* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Namas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Namas. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 marca 2012

Suketu Mehta: Maximum city. Bombaj

Namas, Poznań 2011.

Z niezgody

Żeby dobrze poznać miejsce, z którego się pochodzi, najlepiej jest wyjechać jak najdalej. To umożliwi wypracowanie niezbędnego dystansu, ale i dostrzeżenie wszelkich niedogodności czy „inności” – kulturowych, społecznych i nawet psychologicznych. Suketu Mehta w taki właśnie sposób odkrywa Bombaj – metropolię, która fascynuje i przeraża. W jego tomie „Maximum city. Bombaj” znajdzie się mnóstwo reporterskich poszukiwań, prób dotarcia do istoty zjawisk, których na tak szeroką skalę nie spotyka się nigdzie indziej – a i mnóstwo oskarżeń, niezgody na zastane (nie)porządki, na przyzwyczajenia, które oddalają możliwość normalnego życia. Długa i rozbudowana jest ta historia, a przy tym pełna zaułków i niespodziewanych tematów: sporo tu ryzyka i złości, jest zatem „Bombaj” książką inną od zwykłych reportażowo-podróżniczych lektur, których autorzy starają się odkrywać jaśniejsze strony nawet w miejscach o złej renomie. Suketu Mehta nie ma zamiaru chwalić tego, co złe. Próbuje za to otworzyć oczy – nie wiadomo, rodakom czy światu – na zagadnienia niechlubne i przygnębiające.

Autor dzieli wędrówkę po Bombaju na trzy części. Nieprzypadkowo zaczyna od bardzo rozłożystego działu zatytułowanego „Przemoc”. Pozornie tylko dla równowagi przywołuje część „Przyjemność”. W „Przejściach” natomiast umieszcza te tematy – przede wszystkim obyczajowe – które nie pasowały do poprzednich grup. „Przemoc” wprowadza w tę mroczną książkę za sprawą trudnych obrazów. Mehta wyrusza do slamsów, mówi o gwałtach i płonących ludziach, nie przebiera w słowach, gdy wścieka się na wszechobecność gówna, zatruwającego wodę i powietrze. Opowiada o przestępstwach i zbrodniach, problemach z toaletami i o wymuszeniach na ślubach. Spotyka się z policjantem, by dowiedzieć się, w jaki sposób prowadzi się przesłuchania; odmalowuje przed oczami czytelników rzeź bydła, której przyglądają się dzieci. W swoich śledztwach posuwa się coraz dalej. Kiedy już przestaje dziwić znajomość slangów, którymi posługują się gangi, Suketu Mehta zaczyna spotykać się z zawodowymi mordercami i zabójcami. Dowiaduje się od nich niemal wszystkiego na temat ich pracy – a część rozmówców staje całkiem wysoko w hierarchii gangów. Opowiada, jak chronił swoją rodzinę, lecz z rzadka przyznaje się do własnych emocji.

„Przyjemność” tylko z pozoru dotyczy przyjemności, jest bowiem pretekstem, by wniknąć do kolejnego mrocznego światka – nocnych tancerek. Przedstawia dzięki przewodniczkom chwyty pozwalające wydobyć jak najwięcej pieniędzy od klientów, pod pretekstem pisania scenariusza rozmawia z tymi, którzy nie chcą zwykle przyznawać się do swoich zajęć lub sposobów spędzania czasu. Od nocnych klubów przechodzi do przemysłu filmowego i pokazuje, jak w Bollywood tworzy się marzenia. W trzeciej części mówi między innymi o traktowaniu dzieci w szkołach, o aranżowanych ślubach czy o tłoku.

Nigdy Suketu Mehta nie rezygnuje z tonu buntu. Jego „Bombaj” wypływa z niezgody na istnienie metropolii, w której łatwo stracić i godność, i życie. Patologia staje się tu normą, kompletnie niezrozumiałą dla reszty świata. Autor od czasu do czasu w tych rozważaniach umieszcza siebie – widać dzięki temu, że jego tom nie wyrósł na poszukiwaniu sensacji, a na osobistym poczuciu porażki. Dla jednych odbiorców największą atrakcją będzie zatem analiza społecznych zachowań, dla innych – docieranie do rejonów zakazanych, spotkania z gangsterami, prostytutkami i ludźmi, którzy wybierają nieakceptowane powszechnie sposoby na życie. W tej książce najwięcej jest ludzkiej krzywdy i wyborów niezwykłych dla większości czytelników. Nie będzie to typowa publikacja podróżnicza, ale głęboka próba nakreślenia istoty Bombaju.


środa, 1 lutego 2012

Borbála Pőcz, Dóra Csányi, Tibor Kárpáti: Masz prawo

Namas, Poznań 2011.

O prawach dla dzieci

„Masz prawo” to nie popis literatury dziecięcej, a publikacja stworzona po to, by przełożyć na zrozumiały dla maluchów język konwencję o prawach osób niepełnosprawnych. Bez fabularyzacji (która mogłaby pełnić jeszcze funkcję mnemotechniczną) i bez infantylizowania autorzy proponują uproszczoną wersję dokumentu, wzbogaconą o dodatkowe wyjaśnienie co bardziej skomplikowanych terminów.

Zaczyna się od opowiedzenia młodym czytelnikom, co to jest konwencja i w jakim celu stworzony został omawiany w tomiku dokument. Autorzy mówią również, co oznacza zwrot „mieć prawo” czy – czym jest niepełnosprawność (w kilku słowach i bez wchodzenia w szczegóły) – dochodzą także do zagadnienia „racjonalnego usprawnienia” i „uniwersalnego projektowania”. Dopiero po takim wprowadzeniu do tematu rozpoczyna się właściwa część książki, czyli wymienianie, do czego dzieci niepełnosprawne mają prawo. W większości punktów wyliczenia te zostały jeszcze wzbogacone o drobny komentarz, uzupełnienie, by wszystko stało się jasne dla maluchów.

Forma, w jakiej prawa są w tomiku przytoczone, nie ma pełnić żadnych innych funkcji poza informacyjną. Rozrywkę trzeba odłożyć do następnej lektury: tu liczą się suche wiadomości podane w prosty sposób, ale bez lekkości czy zabawy. Odrobinę infantylizmu, więc i wytchnienia, zapewnią natomiast ilustracje, o czym za chwilę. W tej książce autorzy postarali się, by nic nie przysłaniało ważnej treści i nie rozpraszało uwagi dzieci. Uważają na słowa, przez co tomik może wydać się suchy i bezosobowy. Za to nadaje się wyśmienicie na podjęcie rozmów z dzieckiem – kolejne punkty konwencji wymagają czasem dodatkowego rozwinięcia, wyjaśnień czy komentarzy, które mogą z powodzeniem wygłaszać rodzice. „Masz prawo” to nie tekst literacki – i nie da się traktować go w tych kategoriach. To po prostu przekład dokumentu z prawniczego języka na styl zrozumiały dla dzieci.

Dziwić mogą ilustracje zamieszczone w tej książce – do tego stopnia, że na pierwszym skrzydełku znajduje się charakterystyka odpowiedzialnego za nie człowieka i niby przypadkowa opinia o stylu „tak to każdy potrafi”. To nie obrazki, które wzbudzą estetyczne zachwyty. Koślawe linie, krzywe kształty niedokładnie wypełnione kolorem – to raczej niemal dziecięce bazgroły, zbyt proste i zbyt brzydkie, żeby przyciągały wzrok. Dopiero po chwili i po głębszej analizie okazuje się że Tibor Kárpáti miał pomysł na stronę graficzną i nie uprościł wszystkiego bezsensownie. Jego bohaterowie to nieforemne owale z nóżkami i obwisłymi nosami. Te istoty mają prawdopodobnie symbolizować dzieci. Wśród nich znajduje się dziecko niepełnosprawne – ładniejsze. Po pierwsze – wypełnione kolorem. Po drugie – z ozdobnymi kształtami na głowie. Ta postać wykonuje działania w tekście, działania powiązane z osobami niepełnosprawnymi. Styl rysowania sprawia, że nie ma tu mowy o wyjściu poza ewentualne drobne scenki, częściej pojawiają się symbole, proste kształty nawiązujące do treści wymienianych praw. Zapewnia więc ta publikacja ciekawe i oryginalne rozwiązania, ale pamiętać należy przede wszystkim o jej użyteczności, o próbie uświadomienia niepełnosprawnym dzieciom ich praw.


środa, 18 stycznia 2012

Gyula Böszörményi: Kolory ludzi

Namas, Poznań 2011.

Lekcja życia

Tytuł tej książeczki wyjaśnia wszystko. Wiadomo, że w kolejnej baśni opublikowanej przez Namas pojawi się temat akceptacji odmienności ludzi różnych ras i ich równości wobec siebie. Nie ma tu jednak mówienia o współczesnych problemach wprost, Gyula Böszörményi cofa się do mitycznego początku, prezentuje uwolnioną od religii i wyznań baśń o stworzeniu człowieka – i u źródła szuka zarówno przyczyn zróżnicowania przedstawicieli homo sapiens, jak i argumentu o ich równym statusie.

Żeby uniknąć sakralnych skojarzeń czy motywów Böszörményi parą stwórców czyni dwoje staruszków – Ojczulka Niebo i Matulę Księżyc. To oni po wymyśleniu świata pracują jeszcze nad ostatnim jego składnikiem – człowiekiem. Niebo lepi człowieka, lecz nie jest z niego do końca zadowolony, stara się zatem znaleźć przyczynę. Księżyc pomaga mu, twierdząc, że biegające po świecie białe – wszystkie jednakowe – ludziki przyprawią ich tylko o ból głowy i trzeba nowe dzieło jakoś zróżnicować. Zabawa trwa w najlepsze, ale tylko Matka-Księżyc zdaje sobie sprawę z jej konsekwencji. Niewesołe wieszczenie nie przybiera tu jeszcze konkretnego kształtu, pozostawia świat w niedopowiedzeniu, z którego dziś ludzie zdają sobie sprawę.

Temat rasowej równości został w tej baśni poruszony z innego niż zazwyczaj punktu widzenia. Dzieci są świadkami powstawania życia i mogą przekonać się, że poza czystym przypadkiem i zachciankami demiurgów nic nie decydowało o kolorze skóry. Wszyscy ludzie – różowi, żółci, brązowi, czerwoni i czarni – są piękni i w takim samym stopniu cieszą ich autorów. Żaden z nich nie ma powodu, by czuć się lepszym niż pozostali – bo każda wybrana przez Stwórców barwa oznacza coś miłego i dobrego. Zamiast dowodzenia o jednakowości ludzi, mają dzieci więc tę jednakowość unaocznioną – na początku wszyscy byli bezbarwni, niepomalowani.

Książkę przenika dobroduszny humor, momentami nieco rubaszny, płynący przede wszystkim z postawy Ojczulka Niebo: on zachowuje się bardziej niedojrzale, jest jak dziecko, które cieszy się stworzoną właśnie zabawką, a swoje błędy, chociaż widoczne dla innych, próbuje zatuszować. Jest całkowitym przeciwieństwem Księżycowej Matuli – rozważnej, mądrej i odpowiedzialnej. Kontrast między dwojgiem stwarzających świat staje się zatem źródłem komizmu. Zabawne okazuje się też samo ocenianie człowieka: pięciu palców, zwinnych nóżek czy zgrabnej główki – mówienie o nim jak o zabawce (którą dla wszechmocnych istot jest) zapewne spodoba się dzieciom. Przy okazji pojawia się i wyjaśnienie, dlaczego każdy człowiek jest inny – przy lepieniu kolejnych egzemplarzy, mimo starań, pojawiały się różnice wzrostu czy tuszy.

Kobietą Niebo postanowił zająć się później, gdy już dopracuje mężczyznę. Dlatego też wszystkie postacie w tomiku na rysunkach, nagie – tak jak zostały stworzone – są mężczyznami (a właściwie karykaturami mężczyzn, bo tułów, głowę i nogi stanowi u nich jeden kształt, do tego dorysowane zostały ręce, włosy i penisy – kolejne tabu w literaturze czwartej, a właściwie w ilustracjach, zostało przełamane). Írisz Agócs przedstawia te niezgrabne, niedbale narysowane sylwetki tak, jakby ich autorami były dzieci. W samej książeczce natomiast proponuje kolorowe ilustracje utrzymane w aurze baśniowości i zrodzone z plątanin kresek.


poniedziałek, 16 stycznia 2012

Sarolta Szulyovszky: Wdzięczny kwiat

Namas, Poznań 2011.

Śmierć i życie

Ta historia, którą Sarolta Szulyovszky zaczerpnęła z życia prababci, przechodzi niepostrzeżenie w baśń, która nie ma na celu wyjaśniania zjawisk rządzących światem, ale jest w rzeczywistości głęboko zakorzeniona. Do tego dodać należy mocno liryczny nastrój, atmosferę niedopowiedzenia i niepewności. „Wdzięczny kwiat” to również opowieść dobra jako punkt wyjścia do rozmów z dzieckiem – rozmów trudnych, bo dotyczących przemijania, umierania i rytmu natury.

Szulyovszky buduje bardzo prostą narrację – babcia Kato, mimo podeszłego wieku, codziennie wychodzi do ogrodu i zajmuje się rosnącymi tam kwiatami. Niespodziewanie dla niej samej wśród wypielęgnowanych rabatek pojawia się kwiat o nadzwyczajnej urodzie, silny i piękny, a poza tym… sztuczny. Tylko ten kwiat może przetrwać złą pogodę, a nawet nadchodzącą zimę. Babcia Kato dziwi się temu zjawisku, ale i cieszy się nim: może w końcu podziwiać kwiat nawet wtedy, gdy inne tracą barwy i więdną. Babcia Kato codziennie pojawia się wśród grządek, aż pewnego dnia znika – a razem z nią znika też sztuczny kwiat z ogrodu. Wśród rabatek biega wnuczka – a wraz z nią w ogrodzie pojawia się nowy, na razie mały kwiatek. Wiadomo, że będzie trwał tak długo, jak długo żyć będzie wnuczka, a potem zniknie bez śladu, a na jego miejscu wyrośnie nowy sztuczny kwiat.

Opowiedziana, a właściwie nieopowiedziana naprawdę historia prozatorska uzupełniona jest wierszem, którego każdy wers stanowi jednocześnie komentarz dla całostronicowej ilustracji. W tym wierszu, a przynajmniej w jego polskim przekładzie, pojawia się pewne wyjaśnienie nieobecności babci – ta razem z kwiatem poszła do nieba. Tłumacz również w tym utworze eufemizuje umieranie, co sprawia, że łatwiej będzie wyjaśnić dzieciom rytm natury bez straszenia ich czy niepotrzebnego zasmucania. Zniknięcie babci nie wiąże się z cierpieniem czy przerażeniem, historia podsyca jeszcze naturalność tego zjawiska, a nadanie całości kształtu baśni sprawia, że łatwiej przyjąć wiadomość o nieuchronnym dla każdego losie. Realizm tej opowieści zatraca się w braku jasnego i logicznego wyjaśnienia zjawiska, sztuczny kwiat jest jedynie pretekstem do pokazania, że ludzie nie żyją wiecznie.

Autorka (właściwie dwoje autorów, wiersz jest dziełem projektanta graficznego) daje nam popis literackiej wrażliwości i talentu do obserwacji podbarwionej poetyckością. Nie chodzi tu przecież o porywającą fabułę, a o ogólny klimat, wytwarzany za sprawą nie zawsze konkretyzowanych scenek i powtarzalność zachowań. W wierszu widać z kolei niemal prozatorską precyzję – tu nie ma miejsca na redundantne opisy czy upajanie się słowem. W tym wypadku wiersz jest rodzajem skrótu, który porządkuje tekst i ukierunkowuje uwagę odbiorców. Uniemożliwia też linearną lekturę, a raczej zapewnia istnienie podwojonego czytania – żeby nie stracić zrytmizowanych i rymowanych fraz, trzeba bajkę rymowaną przeczytać po prostu osobno.

Także ilustracje w tym tomiku są dziełem autorki. Pojawiają się zawsze na prawej stronie i zajmują całą jej powierzchnię (wyłączając dolny margines – miejsce na wersy wiersza). W tych artystycznych malunkach ludzie mają nieco zdeformowane sylwetki i twarze, za to kwiaty są artystycznym majstersztykiem. Nie zawsze obrazy są dosłownym powieleniem treści historii, czasem dopowiadają jej elementy lub stanowią drobne, mało istotne z punktu widzenia fabuły dopowiedzenie. O wysokiej jakości tomiku świadczyć może pierwsza nagroda w Międzynarodowym Konkursie Pisarzy i Ilustratorów Książek dla Dzieci w kategorii książek dla dzieci w wieku od 6 do 9 lat.

piątek, 13 stycznia 2012

Petra Finy: Biała księżniczka i Złoty Smok

Namas, Poznań 2011.

Cena inności

W baśniach przenoszących czytelników do krain Dalekiego Wschodu, poza egzotyką płynącą z odmiennej kultury, charakterystyczne są zwykle mało przewidywalne z punktu widzenia Europejczyków fabuły. Petra Finy proponuje dzieciom taką właśnie piękną opowieść, której rozwój zaskoczy odbiorców, bo mimo prostych podziałów na dobro i zło i jednego kierunku wyprawy, nie ma tu realistycznego rozwiązania.

„Biała księżniczka i Złoty Smok” to bajka urzekająca nie tylko za sprawą dychotomicznych rozgraniczeń, ale i z uwagi na stałą obecność kolorów w planie tekstu. Historia, dzięki licznym porównaniom i ciągłym powtórzeniom kolorystycznych epitetów, zainicjowanym już w tytule i konsekwentnie prowadzonym do końca drobnej a wciągającej i ślicznie wydanej książki, zyskuje na prawdopodobieństwie (oczywiście w baśniowym wymiarze). Bohaterka, chociaż do przesady idealizowana, nabiera życia właśnie w ogromie pomysłowych i twórczych skojarzeń, silnie działających na zmysły odbiorców. W tej baśni królowałaby przesada, gdyby nie fakt, że hiperbole są jednym z podstawowych składników całości, nadają opowieści charakterystyczny baśniowy klimat i wyczarowują bohaterkę z literackiej nicości.

Chińska księżniczka Bai jest obiektem zachwytów wszystkich poza przeszło setką zalotników. Jej uroda przyćmiewa najdoskonalsze wytwory natury, niestety alabastrowa – a nie żółta – skóra uniemożliwia księżniczce Bai znalezienie ukochanego. Wszyscy wolą kobiety o żółtej skrze, nawet jeśli te chętnie malują twarze na biało. W ten sposób baśń dość szybko przeradza się w opowieść o odmienności i płynącym z niej wykluczeniu. Księżniczka Bai, wzorem baśniowych poprzedników, musi opuścić rodzinne strony i w poszukiwaniu szczęścia wyruszyć w odległe krainy. Niełatwo będzie jej odnaleźć się w innym świecie, bo ludzie nie tolerują odmienności i lubią, gdy wszystko jest jednakowe. Do księżniczki Bai należeć zatem będzie pewna bardzo trudna i odmieniająca los decyzja – tu opowieść jednoznacznie przejdzie w świat magii.

Petra Finy pod pozorami egzotycznej i „nieprawdziwej” historii przedstawia zwyczajny świat. Posługuje się karykaturą i przerysowaniem, żeby w jak najprostszy sposób dotrzeć do wyobraźni małych odbiorców, ale w swojej baśni przybliża się do mechanizmów działających w społeczeństwach dawniej i dziś. Prezentuje dramat bohaterki rzekomo idealnej, postaci, która ma wszystko poza akceptacją bliźnich. Księżniczka Bai za swoją odmienność skazana jest na społeczne wykluczenie i samotność, nie może zjednać sobie przyjaciół ani urodą, ani wspaniałym charakterem, ani bogactwem – cecha, która nie powinna mieć większego znaczenia, rujnuje jej egzystencję. Na tym przykładzie dzieci poznają smak odrzucenia – i dowiedzą się, jak łatwo jest zranić kogoś niezasługującego na okrutny los.

Poza przesłaniem zwraca tu uwagę realizacja tekstowa i opracowanie graficzne. W tekście barokowy przepych w zakresie środków stylistycznych łączy się z typową dla baśni prostotą w opisie akcji. Obrazy Mari Takács z kolei przyciągają wzrok ze względu na sposób wykonania i barwy. Ślady faktury papieru i farb to znak rozpoznawczy tych grafik, stosunkowo rzadki dziś w książkach dla dzieci. Ilustratorka zdecydowała się także na operowanie niemal filmowymi zbliżeniami, by jak najpełniej ukazywać silne emocje, targające bohaterami. Te rysunki, nienaiwne, a niemal dorosłe, przypadną do gustu nawet najbardziej wymagającym odbiorcom.


wtorek, 2 listopada 2010

Ildikó Boldizsár, Katalin Szegedi: Narodziny księżniczki

Namas, Poznań 2010.

Porady dla księżniczek


„Narodziny księżniczki” to baśń, którą Marta Bręgiel-Benedyk przełożyła z angielskiego, chociaż opowieść jest dziełem węgierskich autorek. Nie ma jedna w tej książce tego, co składałoby się na koloryt lokalny, Ildikó Boldizsár i Katalin Szegedi postarały się stworzyć historię uniwersalną i zrozumiałą na całym świecie. Wykorzystały do tego zresztą motyw stale obecny w baśniach i bajkowych przekazach i mocno już wyeksploatowany – uczyniły go natomiast nie katalizatorem fabuły, a jej zasadniczą częścią. Ów motyw, dary wróżek dla nowo narodzonej dziewczynki, tworzy całą książkę i ma przekonać małe księżniczki, że każda z nich jest wyjątkowa, a przy tym pięknie wyróżniona – bo dary wróżek nie znikają z upływem czasu, towarzyszą dziewczynce, a potem kobiecie, do końca życia – obdarowana niematerialnymi skarbami nie powinna zapominać o bezcennych podarunkach wróżek.

Wróżek („niebiańskich księżniczek”) jest aż dziewięć, każda przynosi inne błogosławieństwo, które w książce zostaje rozwinięte. Dziewczynka ma być między innymi czystego serca, wytrwała, cierpliwa i pełna wdzięku. Siłę i pamięć o tych darach czerpać powinna z natury – każda z wróżek odnosi swój dar do konkretnych zjawisk zachodzących w przyrodzie, dziewczynka może więc obserwować otoczenie i z niego brać przykład. Nie wszystkie błogosławieństwa są uniwersalne, niektórych część czytelniczek nie mogłaby wcielić w życie samodzielnie – ale od tego właśnie jest konwencja baśni, odbiorczynie powinny czytać między wierszami i wyłuskiwać z niedopowiedzeń porady dla siebie. Autorkom chodzi przede wszystkim o to, żeby czytelniczki wiedziały, że są wyjątkowe, mogą być piękne, miłe i dobre – czyli – mają szansę przynajmniej z charakteru stać się prawdziwymi księżniczkami z baśni, bohaterkami, przed którymi roztacza się obietnicę życia długiego i szczęśliwego.

Narracja w historii ograniczona jest do minimum, co pozwala autorkom na zastosowanie prostego, a mimo to urzekającego tricku: kiedy wróżki zwracają się do małej dziewczynki i opowiadają jej o swoich darach, każda z czytelniczek będzie miała – słuszne – wrażenie, że to do niej kierowane są kolejne błogosławieństwa, skrywane porady i wyjaśnienia. Dla najmłodszych będzie to specyficzny poradnik, zbiór zasad, pozwalających zachować dobre relacje z ludźmi – moralizatorski wydźwięk całkowicie oddala konwencja baśni. Dla odbiorczyń starszych – bo i takie mogą sięgnąć po tę historię – ważne będą nie tyle same wskazówki, co proste piękno języka, harmonijny styl i nastawienie na wrażenia estetyczne.

Nie sposób pominąć w tej recenzji walorów artystycznych wydania. Książka będzie ozdobą każdej biblioteczki. Duży format, twarde okładki, szyte strony i gruby, kredowy papier to dodatek do prześlicznych ilustracji, idealnie komponujących się z wizją opowieści kierowanej do ukochanej córeczki. Obrazki są tu wzruszające, ale nie przesłodzone, przyciągają wzrok, urzekają feerią barw (i wielkością, bo przecież duży format umożliwia ilustratorce, Katalin Szegedi, popisy graficzne). Do tego dochodzi dobrze przemyślana dodatkowa czcionka, którą podawane są imiona kolejnych wróżek (oraz nazwiska autorek) i prezentowane przez nie porady-błogosławieństwa. Tekstu na poszczególnych stronach jest niewiele, to obrazy przemawiają do fantazji młodych odbiorczyń, w starszych budząc przyjemne doznania.

„Narodziny księżniczki” to tom obliczony na wywołanie zachwytu, chociaż nie czerpie z oryginalnych i nieprzewidywalnych pomysłów. W konstrukcji trochę przypomina opowieści snute na dobranoc wyczekanym córkom przez kochające i wpatrzone w nie matki. Ale ze względu na realizację robi spore wrażenie.