Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2025.
Ratunek
Zoo zwykle budzi ambiwalentne reakcje, jednym kojarzy się z więzieniem dla zwierząt, inni widzą w nim szansę na ocalanie różnych gatunków, zwłaszcza obecnie, kiedy przepisy dotyczące pozyskiwania zwierząt są bardzo restrykcyjne. Oczywiście zoo jako mieszkanie dla rozmaitych stworzeń ma poważne wady, ale jest też trochę plusów – a już w przypadku Zoo Wymarłych Zwierząt plusy przesłaniają sceptycyzm. Trzeci tom komiksowy z serii Zoo Wymarłych Zwierząt to okazja do edukowania młodego pokolenia (przeważnie młodsi fani zwierząt będą po ten cykl sięgać, dla dorosłych humor jest tu trochę za bardzo oczywisty, chociaż i tak ambitny). Cazenove i Bloz bazują tu nie tylko na gatunkach, które wyginęły, ale też na tych krytycznie zagrożonych wyginięciem – w przypadku zwierząt, które jeszcze można spotkać na wolności, pojawia się na dole komiksu ramka z informacjami. To zaszczepi w najmłodszych potrzebę dbania o środowisko. To zoo nie zamyka i nie więzi, a ocala i chroni – poza jego murami nie można spotkać zwierząt, które wyginęły. W zoo funkcjonują różne istoty, ale to wygoda zwierząt ma priorytet. A to oznacza, że i zwiedzający, i pracownicy mogą spotkać się z efektami rozmaitych wybryków – kolejni bohaterowie nie tylko są żywi i zdrowi, ale też rozbrykani. Na tym polegać będzie część komizmu serii.
Przeważnie po zoo oprowadza pani weterynarz, młoda i po studiach – która dopiero tu przekonuje się, jakie wyzwania wiążą się z opieką nad „dziwnymi” dla niej gatunkami. Kolejni pracownicy także włączają się w opowieści – tłumaczą przybyszom zwyczaje wybranych stworzeń albo przyglądają się mieszkańcom z podziwem i zaciekawieniem. Znajdzie się trochę miejsca na opowiedzenie o danym gatunku, o jego zwyczajach i o wyzwaniach z nimi związanych – jest sporo niespodzianek i ciekawostek, a do tego – punktów wyjścia pod dalsze żarty. Cazenove stara się przemycać wiedzę, ale tak, żeby nie zanudzić dzieci i nie zniechęcać ich do dalszej lektury. Liczy się tutaj tempo (historyjki są zwykle jednostronicowe) i dowcip właśnie. Edukacja to dodatek. Mnóstwo kolorów, mnóstwo gatunków, mnóstwo kadrów z zadowolonymi minami nieco tylko antropomorfizowanych (w komiksowym celu) stworzeń – zabawa będzie przednia dla wszystkich, którzy zechcą przeczytać te opowiastki. Trochę Cazenove oddala smutek – w końcu tutaj ożywają istoty, których nie da się już spotkać w ich naturalnym środowisku. Ale są też takie, które niedługo mogą wyginąć za sprawą działań człowieka – i to właśnie dla nich autor podejmuje walkę.
Stawia Cazenove na wyraźne puenty, chce zaskakiwać czytelników, albo przynajmniej podawać im wiedzę w przyswajalnych dawkach, decyduje się zatem na wydarzenia łączące nieprzewidywalność zwierząt i ich charakterystyczne zachowania. Zwykle bawi odbiorców przez zderzenie oczekiwań ludzi z pomysłami zwierząt – w tym tomie znajdzie coś dla siebie każdy miłośnik zwierzęcych wybryków – nic dziwnego, że na rynku pojawia się już trzeci tom tej serii.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 28 lutego 2025
czwartek, 27 lutego 2025
Nora Roberts: Aż po grób
Świat Książki, Warszawa 2025 (wznowienie).
Sprawiedliwość
„My, Kasandra” – tak podpisują się sprawcy zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku w listach kierowanych do porucznik Eve Dallas. We własnym mniemaniu walczą o sprawiedliwość i wymierzają ją, ale dla wszystkich jasne jest, że za Kasandrą kryje się grupa szaleńców, którzy nie cofną się przed niczym, byle tylko mordować. Chociaż Eve Dallas i tak próbowałaby rozwiązać tę sprawę, ma większą motywację, żeby się nią zająć – celem ataku wydaje się być jej ukochany mąż. Roarke nic sobie nie robi z zagrożenia, a przynajmniej nie zamierza się bać – nawet informacje o niebezpieczeństwie nie sprawiają, że zrezygnuje ze swojej rutyny. Tyle tylko, że Kasandra atakuje całe budynki i doprowadza do śmierci niewinnych ludzi. Tego już nie da się zignorować.
„Aż po grób” to kolejna powieść, którą Nora Roberts pisała jako J. D. Robb – i kolejna w cyklu Oblicza śmierci. Jednak poza walką z niewidocznymi przestępcami silnie akcentowane są tu wątki osobiste. Najpierw – relacja Eve i jej męża: to para, która ekstremalne emocje rozładowuje seksem – nawet kiedy sprzeczki małżeńskie mają przyćmić porozumienie, nie da się zaprzeczyć, że tych dwoje czuje coś do siebie i bez przerwy ulega pożądaniu. Tym razem jednak swoją drugą połówkę w burzliwym wydaniu znajduje także asystentka Eve – i to w człowieku, którego do tej pory najchętniej by unikała. Jakby tego było mało, pewien mężczyzna jest świadkiem przemocy wobec pięknej (zamężnej) kobiety i zrobi wszystko, żeby ocalić ją przed losem ofiary tyrana. Co chwilę autorka przełącza się na świat uczuć i na romanse – żeby zafundować czytelnikom serię wstrząsów odmiennych od poczucia zagrożenia.
Jest w tej powieści bardzo dużo sensacji. Liczą się filmowe sceny, widowiskowe sytuacje – walka z niebezpieczeństwem w wielkim stylu. Tu już nie będzie śmierci – będą następujące po sobie masakry. Nora Roberts chce szokować czytelników i wprowadzać poczucie zagrożenia, a jednocześnie koncentrować się na jednostkach. Dopiero możliwość rozwiązania zagadki co do tożsamości Kasandry (albo szefostwa Kasandry) zapewni szanse na spokój i powstrzymanie szaleńców. Reagować trzeba: prześladowców nie zadowolą ani pieniądze, ani sława – chodzi im o sianie zniszczenia. A sprawy pojedynczych bohaterów nieoczekiwanie mogą wiązać się ze sobą. Jest w tym tomie mnóstwo energii i intryga kryminalna wrzucona w centrum thrillera, jest rozrywka dla tych, którzy cenią sobie dynamiczne i pełne zagrożenia powieści. Nora Roberts wie, jak prowadzić wielowątkową narrację, w której stale odwraca uwagę czytelników od bieżących wątków i przekierowuje na inne sfery aktywności. Temat zagrożeń zamachami terrorystycznymi nabiera tutaj barw – i funkcjonuje jako koloryt lokalny dla przedstawienia prywatnych losów postaci. „Aż po grób” to kolejna powieść w cyklu – jednak nie trzeba znać poprzednich części, żeby czerpać przyjemność z tej lektury. Autorka nie odwołuje się do przeszłości bohaterów (przynajmniej nie w zakresie konieczności poznawania poprzednich ich losów, bo przecież traumy Eve Dallas są mocno akcentowane), za to częstuje czytelników efektownym tu i teraz.
Sprawiedliwość
„My, Kasandra” – tak podpisują się sprawcy zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku w listach kierowanych do porucznik Eve Dallas. We własnym mniemaniu walczą o sprawiedliwość i wymierzają ją, ale dla wszystkich jasne jest, że za Kasandrą kryje się grupa szaleńców, którzy nie cofną się przed niczym, byle tylko mordować. Chociaż Eve Dallas i tak próbowałaby rozwiązać tę sprawę, ma większą motywację, żeby się nią zająć – celem ataku wydaje się być jej ukochany mąż. Roarke nic sobie nie robi z zagrożenia, a przynajmniej nie zamierza się bać – nawet informacje o niebezpieczeństwie nie sprawiają, że zrezygnuje ze swojej rutyny. Tyle tylko, że Kasandra atakuje całe budynki i doprowadza do śmierci niewinnych ludzi. Tego już nie da się zignorować.
„Aż po grób” to kolejna powieść, którą Nora Roberts pisała jako J. D. Robb – i kolejna w cyklu Oblicza śmierci. Jednak poza walką z niewidocznymi przestępcami silnie akcentowane są tu wątki osobiste. Najpierw – relacja Eve i jej męża: to para, która ekstremalne emocje rozładowuje seksem – nawet kiedy sprzeczki małżeńskie mają przyćmić porozumienie, nie da się zaprzeczyć, że tych dwoje czuje coś do siebie i bez przerwy ulega pożądaniu. Tym razem jednak swoją drugą połówkę w burzliwym wydaniu znajduje także asystentka Eve – i to w człowieku, którego do tej pory najchętniej by unikała. Jakby tego było mało, pewien mężczyzna jest świadkiem przemocy wobec pięknej (zamężnej) kobiety i zrobi wszystko, żeby ocalić ją przed losem ofiary tyrana. Co chwilę autorka przełącza się na świat uczuć i na romanse – żeby zafundować czytelnikom serię wstrząsów odmiennych od poczucia zagrożenia.
Jest w tej powieści bardzo dużo sensacji. Liczą się filmowe sceny, widowiskowe sytuacje – walka z niebezpieczeństwem w wielkim stylu. Tu już nie będzie śmierci – będą następujące po sobie masakry. Nora Roberts chce szokować czytelników i wprowadzać poczucie zagrożenia, a jednocześnie koncentrować się na jednostkach. Dopiero możliwość rozwiązania zagadki co do tożsamości Kasandry (albo szefostwa Kasandry) zapewni szanse na spokój i powstrzymanie szaleńców. Reagować trzeba: prześladowców nie zadowolą ani pieniądze, ani sława – chodzi im o sianie zniszczenia. A sprawy pojedynczych bohaterów nieoczekiwanie mogą wiązać się ze sobą. Jest w tym tomie mnóstwo energii i intryga kryminalna wrzucona w centrum thrillera, jest rozrywka dla tych, którzy cenią sobie dynamiczne i pełne zagrożenia powieści. Nora Roberts wie, jak prowadzić wielowątkową narrację, w której stale odwraca uwagę czytelników od bieżących wątków i przekierowuje na inne sfery aktywności. Temat zagrożeń zamachami terrorystycznymi nabiera tutaj barw – i funkcjonuje jako koloryt lokalny dla przedstawienia prywatnych losów postaci. „Aż po grób” to kolejna powieść w cyklu – jednak nie trzeba znać poprzednich części, żeby czerpać przyjemność z tej lektury. Autorka nie odwołuje się do przeszłości bohaterów (przynajmniej nie w zakresie konieczności poznawania poprzednich ich losów, bo przecież traumy Eve Dallas są mocno akcentowane), za to częstuje czytelników efektownym tu i teraz.
środa, 26 lutego 2025
Bluey. Mini-Blue
Harperkids, Warszawa 2025.
Kopia
Wydawałoby się, że Bluey to cykl dla najmłodszych i nie można się po nim spodziewać wartościowych treści, tymczasem rodzina psów pokazuje małym odbiorcom parę ważnych prawd w kolejnych opowiadaniach. W „Mini-Blue” dzieci wymyślają zabawę w naśladowanie siebie. Blue zamienia młodszą siostrę, Bingo, w idealną kopię siebie. Używa nawet specjalnej kredy, żeby zmienić kolor sierści – Bingo wygląda jak Blue i tak ma się zachowywać. Problem w tym, że Bingo to ta grzeczna i miła pociecha, dziecko, które lubi spędzać czas na cichej lekturze albo zabawie, która nie generuje bałaganu. To Blue ciągle wpada w tarapaty, hałasuje, irytuje rodziców, męczy, śmieci i nie potrafi się na niczym skupić. W „Mini-Blue” Bingo wypada wręcz jako ta idealna siostra, Blue – jako ta, która powinna się zmienić, żeby cała rodzina mogła odetchnąć z ulgą. Kiedy zatem Blue przerabia Bingo na mniejszą wersję siebie i podpowiada jej, jak brykać i zachowywać się jak Blue – rodzice mają dwa razy więcej pracy z uciszaniem i poskramianiem małych bohaterek. Bingo jest przecież pojętną uczennicą i łatwo ją przekonać do aktywności, zwłaszcza że nie ma zmieniać swojego charakteru, tylko na chwilę udawać starszą siostrę. Rodzice proponują jednak, żeby obie siostry pobawiły się w naśladowanie Bingo. I teraz to Blue musi ograniczyć swoją nadaktywność, nauczyć się grzeczności i życzliwości, nieść pomoc, sprzątać i nie hałasować. Dociera do niej trudna prawda: być może rodzice woleliby mieć dwie Bingo w domu.
„Mini-Blue” to książeczka, która uświadamia dzieciom, że wszyscy się różnią i nikt nie jest przez to lepszy niż inni. Blue przeżywa męki zazdrości przez ten moment, w którym nie jest pewna, czy rodzice rzeczywiście nie woleliby, żeby zamieniła się w młodszą siostrę. Skoro Bingo może być sobą, dlaczego Blue nie? Wszystko to pojawiło się w niewielkim tomiku. Cała przygoda rozbawi dzieci – jest tu przecież dużo dynamiki, mnóstwo wyzwań, trochę naśladowania i sporo śmiechu (poza dylematem małej Blue). Bohaterki przez naśladowanie siebie mogą sprawdzić inne sposoby na codzienność – i być może zaczerpnąć coś ze wskazówek rodzeństwa, co sprawi, że wzbogacą swoje zachowania. Przekonają się też, że nie ma jednej recepty na bycie córką idealną, trzeba po prostu szanować innych i reagować na ich prośby. Książeczka jest picture bookiem, więc poza ważnymi treściami niesie też dzieciom kreskówkowe obrazki – przypomina o lubianych postaciach (zresztą komizm jest też podbudowywany za sprawą rysunków, najmłodszych przekonają zwłaszcza wizerunki dwóch Blue i dwóch Bingo) i daje szansę na rozrywkę. Ten tomik warto ocenić dopiero po uważnej lekturze – bo treści tu przekazywane najmłodszym należą do wyjątkowo istotnych i pomagają dzieciom w budowaniu własnej tożsamości.
Kopia
Wydawałoby się, że Bluey to cykl dla najmłodszych i nie można się po nim spodziewać wartościowych treści, tymczasem rodzina psów pokazuje małym odbiorcom parę ważnych prawd w kolejnych opowiadaniach. W „Mini-Blue” dzieci wymyślają zabawę w naśladowanie siebie. Blue zamienia młodszą siostrę, Bingo, w idealną kopię siebie. Używa nawet specjalnej kredy, żeby zmienić kolor sierści – Bingo wygląda jak Blue i tak ma się zachowywać. Problem w tym, że Bingo to ta grzeczna i miła pociecha, dziecko, które lubi spędzać czas na cichej lekturze albo zabawie, która nie generuje bałaganu. To Blue ciągle wpada w tarapaty, hałasuje, irytuje rodziców, męczy, śmieci i nie potrafi się na niczym skupić. W „Mini-Blue” Bingo wypada wręcz jako ta idealna siostra, Blue – jako ta, która powinna się zmienić, żeby cała rodzina mogła odetchnąć z ulgą. Kiedy zatem Blue przerabia Bingo na mniejszą wersję siebie i podpowiada jej, jak brykać i zachowywać się jak Blue – rodzice mają dwa razy więcej pracy z uciszaniem i poskramianiem małych bohaterek. Bingo jest przecież pojętną uczennicą i łatwo ją przekonać do aktywności, zwłaszcza że nie ma zmieniać swojego charakteru, tylko na chwilę udawać starszą siostrę. Rodzice proponują jednak, żeby obie siostry pobawiły się w naśladowanie Bingo. I teraz to Blue musi ograniczyć swoją nadaktywność, nauczyć się grzeczności i życzliwości, nieść pomoc, sprzątać i nie hałasować. Dociera do niej trudna prawda: być może rodzice woleliby mieć dwie Bingo w domu.
„Mini-Blue” to książeczka, która uświadamia dzieciom, że wszyscy się różnią i nikt nie jest przez to lepszy niż inni. Blue przeżywa męki zazdrości przez ten moment, w którym nie jest pewna, czy rodzice rzeczywiście nie woleliby, żeby zamieniła się w młodszą siostrę. Skoro Bingo może być sobą, dlaczego Blue nie? Wszystko to pojawiło się w niewielkim tomiku. Cała przygoda rozbawi dzieci – jest tu przecież dużo dynamiki, mnóstwo wyzwań, trochę naśladowania i sporo śmiechu (poza dylematem małej Blue). Bohaterki przez naśladowanie siebie mogą sprawdzić inne sposoby na codzienność – i być może zaczerpnąć coś ze wskazówek rodzeństwa, co sprawi, że wzbogacą swoje zachowania. Przekonają się też, że nie ma jednej recepty na bycie córką idealną, trzeba po prostu szanować innych i reagować na ich prośby. Książeczka jest picture bookiem, więc poza ważnymi treściami niesie też dzieciom kreskówkowe obrazki – przypomina o lubianych postaciach (zresztą komizm jest też podbudowywany za sprawą rysunków, najmłodszych przekonają zwłaszcza wizerunki dwóch Blue i dwóch Bingo) i daje szansę na rozrywkę. Ten tomik warto ocenić dopiero po uważnej lekturze – bo treści tu przekazywane najmłodszym należą do wyjątkowo istotnych i pomagają dzieciom w budowaniu własnej tożsamości.
wtorek, 25 lutego 2025
Daisy Goodwin: Diwa. Opowieść o Marii Callas
Marginesy, Warszawa 2025.
Uczucie
Maria Callas śpiewa o wielkich emocjach. Przeżywa na scenie doświadczenia, których nie zaznała w prawdziwym życiu, wciela się w role kobiet kochających i porzucanych. I chociaż śpiewa znakomicie, nie jest w tym autentyczna, przynajmniej we własnym mniemaniu. Do momentu, w którym w jej życiu pojawia się rodak, Grek, Aristo Onasis. Onasis jest bogaczem i realizuje każdą zachciankę, jaka przyjdzie mu do głowy. Z reguły zresztą trwoni majątek na zdobywanie pięknych kobiet. Aristo bez względu na więzy małżeńskie stawia na podboje miłosne – i wykorzystuje swój urok, żeby zawrócić w głowie kolejnym pięknościom. Aktualnie Maria Callas przeżywa męki na wieść o tym, że jej kochanek żeni się z wdową po prezydencie. Jednak sama historia miłosna zasługuje na przywołanie – dlatego też dzięki retrospekcjom odbiorcy dowiedzą się, jak zrodziło się niszczące uczucie i co Aristo w życiu Marii Callas robił.
Daisy Goodwin stawia na fabularyzowaną biografię, wybiera wyimek z życiorysu swojej bohaterki i chociaż stara się zadbać o temat głosu i wyzwań scenicznych, najbardziej kusi ją opowiadanie o miłości zakazanej i mocnej. Maria Callas dowiaduje się, że nie będzie mogła śpiewać do końca życia: jej głos ma określony termin przydatności, jest jak wazon ze złotymi monetami – kiedy Maria rozda wszystkie drogocenności, nie będzie mogła już śpiewać i cieszyć fanów swoim talentem. Sama przekonuje się, że od czasu do czasu miewa problemy z trafianiem we właściwe dźwięki: nie słyszy tego nikt poza nią, zresztą pochlebcy i tak by woleli się nie narażać niepotrzebną krytyką. W pewnym momencie Maria Callas przekonuje się, że kiedy poświęca wszystko pracy – nawet takiej, która daje radość – nie ma czasu na życie towarzyskie. Tymczasem w jej orbicie pojawia się też dziennikarka, która chętnie wkręci ją w cały system spotkań i imprez. I umożliwi spotkania z kimś, kto zawraca Marii w głowie. Autorka trzyma się tematu śpiewu jako życia – i umiejętnie przenosi uwagę odbiorców z dokonań zawodowych na sprawy uczuciowe. Romans z Onasisem ma wszystkie cechy idealnego wabika: w grę wchodzą wielkie pieniądze, zdrady i silne emocje, uczucia, których nie można zignorować, aż wreszcie pierwsze sygnały, że nie wszystko układa się dobrze. Jest tu wzajemna fascynacja i silne pożądanie, jest droga biżuteria jako sposób na podryw – ale są też rozbieżne życiowe cele. Sama miłość to za mało, żeby budować związek z kimś, kto nie ma na to ochoty i chce się tylko zabawić.
Gorzka jest to powieść, ale narracyjnie skomponowana tak, że ucieszy fanów historii obyczajowych. Daisy Goodwin dobrze czuje się wśród bohaterów z samego szczytu, radzi sobie z prezentowaniem ich przeżyć i pomysłów z wielkiego świata. „Diva. Opowieść o Marii Callas” to książka apetyczna i ciekawa – wprawdzie rejestruje tylko wyimek z egzystencji Marii Callas, ale jest to wyimek ważny.
Uczucie
Maria Callas śpiewa o wielkich emocjach. Przeżywa na scenie doświadczenia, których nie zaznała w prawdziwym życiu, wciela się w role kobiet kochających i porzucanych. I chociaż śpiewa znakomicie, nie jest w tym autentyczna, przynajmniej we własnym mniemaniu. Do momentu, w którym w jej życiu pojawia się rodak, Grek, Aristo Onasis. Onasis jest bogaczem i realizuje każdą zachciankę, jaka przyjdzie mu do głowy. Z reguły zresztą trwoni majątek na zdobywanie pięknych kobiet. Aristo bez względu na więzy małżeńskie stawia na podboje miłosne – i wykorzystuje swój urok, żeby zawrócić w głowie kolejnym pięknościom. Aktualnie Maria Callas przeżywa męki na wieść o tym, że jej kochanek żeni się z wdową po prezydencie. Jednak sama historia miłosna zasługuje na przywołanie – dlatego też dzięki retrospekcjom odbiorcy dowiedzą się, jak zrodziło się niszczące uczucie i co Aristo w życiu Marii Callas robił.
Daisy Goodwin stawia na fabularyzowaną biografię, wybiera wyimek z życiorysu swojej bohaterki i chociaż stara się zadbać o temat głosu i wyzwań scenicznych, najbardziej kusi ją opowiadanie o miłości zakazanej i mocnej. Maria Callas dowiaduje się, że nie będzie mogła śpiewać do końca życia: jej głos ma określony termin przydatności, jest jak wazon ze złotymi monetami – kiedy Maria rozda wszystkie drogocenności, nie będzie mogła już śpiewać i cieszyć fanów swoim talentem. Sama przekonuje się, że od czasu do czasu miewa problemy z trafianiem we właściwe dźwięki: nie słyszy tego nikt poza nią, zresztą pochlebcy i tak by woleli się nie narażać niepotrzebną krytyką. W pewnym momencie Maria Callas przekonuje się, że kiedy poświęca wszystko pracy – nawet takiej, która daje radość – nie ma czasu na życie towarzyskie. Tymczasem w jej orbicie pojawia się też dziennikarka, która chętnie wkręci ją w cały system spotkań i imprez. I umożliwi spotkania z kimś, kto zawraca Marii w głowie. Autorka trzyma się tematu śpiewu jako życia – i umiejętnie przenosi uwagę odbiorców z dokonań zawodowych na sprawy uczuciowe. Romans z Onasisem ma wszystkie cechy idealnego wabika: w grę wchodzą wielkie pieniądze, zdrady i silne emocje, uczucia, których nie można zignorować, aż wreszcie pierwsze sygnały, że nie wszystko układa się dobrze. Jest tu wzajemna fascynacja i silne pożądanie, jest droga biżuteria jako sposób na podryw – ale są też rozbieżne życiowe cele. Sama miłość to za mało, żeby budować związek z kimś, kto nie ma na to ochoty i chce się tylko zabawić.
Gorzka jest to powieść, ale narracyjnie skomponowana tak, że ucieszy fanów historii obyczajowych. Daisy Goodwin dobrze czuje się wśród bohaterów z samego szczytu, radzi sobie z prezentowaniem ich przeżyć i pomysłów z wielkiego świata. „Diva. Opowieść o Marii Callas” to książka apetyczna i ciekawa – wprawdzie rejestruje tylko wyimek z egzystencji Marii Callas, ale jest to wyimek ważny.
poniedziałek, 24 lutego 2025
Rachel Williams: Warto czekać
Harperkids, Warszawa 2025.
Cierpliwości
Dzieci przeważnie nie rozumieją czasu, nie wiedzą, dlaczego na coś czekać albo ile coś trwa, nie są w stanie wytrzymać zbyt długo, jeśli na czymś im bardzo zależy. I książka w cyklu Opowieści 5 minut przed snem, „Warto czekać”, tłumaczy różnice i zależności, rytm życia lub zjawisk, które można zaobserwować, jeśli tylko odpowiednio długo się poczeka. Zdarzają się tu mocne uproszczenia (jak z księżycem, który wschodzi wieczorem i zachodzi rano), ale dla kilkulatków te wyjaśnienia będą satysfakcjonujące i też wystarczające, przynajmniej na początku. Każdy temat – od najkrótszego do najdłuższego w sensie czasowym – zajmuje dwie rozkładówki. Na pierwszej znajduje się opis tego, co dzieje się w określonym czasie, wcześniej podanym (w osiem minut światło słoneczne dociera do Ziemi, w dwanaście dni kos wysiaduje jaja). Ten opis pozwala dzieciom zapoznać się z wybranymi tematami, przyjrzeć się różnym sferom aktywności i rytmowi natury – oczywiście nie zabraknie tu tematu dziewięciu miesięcy na powstawanie człowieka. Druga strona to przegląd obrazkowy kolejnych wydarzeń. I tutaj to odbiorcy mogą się wykazać pomysłowością oraz sztuką prowadzenia narracji, w związku z tym, że nie ma żadnych wyjaśnień ani opisów. Kto sobie poradzi z interpretacją małych obrazków, będzie wiedział, co wymaga czasu i w jakim stopniu – może też ćwiczyć sztukę prowadzenia opowiadań. Jeśli jednak zadanie wydaje się zbyt trudne, dzieci mogą skorzystać z drugiej rozkładówki – na niej już rozpisane na obrazki i teksty pojawiają się kolejne etapy danego wydarzenia. Można dopasować komentarz do rysunku albo pojąć przesłanie, które wcześniej nie dawało się odszyfrować.
Każda z tych strategii wymaga innego rodzaju lektury: w pierwszym przypadku można próbować samodzielnie wyciągać wnioski, komentować dostępne ilustracje bez podpowiedzi i posiłkować się wyłącznie opisem pozbawionym interaktywnego charakteru. W drugim – Rachel Williams i Leonie Lord nawiązują już do standardowych picture booków edukacyjnych i stawiają na to, co sprawdza się obecnie na rynku – tworzą podpisy z informacjami wtapiane w wielkoformatowe ilustracje, tak, żeby najpierw przykuć uwagę dzieci przez grafiki, a później wprowadzić do ich świadomości pewne rozwiązania treściowe.
„Warto czekać” pokazuje, że nie wszystko na świecie trwa tak samo długo i że często trzeba uzbroić się w cierpliwość, żeby coś poznać lub odkryć. To publikacja przeznaczona na wieczorną lekturę – zgodnie zresztą z wymogami serii – ale przygotowana tak, żeby zaspokajała ciekawość i nastawiała dzieci na uważne obserwowanie rzeczywistości. Jest tu sporo ciekawostek – ale nie wszystkie mogły zostać odkryte i przedstawione, więc najmłodsi szybko przekonają się, że świat to mnóstwo zagadek i niespodzianek. „Warto czekać” to książka, która ma uczyć cierpliwości i wytrwałości, zgodnie z informacją okładkową: być może nie przyniesie dzieciom sposobu na cierpliwość, ale na pewno uświadomi im, że nie wszystko dzieje się natychmiast i czasami warto na efekty poczekać.
Cierpliwości
Dzieci przeważnie nie rozumieją czasu, nie wiedzą, dlaczego na coś czekać albo ile coś trwa, nie są w stanie wytrzymać zbyt długo, jeśli na czymś im bardzo zależy. I książka w cyklu Opowieści 5 minut przed snem, „Warto czekać”, tłumaczy różnice i zależności, rytm życia lub zjawisk, które można zaobserwować, jeśli tylko odpowiednio długo się poczeka. Zdarzają się tu mocne uproszczenia (jak z księżycem, który wschodzi wieczorem i zachodzi rano), ale dla kilkulatków te wyjaśnienia będą satysfakcjonujące i też wystarczające, przynajmniej na początku. Każdy temat – od najkrótszego do najdłuższego w sensie czasowym – zajmuje dwie rozkładówki. Na pierwszej znajduje się opis tego, co dzieje się w określonym czasie, wcześniej podanym (w osiem minut światło słoneczne dociera do Ziemi, w dwanaście dni kos wysiaduje jaja). Ten opis pozwala dzieciom zapoznać się z wybranymi tematami, przyjrzeć się różnym sferom aktywności i rytmowi natury – oczywiście nie zabraknie tu tematu dziewięciu miesięcy na powstawanie człowieka. Druga strona to przegląd obrazkowy kolejnych wydarzeń. I tutaj to odbiorcy mogą się wykazać pomysłowością oraz sztuką prowadzenia narracji, w związku z tym, że nie ma żadnych wyjaśnień ani opisów. Kto sobie poradzi z interpretacją małych obrazków, będzie wiedział, co wymaga czasu i w jakim stopniu – może też ćwiczyć sztukę prowadzenia opowiadań. Jeśli jednak zadanie wydaje się zbyt trudne, dzieci mogą skorzystać z drugiej rozkładówki – na niej już rozpisane na obrazki i teksty pojawiają się kolejne etapy danego wydarzenia. Można dopasować komentarz do rysunku albo pojąć przesłanie, które wcześniej nie dawało się odszyfrować.
Każda z tych strategii wymaga innego rodzaju lektury: w pierwszym przypadku można próbować samodzielnie wyciągać wnioski, komentować dostępne ilustracje bez podpowiedzi i posiłkować się wyłącznie opisem pozbawionym interaktywnego charakteru. W drugim – Rachel Williams i Leonie Lord nawiązują już do standardowych picture booków edukacyjnych i stawiają na to, co sprawdza się obecnie na rynku – tworzą podpisy z informacjami wtapiane w wielkoformatowe ilustracje, tak, żeby najpierw przykuć uwagę dzieci przez grafiki, a później wprowadzić do ich świadomości pewne rozwiązania treściowe.
„Warto czekać” pokazuje, że nie wszystko na świecie trwa tak samo długo i że często trzeba uzbroić się w cierpliwość, żeby coś poznać lub odkryć. To publikacja przeznaczona na wieczorną lekturę – zgodnie zresztą z wymogami serii – ale przygotowana tak, żeby zaspokajała ciekawość i nastawiała dzieci na uważne obserwowanie rzeczywistości. Jest tu sporo ciekawostek – ale nie wszystkie mogły zostać odkryte i przedstawione, więc najmłodsi szybko przekonają się, że świat to mnóstwo zagadek i niespodzianek. „Warto czekać” to książka, która ma uczyć cierpliwości i wytrwałości, zgodnie z informacją okładkową: być może nie przyniesie dzieciom sposobu na cierpliwość, ale na pewno uświadomi im, że nie wszystko dzieje się natychmiast i czasami warto na efekty poczekać.
niedziela, 23 lutego 2025
Carl R. Rogers: O stawaniu się osobą
Rebis, Poznań 2025.
Sedno
To książka, która jest sposobem na zachowanie efemerycznych tekstów – głównie wystąpień z konferencji, ale także esejów i zachowanych przemyśleń, które pozwalały wyznaczać psychologiczne drogi – i znakomita przeciwwaga dla tego, co dzisiaj dzieje się na rynku publikacji popularnonaukowych, zwłaszcza z dziedziny psychologii. Carl R. Rogers przedstawia swoją drogę naukową – docieranie do prawd, które głosi, dzięki pracy z pacjentami (i rejestrowaniu spotkań i relacji klient-terapeuta), a także licznym lekturom oraz… upodobaniu do filozofowania. Co ciekawe, Carl R. Rogers chętnie łączy dyskurs filozoficzny z psychologią, pokazuje powiązania między tymi dziedzinami, zwłaszcza w zakresie szukania własnej tożsamości i docierania do własnego ja. Krótki wstęp w tej książce dobrze sygnalizuje znaczenie oraz miejsce publikacji w historii psychologii, zwłaszcza informuje o kontekście kulturowym i naukowym, w jakim Rogers funkcjonuje. Książka zawiera przecież teksty sprzed kilku dekad i raczej trudno byłoby traktować ją jako przełomową dzisiaj – jednak ze względu na przyjętą formę może pokazać odbiorcom podejście do problemów pacjentów z nowej obecnie perspektywy. Powrót do przeszłości zamienia się zatem w odkrycia – chociaż sama lektura do prostych nie należy.
„O stawaniu się osobą” to książka budowana po latach ze zgromadzonych artykułów i prac, wystąpień konferencyjnych i refleksji utrwalonych na papierze. Autor dodaje do kolejnych szkiców swoje komentarze, prowadzi dodatkową nawigację i wyjaśnia odbiorcom, na co zwracać uwagę w poszczególnych fragmentach. Dzieli się dość szczodrze cytatami – zapisami ze spotkań terapeutycznych, tłumaczy się też z przyjętych strategii działania (i tutaj może zafundować dzisiejszym czytelnikom, odbiorcom po latach, przegląd technik i pomysłów na mierzenie się z typowymi i mniej typowymi wyzwaniami z gabinetu terapeuty). „O stawaniu się osobą” to rozbudowana publikacja, objętościowo w niczym nie przypomina dzisiejszych tekstów tworzonych przez psychologów – tutaj najbardziej liczy się konkret i staranna analiza dostępnych materiałów, prowadzenie czytelników przez perypetie zawodowe i naukowe. Carl R. Rogers przynosi odbiorcom wiele informacji, chociaż aktualnie najczęściej sięga się po tego typu książki z ciekawości i dla zabicia czasu, z tej można się mnóstwo dowiedzieć, chociaż nie tylko do psychologów autor się kieruje, przynajmniej według jego własnych założeń. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie jest to książka popularyzatorska, lekka, łatwa i przyjemna. To coś w sam raz dla zainteresowanych historią psychologii i podejściem do pacjentów. A przecież Rogers lubi pisać i mówić o sobie i nawet dwa pierwsze „zapoznawcze” artykuły nie wyczerpują tej potrzeby – to autor, który bez przerwy odwołuje się do swojego życia (zwłaszcza zawodowego, ale nie tylko). Ten charakterystyczny niepodrabialny styl będzie towarzyszyć odbiorcom przez całą lekturę i na pewno część czytelników będzie w stanie przekonać do zgłębiania tajników warsztatu psychologa i terapeuty. „O stawaniu się osobą” to zatem publikacja przedstawiająca od kulis wybrane metody pracy z pacjentami.
Sedno
To książka, która jest sposobem na zachowanie efemerycznych tekstów – głównie wystąpień z konferencji, ale także esejów i zachowanych przemyśleń, które pozwalały wyznaczać psychologiczne drogi – i znakomita przeciwwaga dla tego, co dzisiaj dzieje się na rynku publikacji popularnonaukowych, zwłaszcza z dziedziny psychologii. Carl R. Rogers przedstawia swoją drogę naukową – docieranie do prawd, które głosi, dzięki pracy z pacjentami (i rejestrowaniu spotkań i relacji klient-terapeuta), a także licznym lekturom oraz… upodobaniu do filozofowania. Co ciekawe, Carl R. Rogers chętnie łączy dyskurs filozoficzny z psychologią, pokazuje powiązania między tymi dziedzinami, zwłaszcza w zakresie szukania własnej tożsamości i docierania do własnego ja. Krótki wstęp w tej książce dobrze sygnalizuje znaczenie oraz miejsce publikacji w historii psychologii, zwłaszcza informuje o kontekście kulturowym i naukowym, w jakim Rogers funkcjonuje. Książka zawiera przecież teksty sprzed kilku dekad i raczej trudno byłoby traktować ją jako przełomową dzisiaj – jednak ze względu na przyjętą formę może pokazać odbiorcom podejście do problemów pacjentów z nowej obecnie perspektywy. Powrót do przeszłości zamienia się zatem w odkrycia – chociaż sama lektura do prostych nie należy.
„O stawaniu się osobą” to książka budowana po latach ze zgromadzonych artykułów i prac, wystąpień konferencyjnych i refleksji utrwalonych na papierze. Autor dodaje do kolejnych szkiców swoje komentarze, prowadzi dodatkową nawigację i wyjaśnia odbiorcom, na co zwracać uwagę w poszczególnych fragmentach. Dzieli się dość szczodrze cytatami – zapisami ze spotkań terapeutycznych, tłumaczy się też z przyjętych strategii działania (i tutaj może zafundować dzisiejszym czytelnikom, odbiorcom po latach, przegląd technik i pomysłów na mierzenie się z typowymi i mniej typowymi wyzwaniami z gabinetu terapeuty). „O stawaniu się osobą” to rozbudowana publikacja, objętościowo w niczym nie przypomina dzisiejszych tekstów tworzonych przez psychologów – tutaj najbardziej liczy się konkret i staranna analiza dostępnych materiałów, prowadzenie czytelników przez perypetie zawodowe i naukowe. Carl R. Rogers przynosi odbiorcom wiele informacji, chociaż aktualnie najczęściej sięga się po tego typu książki z ciekawości i dla zabicia czasu, z tej można się mnóstwo dowiedzieć, chociaż nie tylko do psychologów autor się kieruje, przynajmniej według jego własnych założeń. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie jest to książka popularyzatorska, lekka, łatwa i przyjemna. To coś w sam raz dla zainteresowanych historią psychologii i podejściem do pacjentów. A przecież Rogers lubi pisać i mówić o sobie i nawet dwa pierwsze „zapoznawcze” artykuły nie wyczerpują tej potrzeby – to autor, który bez przerwy odwołuje się do swojego życia (zwłaszcza zawodowego, ale nie tylko). Ten charakterystyczny niepodrabialny styl będzie towarzyszyć odbiorcom przez całą lekturę i na pewno część czytelników będzie w stanie przekonać do zgłębiania tajników warsztatu psychologa i terapeuty. „O stawaniu się osobą” to zatem publikacja przedstawiająca od kulis wybrane metody pracy z pacjentami.
sobota, 22 lutego 2025
Zabawa w chowanego. Gdzie się schował króliczek? / Gdzie się schował piesek?
Harperkids, Warszawa 2025.
Zgadywanka
Te tomiki zostały przygotowane tak, żeby zapewnić najmłodszym odbiorcom rozrywkę (i ćwiczenia manualne, za sprawą różnych faktur wprowadzanych w publikacjach). Kilka kartonowych rozkładówek z ilustracjami wiąże się z poszukiwaniem wskazanego w pytaniu bohatera. „Gdzie jest…” – powtarza się na kolejnych stronach, a odpowiedzi nie trzeba będzie zbyt długo szukać. Jeden element na stronie zasłonięty jest filcowym kształtem (w różnych kolorach i wzorach). Wystarczy odchylić kawałek materiału i już można się cieszyć znalezieniem wyjaśnienia zagadki. Na końcu – żeby jeszcze bardziej zaintrygować maluchy – pojawia się lusterko, w którym każdy z odbiorców zauważy siebie (co z pewnością również zapewni sporo śmiechu). Zasady konstrukcyjne są tu identyczne i nie ma co liczyć na to, że zmienią się w innych tytułach cyklu, zawsze monotonna wyliczanka rodziców uśpi, za to malucha – dziecko w wieku 1-3 ucieszy nad miarę. Można wykorzystywać tomik do powtarzania prostych nazw albo onomatopei, co nie zostało uwzględnione w narracji, ale może bez problemu być dodane dzięki inwencji rodziców czytających swoim pociechom (wiadomo, że tomiki tego rodzaju nie są przeznaczone do samodzielnej lektury).
Chociaż miejsce ukrycia kolejnych zwierząt w obu tomikach jest oczywiste (tylko jedna „łatka” z filcu się tu pojawia, tylko pod jedną w obrębie jednej rozkładówki można zajrzeć), jest jeszcze podpowiedź graficzna: wszystkie zwierzęta, których się szuka, w jakiś sposób „wystają” poza zasłonkę (chociaż bywa, że to ich wystawanie nie nasuwa automatycznych skojarzeń – ogon kota może równie dobrze być wzięty za rączkę wózka). I tak najważniejsza staje się tu puenta, czyli odkrycie samego siebie w oglądanym tomiku.
Obrazki są tu duże i czytelne, pozbawione detali, które rozpraszałyby dzieci. Filcowe kawałki nadają się idealnie do macania i głaskania, dobrze przesuwają się po śliskich tekturowych stronach i stanowią przyjemny kontrast z nimi. Dla dzieci to okazja do ćwiczenia dotyku, testowania różnych powierzchni – urozmaicenie w bodźcach (nie bazuje się tu tylko i wyłącznie na wzroku, chociaż obrazki są przecież kolorowe i atrakcyjne dla najmłodszych). Odpowiednio dobrane zostały również tematy – ważne jest nawiązanie do świata zwierząt, który dzieci bardzo lubią. Te niewielkie publikacje zawierają tylko kilka rozkładówek – i tak wiadomo, że dłużej nie dałoby się utrzymać uwagi dzieci, zresztą powtarzanie jednej i tej samej kryjówki, nawet jeśli graficznie urozmaicanej przez różnie wycinane z materiału kształty, mogłoby szybko znudzić – decyzja o postawieniu na zaledwie parę wyrazistych stron była udana. To wystarczy, żeby zapewnić dzieciom rozrywkę i oswoić je z myślą o książkach – pokazać, że lekturami można się bawić i że skrywają one sporo niespodzianek.
Zgadywanka
Te tomiki zostały przygotowane tak, żeby zapewnić najmłodszym odbiorcom rozrywkę (i ćwiczenia manualne, za sprawą różnych faktur wprowadzanych w publikacjach). Kilka kartonowych rozkładówek z ilustracjami wiąże się z poszukiwaniem wskazanego w pytaniu bohatera. „Gdzie jest…” – powtarza się na kolejnych stronach, a odpowiedzi nie trzeba będzie zbyt długo szukać. Jeden element na stronie zasłonięty jest filcowym kształtem (w różnych kolorach i wzorach). Wystarczy odchylić kawałek materiału i już można się cieszyć znalezieniem wyjaśnienia zagadki. Na końcu – żeby jeszcze bardziej zaintrygować maluchy – pojawia się lusterko, w którym każdy z odbiorców zauważy siebie (co z pewnością również zapewni sporo śmiechu). Zasady konstrukcyjne są tu identyczne i nie ma co liczyć na to, że zmienią się w innych tytułach cyklu, zawsze monotonna wyliczanka rodziców uśpi, za to malucha – dziecko w wieku 1-3 ucieszy nad miarę. Można wykorzystywać tomik do powtarzania prostych nazw albo onomatopei, co nie zostało uwzględnione w narracji, ale może bez problemu być dodane dzięki inwencji rodziców czytających swoim pociechom (wiadomo, że tomiki tego rodzaju nie są przeznaczone do samodzielnej lektury).
Chociaż miejsce ukrycia kolejnych zwierząt w obu tomikach jest oczywiste (tylko jedna „łatka” z filcu się tu pojawia, tylko pod jedną w obrębie jednej rozkładówki można zajrzeć), jest jeszcze podpowiedź graficzna: wszystkie zwierzęta, których się szuka, w jakiś sposób „wystają” poza zasłonkę (chociaż bywa, że to ich wystawanie nie nasuwa automatycznych skojarzeń – ogon kota może równie dobrze być wzięty za rączkę wózka). I tak najważniejsza staje się tu puenta, czyli odkrycie samego siebie w oglądanym tomiku.
Obrazki są tu duże i czytelne, pozbawione detali, które rozpraszałyby dzieci. Filcowe kawałki nadają się idealnie do macania i głaskania, dobrze przesuwają się po śliskich tekturowych stronach i stanowią przyjemny kontrast z nimi. Dla dzieci to okazja do ćwiczenia dotyku, testowania różnych powierzchni – urozmaicenie w bodźcach (nie bazuje się tu tylko i wyłącznie na wzroku, chociaż obrazki są przecież kolorowe i atrakcyjne dla najmłodszych). Odpowiednio dobrane zostały również tematy – ważne jest nawiązanie do świata zwierząt, który dzieci bardzo lubią. Te niewielkie publikacje zawierają tylko kilka rozkładówek – i tak wiadomo, że dłużej nie dałoby się utrzymać uwagi dzieci, zresztą powtarzanie jednej i tej samej kryjówki, nawet jeśli graficznie urozmaicanej przez różnie wycinane z materiału kształty, mogłoby szybko znudzić – decyzja o postawieniu na zaledwie parę wyrazistych stron była udana. To wystarczy, żeby zapewnić dzieciom rozrywkę i oswoić je z myślą o książkach – pokazać, że lekturami można się bawić i że skrywają one sporo niespodzianek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






