Czarne, Wołowiec 2023.
Brak
Niezależnie od stanu zaawansowania choroby zawsze można jeszcze coś zrobić. Nawet jeśli człowiek nie będzie już odbierać bodźców ze świata zewnętrznego, nawet jeśli wygaśnie większość funkcji życiowych, można będzie sztucznie podtrzymywać go przy życiu: podłączyć do coraz bardziej skomplikowanej aparatury medycznej, zapewnić dostęp do najlepszych leków i przedłużać egzystencję, a raczej wegetację. Z jednej strony ze względu na sentymenty i uczucia najbliższych, którzy nie są przygotowani na rozstanie, z drugiej - z uwagi na etykę: czy można chorego odłączyć od urządzeń podtrzymujących życie i skazać go na śmierć w męczarniach? Atul Gawande wychodzi z kultury hinduskiej i przygląda się rzeczywistości jako lekarz, akcentując i dostrzegając takie zjawiska, z których ludzie często nie zdają sobie nawet sprawy. "Śmiertelni. Wyzwania medycyny u schyłku życia" to książka bardzo ważna i potrzebna w codzienności, która neguje istnienie starszych i schorowanych osób. W medialnej wersji seniorzy są sprawni fizycznie i intelektualnie, czerpią radość z każdego dnia. Zapomina się o tym, że rzeczywistość rzadko odpowiada takim wyobrażeniom: starzenie się organizmu wiąże się z rozmaitymi chorobami i schorzeniami, z przykrościami i coraz większymi ograniczeniami. Dzięki zdobyczom medycyny można coraz więcej. I to okazuje się zmorą społeczeństwa. Bo nagle wychodzi na jaw problem, na który ludzie nie byli przygotowani: brak pomysłu na to, jak zaopiekować się ludźmi starszymi.
Atul Gawande sprawdza kolejne propozycje i oferty. Nie koncentruje się na domach opieki czy domach spokojnej starości, pokazuje, jak rozwijała się idea zapewnienia bezpieczeństwa ludziom u schyłku wieku. Uwrażliwia odbiorców na kwestie, o których ci nie myślą, kiedy szukają najlepszego miejsca dla swoich bliskich. Starsi ludzie nie potrafią najczęściej poddawać się rygorowi miejsc opieki: muszą zrezygnować z własnych przyzwyczajeń, opuścić to, co kochali i zdać się na łaskę opiekunów, którzy - nawet jeśli najbardziej oddani - nie będą w stanie poświęcić tyle czasu na poznanie potrzeb wszystkich podopiecznych, ile jest konieczne, żeby zapewnić im komfort. Unifikowanie zasad prowadzi do frustracji mieszkańców takich ośrodków. Autor zastanawia się nad tym, ile ludzie są w stanie poświęcić w imię bezpieczeństwa. I przygląda się ośrodkom, które zmieniają myślenie o domach opieki: odwołuje się do eksperymentów, między innymi do miejsc, w których można opiekować się zwierzętami. To zaledwie drobny krok w przywracaniu godności starszym i wymagającym opieki starszym ludziom. Atul Gawande pokazuje, że istnieje potrzeba rozwiązania takiego problemu, że trzeba edukować społeczeństwo i przypominać, że trzeba zadbać o najstarszych. Nawet jeśli nie będzie to łatwe. A przecież nie będzie. "Śmiertelni" to książka przerażająca o tyle, że problemy w niej opisane dotkną najprawdopodobniej sporą część odbiorców - albo ich bliskich. Gawande zestawia potrzeby - nie te podstawowe, ale prowadzące do satysfakcjonującego życia. Tłumaczy, jak w jego kulturze postępuje się z ludźmi starszymi. Starość nie musi wiązać się z upodleniem i przykrościami, da się ją oswajać, ale wymaga to sporego zaangażowania. Gawande porusza ważny temat i robi to w sposób, który skłania do refleksji. Ważna to książka i powinna trafić do jak najszerszego grona odbiorców.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 28 lutego 2023
poniedziałek, 27 lutego 2023
Angels Navarro: 1001 zabawnych zagadek
Nasza Księgarnia, Warszawa 2023.
Śmiech w wyszukiwankach
Angels Navarro powraca - tym razem z drobną książeczką dla najmłodszych fanów skomplikowanych i mniej skomplikowanych wyszukiwanek. "1001 zabawnych zagadek" to publikacja przeznaczona dla wszystkich dzieci, które lubią dobrą zabawę i chcą ćwiczyć spostrzegawczość na ciekawych zadaniach (wprawdzie mniej spostrzegawcza była korekta, która pozostawiła komara w rękawiczkach w podwodnym świecie, ale to drobiazg, który zabawy nie zepsuje). Każda rozkładówka to plątanina drobnych rysunków - naprawdę maleńkie szczegóły sprawiają, że jeśli dorośli będą chcieli pomóc swoim pociechom, sami też będą mieli problemy z odkrywaniem części rozwiązań. Można wprawdzie skorzystać z klucza, ale nie jest to najlepsze wyjście: raczej trzeba dojść do wyników samodzielnie, satysfakcja będzie większa.
Każda rozkładówka to zatem wielkoformatowy obrazek (czasem labirynt, czasem zestaw powtarzających się w różnych konfiguracjach elementów). Jest tu chaotycznie, kolorowo i dziwnie, a do tego często i śmiesznie - odkrywanie przeróżnych niespodzianek, jakie Navarro zostawia swoim odbiorcom, należy do jednej z przyjemności korzystania z tomiku. Każda rozkładówka ma przypisany do siebie zestaw zadań (a z zakończeniem książki nie kończy się wcale szansa na zabawę, bo pracować można dalej, z kolejnymi wyzwaniami). Dzieci będą się tu uczyć czegoś o zbiorach, grupować wskazywane przedmioty i elementy, porównywać, sprawdzać, ile czego są w stanie wskazać. Czasami zostaną poproszone o policzenie przedmiotów albo o wyszukanie konkretnej ich liczby. I chociaż wydaje się to dość naiwne, a na pewno proste - wcale takie nie jest. Angels Navarro lubuje się bowiem w plątaninach bardzo mylących zmysły, wprowadza rozwiązania nieoczywiste i nader chętnie korzysta ze sztuczek, które pomagają w maskowaniu przedmiotów lub bohaterów. Nie tworzy przy tym tekstowej narracji - nie będzie tutaj wskazówek budujących cały świat przedstawiony. To mogą sobie dzieci uzupełniać samodzielnie, jeśli odczują taką potrzebę: opowiadanie, co pojawia się na rysunkach, należy do dość trudnych wyzwań, można zatem i w ten sposób poćwiczyć umiejętności malucha. Navarro odrzuca komentarze, które wyjaśniłyby odbiorcom, z czym mają do czynienia - skupia się na samych zadaniach i na brzmieniu kolejnych poleceń. Krótkich, rzeczowych i nieprzysłaniających celu. Tak, żeby jak najszybciej można było przystąpić do pracy i bawić się w wyszukiwanie i wskazywanie konkretnych szczegółów na każdym rysunku. Na pewno nie jest to tomik do szybkiej zabawy - trzeba będzie poświęcić sporo czasu, żeby w ogóle dać sobie radę z kolejnymi rozkładówkami. Nie da się też "nauczyć" obrazków, żeby bez wahania odkrywać odpowiedzi na pytania - dlatego też dzieci będą mogły z książki korzystać dość długo bez znużenia.
"1001 zabawnych zagadek" to tomik, który stawia na humor. Na obrazkach dzieje się bardzo dużo, a do tego - można ucieszyć się choćby z zabawnych min bohaterów i z ich zachowań. Kolory sprawiają, że przyjemnie się ogląda tę publikację, nie tylko po to, żeby wyłuskać odpowiedzi na pytania. Navarro udowadnia, że wyszukiwanki dla najmłodszych mogą być źródłem radości dla wszystkich odbiorców.
Śmiech w wyszukiwankach
Angels Navarro powraca - tym razem z drobną książeczką dla najmłodszych fanów skomplikowanych i mniej skomplikowanych wyszukiwanek. "1001 zabawnych zagadek" to publikacja przeznaczona dla wszystkich dzieci, które lubią dobrą zabawę i chcą ćwiczyć spostrzegawczość na ciekawych zadaniach (wprawdzie mniej spostrzegawcza była korekta, która pozostawiła komara w rękawiczkach w podwodnym świecie, ale to drobiazg, który zabawy nie zepsuje). Każda rozkładówka to plątanina drobnych rysunków - naprawdę maleńkie szczegóły sprawiają, że jeśli dorośli będą chcieli pomóc swoim pociechom, sami też będą mieli problemy z odkrywaniem części rozwiązań. Można wprawdzie skorzystać z klucza, ale nie jest to najlepsze wyjście: raczej trzeba dojść do wyników samodzielnie, satysfakcja będzie większa.
Każda rozkładówka to zatem wielkoformatowy obrazek (czasem labirynt, czasem zestaw powtarzających się w różnych konfiguracjach elementów). Jest tu chaotycznie, kolorowo i dziwnie, a do tego często i śmiesznie - odkrywanie przeróżnych niespodzianek, jakie Navarro zostawia swoim odbiorcom, należy do jednej z przyjemności korzystania z tomiku. Każda rozkładówka ma przypisany do siebie zestaw zadań (a z zakończeniem książki nie kończy się wcale szansa na zabawę, bo pracować można dalej, z kolejnymi wyzwaniami). Dzieci będą się tu uczyć czegoś o zbiorach, grupować wskazywane przedmioty i elementy, porównywać, sprawdzać, ile czego są w stanie wskazać. Czasami zostaną poproszone o policzenie przedmiotów albo o wyszukanie konkretnej ich liczby. I chociaż wydaje się to dość naiwne, a na pewno proste - wcale takie nie jest. Angels Navarro lubuje się bowiem w plątaninach bardzo mylących zmysły, wprowadza rozwiązania nieoczywiste i nader chętnie korzysta ze sztuczek, które pomagają w maskowaniu przedmiotów lub bohaterów. Nie tworzy przy tym tekstowej narracji - nie będzie tutaj wskazówek budujących cały świat przedstawiony. To mogą sobie dzieci uzupełniać samodzielnie, jeśli odczują taką potrzebę: opowiadanie, co pojawia się na rysunkach, należy do dość trudnych wyzwań, można zatem i w ten sposób poćwiczyć umiejętności malucha. Navarro odrzuca komentarze, które wyjaśniłyby odbiorcom, z czym mają do czynienia - skupia się na samych zadaniach i na brzmieniu kolejnych poleceń. Krótkich, rzeczowych i nieprzysłaniających celu. Tak, żeby jak najszybciej można było przystąpić do pracy i bawić się w wyszukiwanie i wskazywanie konkretnych szczegółów na każdym rysunku. Na pewno nie jest to tomik do szybkiej zabawy - trzeba będzie poświęcić sporo czasu, żeby w ogóle dać sobie radę z kolejnymi rozkładówkami. Nie da się też "nauczyć" obrazków, żeby bez wahania odkrywać odpowiedzi na pytania - dlatego też dzieci będą mogły z książki korzystać dość długo bez znużenia.
"1001 zabawnych zagadek" to tomik, który stawia na humor. Na obrazkach dzieje się bardzo dużo, a do tego - można ucieszyć się choćby z zabawnych min bohaterów i z ich zachowań. Kolory sprawiają, że przyjemnie się ogląda tę publikację, nie tylko po to, żeby wyłuskać odpowiedzi na pytania. Navarro udowadnia, że wyszukiwanki dla najmłodszych mogą być źródłem radości dla wszystkich odbiorców.
niedziela, 26 lutego 2023
Beate Rygiert: George Sand i język wolności
Marginesy, Warszawa 2023.
Wyzwolenie
George Sand rodzi się w momencie, w którym kobiety parające się literaturą nie znajdują zbyt wielkiego uznania wśród wydawców i czytelników. Ta kobieta chce tworzyć dzieła przełomowe, chce obalać konwencje i realizować plany, na których jej zależy. Mogłaby publikować książki pod nazwiskiem swojego ukochanego, ale Jules nie potrafi się na to zdecydować: sam zamierza funkcjonować w świecie literatury i przeszkadzałoby mu, że wszyscy ocenialiby jego pracę przez pryzmat cudzych dokonań. George Sand przyparta do muru postanawia obrać męski pseudonim i robić, co jej się żywnie podoba. Przez moment zastanawia się nawet nad występowaniem w męskim stroju publicznie - ale to zachowanie ją - żonę i matkę dwójki dzieci - bawi tylko przez krótki czas. Zresztą wszyscy wiedzą, kim ona jest, przebieranki nie są potrzebne. I tak George Sand postawi na swoim.
Beate Rygiert wybiera sobie kolejną bohaterkę na powieść romansową. Biografia George Sand służy jej do kreślenia obrazu wielkiego i płomiennego uczucia na przekór możliwościom i szydercom. George Sand, chociaż wyzwolona, potrzebuje przeglądać się w oczach innych. Wybiera zawsze miłość, a z przyjaciółką może ćwiczyć ars amandi. Okazuje się, że Beate Rygiert potrafi kolejne związki odmalowywać z przekonaniem i za każdym razem wnosić do świadomości odbiorców coś nowego. Najpierw odświeżający po małżeństwie romans z młodszym od George studentem, później burzliwy związek z cierpiącym na urojenia poetą, jako etap przejściowy - odkrywanie fascynacji ciałem. Uporządkowana relacja z lekarzem - opanowanym i spokojnym po poprzednich kochankach. Wszystko ma prowadzić do relacji z Fryderykiem Chopinem, którego Beate Rygiert wprowadza dość późno.
Jest w tej powieści mocne nastawienie na rozrywkę czytelniczek - bo zwłaszcza płeć piękna będzie mogła docenić zmysłowe i precyzyjnie odwzorowywane związki. Autorka koncentruje się na jednoczesnym podkreślaniu niezależności George i na jej dążeniu do bycia z kimś. Pokazuje uczucia zrozumiałe w każdych czasach, nie ocenia toksycznych partnerów: obecność każdego w życiu George Sand odpowiednio uzasadnia. Jest przekonująca w odwzorowywaniu zwyczajnych scenek z codzienności - tych, które składają się na normalną egzystencję. Dorzuca w tle dzieci George Sand, ale też i barwne grono przyjaciół. Odmalowuje sceny spotkań towarzyskich i sprawia wrażenie, że doskonale się przy tym bawi. George Sand często cierpi, ale podnosi się po każdej porażce - w tym objawia się jej siła. Z kolei mężczyźni, którzy trafiają w jej orbitę, potrafią skomplikować nawet najlepsze ustalenia. George Sand poza tym tworzy. Oddaje się sztuce, zarabia na życie pisaniem - i Beate Rygiert wcale nie szuka źródeł weny ani efektów pomysłów. Stawia na uproszczenie procesu twórczego: tutaj bohaterka musi zarabiać na życie, umawia się z wydawcami na konkretne liczby stron i dostarcza je w terminie. Nawet jeśli w którejś książce wybiera niezwykłe rozwiązania obyczajowe - nie wybije się to na pierwszy plan w "Języku wolności". George Sand pisze, ale autotematyzm spychany jest na margines opowieści. Od czasu do czasu autorka oczywiście nawiązuje do charakterystycznego stwierdzenia - nie potrzebuje więcej, żeby przyciągać czytelników. W końcu nie chodzi tu o analizy tekstów, a o przeżycia, które połączą grono odbiorców. Beate Rygiert tworzy przekonującą powieść, wypełnioną ciekawymi charakterami, ale też i starannie przemyślaną warstwą psychologiczną.
Wyzwolenie
George Sand rodzi się w momencie, w którym kobiety parające się literaturą nie znajdują zbyt wielkiego uznania wśród wydawców i czytelników. Ta kobieta chce tworzyć dzieła przełomowe, chce obalać konwencje i realizować plany, na których jej zależy. Mogłaby publikować książki pod nazwiskiem swojego ukochanego, ale Jules nie potrafi się na to zdecydować: sam zamierza funkcjonować w świecie literatury i przeszkadzałoby mu, że wszyscy ocenialiby jego pracę przez pryzmat cudzych dokonań. George Sand przyparta do muru postanawia obrać męski pseudonim i robić, co jej się żywnie podoba. Przez moment zastanawia się nawet nad występowaniem w męskim stroju publicznie - ale to zachowanie ją - żonę i matkę dwójki dzieci - bawi tylko przez krótki czas. Zresztą wszyscy wiedzą, kim ona jest, przebieranki nie są potrzebne. I tak George Sand postawi na swoim.
Beate Rygiert wybiera sobie kolejną bohaterkę na powieść romansową. Biografia George Sand służy jej do kreślenia obrazu wielkiego i płomiennego uczucia na przekór możliwościom i szydercom. George Sand, chociaż wyzwolona, potrzebuje przeglądać się w oczach innych. Wybiera zawsze miłość, a z przyjaciółką może ćwiczyć ars amandi. Okazuje się, że Beate Rygiert potrafi kolejne związki odmalowywać z przekonaniem i za każdym razem wnosić do świadomości odbiorców coś nowego. Najpierw odświeżający po małżeństwie romans z młodszym od George studentem, później burzliwy związek z cierpiącym na urojenia poetą, jako etap przejściowy - odkrywanie fascynacji ciałem. Uporządkowana relacja z lekarzem - opanowanym i spokojnym po poprzednich kochankach. Wszystko ma prowadzić do relacji z Fryderykiem Chopinem, którego Beate Rygiert wprowadza dość późno.
Jest w tej powieści mocne nastawienie na rozrywkę czytelniczek - bo zwłaszcza płeć piękna będzie mogła docenić zmysłowe i precyzyjnie odwzorowywane związki. Autorka koncentruje się na jednoczesnym podkreślaniu niezależności George i na jej dążeniu do bycia z kimś. Pokazuje uczucia zrozumiałe w każdych czasach, nie ocenia toksycznych partnerów: obecność każdego w życiu George Sand odpowiednio uzasadnia. Jest przekonująca w odwzorowywaniu zwyczajnych scenek z codzienności - tych, które składają się na normalną egzystencję. Dorzuca w tle dzieci George Sand, ale też i barwne grono przyjaciół. Odmalowuje sceny spotkań towarzyskich i sprawia wrażenie, że doskonale się przy tym bawi. George Sand często cierpi, ale podnosi się po każdej porażce - w tym objawia się jej siła. Z kolei mężczyźni, którzy trafiają w jej orbitę, potrafią skomplikować nawet najlepsze ustalenia. George Sand poza tym tworzy. Oddaje się sztuce, zarabia na życie pisaniem - i Beate Rygiert wcale nie szuka źródeł weny ani efektów pomysłów. Stawia na uproszczenie procesu twórczego: tutaj bohaterka musi zarabiać na życie, umawia się z wydawcami na konkretne liczby stron i dostarcza je w terminie. Nawet jeśli w którejś książce wybiera niezwykłe rozwiązania obyczajowe - nie wybije się to na pierwszy plan w "Języku wolności". George Sand pisze, ale autotematyzm spychany jest na margines opowieści. Od czasu do czasu autorka oczywiście nawiązuje do charakterystycznego stwierdzenia - nie potrzebuje więcej, żeby przyciągać czytelników. W końcu nie chodzi tu o analizy tekstów, a o przeżycia, które połączą grono odbiorców. Beate Rygiert tworzy przekonującą powieść, wypełnioną ciekawymi charakterami, ale też i starannie przemyślaną warstwą psychologiczną.
sobota, 25 lutego 2023
Tove Jansson: Muminek i zaginiona luneta
Harperkids, Warszawa 2023.
Zguba
Muminek nie może doczekać się Włóczykija: wypatruje go i ma nadzieję, że w końcu przyjaciel pojawi się na horyzoncie. Żeby lepiej zniósł czas oczekiwania, Too-Tiki pożycza mu swoją lunetę. Sama wyrusza akurat na wyspę, na której taki sprzęt nie będzie jej potrzebny. Wie, że Muminek nie zniszczy jej skarbu, zwłaszcza że mu zaufała. Luneta to cenny przedmiot, nikt w Dolinie Muminków takiej nie ma. Pewnego dnia luneta znika i nikt nie może jej znaleźć. Ślady prowadzą do małych przybyszy, Topika i Topci. Ci wprawdzie nie przyznają się otwarcie do faktu pożyczenia sobie cudzej własności bez zgody Muminka, ale zadają Mamusi Muminka pytania, które jednoznacznie pozwalają rozwiązać zagadkę.
W świecie tworzonym przez Tove Jansson króluje prostota i wyrozumiałość dla słabości. Dolina Muminków pełna jest postaci o charakterach wyrazistych i zaczerpniętych ze zwykłego życia - tyle tylko, że wyostrzonych tak, by nawet najmłodsi mogli się w nich przeglądać. Dzieci dzięki temu opowiadaniu zyskają cenną wiedzę na temat naprawiania błędów. Bohaterowie nie potępiają przecież tych, którzy postanowili zwrócić skradziony przedmiot: udają, że im wierzą i wiedzą, że wyrzuty sumienia nie pozwolą na powtórzenie uczynku. Dla Muminka takie rozwiązanie jest wygodne: nie musi mierzyć się z pytaniem, jak wytłumaczyć znajomym, że nie powinni byli ruszać lunety. Mamusia Muminka problem rozwiązuje z właściwym sobie taktem. Too-Tiki nie wie nawet, że jej szlachetny czyn mógł przerodzić się w katastrofę. Włóczykij i tak zawsze przychodzi, kiedy chce i odchodzi, kiedy uzna, że powinien to zrobić.
Topik i Topcia przeżywają lekcję, której należy udzielić najmłodszym. Dzięki opowiadaniu na motywach historii Tove Jansson kilkulatki dowiedzą się, czego w społeczeństwach nie wolno robić - i że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. To ciekawe opowiadanie, w którym jest i ważna intryga, i wiadomości pedagogiczne zatopione w relacji. Nikt nie będzie się nudził przy tej lekturze - zawsze w świecie Muminków jest barwnie i ciekawie, nie inaczej dzieje się tym razem. "Muminek i zaginiona luneta" to książeczka drobna - jedna z wielu w serii. Pozwala zwrócić uwagę na klasyczną autorkę - bohaterowie z Doliny Muminków popularyzowani są na wiele różnych sposobów i spora część odbiorców w przyszłości do powieści Tove Jansson wróci. To atrakcyjna publikacja dla tych wszystkich dzieci, które Muminki poznają z kreskówki. Przypadek przedstawiony w "Muminku i zaginionej lunecie" dostarcza także rozrywki: dzieci mogą pobawić się w detektywów i samodzielnie próbować wskazać winnych. Lunetę przecież trzeba odnaleźć i zwrócić właścicielce, gdy powróci po wakacyjnych wojażach. Muminek nie może się martwić tym, co się stało: w niczym nie zawinił, nie podejrzewał, że w jego otoczeniu znajdzie się złodziej. Pokazuje też odbiorcom, jak się zachować, gdy zdarzy im się podobna sytuacja - to znaczy kiedy stracą ważny dla siebie przedmiot. Muminek nie cierpi w samotności, dzieli się swoim zmartwieniem z innymi - i to właśnie ci inni są w stanie przyjść z pomocą.
Zguba
Muminek nie może doczekać się Włóczykija: wypatruje go i ma nadzieję, że w końcu przyjaciel pojawi się na horyzoncie. Żeby lepiej zniósł czas oczekiwania, Too-Tiki pożycza mu swoją lunetę. Sama wyrusza akurat na wyspę, na której taki sprzęt nie będzie jej potrzebny. Wie, że Muminek nie zniszczy jej skarbu, zwłaszcza że mu zaufała. Luneta to cenny przedmiot, nikt w Dolinie Muminków takiej nie ma. Pewnego dnia luneta znika i nikt nie może jej znaleźć. Ślady prowadzą do małych przybyszy, Topika i Topci. Ci wprawdzie nie przyznają się otwarcie do faktu pożyczenia sobie cudzej własności bez zgody Muminka, ale zadają Mamusi Muminka pytania, które jednoznacznie pozwalają rozwiązać zagadkę.
W świecie tworzonym przez Tove Jansson króluje prostota i wyrozumiałość dla słabości. Dolina Muminków pełna jest postaci o charakterach wyrazistych i zaczerpniętych ze zwykłego życia - tyle tylko, że wyostrzonych tak, by nawet najmłodsi mogli się w nich przeglądać. Dzieci dzięki temu opowiadaniu zyskają cenną wiedzę na temat naprawiania błędów. Bohaterowie nie potępiają przecież tych, którzy postanowili zwrócić skradziony przedmiot: udają, że im wierzą i wiedzą, że wyrzuty sumienia nie pozwolą na powtórzenie uczynku. Dla Muminka takie rozwiązanie jest wygodne: nie musi mierzyć się z pytaniem, jak wytłumaczyć znajomym, że nie powinni byli ruszać lunety. Mamusia Muminka problem rozwiązuje z właściwym sobie taktem. Too-Tiki nie wie nawet, że jej szlachetny czyn mógł przerodzić się w katastrofę. Włóczykij i tak zawsze przychodzi, kiedy chce i odchodzi, kiedy uzna, że powinien to zrobić.
Topik i Topcia przeżywają lekcję, której należy udzielić najmłodszym. Dzięki opowiadaniu na motywach historii Tove Jansson kilkulatki dowiedzą się, czego w społeczeństwach nie wolno robić - i że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. To ciekawe opowiadanie, w którym jest i ważna intryga, i wiadomości pedagogiczne zatopione w relacji. Nikt nie będzie się nudził przy tej lekturze - zawsze w świecie Muminków jest barwnie i ciekawie, nie inaczej dzieje się tym razem. "Muminek i zaginiona luneta" to książeczka drobna - jedna z wielu w serii. Pozwala zwrócić uwagę na klasyczną autorkę - bohaterowie z Doliny Muminków popularyzowani są na wiele różnych sposobów i spora część odbiorców w przyszłości do powieści Tove Jansson wróci. To atrakcyjna publikacja dla tych wszystkich dzieci, które Muminki poznają z kreskówki. Przypadek przedstawiony w "Muminku i zaginionej lunecie" dostarcza także rozrywki: dzieci mogą pobawić się w detektywów i samodzielnie próbować wskazać winnych. Lunetę przecież trzeba odnaleźć i zwrócić właścicielce, gdy powróci po wakacyjnych wojażach. Muminek nie może się martwić tym, co się stało: w niczym nie zawinił, nie podejrzewał, że w jego otoczeniu znajdzie się złodziej. Pokazuje też odbiorcom, jak się zachować, gdy zdarzy im się podobna sytuacja - to znaczy kiedy stracą ważny dla siebie przedmiot. Muminek nie cierpi w samotności, dzieli się swoim zmartwieniem z innymi - i to właśnie ci inni są w stanie przyjść z pomocą.
piątek, 24 lutego 2023
Amy McCulloch: Bez tchu
Luna, Warszawa 2023.
Atak szczytowy
Amy McCulloch doskonale wie, jakimi prawami rządzą się thrillery - i fakt, że czerpie z literatury górskiej, nie spycha jej z obranej trasy. "Bez tchu" to książka, która ani na moment nie zapomina o kryminalno-sensacyjnej proweniencji, nie ma tu powtarzania wiadomości ze wspomnień wspinaczy ani analizowania tego, co w literaturze górskiej niezmienne. Cecily Wong to dziennikarka, której wspinaczka nie wychodzi zbyt dobrze. Jednak bohaterka ma towarzyszyć jednemu z himalaistów i stworzyć o nim artykuł, który wstrząśnie społeczeństwem. Żeby dobrze zrealizować swoje zadanie, Cecily Wong nie ma wyjścia: musi dołączyć do programu "Czternaście na lekko" i brać udział w wyprawach. Nawet jeśli chodzi o prostą rozmowę lub możliwość lepszego poznania obiektu zainteresowania, warunki stawiane przez wspinacza wydają się ekstremalnie trudne do zrealizowania. Cecily ma na koncie spektakularną porażkę, która - paradoksalnie - przyniosła jej sporą sławę. Teraz jednak nie chce utrudniać zdobycia szczytu, szuka metody na to, żeby udowodnić innym, że można w górach na niej polegać. Od czasu do czasu Cecily dzieli się z czytelnikami fragmentami swoich artykułów albo notatek do nich: chce udowodnić, że ma dobre pióro i poradzi sobie z każdym wyzwaniem - literackim. Bo z górskimi bywa różnie.
Góry wszystko wyostrzają. Nie ma tu miejsca na błędy ani na niesnaski, a ponieważ wspina się razem sześć obcych sobie osób - tarcia wydają się nieuniknione. Ci, którzy nie pasują do zespołu, będą musieli się usunąć, żeby nie przeszkadzać liderom. Cecily wcale nie nadaje się na górską twardzielkę. Każda kobieta spotykana w drodze na szczyt znacznie lepiej radzi sobie z wyzwaniami. A jednak Cecily - jako amatorka - osiąga imponujące rezultaty. W końcu to walka o jej byt.
Góra nie wybacza. Zwłaszcza jeśli ktoś przestanie się koncentrować. Tu łatwo narobić sobie wrogów, bo nie wszyscy należą do wyrozumiałych. Do tego wysokość sporo komplikuje: ludzie zaczynają się zachowywać inaczej pod wpływem warunków atmosferycznych. Stają się nieprzewidywalni i wręcz niebezpieczni dla siebie nawzajem. Cecily nie może być obojętna wobec niepokojących sygnałów z zewnątrz. W obozie nie czuje się pewnie, zwłaszcza gdy odkrywa ślady obecności kogoś, kogo nie powinno tam być. Jeszcze nie wyznała zespołowi całej prawdy, jeszcze nie zapracowała sobie na pełne zaufanie, więc ma powody do niepokoju, napędzana lekkimi wyrzutami sumienia. Amy McCulloch całkiem dobrze przedstawia dylematy bohaterki, ale nie zajmuje się analizowaniem jej stanów duchowych - pozwala raczej, żeby czytelnicy wyciągali wnioski z zachowań i relacji w zespole. Sytuację utrudnia fakt, że to Cecily dokonuje obserwacji, które mogą zmienić układ sił. Sama wspinaczka i szansa na zdobycie szczytu przestaje mieć znaczenie, kiedy okazuje się, że na górze grasuje morderca. Nie dość, że można stracić życie przez upadek, lawinę albo wpadnięcie do szczeliny, trzeba jeszcze pilnować siebie, żeby nie wpaść w pułapkę zastawioną przez tajemniczego przestępcę.
I Amy McCulloch wykorzystuje sceny ze wspinaczki - sama przeżywała takie przygody w wysokich górach, jest zatem w stanie prezentować ten świat bez odwoływania się do schematów z literatury górskiej. Jest przy tym bardzo przekonująca, wie, jakie emocje towarzyszą wspinaczom i co może decydować o ich chwilach słabości. Dobrze się "Bez tchu" czyta. To książka starannie obmyślona i z dobrą intrygą.
Atak szczytowy
Amy McCulloch doskonale wie, jakimi prawami rządzą się thrillery - i fakt, że czerpie z literatury górskiej, nie spycha jej z obranej trasy. "Bez tchu" to książka, która ani na moment nie zapomina o kryminalno-sensacyjnej proweniencji, nie ma tu powtarzania wiadomości ze wspomnień wspinaczy ani analizowania tego, co w literaturze górskiej niezmienne. Cecily Wong to dziennikarka, której wspinaczka nie wychodzi zbyt dobrze. Jednak bohaterka ma towarzyszyć jednemu z himalaistów i stworzyć o nim artykuł, który wstrząśnie społeczeństwem. Żeby dobrze zrealizować swoje zadanie, Cecily Wong nie ma wyjścia: musi dołączyć do programu "Czternaście na lekko" i brać udział w wyprawach. Nawet jeśli chodzi o prostą rozmowę lub możliwość lepszego poznania obiektu zainteresowania, warunki stawiane przez wspinacza wydają się ekstremalnie trudne do zrealizowania. Cecily ma na koncie spektakularną porażkę, która - paradoksalnie - przyniosła jej sporą sławę. Teraz jednak nie chce utrudniać zdobycia szczytu, szuka metody na to, żeby udowodnić innym, że można w górach na niej polegać. Od czasu do czasu Cecily dzieli się z czytelnikami fragmentami swoich artykułów albo notatek do nich: chce udowodnić, że ma dobre pióro i poradzi sobie z każdym wyzwaniem - literackim. Bo z górskimi bywa różnie.
Góry wszystko wyostrzają. Nie ma tu miejsca na błędy ani na niesnaski, a ponieważ wspina się razem sześć obcych sobie osób - tarcia wydają się nieuniknione. Ci, którzy nie pasują do zespołu, będą musieli się usunąć, żeby nie przeszkadzać liderom. Cecily wcale nie nadaje się na górską twardzielkę. Każda kobieta spotykana w drodze na szczyt znacznie lepiej radzi sobie z wyzwaniami. A jednak Cecily - jako amatorka - osiąga imponujące rezultaty. W końcu to walka o jej byt.
Góra nie wybacza. Zwłaszcza jeśli ktoś przestanie się koncentrować. Tu łatwo narobić sobie wrogów, bo nie wszyscy należą do wyrozumiałych. Do tego wysokość sporo komplikuje: ludzie zaczynają się zachowywać inaczej pod wpływem warunków atmosferycznych. Stają się nieprzewidywalni i wręcz niebezpieczni dla siebie nawzajem. Cecily nie może być obojętna wobec niepokojących sygnałów z zewnątrz. W obozie nie czuje się pewnie, zwłaszcza gdy odkrywa ślady obecności kogoś, kogo nie powinno tam być. Jeszcze nie wyznała zespołowi całej prawdy, jeszcze nie zapracowała sobie na pełne zaufanie, więc ma powody do niepokoju, napędzana lekkimi wyrzutami sumienia. Amy McCulloch całkiem dobrze przedstawia dylematy bohaterki, ale nie zajmuje się analizowaniem jej stanów duchowych - pozwala raczej, żeby czytelnicy wyciągali wnioski z zachowań i relacji w zespole. Sytuację utrudnia fakt, że to Cecily dokonuje obserwacji, które mogą zmienić układ sił. Sama wspinaczka i szansa na zdobycie szczytu przestaje mieć znaczenie, kiedy okazuje się, że na górze grasuje morderca. Nie dość, że można stracić życie przez upadek, lawinę albo wpadnięcie do szczeliny, trzeba jeszcze pilnować siebie, żeby nie wpaść w pułapkę zastawioną przez tajemniczego przestępcę.
I Amy McCulloch wykorzystuje sceny ze wspinaczki - sama przeżywała takie przygody w wysokich górach, jest zatem w stanie prezentować ten świat bez odwoływania się do schematów z literatury górskiej. Jest przy tym bardzo przekonująca, wie, jakie emocje towarzyszą wspinaczom i co może decydować o ich chwilach słabości. Dobrze się "Bez tchu" czyta. To książka starannie obmyślona i z dobrą intrygą.
czwartek, 23 lutego 2023
Thiago de Moraes: Atlas historii
Nasza Księgarnia, Warszawa 2023.
Przeszłość w obrazkach
Thiago de Moraes proponuje młodym czytelnikom wielkoformatową książkę poświęconą odległej (w większej części) przeszłości w różnych kulturach. "Atlas historii" to kolejna publikacja pozwalająca zaspokoić pierwszą ciekawość dzieci i wzbudzić zainteresowanie edukacją czy zdobywaniem wiedzy. Piętnaście cywilizacji to piętnaście map z zestawami krótkich informacji oraz piętnaście podwajanych opowieści. Autor w pewnym momencie ostrzega, że każdą można przedstawić również na inne sposoby - on sam wybrał konkretne tematy i motywy, które dla innego twórcy mogą zupełnie nie mieć znaczenia. "Atlas historii" nie jest próbą pełnego oceniania rzeczywistości. Nie zamieni się w kompendium: jedynie zarysuje część wiadomości, zasugeruje, co można doczytać, jaką wiedzę pogłębić. Thiago de Moraes decyduje się na charakterystyczny rytm: każdą cywilizację przedstawia na kilku rozkładówkach. Najbardziej gęsta tekstowo i rysunkowo jest mapa - coś, co ma uzmysłowić odbiorcom komplikacje i zagadnienia do poruszenia. Na mapie (granicach pokazujących miejsce "akcji") pojawiają się ludzie i budowle - wszystko opatrzone numerami, niby przypisami. O poszczególnych postaciach autor opowiada w pojedynczych komentarzach - sporo uwagi poświęca kobietom i ich roli w przeszłości, bardzo często odwołuje się do dzielnych lub niezwykłych pań, przypomina o równych prawach albo o walce o nie - robi to dyskretnie, przez zatapianie wiadomości w licznych komentarzach. Dwie inne rozkładówki to prezentacja wybranych ciekawostek, miejsce na poszerzenie wiedzy: już w zwyczajnej, nieposzatkowanej narracji i bez nacisku na daty i wydarzenia. Thiago de Moraes przede wszystkim zajmuje się przedstawianiem kultury, niezwykłości, odkryć lub działań, które mogą zapaść w pamięć dzieciom. Przybliża różne cywilizacje i interesuje się wyszukiwaniem anegdotycznych scenek i sytuacji. Odwołuje się do przekonań na temat starożytności, albo odpowiada na niezadane przez dzieci pytania. Ma mnóstwo zagadnień do przedstawienia, po lekturze pojawi się zapewne jeszcze sporo pytań i chęci doczytywania - "Atlas historii" na pewno nie pozostanie bez reakcji.
Jest to książka, która imponuje wielkością, ale może też dzieci zaintrygować za sprawą rozmiarów map i konieczności odkrywania kolejnych wiadomości. Tu zdobywanie wiedzy nie przyjdzie łatwo, wiąże się z uważnym studiowaniem mapy, z lekturą i sprawdzaniem pomysłów autora. Thiago de Moraes stawia na dowcip. Udaje mu się wiele razy dodać ironiczny komentarz do jakiegoś odkrycia, albo dowcipnie podsumować zgromadzone informacje. To sprawia, że dzieci nie będą chciały przyspieszać lektury, nie przeoczą żadnych cennych informacji. Poszukiwanie żartów uprzyjemni odkrywanie tajemnic przeszłości. Thiago de Moraes sięga po dane, które przekonają najmłodszych - i pozwolą w pewien sposób wyrobić sobie opinię na temat zamierzchłej przeszłości. Jest to oczywiście picture book, którego warstwę graficzną można długo podziwiać, "Atlas historii" dostarcza również wrażeń estetycznych. Jest to książka ciekawa, udana i przygotowana tak, żeby przygotować najmłodszych na opowieści o starożytności (i nie tylko). Na szczęście też autor uprzedza, że nie ma tu możliwości przedstawiania wszystkiego - zapowiada, że przed odbiorcami jeszcze mnóstwo zabawy związanej z poznawaniem dawnych czasów.
Przeszłość w obrazkach
Thiago de Moraes proponuje młodym czytelnikom wielkoformatową książkę poświęconą odległej (w większej części) przeszłości w różnych kulturach. "Atlas historii" to kolejna publikacja pozwalająca zaspokoić pierwszą ciekawość dzieci i wzbudzić zainteresowanie edukacją czy zdobywaniem wiedzy. Piętnaście cywilizacji to piętnaście map z zestawami krótkich informacji oraz piętnaście podwajanych opowieści. Autor w pewnym momencie ostrzega, że każdą można przedstawić również na inne sposoby - on sam wybrał konkretne tematy i motywy, które dla innego twórcy mogą zupełnie nie mieć znaczenia. "Atlas historii" nie jest próbą pełnego oceniania rzeczywistości. Nie zamieni się w kompendium: jedynie zarysuje część wiadomości, zasugeruje, co można doczytać, jaką wiedzę pogłębić. Thiago de Moraes decyduje się na charakterystyczny rytm: każdą cywilizację przedstawia na kilku rozkładówkach. Najbardziej gęsta tekstowo i rysunkowo jest mapa - coś, co ma uzmysłowić odbiorcom komplikacje i zagadnienia do poruszenia. Na mapie (granicach pokazujących miejsce "akcji") pojawiają się ludzie i budowle - wszystko opatrzone numerami, niby przypisami. O poszczególnych postaciach autor opowiada w pojedynczych komentarzach - sporo uwagi poświęca kobietom i ich roli w przeszłości, bardzo często odwołuje się do dzielnych lub niezwykłych pań, przypomina o równych prawach albo o walce o nie - robi to dyskretnie, przez zatapianie wiadomości w licznych komentarzach. Dwie inne rozkładówki to prezentacja wybranych ciekawostek, miejsce na poszerzenie wiedzy: już w zwyczajnej, nieposzatkowanej narracji i bez nacisku na daty i wydarzenia. Thiago de Moraes przede wszystkim zajmuje się przedstawianiem kultury, niezwykłości, odkryć lub działań, które mogą zapaść w pamięć dzieciom. Przybliża różne cywilizacje i interesuje się wyszukiwaniem anegdotycznych scenek i sytuacji. Odwołuje się do przekonań na temat starożytności, albo odpowiada na niezadane przez dzieci pytania. Ma mnóstwo zagadnień do przedstawienia, po lekturze pojawi się zapewne jeszcze sporo pytań i chęci doczytywania - "Atlas historii" na pewno nie pozostanie bez reakcji.
Jest to książka, która imponuje wielkością, ale może też dzieci zaintrygować za sprawą rozmiarów map i konieczności odkrywania kolejnych wiadomości. Tu zdobywanie wiedzy nie przyjdzie łatwo, wiąże się z uważnym studiowaniem mapy, z lekturą i sprawdzaniem pomysłów autora. Thiago de Moraes stawia na dowcip. Udaje mu się wiele razy dodać ironiczny komentarz do jakiegoś odkrycia, albo dowcipnie podsumować zgromadzone informacje. To sprawia, że dzieci nie będą chciały przyspieszać lektury, nie przeoczą żadnych cennych informacji. Poszukiwanie żartów uprzyjemni odkrywanie tajemnic przeszłości. Thiago de Moraes sięga po dane, które przekonają najmłodszych - i pozwolą w pewien sposób wyrobić sobie opinię na temat zamierzchłej przeszłości. Jest to oczywiście picture book, którego warstwę graficzną można długo podziwiać, "Atlas historii" dostarcza również wrażeń estetycznych. Jest to książka ciekawa, udana i przygotowana tak, żeby przygotować najmłodszych na opowieści o starożytności (i nie tylko). Na szczęście też autor uprzedza, że nie ma tu możliwości przedstawiania wszystkiego - zapowiada, że przed odbiorcami jeszcze mnóstwo zabawy związanej z poznawaniem dawnych czasów.
środa, 22 lutego 2023
Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń 3. Ogromne okno
Harperkids, Warszawa 2023.
Pech
Ten cykl dzięki serialowi może stać się bardziej popularny niż można by się spodziewać, bo chociaż Lemony Snicket nie boi się łamania konwencji, to jednak nie wymyśla nic nowego, po prostu odchodzi od najbardziej poczytnych i najczęściej realizowanych scenariuszy na rzecz ironii i złośliwości wobec bohaterów. Wybiera sobie troje dzieci - Wioletkę, Klausa i Słoneczko (bobasa, który jeszcze nie posługuje się językiem, a jedynie gaworzy, jednak w kluczowym momencie może odegrać bardzo ważną rolę). Seria niefortunnych zdarzeń to opowieść, która dzieci przyciągnie dowcipem i zgryźliwością. "Ogromne okno" to trzecia część cyklu i można ją - jak pozostałe - czytać bez znajomości całej serii, w niczym nie będzie odbiorcom przeszkadzać brak informacji co do innych tomów. Jest to powieść stosunkowo krótka (objętość nadają jej duży druk i interlinia), a humor jeszcze przyspiesza lekturę. Lemony Snicket stawia na szybką akcję i na sięganie po sprawdzone wątki, którym nadaje nowy kształt. Bohaterami cyklu są sieroty Baudelaire. Sieroty Baudelaire wciąż ściągają na siebie kolejne nieszczęścia, przynajmniej Snicket sugeruje, że będą one bez przerwy krzywdzone przez los. Oczywiście takim bohaterom przysługuje specjalny ochronny parasol, wiadomo, że nic naprawdę złego ich nie spotka - ale po drodze powinni się trochę nacierpieć, albo przynajmniej trochę pobać. Nie inaczej jest z sierotami Baudelaire - i już tutaj pojawia się pierwszy obowiązkowy punkt klasycznych baśni, wyśmiany już przez wielu autorów po drodze - dzieci muszą stracić rodziców, żeby móc przeżywać najlepsze przygody. Nic tak nie ogranicza jak dorośli i opiekunowie - więc jeśli nieletni bohaterowie są sierotami, to jest to wymarzony start dla autorów. Sieroty Baudelaire nie tęsknią za dawnymi czasami (może niekiedy rodzi się w nich myśl, że najlepiej byłoby siedzieć w domu pod opieką najbliższych), zwykle nie mają kiedy oddawać się takim refleksjom. Tym razem Wioletka, Klaus i Słoneczko trafiają do domu Ciotki Józefiny. Ta krewna ma zaopiekować się całą trójką, ale tak naprawdę nie potrafi zająć się sobą samą: cierpi na rozmaite fobie, którymi natychmiast dzieli się z przybyszami. Boi się wszystkiego, nawet naciskania klamki we własnym domu, a uzasadnienia takich strachów ucieszą odbiorców. Ciotka Józefina dostarcza sporo radości i uniemożliwia odbiorcom nudzenie się podczas lektury. Ciotka Józefina ma tylko jedną wielką pasję, a jest nią gramatyka. I chociaż taki temat mógłby każdą książkę dla dzieci zabić - Lemony Snicket ma na to dobry pomysł i udaje mu się rozśmieszać czytelników i w ten sposób.
Dzieje się tu dużo i szybko, a do tego wszystkie komentarze okraszane są ironią. Kąśliwy humor to coś, co z pewnością spodoba się czytelnikom. Lemony Snicket zapewnia sobie sporą wierną publiczność - wpisuje się w rynek literatury czwartej dobrym pomysłem i odwagą w realizowaniu go. Kusi nietypowością, oderwaniem od zwyczajnego życia i przejściem w świat absurdu.
Pech
Ten cykl dzięki serialowi może stać się bardziej popularny niż można by się spodziewać, bo chociaż Lemony Snicket nie boi się łamania konwencji, to jednak nie wymyśla nic nowego, po prostu odchodzi od najbardziej poczytnych i najczęściej realizowanych scenariuszy na rzecz ironii i złośliwości wobec bohaterów. Wybiera sobie troje dzieci - Wioletkę, Klausa i Słoneczko (bobasa, który jeszcze nie posługuje się językiem, a jedynie gaworzy, jednak w kluczowym momencie może odegrać bardzo ważną rolę). Seria niefortunnych zdarzeń to opowieść, która dzieci przyciągnie dowcipem i zgryźliwością. "Ogromne okno" to trzecia część cyklu i można ją - jak pozostałe - czytać bez znajomości całej serii, w niczym nie będzie odbiorcom przeszkadzać brak informacji co do innych tomów. Jest to powieść stosunkowo krótka (objętość nadają jej duży druk i interlinia), a humor jeszcze przyspiesza lekturę. Lemony Snicket stawia na szybką akcję i na sięganie po sprawdzone wątki, którym nadaje nowy kształt. Bohaterami cyklu są sieroty Baudelaire. Sieroty Baudelaire wciąż ściągają na siebie kolejne nieszczęścia, przynajmniej Snicket sugeruje, że będą one bez przerwy krzywdzone przez los. Oczywiście takim bohaterom przysługuje specjalny ochronny parasol, wiadomo, że nic naprawdę złego ich nie spotka - ale po drodze powinni się trochę nacierpieć, albo przynajmniej trochę pobać. Nie inaczej jest z sierotami Baudelaire - i już tutaj pojawia się pierwszy obowiązkowy punkt klasycznych baśni, wyśmiany już przez wielu autorów po drodze - dzieci muszą stracić rodziców, żeby móc przeżywać najlepsze przygody. Nic tak nie ogranicza jak dorośli i opiekunowie - więc jeśli nieletni bohaterowie są sierotami, to jest to wymarzony start dla autorów. Sieroty Baudelaire nie tęsknią za dawnymi czasami (może niekiedy rodzi się w nich myśl, że najlepiej byłoby siedzieć w domu pod opieką najbliższych), zwykle nie mają kiedy oddawać się takim refleksjom. Tym razem Wioletka, Klaus i Słoneczko trafiają do domu Ciotki Józefiny. Ta krewna ma zaopiekować się całą trójką, ale tak naprawdę nie potrafi zająć się sobą samą: cierpi na rozmaite fobie, którymi natychmiast dzieli się z przybyszami. Boi się wszystkiego, nawet naciskania klamki we własnym domu, a uzasadnienia takich strachów ucieszą odbiorców. Ciotka Józefina dostarcza sporo radości i uniemożliwia odbiorcom nudzenie się podczas lektury. Ciotka Józefina ma tylko jedną wielką pasję, a jest nią gramatyka. I chociaż taki temat mógłby każdą książkę dla dzieci zabić - Lemony Snicket ma na to dobry pomysł i udaje mu się rozśmieszać czytelników i w ten sposób.
Dzieje się tu dużo i szybko, a do tego wszystkie komentarze okraszane są ironią. Kąśliwy humor to coś, co z pewnością spodoba się czytelnikom. Lemony Snicket zapewnia sobie sporą wierną publiczność - wpisuje się w rynek literatury czwartej dobrym pomysłem i odwagą w realizowaniu go. Kusi nietypowością, oderwaniem od zwyczajnego życia i przejściem w świat absurdu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






