Czarna Owca, Warszawa 2023.
Prawa
Ta książka może zmienić skostniałe schematy w myśleniu o osobach świadczących usługi seksualne, pracujących na ulicy i sprzedających własne ciała - wszystko jedno, z wyboru czy z konieczności. Molly Smith i Juno Mac wiedzą doskonale, o czym piszą: same parają się prostytucją i znają to środowisko doskonale. Zdają sobie sprawę z bolączek i wyzwań wiążących się z próbami społecznego uporządkowania zjawiska. Zwracają uwagę zwłaszcza na metody, którymi chce się zlikwidować prostytucję jako zjawisko - podkreślają niebezpieczeństwa, które płyną z wprowadzanych przez władze ograniczeń. Porównują sytuację w różnych krajach, żeby uświadomić odbiorcom, do czego doprowadzą kolejne działania obciążające karami raz prostytutki, raz - ich klientów. Może to wywołać różne skutki, jednak nie pozwoli na pozbycie się zjawiska. Zwiększy za to ryzyko: zmusi kobiety (i nie tylko je) do przyjmowania klientów, których w innych warunkach uznałyby za zbyt groźnych - i narażają swoje życie i zdrowie. W końcu dla wielu pracownic seksualnych prostytucja to jedyna dostępna forma zarobkowania. I to jeden z tematów, które Molly Smith i Juno Mac podkreślają w swoich wywodach całkiem często. Walczą o prawa prostytutek do godnego życia, przypominają, że i one zasługują na ochronę oraz wsparcie. Uczą w zasadzie nowego podejścia do tematu prostytucji, oswajają z nim i wyjaśniają czytelnikom, ile zagadnień z tym się wiąże. Próbują uświadomić odbiorcom, że rynek usług seksualnych będzie możliwy do kontrolowania dopiero wtedy, gdy zrezygnuje się z systemu opresyjnego i ze ścigania zaangażowanych stron.
Seks za pieniądze to temat, który rozpala zbiorową wyobraźnię. Tymczasem "Rewolta prostytutek" to bardzo skrupulatnie przygotowywana książka wypełniona szczegółowymi analizami i danymi. Smith i Mac przedstawiają nie tylko samo zjawisko prostytucji, interesują się zwłaszcza motywami społecznymi. Dużo miejsca poświęcają kwestiom bezpieczeństwa, ale w książce znalazło się też miejsce na opowieści o - między innymi - osobach ze środowiska LGBTQ świadczących usługi seksualne, o prostytutkach o różnych kolorach skóry - przypominają, że walka nie dotyczy wyłącznie białych kobiet, one i tak mogą być uprzywilejowane. Ale w tomie nie ma zbyt dużo opinii i wrażeń. Molly Smith i Juno Mac chcą opierać się na faktach - bardzo rzadko pozwalają sobie na ujawnianie poglądów w rodzaju chęci odebrania bogactwa ludziom ze szczytów list zamożności i przekazania go biednym. Zwykle zajmują się starannym argumentowaniem swoich racji - rzeczywiście są w stanie uświadomić czytelnikom bolączki nieakceptowanego społecznie zawodu i naświetlić zagadnienia z innej niż zwykle perspektywy. Tutaj prostytucja nie jest zła jako taka - złe są nieprzemyślane działania rządzących lub samych lokalnych społeczności, złe są próby wyeliminowania prostytucji jako takiej - bo dla części ludzi to po prostu jedyna szansa na przeżycie. I o tym najczęściej zapominają ci, którym obecność ludzi zarabiających na życie seksem przeszkadza. Jest "Rewolta prostytutek" nie tylko nawoływaniem do potrzebnych zmian. Jest przede wszystkim bardzo ważnym głosem w przestrzeni publicznej. Głosem, którego nie można zignorować. Ta książka nie tylko funkcjonuje jako dokument i świadectwo czasów - ważna jest również ze względu na daleki od infantylizmu głos przedstawicieli zawodu odrzucanego i krytykowanego.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 30 kwietnia 2023
sobota, 29 kwietnia 2023
Leslie Kern: Miasto dla kobiet
Czarne, Wołowiec 2023.
Ograniczenia
Leslie Kern uważa, że dzisiejsze miasta nie są przyjazne kobietom. Nawołuje do tego, by w przestrzeni publicznej mogły rządzić panie - by to kobiety decydowały o kształcie miast i o rozwiązaniach urbanistycznych. Podkreśla oczywiście nadreprezentację mężczyzn w tej sferze, ale brakuje tu sprawdzenia, czy rzeczywiście kobiety tak bardzo garną się do projektowania miast. "Miasto dla kobiet" to książka, która ma pokazywać komplikacje i utrudnienia dla płci pięknej - rozwiązania nieprzydatne dla połowy społeczeństwa. Jednak Leslie Kern wcale nie znajduje tak wielu przeszkód: powtarza wciąż te same zarzuty, bo nie może swojego tomu oprzeć na wyliczaniu kolejnych. I tak w ramach uprzykrzania kobietom życia w miastach znajdują się tereny, na które lepiej się samotnie i po zmroku nie zapuszczać - bo można narazić się na zaczepki albo poważne niebezpieczeństwa. Kobiety potrzebują dostępu do czystych łazienek. Muszą wiedzieć, że w ciąży lub z wózkiem będą mogły liczyć na wsparcie społeczeństwa, dadzą radę samotnie podróżować komunikacją publiczną i nie spotkają się z ostracyzmem, kiedy będą chciały nakarmić dziecko piersią. Ale w całym manifeście dotyczącym miasta dla kobiet Leslie Kern nie potrafi osiągnąć jednego: nie jest w stanie przekonać czytelników, że miasta są nieprzystosowane do potrzeb kobiet, że jest w nich rzeczywiście tak źle, że trzeba radykalnych zmian. Leslie Kern domaga się feministycznego miasta przyjaznego wszystkim - ale w swoich poszukiwaniach odwołuje się do skrajności i spraw marginalnych w kontekście codziennego życia (bez względu na płeć), bo wyrazistych barier nie jest w stanie pokazać. W związku z tym bez przerwy odwołuje się do stereotypowych lub wyostrzanych sytuacji, do scenek zapożyczanych z filmów i seriali z popkultury. Ubarwia to wszystko własnymi wspomnieniami, tak, żeby budować kolejne warstwy historii i odwrócić uwagę odbiorców od codzienności - w której można sobie poradzić. W "Mieście dla kobiet" zabrakło spójności w dążeniu do zmian i w udowadnianiu konieczności wprowadzania tych zmian. Wiele razy wydaje się, że autorka przesadza, że wykorzystuje retorykę, żeby przeciągnąć odbiorców na swoją stronę, chociaż niedużo ma im do zaoferowania. Żeby wstrząsnąć czytelnikami i w ten sposób zmusić ich do działania, trzeba rzeczywistego i przekonującego uzasadnienia - a tego w książce nie da się odnaleźć. "Miasto dla kobiet" to tom, który pokazuje część spraw irytujących dla płci pięknej, ale nie wyzwala chęci natychmiastowej reakcji. Wprost przeciwnie: autorka raczej daje do zrozumienia, że nie ma się czego obawiać i czym przejmować - skoro nawet w największej determinacji nie jest w stanie zracjonalizować swoich lęków i zamienić ich w rejestr rzeczy do przeobrażenia, miasto przestaje być straszne. W efekcie "Miasto dla kobiet" to książka, którą czyta się bardziej w oczekiwaniu na wstrząs - nie do osiągnięcia - niż lektura wprowadzająca gotowość do zmian w społeczeństwie.
Ograniczenia
Leslie Kern uważa, że dzisiejsze miasta nie są przyjazne kobietom. Nawołuje do tego, by w przestrzeni publicznej mogły rządzić panie - by to kobiety decydowały o kształcie miast i o rozwiązaniach urbanistycznych. Podkreśla oczywiście nadreprezentację mężczyzn w tej sferze, ale brakuje tu sprawdzenia, czy rzeczywiście kobiety tak bardzo garną się do projektowania miast. "Miasto dla kobiet" to książka, która ma pokazywać komplikacje i utrudnienia dla płci pięknej - rozwiązania nieprzydatne dla połowy społeczeństwa. Jednak Leslie Kern wcale nie znajduje tak wielu przeszkód: powtarza wciąż te same zarzuty, bo nie może swojego tomu oprzeć na wyliczaniu kolejnych. I tak w ramach uprzykrzania kobietom życia w miastach znajdują się tereny, na które lepiej się samotnie i po zmroku nie zapuszczać - bo można narazić się na zaczepki albo poważne niebezpieczeństwa. Kobiety potrzebują dostępu do czystych łazienek. Muszą wiedzieć, że w ciąży lub z wózkiem będą mogły liczyć na wsparcie społeczeństwa, dadzą radę samotnie podróżować komunikacją publiczną i nie spotkają się z ostracyzmem, kiedy będą chciały nakarmić dziecko piersią. Ale w całym manifeście dotyczącym miasta dla kobiet Leslie Kern nie potrafi osiągnąć jednego: nie jest w stanie przekonać czytelników, że miasta są nieprzystosowane do potrzeb kobiet, że jest w nich rzeczywiście tak źle, że trzeba radykalnych zmian. Leslie Kern domaga się feministycznego miasta przyjaznego wszystkim - ale w swoich poszukiwaniach odwołuje się do skrajności i spraw marginalnych w kontekście codziennego życia (bez względu na płeć), bo wyrazistych barier nie jest w stanie pokazać. W związku z tym bez przerwy odwołuje się do stereotypowych lub wyostrzanych sytuacji, do scenek zapożyczanych z filmów i seriali z popkultury. Ubarwia to wszystko własnymi wspomnieniami, tak, żeby budować kolejne warstwy historii i odwrócić uwagę odbiorców od codzienności - w której można sobie poradzić. W "Mieście dla kobiet" zabrakło spójności w dążeniu do zmian i w udowadnianiu konieczności wprowadzania tych zmian. Wiele razy wydaje się, że autorka przesadza, że wykorzystuje retorykę, żeby przeciągnąć odbiorców na swoją stronę, chociaż niedużo ma im do zaoferowania. Żeby wstrząsnąć czytelnikami i w ten sposób zmusić ich do działania, trzeba rzeczywistego i przekonującego uzasadnienia - a tego w książce nie da się odnaleźć. "Miasto dla kobiet" to tom, który pokazuje część spraw irytujących dla płci pięknej, ale nie wyzwala chęci natychmiastowej reakcji. Wprost przeciwnie: autorka raczej daje do zrozumienia, że nie ma się czego obawiać i czym przejmować - skoro nawet w największej determinacji nie jest w stanie zracjonalizować swoich lęków i zamienić ich w rejestr rzeczy do przeobrażenia, miasto przestaje być straszne. W efekcie "Miasto dla kobiet" to książka, którą czyta się bardziej w oczekiwaniu na wstrząs - nie do osiągnięcia - niż lektura wprowadzająca gotowość do zmian w społeczeństwie.
piątek, 28 kwietnia 2023
Marta Matyszczak: Cieszyn prowadzi śledztwo
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2023.
Miasto podwójne
Mieszkańcy mają dość tego, że wszystko ma się dziać na granicy. Imprezy kulturalne pod hasłem na granicy mogą się przejeść - tymczasem Marta Matyszczak na granicę dorzuca jeszcze zwłoki. Dorzuca je perfidnie, tak, żeby nie dało się nieboszczyka przerzucić jednoznacznie do jednego z krajów: ani Czesi, ani Polacy nie mogą pozbyć się problemu bez śledztwa. Na szczęście na miejscu znajduje się Róża Solańska (z domu Kwiatkowska), dziennikarka zaangażowana do lokalnej gazety. Do Róży już wkrótce dołączy Szymon wraz z Guciem - a wtedy już poszukiwania sprawcy będą mogły ruszyć pełną parą. W dodatku miasto też prowadzi swoje śledztwo: Cieszyn jest tu jednym z bohaterów, którzy zyskują prawo do własnej perspektywy w narracji i uzupełnia wywody trzynogiego kundelka Gucia. Sam Cieszyn ma dość ważną rolę do odegrania, ale sprawdza się także jako tło wydarzeń. Po pierwsze - ze względu na ciekawostki i możliwość przywołania oryginalnych lektur. Po drugie - z uwagi na zabawy językowe. Marta Matyszczak wprowadza tu dwie Grażyny, kobiety zgodnie rządzące miastem, lokalne specjały kulinarne, którym nie może się oprzeć zwłaszcza Solański (mądry Gucio wie, co psom szkodzi i czego ruszać nie powinien - nawet fabryka szymonków, czyli przepysznych czekoladek, nie wzbudzi jego uznania, chociaż bardzo przyciągnie Różę). Autorka bawi się nieporozumieniami słownymi, ale na tym nie poprzestaje, sięga po cieszyńskie specjały i pozwala czytelnikom odbyć podróż bez ruszania się z miejsca.
"Cieszyn prowadzi śledztwo" to kolejny tom przygód bardzo lubianej - i bardzo niedoskonałej - pary detektywistycznej. Marta Matyszczak rozwija nie tylko intrygę kryminalną, ale też wątki obyczajowe. Tym razem wystawia uczucie Róży i Szymona na poważną próbę: wprowadza do orbity obojga bohaterów ludzi, którzy mogliby zawrócić im w głowach. Wszystko po to, żeby wzmocnić tę parę. Róża zawsze musi wpakować się w sytuacje krępujące albo trudne, Szymon w obliczu jej wyczynów blednie - ale jest niezwykle potrzebny dla samej akcji. Gucio przygląda się państwu z politowaniem: wiadomo, że to pies najlepiej rozwiązuje zagadki kryminalne, a do tego ma największe zdolności dedukcji. Gucio zbiera informacje, uważnie nasłuchując. Relacjonuje wiadomości w zwierzeniach, dokładając do nich własne, ironiczne często uwagi na temat słabości ludziny. A ponieważ Gucio, chociaż poczciwy, ma spore pokłady złośliwości, czytelnicy będą mieli się z czego pośmiać. Jak zwykle Marta Matyszczak nie zawodzi - zabiera odbiorców do Cieszyna nie tylko po to, żeby przemierzać z nimi nowe trasy. Ma pomysł i na zbrodnię, i na oryginalne rozwiązanie tajemnicy. Przedstawia odbiorcom kolejną przygodę bardzo lubianej detektywistycznej pary (przy okazji może zaprosić do czytania innych tomów cyklu oraz do swojej drugiej serii). Tworzy cały świat wokół Solańskich, dzięki temu sprawia, że do tej pary odbiorcy chcą wracać. Umiejętnie buduje charaktery i konsekwentnie prowadzi detektywistyczną parę. Ubarwia doświadczenia Solańskich: nie tylko sprawia, że chce się ruszyć ich śladem, ale coraz bardziej do nich przywiązuje.
Miasto podwójne
Mieszkańcy mają dość tego, że wszystko ma się dziać na granicy. Imprezy kulturalne pod hasłem na granicy mogą się przejeść - tymczasem Marta Matyszczak na granicę dorzuca jeszcze zwłoki. Dorzuca je perfidnie, tak, żeby nie dało się nieboszczyka przerzucić jednoznacznie do jednego z krajów: ani Czesi, ani Polacy nie mogą pozbyć się problemu bez śledztwa. Na szczęście na miejscu znajduje się Róża Solańska (z domu Kwiatkowska), dziennikarka zaangażowana do lokalnej gazety. Do Róży już wkrótce dołączy Szymon wraz z Guciem - a wtedy już poszukiwania sprawcy będą mogły ruszyć pełną parą. W dodatku miasto też prowadzi swoje śledztwo: Cieszyn jest tu jednym z bohaterów, którzy zyskują prawo do własnej perspektywy w narracji i uzupełnia wywody trzynogiego kundelka Gucia. Sam Cieszyn ma dość ważną rolę do odegrania, ale sprawdza się także jako tło wydarzeń. Po pierwsze - ze względu na ciekawostki i możliwość przywołania oryginalnych lektur. Po drugie - z uwagi na zabawy językowe. Marta Matyszczak wprowadza tu dwie Grażyny, kobiety zgodnie rządzące miastem, lokalne specjały kulinarne, którym nie może się oprzeć zwłaszcza Solański (mądry Gucio wie, co psom szkodzi i czego ruszać nie powinien - nawet fabryka szymonków, czyli przepysznych czekoladek, nie wzbudzi jego uznania, chociaż bardzo przyciągnie Różę). Autorka bawi się nieporozumieniami słownymi, ale na tym nie poprzestaje, sięga po cieszyńskie specjały i pozwala czytelnikom odbyć podróż bez ruszania się z miejsca.
"Cieszyn prowadzi śledztwo" to kolejny tom przygód bardzo lubianej - i bardzo niedoskonałej - pary detektywistycznej. Marta Matyszczak rozwija nie tylko intrygę kryminalną, ale też wątki obyczajowe. Tym razem wystawia uczucie Róży i Szymona na poważną próbę: wprowadza do orbity obojga bohaterów ludzi, którzy mogliby zawrócić im w głowach. Wszystko po to, żeby wzmocnić tę parę. Róża zawsze musi wpakować się w sytuacje krępujące albo trudne, Szymon w obliczu jej wyczynów blednie - ale jest niezwykle potrzebny dla samej akcji. Gucio przygląda się państwu z politowaniem: wiadomo, że to pies najlepiej rozwiązuje zagadki kryminalne, a do tego ma największe zdolności dedukcji. Gucio zbiera informacje, uważnie nasłuchując. Relacjonuje wiadomości w zwierzeniach, dokładając do nich własne, ironiczne często uwagi na temat słabości ludziny. A ponieważ Gucio, chociaż poczciwy, ma spore pokłady złośliwości, czytelnicy będą mieli się z czego pośmiać. Jak zwykle Marta Matyszczak nie zawodzi - zabiera odbiorców do Cieszyna nie tylko po to, żeby przemierzać z nimi nowe trasy. Ma pomysł i na zbrodnię, i na oryginalne rozwiązanie tajemnicy. Przedstawia odbiorcom kolejną przygodę bardzo lubianej detektywistycznej pary (przy okazji może zaprosić do czytania innych tomów cyklu oraz do swojej drugiej serii). Tworzy cały świat wokół Solańskich, dzięki temu sprawia, że do tej pary odbiorcy chcą wracać. Umiejętnie buduje charaktery i konsekwentnie prowadzi detektywistyczną parę. Ubarwia doświadczenia Solańskich: nie tylko sprawia, że chce się ruszyć ich śladem, ale coraz bardziej do nich przywiązuje.
czwartek, 27 kwietnia 2023
Pamela Anderson: Love, Pamela
Luna, Warszawa 2023.
Szczerość
Dopiero w posłowiu do książki "Love, Pamela" Pamela Anderson przyznaje, że postanowiła napisać autobiografię bez pomocy ghostwriterów. Być może gdyby zdecydowała się na wsparcie fachowców, książka wyglądałaby inaczej - na pewno mniej byłoby w niej "poezji", czyli refleksji autorki w formie poszatkowanych na wersy zdań. Być może też tom - dość niewielki pod względem objętości - miałby inny rytm. A jednak "Love, Pamela" cieszy w lekturze i to nie tylko fanów "Słonecznego Patrolu" oraz "Playboya". Autorka funduje bowiem odświeżające spojrzenie na sprawy, które kiedyś rozpalały opinię publiczną. Rozkłada akcenty w sposób, jaki prawdopodobnie odbiorców zaskoczy. Z niektórymi tematami rozprawia się w jednym akapicie - chociaż wydawałoby się, że stanowiły ważny życiowy moment czy przełom. I to właśnie interpretacja przeszłości jest tu najciekawsza i najbardziej przyciąga do książki.
"Love, Pamela" to nie jest próba przypomnienia o sobie albo zwrócenia na siebie uwagi, nie jest to też chęć podsumowania życia. Pamela Anderson może na rynku wydawniczym zaistnieć - i kto wie, czy skończy się na jednej publikacji. "Love, Pamela" cieszy bezpretensjonalnością i odwagą w poruszaniu niektórych zagadnień. Autorka prowadzi hollywoodzką opowieść - od prostej dziewczyny z sąsiedztwa do wielkiej kariery w popkulturze, ale nigdy nie wiadomo, co zajmie ją na dłuższą chwilę. Czasami to lektury i odkrywanie zdobyczy kulturowych, innym razem synowie. Między wierszami rozgrywa się to, czego czytelnicy się spodziewają: skandale i pikantne relacje. W "Playboyu" Pamela Anderson błyskawicznie przebija się do sławy - ale podaje tylko kilka wiadomości na temat relacji między playmates. Wybory filmowe również przedstawia czytelnikom skrótowo i oględnie, nie będzie tu niekończących się anegdot z planów. Za to wzmianki o partnerach, mężach i przyjaciołach pobrzmiewają ciekawie - autorka nie ukrywa bowiem charakteru niektórych relacji, zaznacza, jeśli pojawiały się tam dodatkowe niespodzianki. Szybko rozpracowuje temat kolejnych małżeństw oraz drogę do poszukiwania siebie samej, nie rozwodzi się nad działaniami, które wiązały się z życiowymi rozczarowaniami. W ogóle cechą charakterystyczną tomu "Love, Pamela" jest brak ochoty do analizowania przeszłości - jeśli już coś się pojawia, to raczej jako informacja, ciekawostka albo przykład, element biografii, bagatelizowany i niespecjalnie dla całości istotny. Autorka rezygnuje z zatrzymywania się nad kolejnymi wspomnieniami, dzięki czemu całość nabiera charakteru anegdotycznego i może się podobać jako szczera i prosta lektura prowadzona w dodatku z lekkim humorem, a przynajmniej z dystansem do wydarzeń. Pameli nic nie jest w stanie zniszczyć i przytłoczyć, wyzwania prowokują ją tylko do działania i utwierdzają w słuszności obranych ścieżek. A autorka dzięki książce może między innymi zaprezentować siebie nie tylko jako seksbombę (na tym wizerunku w wersji autobiograficznej kompletnie jej nie zależy), ale jako aktywistkę walczącą między innymi o dobro zwierząt - i wspierającą lokalne kultury. Nie ma tu nachalnego promowania siebie ani prób wybielania się, jest zwierzenie, które może nawet wzruszyć, a na pewno dostarczy rozrywki. Rozczarowani będą ci, którzy poszukują pełnego wykazu dokonań, ról i pomysłów, rejestru wydarzeń o encyklopedycznej dokładności. Pamela Anderson wpisuje się jednak tą książką w mody rynkowe, nakazujące aktorom i celebrytom zaistnienie w przestrzeni księgarskiej - i całkiem nieźle sobie radzi z takim zadaniem.
Szczerość
Dopiero w posłowiu do książki "Love, Pamela" Pamela Anderson przyznaje, że postanowiła napisać autobiografię bez pomocy ghostwriterów. Być może gdyby zdecydowała się na wsparcie fachowców, książka wyglądałaby inaczej - na pewno mniej byłoby w niej "poezji", czyli refleksji autorki w formie poszatkowanych na wersy zdań. Być może też tom - dość niewielki pod względem objętości - miałby inny rytm. A jednak "Love, Pamela" cieszy w lekturze i to nie tylko fanów "Słonecznego Patrolu" oraz "Playboya". Autorka funduje bowiem odświeżające spojrzenie na sprawy, które kiedyś rozpalały opinię publiczną. Rozkłada akcenty w sposób, jaki prawdopodobnie odbiorców zaskoczy. Z niektórymi tematami rozprawia się w jednym akapicie - chociaż wydawałoby się, że stanowiły ważny życiowy moment czy przełom. I to właśnie interpretacja przeszłości jest tu najciekawsza i najbardziej przyciąga do książki.
"Love, Pamela" to nie jest próba przypomnienia o sobie albo zwrócenia na siebie uwagi, nie jest to też chęć podsumowania życia. Pamela Anderson może na rynku wydawniczym zaistnieć - i kto wie, czy skończy się na jednej publikacji. "Love, Pamela" cieszy bezpretensjonalnością i odwagą w poruszaniu niektórych zagadnień. Autorka prowadzi hollywoodzką opowieść - od prostej dziewczyny z sąsiedztwa do wielkiej kariery w popkulturze, ale nigdy nie wiadomo, co zajmie ją na dłuższą chwilę. Czasami to lektury i odkrywanie zdobyczy kulturowych, innym razem synowie. Między wierszami rozgrywa się to, czego czytelnicy się spodziewają: skandale i pikantne relacje. W "Playboyu" Pamela Anderson błyskawicznie przebija się do sławy - ale podaje tylko kilka wiadomości na temat relacji między playmates. Wybory filmowe również przedstawia czytelnikom skrótowo i oględnie, nie będzie tu niekończących się anegdot z planów. Za to wzmianki o partnerach, mężach i przyjaciołach pobrzmiewają ciekawie - autorka nie ukrywa bowiem charakteru niektórych relacji, zaznacza, jeśli pojawiały się tam dodatkowe niespodzianki. Szybko rozpracowuje temat kolejnych małżeństw oraz drogę do poszukiwania siebie samej, nie rozwodzi się nad działaniami, które wiązały się z życiowymi rozczarowaniami. W ogóle cechą charakterystyczną tomu "Love, Pamela" jest brak ochoty do analizowania przeszłości - jeśli już coś się pojawia, to raczej jako informacja, ciekawostka albo przykład, element biografii, bagatelizowany i niespecjalnie dla całości istotny. Autorka rezygnuje z zatrzymywania się nad kolejnymi wspomnieniami, dzięki czemu całość nabiera charakteru anegdotycznego i może się podobać jako szczera i prosta lektura prowadzona w dodatku z lekkim humorem, a przynajmniej z dystansem do wydarzeń. Pameli nic nie jest w stanie zniszczyć i przytłoczyć, wyzwania prowokują ją tylko do działania i utwierdzają w słuszności obranych ścieżek. A autorka dzięki książce może między innymi zaprezentować siebie nie tylko jako seksbombę (na tym wizerunku w wersji autobiograficznej kompletnie jej nie zależy), ale jako aktywistkę walczącą między innymi o dobro zwierząt - i wspierającą lokalne kultury. Nie ma tu nachalnego promowania siebie ani prób wybielania się, jest zwierzenie, które może nawet wzruszyć, a na pewno dostarczy rozrywki. Rozczarowani będą ci, którzy poszukują pełnego wykazu dokonań, ról i pomysłów, rejestru wydarzeń o encyklopedycznej dokładności. Pamela Anderson wpisuje się jednak tą książką w mody rynkowe, nakazujące aktorom i celebrytom zaistnienie w przestrzeni księgarskiej - i całkiem nieźle sobie radzi z takim zadaniem.
środa, 26 kwietnia 2023
Karolina Lewestam: Silla
Agora, Warszawa 2023.
Wędrówka
Na bazie przestrzeni, która i tak jest egzotyczna, zimnej krainy za kołem podbiegunowym, Karolina Lewestam buduje zupełnie nowy świat zrodzony z fantazji. Stopniowo oddala arktyczne skojarzenia przez dopowiadanie szczegółów, które nijak się mają do realności i do typowych rozwiązań fabularnych z powieści dla młodych odbiorców. Autorka sięga po mocno zmysłową narrację, wypełnioną migotliwymi krajobrazami i detalami, które składają się na niezwykły świat. Tu ludzie mogą żyć w pełnym porozumieniu ze zwierzętami, a na niebie widać dwa księżyce. Tu nikogo nie dziwi wołanie Zorzy. Zew słyszy Ari, dzielny chłopiec, który zdaje sobie sprawę ze znaczenia wyprawy, na jaką się udaje: jeśli nie podejmie żadnego działania, świat przestanie istnieć. Chociaż wyprawa należy do niebezpiecznych, a matka zdecydowanie sprzeciwia się pomysłowi - Ari wie, że nie ma wyjścia. Tylko tak może ocalić normalność, a nawet naprawić to, co już się zepsuło. Przynajmniej taką ma nadzieję - bo bez tego nie mógłby podjąć odważnej decyzji. "Silla" to książka, która od pierwszych stron wciąga czytelników i kusi groźnym pięknem. Karolina Lewestam wybiera tu klasyczny model narracji, korzysta ze wskazówek dotyczących tworzenia dobrych scenariuszy. Układa akcję tak, żeby było wiadomo, że bohater ma do pokonania długą i najeżoną pułapkami drogę, że będzie musiał dojrzewać do określonych zachowań i zaufać towarzyszom, żeby przetrwać. Wszystko to staje się jasne już na wstępie, kiedy Zorza zmienia rytm działań wszelkich żywych istot. A jednak Karolina Lewestam opowieść tworzy tak, że hipnotyzuje nią czytelników. Rezygnuje przy tym z dosłowności, woli oniryczne pejzaże i zachowania nie do końca wyjaśniane w pierwszych opisach. Bardzo mocno koncentruje się na magii słów: to warstwa tekstowa i brzmieniowa najbardziej ją zajmuje. "Silla" to powieść nieoczywista i gęsta od emocji, ale to wszystko znajduje dobre uzasadnienie w odpowiednim sposobie prezentowania świata. Autorka wykorzystuje rozwiązania, które w złej realizacji raziłyby naiwnością - jednak użyte z wprawą zachwycają. Tu najsilniej działa malowniczość ascetycznego w gruncie rzeczy świata - autorka powraca do przestrzeni prostej i pozbawionej udogodnień, stawia na pierwotność relacji i na przejrzystość w działaniu. Bohaterów wtrąca w warunki wyjątkowo niekorzystne, zmusza ich do ciągłego przekraczania własnych granic - ciekawość podsyca dzięki kolejnym komplikacjom i kierowaniu się podstawowym kodeksem wartości - ponadczasowym i zrozumiałym nawet po przejściu za granicę fantazji.
"Silla" to powieść, która rozbrzmiewa - zwraca się tu często uwagę na melodyjność samej opowieści, która jako ozdoba nie ma nic wspólnego z kreowaną akcją, ale też jej nie zaburza. Wszystko harmonizuje ze sobą, idealnie pasuje. Mariusz Andryszczyk dokłada do tego jeszcze odpowiednio dobrane ilustracje - sprawia, że książka wcale nie staje się przez to bardziej lekturą "dziecięcą", a może fascynować proponowanymi światami, niezwykłością bohaterów i miejsc. "Silla" to powieść dla tych, którym przejadła się fantastyka masowa - i którzy chcą powiewu świeżości mimo czerpania pełnymi garściami z klasyki.
Wędrówka
Na bazie przestrzeni, która i tak jest egzotyczna, zimnej krainy za kołem podbiegunowym, Karolina Lewestam buduje zupełnie nowy świat zrodzony z fantazji. Stopniowo oddala arktyczne skojarzenia przez dopowiadanie szczegółów, które nijak się mają do realności i do typowych rozwiązań fabularnych z powieści dla młodych odbiorców. Autorka sięga po mocno zmysłową narrację, wypełnioną migotliwymi krajobrazami i detalami, które składają się na niezwykły świat. Tu ludzie mogą żyć w pełnym porozumieniu ze zwierzętami, a na niebie widać dwa księżyce. Tu nikogo nie dziwi wołanie Zorzy. Zew słyszy Ari, dzielny chłopiec, który zdaje sobie sprawę ze znaczenia wyprawy, na jaką się udaje: jeśli nie podejmie żadnego działania, świat przestanie istnieć. Chociaż wyprawa należy do niebezpiecznych, a matka zdecydowanie sprzeciwia się pomysłowi - Ari wie, że nie ma wyjścia. Tylko tak może ocalić normalność, a nawet naprawić to, co już się zepsuło. Przynajmniej taką ma nadzieję - bo bez tego nie mógłby podjąć odważnej decyzji. "Silla" to książka, która od pierwszych stron wciąga czytelników i kusi groźnym pięknem. Karolina Lewestam wybiera tu klasyczny model narracji, korzysta ze wskazówek dotyczących tworzenia dobrych scenariuszy. Układa akcję tak, żeby było wiadomo, że bohater ma do pokonania długą i najeżoną pułapkami drogę, że będzie musiał dojrzewać do określonych zachowań i zaufać towarzyszom, żeby przetrwać. Wszystko to staje się jasne już na wstępie, kiedy Zorza zmienia rytm działań wszelkich żywych istot. A jednak Karolina Lewestam opowieść tworzy tak, że hipnotyzuje nią czytelników. Rezygnuje przy tym z dosłowności, woli oniryczne pejzaże i zachowania nie do końca wyjaśniane w pierwszych opisach. Bardzo mocno koncentruje się na magii słów: to warstwa tekstowa i brzmieniowa najbardziej ją zajmuje. "Silla" to powieść nieoczywista i gęsta od emocji, ale to wszystko znajduje dobre uzasadnienie w odpowiednim sposobie prezentowania świata. Autorka wykorzystuje rozwiązania, które w złej realizacji raziłyby naiwnością - jednak użyte z wprawą zachwycają. Tu najsilniej działa malowniczość ascetycznego w gruncie rzeczy świata - autorka powraca do przestrzeni prostej i pozbawionej udogodnień, stawia na pierwotność relacji i na przejrzystość w działaniu. Bohaterów wtrąca w warunki wyjątkowo niekorzystne, zmusza ich do ciągłego przekraczania własnych granic - ciekawość podsyca dzięki kolejnym komplikacjom i kierowaniu się podstawowym kodeksem wartości - ponadczasowym i zrozumiałym nawet po przejściu za granicę fantazji.
"Silla" to powieść, która rozbrzmiewa - zwraca się tu często uwagę na melodyjność samej opowieści, która jako ozdoba nie ma nic wspólnego z kreowaną akcją, ale też jej nie zaburza. Wszystko harmonizuje ze sobą, idealnie pasuje. Mariusz Andryszczyk dokłada do tego jeszcze odpowiednio dobrane ilustracje - sprawia, że książka wcale nie staje się przez to bardziej lekturą "dziecięcą", a może fascynować proponowanymi światami, niezwykłością bohaterów i miejsc. "Silla" to powieść dla tych, którym przejadła się fantastyka masowa - i którzy chcą powiewu świeżości mimo czerpania pełnymi garściami z klasyki.
wtorek, 25 kwietnia 2023
Diane Domo: Uczucia. Ćwiczenia dla dzieci
To tamto, Warszawa 2023.
Ćwiczenia z czucia
To książka, która kierowana jest przede wszystkim do dzieci (w różnym wieku), ale przyda się też rodzicom, opiekunom i animatorom do wspólnych zabaw pokazujących potęgę emocji i pozwalających zrozumieć, co w danej chwili czuje dziecko. "Uczucia. Ćwiczenia dla dzieci" to tomik nastawiony na praktykę: na zabawę, która pomoże w definiowaniu i rejestrowaniu konkretnych emocji. Diane Romo sięga po drobne - maksymalnie kilkuzdaniowe - przykłady, żeby odbiorcy mogli postawić się w sytuacji bohaterów i ocenić ich stan w jasno określonych sytuacjach. Czerpać przy tym mogą z własnych doświadczeń i analizować własne reakcje. Autorka zajmuje się uczuciami jako takimi, ale analizuje też, co robi ciało w obliczu uczuć, tak, żeby nawet dzieci, które nie dadzą rady odczytywać stanów ducha, dostrzegały pewne prawidłowości w tym, co wyczyniają ich organizmy. Tomik "Uczucia" pozwala też w świadomy sposób budować relacje międzyludzkie, daje szansę na porozumienie i wspólną zabawę bez trosk. Przynajmniej w teorii - bo oczywiście sporo tu uproszczeń, które zwłaszcza dzieciom trudno będzie przełożyć na codzienność. Raczej nie można się spodziewać chłodnego podejścia do tematu i uniknięcia kłótni, gdy w grę wchodzić będzie naruszanie czyjejś przestrzeni - ale o tym Diane Romo nie pisze. Wspomina za to o spokoju w sytuacjach, w których dzieciom niespecjalnie na czymś zależy. Sporo podpowiedzi dotyczących zachowań byłoby znacznie bardziej przekonujących, gdyby stosowały się do nich obie strony - trzeba będzie jednak uczulić małego odbiorcę, że nie wszyscy kierują się w życiu podobnymi zasadami.
Z pewnością przyda się ta publikacja dzieciom choćby po to, żeby uporządkować im rodzaje emocji. Wiadomości, któe przytacza autorka, utrwalą się dzięki rozmaitym ćwiczeniom - często trzeba wpisywać swoje komentarze, uwagi albo po prostu odpowiedzi. Do tego proponuje się tutaj najmłodszym sporo rysowania - zwłaszcza uzupełnianie min bohaterów pokaże dorosłym, czy dziecko dobrze zrozumiało temat i czy potrafi już łączyć fakty - odnajdować się w gąszczu uczuć. Nie ma tu miejsca na teoretyzowanie, zwłaszcza że odbiorcami tomiku mają być najmłodsi - oni potrzebują konkretów i przekazu, który dość łatwo przenosi się na zwyczajne życie i o to Diane Romo się stara. Uzyskuje dość ciekawy efekt - chociaż samo akcentowanie uczuć nie kojarzy się z atrakcyjną lekturą, tutaj nie ma mowy o nudzie. Przede wszystkim za sprawą urozmaicania opowieści - każda strona to nowe wyzwanie związane z emocjami i nowy zestaw zadań, które umożliwią dziecku lepszą orientację wśród emocji. Po takich ćwiczeniach nawet najmłodsi zyskają pewność co do własnych reakcji. Nawet jeśli dorośli nie zawsze zgadzaliby się z autorką co do "łatwości" zastosowania konkretnych porad, warto się im przyjrzeć i choćby rozważyć, żeby wiedzieć, jaki ma się wybór w najbardziej stresujących sytuacjach. "Uczucia" to książka stworzona tak, żeby zachęcić odbiorców również do działań artystycznych - dużo tu rysowania i prób przenoszenia uczuć na wizerunki bohaterów. Dzięki temu tomik bardziej spodoba się dzieciom i pozwoli im na ćwiczenie zyskiwanych właśnie umiejętności społecznych.
Ćwiczenia z czucia
To książka, która kierowana jest przede wszystkim do dzieci (w różnym wieku), ale przyda się też rodzicom, opiekunom i animatorom do wspólnych zabaw pokazujących potęgę emocji i pozwalających zrozumieć, co w danej chwili czuje dziecko. "Uczucia. Ćwiczenia dla dzieci" to tomik nastawiony na praktykę: na zabawę, która pomoże w definiowaniu i rejestrowaniu konkretnych emocji. Diane Romo sięga po drobne - maksymalnie kilkuzdaniowe - przykłady, żeby odbiorcy mogli postawić się w sytuacji bohaterów i ocenić ich stan w jasno określonych sytuacjach. Czerpać przy tym mogą z własnych doświadczeń i analizować własne reakcje. Autorka zajmuje się uczuciami jako takimi, ale analizuje też, co robi ciało w obliczu uczuć, tak, żeby nawet dzieci, które nie dadzą rady odczytywać stanów ducha, dostrzegały pewne prawidłowości w tym, co wyczyniają ich organizmy. Tomik "Uczucia" pozwala też w świadomy sposób budować relacje międzyludzkie, daje szansę na porozumienie i wspólną zabawę bez trosk. Przynajmniej w teorii - bo oczywiście sporo tu uproszczeń, które zwłaszcza dzieciom trudno będzie przełożyć na codzienność. Raczej nie można się spodziewać chłodnego podejścia do tematu i uniknięcia kłótni, gdy w grę wchodzić będzie naruszanie czyjejś przestrzeni - ale o tym Diane Romo nie pisze. Wspomina za to o spokoju w sytuacjach, w których dzieciom niespecjalnie na czymś zależy. Sporo podpowiedzi dotyczących zachowań byłoby znacznie bardziej przekonujących, gdyby stosowały się do nich obie strony - trzeba będzie jednak uczulić małego odbiorcę, że nie wszyscy kierują się w życiu podobnymi zasadami.
Z pewnością przyda się ta publikacja dzieciom choćby po to, żeby uporządkować im rodzaje emocji. Wiadomości, któe przytacza autorka, utrwalą się dzięki rozmaitym ćwiczeniom - często trzeba wpisywać swoje komentarze, uwagi albo po prostu odpowiedzi. Do tego proponuje się tutaj najmłodszym sporo rysowania - zwłaszcza uzupełnianie min bohaterów pokaże dorosłym, czy dziecko dobrze zrozumiało temat i czy potrafi już łączyć fakty - odnajdować się w gąszczu uczuć. Nie ma tu miejsca na teoretyzowanie, zwłaszcza że odbiorcami tomiku mają być najmłodsi - oni potrzebują konkretów i przekazu, który dość łatwo przenosi się na zwyczajne życie i o to Diane Romo się stara. Uzyskuje dość ciekawy efekt - chociaż samo akcentowanie uczuć nie kojarzy się z atrakcyjną lekturą, tutaj nie ma mowy o nudzie. Przede wszystkim za sprawą urozmaicania opowieści - każda strona to nowe wyzwanie związane z emocjami i nowy zestaw zadań, które umożliwią dziecku lepszą orientację wśród emocji. Po takich ćwiczeniach nawet najmłodsi zyskają pewność co do własnych reakcji. Nawet jeśli dorośli nie zawsze zgadzaliby się z autorką co do "łatwości" zastosowania konkretnych porad, warto się im przyjrzeć i choćby rozważyć, żeby wiedzieć, jaki ma się wybór w najbardziej stresujących sytuacjach. "Uczucia" to książka stworzona tak, żeby zachęcić odbiorców również do działań artystycznych - dużo tu rysowania i prób przenoszenia uczuć na wizerunki bohaterów. Dzięki temu tomik bardziej spodoba się dzieciom i pozwoli im na ćwiczenie zyskiwanych właśnie umiejętności społecznych.
poniedziałek, 24 kwietnia 2023
Tavi Hawn: Tożsamość płciowa. Poradnik dla rodziców
Czarna Owca, Warszawa 2023.
Zmiany
To zjawisko, którego część przedstawicieli starszych pokoleń nie jest w stanie zrozumieć. Dla wielu ludzi ciągle jeszcze istnienie większej liczby płci wydaje się fanaberią, wymysłem małolatów, które - znudzone brakiem wyzwań w życiu - próbują zwrócić na siebie uwagę. Nie wszyscy dorośli są w stanie przyjąć do wiadomości fakt, że nawet kilkuletnie dzieci mogą już zdawać sobie sprawę, że niekoniecznie "pasują" do ciała, w którym się urodziły. Innych niepokoi fakt, że te dzieci, które określiły swoją płeć jako inna niż biologiczna, po pewnym czasie zmieniają zdanie, bezustannie poszukują i nie mogą się zdecydować na jedno rozwiązanie. Zdarza się, że to zjawisko tłumaczone jest modą i nagłaśnianiem przez media, jednak kolejni autorzy starają się wyjaśnić, że rozgłos pozwala wyłącznie uświadomić odbiorcom ich tożsamość płciową, pokazać, że nie są sami w swoich dylematach i niepewności. Tavi Hawn definiuje się jako osoba two-spirit, co zaznaczane jest również w zaimkach i w czasownikach w książce i automatycznie wywołuje problem w przekładzie - wymaga bowiem ekwilibrystyki słownej, żeby dostosować się do rozwiązań, które nie będą pobrzmiewać jako krzywdzące i które mieszczą się w kanonie, jaki akceptuje Tavi Hawn. To dla odbiorców jasny sygnał: sprawa wciąż nie została w pełni opracowana, wciąż pojawiają się kolejne punkty zapalne czy kwestie do rozstrzygnięcia. Na razie można jednak zapoznać się z podstawami. Nie wszystkie rozwiązania pasować będą do każdej przestrzeni, jeśli Tavi Hawn proponuje, żeby przy przedstawianiu się podawać od razu preferowane przez siebie zaimki, można się zastanowić, ile osób z takiej podpowiedzi może skorzystać choćby w Polsce.
"Tożsamość płciowa. Poradnik dla rodziców" to przejrzysta i dosyć krótka książka stworzona po to, żeby przedstawić dorosłym punkt widzenia ich pociech i pozwolić ludziom, którzy chcą znaleźć porozumienie, lepiej pojmować zachodzące w świecie i dyskursie publicznym zmiany. Znalazło się w tej książce miejsce na scharakteryzowanie różnych tożsamości płciowych (to przydatna ściąga dla ludzi, którzy do tej pory dzielili innych na mężczyzn i kobiety), zresztą wiele pojęć ulegnie tu zdefiniowaniu albo zaprezentowaniu. Tavi Hawn przedstawia też rozwój płciowy dziecka (w zależności od wieku), co powinno zatrzymać głosy sprzeciwu wobec pociech, które chcą od najmłodszych lat zaakcentować swoje wybory. Jest w książce także zestaw strategii dla rodziców: każdy może dowiedzieć się, jakiego zachowania się od niego oczekuje i w razie potrzeby umieć przepracować własne lęki - to dobro dziecka liczy się najbardziej, nie ma znaczenia za to opinia publiczna czy presja ze strony rodziny. Tavi Hawn uprzedza, że nie zawsze komunikacja będzie bezproblemowa i prosta, przygotowuje na wyzwania i sugeruje, że czasami dorośli będą musieli ustąpić, żeby nie stracić kontaktu ze swoim poszukującym dzieckiem, innym razem wymagać się będzie od nich mnóstwa cierpliwości - gdy dziecko będzie zmieniać zdanie. Jest tu zestaw pytań i odpowiedzi, jest praktyczne wprowadzenie do tranzycji (także społecznej). Książka składa się z krótkich i prostych rozdziałów ukierunkowanych na niesienie informacji - część wiadomości została tu przekształcona w wyliczenia i podpowiedzi, tak, żeby dawało się od razu wprowadzać w życie zawarte w niej wiadomości. Z pewnością taka lektura trafi do rodzin, w których dzieci mogą być tym, kim chcą - pomoże też świadomym rodzicom w rozmowach z pociechami. Sięgnąć po nią powinni też ci, którzy chcą zrozumieć nadciągające wielkie zmiany i wiedzieć, jak się w nich odnaleźć.
Zmiany
To zjawisko, którego część przedstawicieli starszych pokoleń nie jest w stanie zrozumieć. Dla wielu ludzi ciągle jeszcze istnienie większej liczby płci wydaje się fanaberią, wymysłem małolatów, które - znudzone brakiem wyzwań w życiu - próbują zwrócić na siebie uwagę. Nie wszyscy dorośli są w stanie przyjąć do wiadomości fakt, że nawet kilkuletnie dzieci mogą już zdawać sobie sprawę, że niekoniecznie "pasują" do ciała, w którym się urodziły. Innych niepokoi fakt, że te dzieci, które określiły swoją płeć jako inna niż biologiczna, po pewnym czasie zmieniają zdanie, bezustannie poszukują i nie mogą się zdecydować na jedno rozwiązanie. Zdarza się, że to zjawisko tłumaczone jest modą i nagłaśnianiem przez media, jednak kolejni autorzy starają się wyjaśnić, że rozgłos pozwala wyłącznie uświadomić odbiorcom ich tożsamość płciową, pokazać, że nie są sami w swoich dylematach i niepewności. Tavi Hawn definiuje się jako osoba two-spirit, co zaznaczane jest również w zaimkach i w czasownikach w książce i automatycznie wywołuje problem w przekładzie - wymaga bowiem ekwilibrystyki słownej, żeby dostosować się do rozwiązań, które nie będą pobrzmiewać jako krzywdzące i które mieszczą się w kanonie, jaki akceptuje Tavi Hawn. To dla odbiorców jasny sygnał: sprawa wciąż nie została w pełni opracowana, wciąż pojawiają się kolejne punkty zapalne czy kwestie do rozstrzygnięcia. Na razie można jednak zapoznać się z podstawami. Nie wszystkie rozwiązania pasować będą do każdej przestrzeni, jeśli Tavi Hawn proponuje, żeby przy przedstawianiu się podawać od razu preferowane przez siebie zaimki, można się zastanowić, ile osób z takiej podpowiedzi może skorzystać choćby w Polsce.
"Tożsamość płciowa. Poradnik dla rodziców" to przejrzysta i dosyć krótka książka stworzona po to, żeby przedstawić dorosłym punkt widzenia ich pociech i pozwolić ludziom, którzy chcą znaleźć porozumienie, lepiej pojmować zachodzące w świecie i dyskursie publicznym zmiany. Znalazło się w tej książce miejsce na scharakteryzowanie różnych tożsamości płciowych (to przydatna ściąga dla ludzi, którzy do tej pory dzielili innych na mężczyzn i kobiety), zresztą wiele pojęć ulegnie tu zdefiniowaniu albo zaprezentowaniu. Tavi Hawn przedstawia też rozwój płciowy dziecka (w zależności od wieku), co powinno zatrzymać głosy sprzeciwu wobec pociech, które chcą od najmłodszych lat zaakcentować swoje wybory. Jest w książce także zestaw strategii dla rodziców: każdy może dowiedzieć się, jakiego zachowania się od niego oczekuje i w razie potrzeby umieć przepracować własne lęki - to dobro dziecka liczy się najbardziej, nie ma znaczenia za to opinia publiczna czy presja ze strony rodziny. Tavi Hawn uprzedza, że nie zawsze komunikacja będzie bezproblemowa i prosta, przygotowuje na wyzwania i sugeruje, że czasami dorośli będą musieli ustąpić, żeby nie stracić kontaktu ze swoim poszukującym dzieckiem, innym razem wymagać się będzie od nich mnóstwa cierpliwości - gdy dziecko będzie zmieniać zdanie. Jest tu zestaw pytań i odpowiedzi, jest praktyczne wprowadzenie do tranzycji (także społecznej). Książka składa się z krótkich i prostych rozdziałów ukierunkowanych na niesienie informacji - część wiadomości została tu przekształcona w wyliczenia i podpowiedzi, tak, żeby dawało się od razu wprowadzać w życie zawarte w niej wiadomości. Z pewnością taka lektura trafi do rodzin, w których dzieci mogą być tym, kim chcą - pomoże też świadomym rodzicom w rozmowach z pociechami. Sięgnąć po nią powinni też ci, którzy chcą zrozumieć nadciągające wielkie zmiany i wiedzieć, jak się w nich odnaleźć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






