Egmont, Warszawa 2020.
Poszukiwacze
Lucky Luke jest wszędzie tam, gdzie ktoś potrzebuje pomocy. Tym razem w daleką podróż do Jukonu zabiera go Waldo, angielski dżentelmen. Gorączka złota nad rzeką Klondike dopadła najprawdopodobniej Jaspera, kamerdynera Walda. Trzeba go ratować – jeżeli jeszcze da się go odnaleźć. Lucky Luke na Jollym Jumperze – oraz Waldo – jadą przez przełęcz prowadzącą do Jukonu i mijają przy tym wielką kolejkę poszukiwaczy złota – to motyw zaczerpnięty z historycznego zdjęcia, które zostanie odbiorcom zaprezentowane na końcu książki. Na miejscu okazuje się, że poszukiwanie złota to jeden ze sposobów na wzbogacenie się. Ale lokalni przestępcy znaleźli znacznie lepszą metodę. Wystarczy podsłuchać, kto nadaje telegrafem wiadomość o sukcesie, a następnie zaczaić się na niego i ograbić z grudek złota. Telegraf i tak nie dotrze do adresata, bo druty w odpowiednio oddalonym miejscu są przecięte. Klondike ma zresztą dość ograniczony zestaw rozrywek – niektórzy chcą zdobyć na rok piękną Mattie, królową saloonu, inni wolą rozróby i ostateczne rozprawianie się z nieszczęśnikami, którzy akurat z jakiegoś powodu podpadli.
Waldo w Klondike usiłuje zaprowadzać porządki angielskiego dżentelmena i dziwi się, że inni niekoniecznie podzielają jego zainteresowania. Lucky Luke z kolei lokalne czarne charaktery neutralizuje przez polecenie im, by kręcili młynka rewolwerami albo strzelbami (po takim zadaniu, gorliwie wykonanym, puchną palce). Samotny kowboj popisuje się celnymi strzałami (twierdzi, że nawet jego cień strzela szybciej niż wszyscy przestępcy razem wzięci i ma w tym rację, sądząc po błyskawicznych reakcjach wyzwalanych niejako mimochodem podczas relaksu). Jolly Jumper za to wykazuje się ponadprzeciętną inteligencją – to wierzchowiec, który może w razie czego zadbać o ekwipunek dla uczestników wyprawy. Zresztą do jego mądrości fani cyklu zdążyli się przyzwyczaić.
Tym razem nietypowe dla bardzo typowych przygód Lucky Luke’a jest zimno. Bohaterowie trafiają do miejsca, które wręcz słynie z niskich temperatur (co sprawia pewne komplikacje, na przykład gdy grabarz zamarznie podczas pracy, a lina przeznaczona dla przyszłych wisielców sztywnieje na mrozie). Poza tym jednak to klasyka przygód Lucky Luke’a. Stawanie w obronie słabszych, przechytrzanie przestępców, popisowe strzelanki, świat pozytywnych bohaterów w zestawieniu z komicznymi oprychami. Nie zabraknie w tych przygodach humoru, z którego cykl przecież słynie. Tu dzieje się wiele, a prawie każdy wątek prowadzi do dowcipnego podsumowania. Sprawia to, że nie tylko dzieci będą czerpać przyjemność z lektury – nawet dorośli fani cyklu z przyjemnością powrócą do tych opowieści. „Klondike” to komiks klasyczny w formie i treści – a oznacza to również charakterystyczne i sprawdzone rozwiązania. Spokój i mądrość samotnego kowboja – kreowanego na ideał – to wystarczający powód sięgania po komiks.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Léturgie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Léturgie. Pokaż wszystkie posty
środa, 6 maja 2020
niedziela, 1 stycznia 2017
Morris, X. Fauche, J. Léturgie: Lucky Luke. Sarah Bernhardt
Egmont, Warszawa 2016.
Lucky Luke to kolejna komiksowa (a maluchom dawniej znana z telewizyjnej bajki) postać, która dostarcza obok rozrywki szeregu wspomnień zwłaszcza trzydziesto- i czterdziestolatkom. Zeszyt „Sarah Bernhardt” to opowieść o znanej aktorce przełomu XIX i XX wieku. Bohaterka pojawia się tutaj w formie życzliwej karykatury – nie zważając na okoliczności, deklamuje wiersz (czasami poddając go pewnym modyfikacjom). Nad bezpieczeństwem gwiazdy podczas tournee po Stanach Zjednoczonych czuwać ma najsłynniejszy kowboj, Lucky Luke. Swoją misję oczywiście wypełnia, przy okazji przeżywając sporo przygód i demaskując wrogów. Sam Lucky Luke nic by nie zdziałał, gdyby nie mądrość i pomoc jego dzielnego wierzchowca. Cała ekipa rusza w trasę – pociągiem, statkiem i wozami konnymi. Sarah Bernhardt raz otrzyma w prezencie martwego wieloryba (to okazja do wykorzystania jej wizerunku w celach reklamowych przez co sprytniejsze firmy), raz przeżyje występ na tonącym statku. Trafi nawet do plemienia Indian, a w saloonie zmierzy się z artystką innego rodzaju – Pamelą Gorset i jej kankanowymi siostrzyczkami. Damski pojedynek obfituje w niespodzianki i stanowi parodię typowych konfliktów z Dzikiego Zachodu, trzeba się jednak przekonać, czy górą będzie uduchowienie i teatr, czy rubaszność i seks. Nic złego stać się nie może, skoro Lucky Luke czuwa. A kiedy jemu powinie się noga, zawsze pozostaje koń.
Tomik „Sarah Berhardt” to opowieść, w której wykorzystane zostały różne rodzaje dowcipu. Autorzy sięgają po humor na wielu płaszczyznach – od sytuacyjnego istotnego dla dzieci po abstrakcyjną ironię i zderzenia z normalnym światem znanym dorosłym. Posługują się komizmem charakterów i absurdem, rozmaitymi zbiegami okoliczności i celnymi ripostami. Kolejne przygody doprowadzają do przesady – drobne scenki zamykane są imponującymi katastrofami, a wydarzenia cechują się rozmachem. Detale rozrastają się do kataklizmów, a całe szeregi nieszczęść omijają bohaterów o włos. Sarah Bernhardt niewiele robi sobie z nastawania na jej życie, uważa, że wrogów ma tylko wśród rywalek scenicznych – a że czuje się lepsza od nich, nie potrzebuje sobie udowadniać własnej wielkości. To dobry pomysł na kreację postaci, bo nie o dylematy moralne w komiksie chodzi, a o barwną akcję, która pozwoli uwypuklić śmiech i podkreślić odejścia od zwyczajności. Lucky Luke musi przecież przeżywać barwne przygody w szybkim tempie.
Prawdziwa postać wtrącona do komiksu doskonale sobie w nim radzi przede wszystkim dlatego, że ulega przerysowaniu i służy czystej rozrywce. Jest ten zeszyt zawoalowaną polemiką ze znaczeniem artystów i sztuki wysokiej w świecie, trochę naigrawaniem się z megalomanii lud oderwania od prawdziwego życia. Chociaż Lucky Luke to kowboj, który w swoją postawę ma wbudowanych kilka schematów, całość wypada dosyć odświeżająco. „Sarah Bernhardt” to szeroko zakrojona przygoda obliczona na śmiech. Miło poza tym powrócić do dobrej komiksowej kreski – ekspresyjne miny postaci i ruch akcentowany na kolejnych rysunkach to coś w sam raz dla odbiorców z różnych pokoleń. Warto też w tym komiksie przyjrzeć się bohaterom z drugiego planu – nie tylko koń Lucky Luke’a dostarczy tu powodów do radości. Przygody Lucky Luke’a to klasyka komiksu – starsi czytelnicy mogą do tej propozycji wrócić z sentymentu, młodsi – z ciekawości, i jedni, i drudzy nie będą rozczarowani ogromem ekstremalnych doświadczeń, ale też poczuciem humoru twórców i jakością żartów. Chociaż dziś mało kto kolarzy Sarah Bernhardt, dowcipy „aktorskie” są uniwersalne i nie odbierają przyjemności z lektury. To propozycja dla koneserów – i dla tych, którzy chcieliby sprawdzić, jak kwintesencja Dzikiego Zachodu wypada dzisiaj w bajkowej historii.
Lucky Luke to kolejna komiksowa (a maluchom dawniej znana z telewizyjnej bajki) postać, która dostarcza obok rozrywki szeregu wspomnień zwłaszcza trzydziesto- i czterdziestolatkom. Zeszyt „Sarah Bernhardt” to opowieść o znanej aktorce przełomu XIX i XX wieku. Bohaterka pojawia się tutaj w formie życzliwej karykatury – nie zważając na okoliczności, deklamuje wiersz (czasami poddając go pewnym modyfikacjom). Nad bezpieczeństwem gwiazdy podczas tournee po Stanach Zjednoczonych czuwać ma najsłynniejszy kowboj, Lucky Luke. Swoją misję oczywiście wypełnia, przy okazji przeżywając sporo przygód i demaskując wrogów. Sam Lucky Luke nic by nie zdziałał, gdyby nie mądrość i pomoc jego dzielnego wierzchowca. Cała ekipa rusza w trasę – pociągiem, statkiem i wozami konnymi. Sarah Bernhardt raz otrzyma w prezencie martwego wieloryba (to okazja do wykorzystania jej wizerunku w celach reklamowych przez co sprytniejsze firmy), raz przeżyje występ na tonącym statku. Trafi nawet do plemienia Indian, a w saloonie zmierzy się z artystką innego rodzaju – Pamelą Gorset i jej kankanowymi siostrzyczkami. Damski pojedynek obfituje w niespodzianki i stanowi parodię typowych konfliktów z Dzikiego Zachodu, trzeba się jednak przekonać, czy górą będzie uduchowienie i teatr, czy rubaszność i seks. Nic złego stać się nie może, skoro Lucky Luke czuwa. A kiedy jemu powinie się noga, zawsze pozostaje koń.
Tomik „Sarah Berhardt” to opowieść, w której wykorzystane zostały różne rodzaje dowcipu. Autorzy sięgają po humor na wielu płaszczyznach – od sytuacyjnego istotnego dla dzieci po abstrakcyjną ironię i zderzenia z normalnym światem znanym dorosłym. Posługują się komizmem charakterów i absurdem, rozmaitymi zbiegami okoliczności i celnymi ripostami. Kolejne przygody doprowadzają do przesady – drobne scenki zamykane są imponującymi katastrofami, a wydarzenia cechują się rozmachem. Detale rozrastają się do kataklizmów, a całe szeregi nieszczęść omijają bohaterów o włos. Sarah Bernhardt niewiele robi sobie z nastawania na jej życie, uważa, że wrogów ma tylko wśród rywalek scenicznych – a że czuje się lepsza od nich, nie potrzebuje sobie udowadniać własnej wielkości. To dobry pomysł na kreację postaci, bo nie o dylematy moralne w komiksie chodzi, a o barwną akcję, która pozwoli uwypuklić śmiech i podkreślić odejścia od zwyczajności. Lucky Luke musi przecież przeżywać barwne przygody w szybkim tempie.
Prawdziwa postać wtrącona do komiksu doskonale sobie w nim radzi przede wszystkim dlatego, że ulega przerysowaniu i służy czystej rozrywce. Jest ten zeszyt zawoalowaną polemiką ze znaczeniem artystów i sztuki wysokiej w świecie, trochę naigrawaniem się z megalomanii lud oderwania od prawdziwego życia. Chociaż Lucky Luke to kowboj, który w swoją postawę ma wbudowanych kilka schematów, całość wypada dosyć odświeżająco. „Sarah Bernhardt” to szeroko zakrojona przygoda obliczona na śmiech. Miło poza tym powrócić do dobrej komiksowej kreski – ekspresyjne miny postaci i ruch akcentowany na kolejnych rysunkach to coś w sam raz dla odbiorców z różnych pokoleń. Warto też w tym komiksie przyjrzeć się bohaterom z drugiego planu – nie tylko koń Lucky Luke’a dostarczy tu powodów do radości. Przygody Lucky Luke’a to klasyka komiksu – starsi czytelnicy mogą do tej propozycji wrócić z sentymentu, młodsi – z ciekawości, i jedni, i drudzy nie będą rozczarowani ogromem ekstremalnych doświadczeń, ale też poczuciem humoru twórców i jakością żartów. Chociaż dziś mało kto kolarzy Sarah Bernhardt, dowcipy „aktorskie” są uniwersalne i nie odbierają przyjemności z lektury. To propozycja dla koneserów – i dla tych, którzy chcieliby sprawdzić, jak kwintesencja Dzikiego Zachodu wypada dzisiaj w bajkowej historii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






