśliwej – choć wczesnej – emerytury (rodzice bohaterki zapisują się na kurs komputerowy i rozwijają wspólną pasję – ogrodnictwo), porusza problem alkoholizmu, śmierci bliskich, samotności, ale i przyjaźni. Nie ma za bardzo czasu na tendencyjne przecież i doskonale wielbicielkom gatunku znane opowieści o ziszczonym śnie kopciuszka. Ta wielość motywów nadaje książce nieprzewidywalności, jedyne, co pozostaje z dawnych schematów to happy end.

Kajsa Ingemarsson nie rozśmiesza odbiorczyń, lecz daje nadzieję. Pokazuje, że nawet z najtrudniejszych sytuacji da się znaleźć wyjście. Jej bohaterka popełnia błędy i przeżywa kolejne załamania, ale bez przesadnego i nieuzasadnionego optymizmu podnosi się po klęskach, książka jest na tyle ciepła, by nie przygnębiać. W „Żółtych cytrynkach” na świat nie patrzy się przez różowe okulary, ratunkiem tu okazuje się humor. Autorka zamiast kreować komiczne sytuacje, stawia na filozoficzny spokój, perypetie Agnes nie śmieszą – w większości przypadków nawet nie mają budzić uśmiechu (bo – na przykład – motyw tajemniczej Loli jest raczej dość przewidywalny), optymizm książki polega na tym, że mimo wszystko czeka się w niej na pozytywne, dobre wydarzenia.

Autorka kładzie w narracji nacisk na szczegółowe opisy zachowań bohaterki, która znajduje się w centrum uwagi. Choć przebieg akcji relacjonowany jest w trzeciej osobie, skoncentrowanie motywów na Agnes sprawia, że to ona wydaje się być właściwą narratorką. Trochę bardziej niż w zwykłych realizacjach tego gatunku rozbudowane opisy przenoszą „Żółte cytrynki” z prostego czytadła – wyciskacza łez w ładną powieść obyczajową. Zresztą tautologiczny nieco, ale trafny tytuł serii, „Książki do czytania”, wskazuje grupę docelową szwedzkiej opowieści. „Żółte cytrynki” to literatura rozrywkowa, a celem historii jest dodanie otuchy czytelniczkom i dostarczenie im kilku wzruszających wątków. Kajsa Ingemarsson sprytnie gra na emocjach odbiorczyń, potrafi tworzyć sugestywne i wyzwalające silne uczucia sceny – w „Żółtych cytrynkach” sprawdza się natomiast także jako kreator przestrzeni – obraz powstającej restauracji wraz z całym menu okazuje się bardzo przekonujący.
„Żółte cytrynki” to powieść obyczajowa z zapowiedzią romansu w tle. Szwedzki bestseller, który wciąga.