* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 31 marca 2024

Zofia Stanecka: Basia i zagadki wszechświata. Liście

Harperkids, Warszawa 2024.

Przyroda

Kiedy przechodzi się obok drzewa, można wybrać swój ulubiony pączek i obserwować go przez większą część roku – kibicować, kiedy będzie zamieniał się w liść, zgarniać z niego gąsienice, podlewać drzewo i doglądać po drodze. Tak właśnie robi Basia, mała bohaterka znana dzieciom doskonale. W podserii Basia i zagadki wszechświata dziewczynka zyskuje trochę wiedzy spoza codzienności: to przygotowanie do szkolnych lekcji, ale też zabawa i okazja do odkrywania ciekawych rzeczy. „Liście” to tomik oparty na cyklu natury – Basia ogląda drzewo, a właściwie jeden listek, codziennie sprawdza, co się z nim dzieje i wysłuchuje wyjaśnień mamy. Znajduje coś atrakcyjnego w pobliżu – i zwraca uwagę na zjawisko, które dorośli przeważnie ignorują. Basia ma w sobie zachwyt kilkulatki i może nim zarażać odbiorców – przy tym będzie też uczyć miłości do przyrody, więc i kształtować proekologiczne postawy w dzieciach. Dzieci dowiadują się, jak pogodzić się ze stratą – w końcu liść spadnie, ale i wtedy może się do czegoś przydać, co Basia szybko wychwytuje. Dzięki temu historyjka nie przygnębi maluchów – które przecież emocje Basi łatwo przejmują.

Opowiadanie o Basi, która przez kilka miesięcy ogląda swój liść jest ciekawe, bo Zofia Stanecka wie, jak poprowadzić narrację, żeby przyciągnąć maluchy. Ale tomik na tym się nie kończy: już po historyjce pojawiają się naukowe ciekawostki o liściach (w tym tych jadalnych, co może stanowić zachętę do kulinarnych eksperymentów – na przykład Anielka, przyjaciółka Basi, uwielbia szpinak). Dziewczynka dowie się, że może zrobić zielnik, ale też… że drzewa same szykują sobie pożywienie. Każdy z bohaterów jest przypisany do podawanych ciekawostek tak, żeby wyobrażać sobie, kogo w danym momencie się słucha. W bajce to mama udziela wszelkich potrzebnych informacji, a przy okazji też zachęca do cieszenia się zielonością: przyznaje się do tego, że kiedy nadchodzi wiosna, otoczenie napawa ją optymizmem. Można to potraktować jako wskazówkę i ucieczkę od marazmu czy zimowego zmęczenia. Basia z kolei nie może się doczekać, kiedy będzie ciepło – a na jej niecierpliwość jedną z recept jest szukanie oznak zbliżającej się wiosny. Liście stanowią zatem bardzo ważny składnik codziennych spacerów. Oczywiście książeczka jest bardzo kolorowa, Marianna Oklejak dba o to, żeby dzieciom nie zabrakło powodów do jej kartkowania. Kolejne strony zapewniają uwagę najmłodszych odbiorców – Basia (która rysowana jest dość naiwnie) pozwala przyjrzeć się otoczeniu, zachęca do tego samego odbiorców. Ilustracje w pewnym momencie zaczną też pełnić funkcję informacyjną, między innymi odbiorcy poznają różne gatunki drzew (nauczą się je rozróżniać właśnie po liściach) – to zadanie, które wprawi dzieci w zachwyt i pozwoli przetestować zdobytą wiedzę podczas spacerów. „Basia i zagadki wszechświata. Liście” to książeczka dla maluchów zainteresowanych najbliższym otoczeniem i przyrodą, daje szansę na przedłużenie zabawy i ćwiczeń poza lekturę – ale dostarcza też obok porcji wiedzy ciekawej rozrywki. Z tą bohaterką żaden maluch nudzić się nie będzie.

sobota, 30 marca 2024

Ryan Martin: Jak radzić sobie z gniewem innych

Rebis, Poznań 2024.

Reakcje

Wśród różnych poradników i książek psychologicznych dostępnych na rynku każdy znajdzie taką odnoszącą się do nurtujących go problemów – i może w prosty sposób uzyskać wyjaśnienia czy wskazówki dotyczące własnego postępowania. Jeśli ktoś ma zatem ochotę wykonywać pracę nad sobą – ma na to szansę i otrzymuje potężne narzędzia. „Jak radzić sobie z gniewem innych” to właśnie jeden z takich tematyzowanych poradników kierowanych do ludzi, którzy nie zamierzają dłużej interioryzować cudzej złości i chcą uwolnić się od złych emocji wyzwalanych przez czyjeś nieodpowiednie zachowanie. Ryan Martin nie obiecuje zmieniania świata, nie zamierza też usprawiedliwiać „gniewnych ludzi” ani podpowiadać, jak zasugerować im zmiany w postępowaniu – uczy za to, jak uniewrażliwić się na gwałtowne wybuchy emocji i co zrobić, kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli. Książka „Jak radzić sobie z gniewem innych” nastawiona jest na edukowanie i działanie w sytuacjach, które niekoniecznie dają się zakwalifikować jako efekt toksycznych relacji – tutaj autor stanowczo namawia do skorzystania z pomocy specjalisty, a nie do działania na własną rękę. Są jednak momenty, w których warto przyswoić sobie kilka porad i umieć je zastosować w życiu.

Ryan Martin przyjmuje strategię charakterystyczną dla wielu autorów poradników psychologicznych – to znaczy decyduje się na połączenie informacji z psychologii, przedstawionych tak, by nikt nie miał problemu z ich zrozumieniem i przeanalizowaniem – popularyzuje wiedzę i odkrycia badaczy, ale bez zagłębiania się w zbędne czytelnikom teorie. Czerpie z wiadomości tyle, ile potrzeba, żeby móc odpowiadać na ewentualne pytania odbiorców, żeby zaspokoić ich ciekawość, ale nie przytłaczać nadmiarem danych – takie rozwiązanie sprawdzi się, gdy ktoś potrzebuje bardziej praktycznych podpowiedzi niż obfitych wyjaśnień. Żeby te komentarze trafiły do przekonania czytelników, Ryan Martin sięga po przykłady z życia – pokazuje scenki, które prawdopodobnie ze swojej codzienności znają odbiorcy. Przedstawia bohaterów, którzy uwikłani są w trudne relacje w swoim najbliższym otoczeniu – kiedy nie da się odciąć całkowicie od ludzi wybuchających gniewem (na przykład są to członkowie bliskiej rodziny), a trzeba coś zrobić, żeby ratować własne zdrowie psychiczne. Takie portrety mają prosty cel: uświadomienie odbiorcom, że coś, co dzieje się w ich orbicie, rzutuje na ich zdrowie, emocje i zachowania – i że są to sytuacje na tyle typowe, że da się im zapobiegać. Wypracowywanie mechanizmów obronnych łączy się tu z dążeniem do zrozumienia innych ludzi – tak, żeby unikać eskalacji gniewu i odpowiadania pięknym za nadobne. Podaje też Ryan Martin metody działania, „czyste”, to jest pozbawione kontekstowych wskazówek, do zastosowania w codzienności przez odbiorców – z całej palety tych rozwiązań można wybrać odpowiednie dla siebie, pasujące do sytuacji lub charakteru. Ryan Martin temat gniewu opracowuje dokładnie, interesuje go niemal stworzenie monografii gniewu: dzieli książkę na kolejne etapy, z którymi mierzyć się będą musieli czytelnicy, komentuje w zależności od zagadnienia – z nastawieniem na ludzi wyrzucających z siebie złość, albo na tych, którzy muszą być tego świadkami czy uczestnikami. Znajduje wskazówki dla potrzebujących takiego wsparcia, ale dba również o to, żeby czytelnicy zrozumieli, o co chodzi z gniewem – dlaczego się pojawia i jak się z nim uporać, kiedy zawładnie interlokutorem. Nie tylko o doraźną pomoc tu zatem chodzi, ale także o wytłumaczenie zjawiska.

piątek, 29 marca 2024

Rafał Witek: Tramwaj numer 28

Harperkids, Warszawa 2024.

Zguba

To jest książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie, co oznacza, że cała narracja obejmuje nie więcej niż 200 wyrazów. Picture book dla dzieci, które uczą się czytać, to jedno z pierwszych zetknięć z samodzielnymi lekturami – warto zatem zadbać o to, żeby przyciągnąć maluchy i przekonać je do wysiłku składania liter w słowa. Rafał Witek wybiera tu motyw zagadki i podróży – prezentuje tramwaj z Lizbony. Wyjątkowy, słynny i rozsławiający miasto – nie jest tylko i wyłącznie środkiem lokomocji. Tramwaj numer 28 staje się bohaterem tomiku (w którym sprytnie obecność zakazanych dwuznaków czy zmiękczeń została zamaskowana przez używanie zapisu liczbowego). Jednak niewiele dzieci pasjonuje się starymi wagonami tramwajowymi, w związku z czym autor musiał zdecydować się na inny wabik. Kieruje się do kilkulatków z opowieścią niezwykłą przez jej zwyczajność – bo ta akcja mogłaby zdarzyć się w dowolnym tramwaju i w dowolnym miejscu na świecie (chociaż wtedy nie byłoby okazji do przedstawienia ciekawostki na temat Portugalii). Tramwaj przemierza ulice, ale najważniejsze jest jednak nie to, jakie okolice można obejrzeć zza jego szyb, a co dzieje się w środku. W środku mały chłopiec – rówieśnik czytelników – szuka czegoś gorączkowo i nawołuje. Szybko wychodzi na jaw, że zaginął kotek – trzeba go zlokalizować jak najszybciej, a to nie koniec niespodzianek dla dzieci. Rafał Witek dba o to, żeby zaangażować czytelników w lekturę – maluchy mają podążać za bohaterem i przejmować się tym, co dzieje się w tramwaju numer 28 – a przy okazji szlifować rozpoznawanie liter. Nie jest to łatwe. Przeważnie najmłodsi ćwiczą czytanie na „zwykłych” słowach: tutaj nie zabraknie nazw własnych, więc parę razy można sobie złamać język. Przy głośnej lekturze będzie tu jeszcze ćwiczenie wymowy „r”, ale i tak książeczka naszpikowana jest słowami, których normalnie dzieci nie używają. Bardzo dobrze, bo Rafał Witek sprawi, że poznają je i być może dodadzą do swojego słownika – dzięki czemu będą się rozwijać lingwistycznie.

Zawsze w cyklu na pierwszym poziomie charakterystyczny jest szarpany rytm narracji. Nie ma tu mowy o płynności opisów, wszystko sprowadza się przecież do podpisów pod obrazkami – a te podpisy z konieczności muszą być dynamiczne i wypełnione silnymi emocjami. Tylko tak da się zatrzymać dzieci przy tomiku i Rafał Witek dobrze o tym wie. Proponuje zatem zabawną przygodę, która rozwija się w nieoczekiwany przez odbiorców sposób – zachęca do czytania zagadką i sposobem przekazu. Nie komplikuje zanadto ani jednego, ani drugiego – to same wytyczne serii uniemożliwiają płynne śledzenie tekstu. Ale przecież chodzi tutaj przede wszystkim o ćwiczenie składania liter, dalsze umiejętności przyjdą z czasem i w efekcie korzystania z tego typu tomików. Tomek Kozłowski proponuje tutaj warstwę graficzną – żongluje filmowymi chwytami, dzięki temu może przedstawiać akcję w sposób, który zaintryguje dzieci. „Tramwaj numer 28” to propozycja dla tych kilkulatków, które nie lubią infantylnych bajek, a muszą na czymś ćwiczyć rozpoznawanie liter.

czwartek, 28 marca 2024

Robert Whitaker: Zmącony obraz. Leki psychotropowe i epidemia chorób psychicznych w Ameryce

Czarne, Wołowiec 2024.

Recepta na szczęście

Ta książka ma już kilkanaście lat, a jednak wciąż cieszy się sporym powodzeniem odbiorców – w czasach, gdy ludzie szukają magicznych pigułek na wszystko, Robert Whitaker postanawia oddalić przekonanie, że można kupić sobie dobry nastrój i przestrzega przed koncernami farmaceutycznymi. „Zmącony obraz. Leki psychotropowe i epidemia chorób psychicznych w Ameryce” to rozbudowana książka o cechach reportażu medycznego i literatury popularyzatorskiej – która ma przyczynić się do refleksji nad związkiem między złą kondycją psychiczną a zażywanymi środkami na uspokojenie czy dobry humor. Kampanie medialne dzisiaj przypominają, że wiele osób z najbliższego otoczenia może cierpieć na depresję – nie ma nic wstydliwego w szukaniu fachowej pomocy i w traktowaniu chorób psychicznych jak „zwykłych” schorzeń, z którymi każdy udaje się do lekarza. Przypominają też, że depresja ma wiele twarzy i niekoniecznie da się wywnioskować z zachowań lub miny, że ktoś potrzebuje wsparcia. Tymczasem Robert Whitaker sprawdza, co dzieje się po drugiej stronie – kiedy ludzie udają się do lekarzy po pomoc, a w efekcie rujnują zdrowie swoje lub najbliższych – bo psychotropy będą musieli brać do końca życia, a związki chemiczne zniszczą im mózg.

Autor wykazuje szokujący związek między zażywaniem leków przepisywanych przez psychiatrów a pogarszaniem się stanu zdrowia społeczeństwa – i nie ma to wyłącznie wymiaru materialnego, chociaż przechodzenie na rentę z powodu przewlekłej choroby psychicznej jest czynnikiem obciążającym budżet państwa. Whitaker między innymi rozwiązuje zagadkę, dlaczego „kiedyś nie było” tylu chorych i tylu chorób psychicznych – sprawdza, czego konsekwencją mogło być rozpowszechnienie się tych schorzeń na wielką skalę – do tego stopnia, że mówienie o epidemii nie jest nadużyciem. Przytacza przerażające scenariusze – przypadki kolejnych pacjentów, którzy niekoniecznie zostali przez postęp medyczny uzdrowieni, raczej – skazani na cierpienia i na nieuleczalne przypadłości, o jakich wcześniej nawet nie myśleli. Okazuje się, że w wielu wypadkach stosowanie farmakoterapii na drobne niedogodności zamienia się w trwający latami koszmar – bo organizm uzależnia się od leków i nie pozwala na powrót do zwyczajności. Na koniec zostawia sobie Robert Whitaker prawdziwą katastrofę: opowiada o tym, co leki psychotropowe zrobiły dzieciom. Przywołuje obrazy najmłodszych, których zachowania wymagałyby jedynie skorygowania – i które po dopasowaniu do odpowiednich kategorii związanych z chorobami umysłu zostały zniszczone przez leki. Jednoznacznie Witaker krytykuje lekarzy przepisujących psychotropy, przestrzega przed ich stosowaniem, prezentuje wymowne obrazki ludzi, którzy wbrew zaleceniom medyków postanowili przerwać leczenie – i dopiero po odstawieniu środków przepisywanych przez lekarzy mogli odzyskiwać zdrowie, zszargane także przez samą medycynę. Temat jest bardzo delikatny, a autor stara się bardzo precyzyjnie go prześledzić – nie chce, żeby odbiorcy nabrali wątpliwości co do jego intencji i woli, żeby wszyscy samodzielnie wyciągali wnioski (które jednoznacznie sugeruje). „Zmącony obraz” to książka mocna i szokująca, wypełniona nie tylko obrazami z życia ofiar medyków – ale też wyjaśnieniami naukowymi, dotyczącymi działania tabletek czy mechanizmu uzależnienia. Jest tu mnóstwo wiadomości, podawanych tak, by każdy mógł zastanowić się nad decyzjami dotyczącymi leczenia – owszem, wygodnie jest oddalić troski za pomocą magicznej pigułki – ale cena, jaką przychodzi za to zapłacić, może być zbyt wysoka.

środa, 27 marca 2024

Zabawy z Felusiem i Guciem. Wycieczka na wieś

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.

Uzupełnianie

Feluś i Gucio to mali bohaterowie – chłopiec i jego maskotka – którzy zapraszają dzieci do poznawania najbliższego otoczenia. W rozmaitych historyjkach (i podseriach) zajmują się odkrywaniem codzienności – pomagają odbiorcom zrozumieć to, co może stać się ich udziałem i przyzwyczajają do pewnych zachowań. Dają dobry przykład – ale też dobrze się razem bawią, tak, żeby ich przygody pomagały maluchom w dowiadywaniu się czegoś o świecie. Mają też być zachętą do wysiłku i pracy nad sobą, do wykonywania prostych ćwiczeń przygotowujących do nauki czytania i pisania. Taki kreatywny tomik proponuje teraz Katarzyna Kozłowska, czerpiąc inspirację z dawnych zeszytów ćwiczeń oraz z dzisiejszych książeczek kreatywnych. „Wycieczka na wieś” to niewielki zeszyt z naklejkami – do samodzielnego uzupełniania i do zabawy tematycznej. Bohaterowie wyjeżdżają na wieś i tam poznają kolejne zwierzęta gospodarskie, przekonują się też, co robią mieszkańcy. Sami mogą spróbować swoich sił w różnych zadaniach, ale nie będą się przepracowywać – zdarza się, że ktoś położy się w trawie i po prostu wyglądem będzie naśladował pracowite pszczoły. Niespodzianek i pomysłów jest tu zadziwiająco dużo – chociaż książeczka jest niewielka objętościowo (nie może być zbyt duża, bo po pierwsze – nie sprawdziłaby się jako część serii, a po drugie – zmęczyłaby dzieci nadmiarem ćwiczeń). Urozmaicanie zadań i poleceń pozwala na utrzymywanie uwagi dzieci – odbiorcy mogą się tu dobrze bawić i przy okazji nabierać wprawy choćby w posługiwaniu się długopisem czy flamastrem. Zabawy z Felusiem i Guciem to seria, która celowo nie akcentuje przesadnie konieczności podejmowania wysiłku: wypracowywanie umiejętności potrzebnych w szkole pojawi się tu mimochodem, podczas kibicowania postaciom. Jest to tomik z naklejkami: część zadań ma miejsca do uzupełnienia i można wykorzystywać naklejki do stworzenia własnych obrazków: uruchamianie wyobraźni to jeden z czynników bardzo istotnych w procesie rozwoju dziecka. Mało tego, autorka tak prowadzi zadania, żeby część naklejek można było… pokolorować. Inne posłużą do dokończenia gotowych ilustracji (zawsze można zrobić coś wbrew instrukcjom i stworzyć abstrakcyjne dzieła). Ale naklejki to nie wszystko – bardzo dużo stron można kolorować na różne sposoby, dodawać własne elementy do obrazków albo uzupełniać gotowe prace. Do tego pojawiają się zupełnie klasyczne łamigłówki – labirynty, porównywanki, szukanie cieni i dopasowywanie par: czasami wystarczy po prostu obrysowywać podawane kształty – to przecież także ćwiczenie sprawności ruchowej. Feluś i Gucio angażują odbiorców w swoje przygody – więc kilkulatki nie będą przesadnie przejmować się koniecznością podejmowania wysiłku – raczej powinny się dobrze bawić podczas ilustrowania tomiku. A ponieważ akcja rozgrywa się w przyrodzie – blisko zwierząt – spora część zadań będzie się odnosić właśnie do sympatycznych stworzeń. Do tego pytania związane z logicznym myśleniem (i – choćby – zbieraniem plonów). Katarzyna Kozłowska dba o to, żeby dzieciom się nie nudziło – Marianna Schoett zapewnia zainteresowanie małych fanów serii o Felusiu i Guciu. Niepozorna książeczka spodoba się wszystkim dzieciom – to klasyczna rozrywka przefiltrowana przez obecność znanych już odbiorcom bohaterów z popularnej serii. Feluś i Gucio podbijają kolejną odnogę książeczek dla najmłodszych – i przygotowują do szkolnych obowiązków bez stresu.

wtorek, 26 marca 2024

Ewa Kozicka: Porywający mówca. Jak brzmieć pewnie i przekonująco

Onepress, Helion, Gliwice 2024.

Głos

Chociaż na rynku jest mnóstwo poradników dotyczących wystąpień publicznych, rzadko który autor zajmuje się w nich dykcją czy emisją głosu, ćwiczeniami pozwalającymi na wydobywanie z siebie czystych dźwięków i samą melodią przekazu. Zwykle wszyscy koncentrują się na postawie, sylwetce, na konstruowaniu wypowiedzi… Ewa Kozicka tymczasem odnosi się do absolutnie podstawowych kwestii, bez których w ogóle trudno sobie wyobrazić mówienie do innych. „Porywający mówca. Jak brzmieć pewnie i przekonująco” to pozycja, po którą sięgnąć powinien absolutnie każdy, kto ma występować przed publicznością – wszystko jedno, czy na scenie teatralnej, w sali konferencyjnej, w szkolnej klasie czy w muzeum. Skorzystają z tego tomu i aktorzy, i przewodnicy muzealni, i nauczyciele, ale też marketingowcy i wszyscy, którzy w swoich firmach przedstawiają przed współpracownikami istotne dla swojej pracy informacje. Ewa Kozicka na zawody nie dzieli, wszystkich zapoznaje z zasadami, które rzeczywiście ułatwią życie niedzielnych mówców i tych, którzy mówić muszą.

Autorka posługuje się zwłaszcza na początku ciekawymi metaforami, często odnosi się do wrażeń zmysłowych, zachęca do wyobrażania sobie przyjemnych zapachów i otwierania w ten sposób dróg oddechowych. Uczy, jak oddychać i jak odzyskać spokój w stresującym momencie. Z czasem warstwa narracyjna coraz bardziej ustępuje ćwiczeniom do wykonywania – aż w końcu ostatni rozdział to podsumowanie w formie ćwiczeń. Sięga Ewa Kozicka po rozmaite teksty – często wykorzystuje mistrzów słowa, cytuje na przykład Wojciecha Młynarskiego – ale czerpie też od autorów łamańców językowych dla najmłodszych (pojawiają się choćby utwory Małgorzaty Strzałkowskiej). Są tu charakterystyczne lingwistyczne wygibasy znane wszystkim – i zupełnie nowe propozycje. Na początku Ewa Kozicka stara się przekonać odbiorców do wytężonej pracy, tłumaczy, jak przygotować się do mówienia i – dlaczego ważna jest rozgrzewka aparatu mowy. Później koncentruje się na kolejnych szczegółach. Nie pomija spraw niby oczywistych, a jednak sprawiających trudności – tak jest w przypadku oddychania. Uczy, jak akcentować konkretne słowa i jak skupiać się na znaczeniach, które chce się przekazać odbiorcom. Sugeruje, jak pracować nad emocjami i nad intonacją, jak budzić zainteresowanie słuchaczy i jak grać pauzą, jak zmieniać tempo wypowiedzi (i po co to robić), a także jak modulować głos. Wspomina o barwie głosu i o jego mocy (ludzie, którzy nie są przyzwyczajeni do głośniejszego mówienia, często nieumiejętnie do tego podchodzą i w efekcie zdzierają sobie gardła, a nie zyskują uznania słuchaczy). Zwraca autorka uwagę na czytelne wymawianie końcówek – co ciekawe, podkreśla też, że hiperpoprawność jest równie nieznośną manierą co niedbalstwo w wymowie. Wymienia te wszystkie elementy, które ceni się u dobrych mówców czy lektorów, po kolei przytacza wiadomości na temat pracy nad dykcją i emisją głosu – a każda z tych wiadomości zostaje ozdobiona zestawem konkretnych (i wymagających) ćwiczeń. Nie zabiorą one zbyt dużo czasu, ale pozwolą wyczulić się na własne błędy lub niedokładności w wymowie – a to dobry ruch w stronę poprawiania czytelności. Do ćwiczeń dodawane są wskazówki: nie wystarczy poprawnie przeczytać podane wyrazy, trzeba jeszcze zastanowić się nad intencjami do przekazania i spróbować głosem zdradzać konkretne emocje (zasugerowane przez autorkę lub wymyślane przez siebie). Można się tu zabawić w komentatora sportowego albo w pogodynkę, w lektora z audiobooka czy w detektywa. Można rysować kontekst pojedynczymi wyrazami, sterować uwagą odbiorców i nadawać znaczenia brzmieniem. Nad tymi wszystkimi aspektami często nie myślą ludzie, którzy nie zajmują się zawodowo mówieniem – dzięki prostym podpowiedziom będą w stanie poprawić komunikatywność i imponować innym. Nie jest to książka, która zamieni się w porywającą lekturę: ale genialny poradnik, którego nie sposób pominąć, jeśli chce się pracować głosem. Tutaj prosta lektura nie wystarczy - trzeba podjąć wysiłek i wykonywać ćwiczenia podawane przez autorkę tak długo, aż staną się odruchem czy nawykiem - ale każdy, kto potrzebuje rzeczowych wskazówek, znajdzie je bez trudu i będzie mógł od razu wypróbować.

poniedziałek, 25 marca 2024

Justyna Bednarek: Pan Pit i jego kwiatek

Harperkids, Warszawa 2024.

Odkrycie

Jest tu bohater, który daje się lubić – bo ma swoje wielkie marzenie, do spełnienia którego dąży. Pan Pit to biolog amator, który poszukuje nowych odmian stokrotek. Zna mnóstwo gatunków roślin i wciąż odkrywa kolejne, tworzy własne zielniki i pisze artykuły do gazet – swoją pasją dzieli się z całym światem. Pan Pit wynajmuje pokój w starym pałacu, a nocami przez lornetkę obserwuje lisa. Kiedy zasypia – śni o nagrodach i odznaczeniach za swoje botaniczne odkrycia. Pan Pit to postać bajkowa w każdym calu, nikt nie dostrzeże w nim dorosłego – raczej dziecko, które w ciele dorosłego człowieka nigdy nie dorośnie. Jednak pan Pit ma także swoje tajemnice – nikt nie wie, kto poza nim mieszka w pałacu, a także – kto dokarmia wszystkie zwierzęta pojawiające się w najbliższej okolicy. To coś, co ma zaintrygować dzieci. Justyna Bednarek wprowadza tu jeszcze drugą postać, która bardzo przydaje się w momencie, kiedy panu Pitowi potrzebny będzie ratunek. Bo poszukiwanie wyjątkowych okazów botanicznych wcale nie jest takie bezpieczne, jak mogłoby się wydawać – czasami zdarzają się tu prawdziwe pułapki i problemy, jakich nie przewidzi żaden amator pięknych i małych kwiatków. „Pan Pit i jego kwiatek” to bajka, czytanka na drugim poziomie serii Czytam sobie – i historyjka, która jest wzorowana na kreskówkach. Bohater jest tutaj wyrazisty i zabawny, zachowuje się tak, by bez trudu trafić do przekonania maluchom. Pan Pit nie odnalazłby się za dobrze w prawdziwym świecie – ale w bajkowym jego odpowiedniku radzi sobie doskonale. Przynajmniej do czasu. Justyna Bednarek dzieci chce zachęcić do czytania przede wszystkim humorem i tempem opowieści – przedstawia akcję tak, by zaangażować kilkulatki i zaintrygować charakterem postaci. Nie ma tu zwyczajnych wydarzeń, kopiowania normalnego życia – to wszystko, co rozgrywa się w przestrzeni pana Pita, jest egzotyczne i dziwne, inne i przez tę inność jakoś kuszące, chociaż trzeba przyznać, że autorka nie próbuje emocjami przyciągnąć najmłodszych do lektury. Wystarcza jej dziwność bohatera i jego radość w obliczu kolejnych odkryć związanych z roślinami. Świat badaczy nigdy nie był dla maluchów atrakcyjny – tutaj jednak pan Pit wymyka się schematom i udowadnia, że może swoim podobieństwem do kilkulatków zaintrygować.

Co ciekawe, sam pomysł na czytankę mocno utrudnia warstwę narracyjną – jeśli sięga się po tę książeczkę dla ćwiczenia czytania, trzeba się nastawić na wyrazy niecodzienne i nieistniejące jeszcze w słowniku najmłodszych (najem pokoju, stosowne kwoty czy dumanie to nie sformułowania, które dzieci od razu rozszyfrują). Na szczęście uwagę od wysiłku odwracać będzie sama przygoda – konieczność kibicowania panu Pitowi w zachowaniach prowadzących do… uratowania nosa. Justyna Bednarek decyduje się na absurdalne scenki i na rozśmieszanie odbiorców, poszukuje w odejściu od realizmu szansy na przekonanie dzieci do czytania. Botaniczna opowieść ilustrowana jest przez Magdę Kozieł-Nowak, która lubuje się w szczegółach i dba o atrakcyjne kształty roślin zbieranych przez miłośnika stokrotek, pana Pita. Jest to książeczka o niewymuszonej narracji, nietypowa przez imitowanie rzeczywistości w bajkowej formie.