* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 31 października 2022

Maria Peszek, Jan Peszek: Naku*wiam zen

Marginesy, Warszawa 2022.

Szczerość

O tej książce zaczyna być głośno z bardzo różnych powodów, przeważnie za sprawą wyrwanych z kontekstu cytatów i motywów, które brzmią kontrowersyjnie dla pruderyjnych odbiorców. Ale "Naku*wiam zen" to publikacja, w którą warto się zagłębić. Przełamująca nie tylko schematy na rynku literackim (twórcy rzucają wyzwanie wszystkim produkującym autobiograficzne wywiady-rzeki na wyścigi), ale też tradycyjne wizje międzypokoleniowych wyznań. Maria Peszek i Jan Peszek mogą powiedzieć sobie wszystko, nawet to, co czasami rani albo sprawia, że pod oczami pojawiają się cienie. Nie znają tematów tabu, ani w sferach seksualnych, ani w kwestiach związanych z używkami czy niebezpiecznymi rejonami życia towarzyskiego. Łączą w tych wspomnieniach-zwierzeniach-dyskusjach kilka płaszczyzn: są tu elementy życiorysowe, ale nieuporządkowane, wpadające przypadkowo i chaotycznie scenki z dzieciństwa obojga rozmówców, albo z wspólnego życia, są oceny postawy matki Marii i żony Jana (która nie zyskuje głosu, bo musiałaby napisać własną książkę - więc domniemania na jej temat nie doczekują się weryfikacji), są impresje artystyczne i oceny wzajemnych dokonań, są aspekty towarzyskie, filozoficzne i plotkarskie. Gdzieś przewinie się trochę polityki, trochę ostrego komentarza sceny pseudomuzycznej, gorzkie nawiązania do początków pracy w teatrze albo pytanie, czego naprawdę pragnie społeczeństwo jako publiczność. Są wreszcie relacje ojca i córki rozpracowywane aż do bólu, wypełnione nie pretensjami i oskarżeniami, ale rzeczowymi uwagami w połączeniu z całym wachlarzem konsekwencji. Co istotne: tutaj nie ma zachwiania proporcji. Nie rozmawiają ojciec i dorosłe dziecko - to rozmowa dwojga dorosłych ludzi. Jednak czasami specjalnie prowokacyjna i odwracająca uwagę od istoty rzeczy. Jest mnóstwo nieprzyzwoitości i wulgaryzmów, ale czytelnicy zostaną co do tego uprzedzeni: książka może ranić uczucia - to otwiera lekturę. Wprawdzie ci najbardziej zranieni i tak tego tomu nie przeczytają (a szkoda), ale "Naku*wiam zen" to publikacja wyjątkowa. Cechą charakterystyczną rozmów jest bolesna czasami szczerość. Maria Peszek pokazuje swoje dzieciństwo w innym świetle, nie wpada w egzaltację, raczej dociera do najbardziej przykrych momentów i nazywa je, żeby nic nie pozostało w sferze domysłów. Jan Peszek z kolei może z kolei przedstawić swoje poszukiwania zawodowe, przez chwilę analizować najtrudniejsze karty pierwszych lat na scenie. I chociaż rozmowy prowadzone są bardzo dogłębnie, wnikliwie i zupełnie inaczej niż w standardowych wywiadach-rzekach, w pewnym momencie zaczyna się mieć niedosyt: bo oto autorzy poruszają niezwykle ważne kwestie, ale porzucają je zaledwie po kilku akapitach, jakby nie chcieli się nimi dłużej męczyć. Bardziej szkicują niż wyjaśniają, bardziej zaznaczają niż przeprowadzają wiwisekcje. Inna rzecz, że niezależnie od miejsca, w którym zaczęłoby się czytać, ta książka niebezpiecznie wciąga. Każdy, kto zacznie ją kartkować w sklepie, wyjdzie z nią - bo nie będzie mógł się oderwać od lektury. "Naku*wiam zen" to pozycja odważna i bezkompromisowa - i te słowa zupełnie nie oddają sensu zawartości. Obok tych trudnych przesłań i wzajemnych wyznań pojawiają się tu też gierki wręcz infantylne, jakby celowo nastawione na wywołanie szoku u zwykłego czytelnika nieprzyzwyczajonego do sprośności i do śmiechu z seksualności. Są to niespodzianki dla odbiorców, którzy cenią sobie oryginalność. Jedno jest pewne: jeśli ktoś liczyłby na spokojne i życiorysowe opowieści, uporządkowane i chronologiczne, nie ma czego w tej książce szukać. Każdy, kto potrzebuje lektury inteligentnej, przenikliwej, błyskotliwej i drażniącej - będzie zachwycony. Wspaniale, że "Naku*wiam zen" pojawia się na rynku - może wyznaczy nowy kierunek dla autorów, którzy chcieliby odważniej podsumowywać swoje dokonania. A może będzie pojedynczym fajerwerkiem, pokazaniem, że można iść pod prąd.

niedziela, 30 października 2022

Brian W. Kernighan: Jak Unix tworzył historię

Helion, Gliwice 2021.

Punkt wyjścia

Nawet jeśli ktoś nie pasjonuje się historią informatyki, po książkę Briana W. Kernighana sięgnąć może bez obaw: nie znudzi się i nie odłoży lektury po kilku stronach. "Jak Unix tworzył historię" to bowiem nie tyle przegląd dokonań programistów, co szeroko zakrojone spojrzenie na przeszłość, w której mogły powstawać podwaliny pod Linuxa. Kernighan - jako uczestnik wydarzeń - zabiera czytelników do siedziby Bell Labs i tłumaczy, jak ewoluowała myśl informatyczna w firmie. Na jakie zapotrzebowanie odpowiadali programiści, skąd brały się rozwiązania, które weszły później do powszechnego użytku i jak można było praktycznie wykorzystywać kolejne odkrycia: zbiera tego typu wspomnienia i okrasza je podstawami programowania (które można w lekturze nawet pominąć bez szkody dla całości, ale które też nie zrobią krzywdy przeciętnemu odbiorcy). To opowieść o ludziach, którzy nauczyli się skutecznie komunikować z maszynami: tych, którzy przekładali na języki informatyczne kolejne zakresy zadań. Brian W. Kernighan przypomina, jak postępowały prace i próbuje czytelnikom uświadomić, na czym polegały wyzwania twórców programu. Narodziny Unixa to jednak nie wszystko, zresztą samych danych technicznych i wyjaśnień z zakresu informatyki nie jest tu zbyt dużo: usatysfakcjonowani będą zwykli czytelnicy, którym podsuwa się możliwość zajrzenia za kulisy kodów - autor nie zmęczy ich zbyt fachowymi objaśnieniami, które trzeba przeanalizować, żeby w ogóle pojąć, o czym mowa. Dla Kernighana liczy się bowiem - nawet bardziej niż informatyczne wywody - atmosfera w zespole. I tak obok rzeczowych omówień fragmentów kodów lub źródeł kształtu poleceń znajdzie się tu mnóstwo anegdot o pracownikach i o momentach olśnień. To coś, co odbiorcy - bez względu na stopień informatycznego zaawansowania - w tomie "Jak Unix tworzył historię" pokochają natychmiast: nagle staje się oczywiste, że zamiast gromady nieprzystosowanych do życia społecznego i zamkniętych w hermetycznym środowisku freaków mają do czynienia z ludźmi z krwi i kości, wraz z różnymi ich słabościami i niespodziankami, jakie sami sobie są w stanie przygotować.

"Jak Unix tworzył historię" to przejście do przeszłości - do czasów, w których posługiwano się słowami zamiast bajtów, w których trzeba było znać fizyczne ograniczenia maszyn, żeby móc przystąpić do programowania i w których trzeba było dopiero utorować ścieżki do procesów dzisiaj powszechnie znanych i wykorzystywanych na szeroką skalę. Kernighan nie zajmuje się tylko językami programowania, chociaż całkiem ładnie przedstawia ich ewolucję i udoskonalanie, omawia zmiany, jakie były potrzebne i ich znaczenie dla użytkowników programów. Interesuje go jednak także historia komputerów i samo środowisko - zabiera czytelników do miejsca wyjątkowego i niepowtarzalnego, miejsca, które pozwoliło na cenne dla informatyki odkrycia. Wydaje się, że Brian W. Kernighan jest kolekcjonerem anegdot: szuka tematów, które przykują uwagę zwykłych odbiorców, skupia się na zachowaniach ludzi - ale w tym wrażeniu pomaga też fakt, że autor jest ironistą. Opisuje rzeczywistość ze sporą dozą humoru oraz sarkazmu, potrafi znakomicie puentować opisywane scenki - tak, że nawet te mniej zabawne zyskują nowe ujęcie i mogą rozśmieszać. Sporo jest w tej książce komentarzy, które obrazują wyczucie komizmu u autora - i to one sprawiają, że do książki uda się przyciągnąć nie tylko środowisko informatyczne. Opowiadanie historii świetnie temu autorowi wychodzi.

sobota, 29 października 2022

Michael Farquhar: Się porobiło! Pechowe dni w historii. Klęski, katastrofy i nieszczęścia na każdy dzień roku

Rebis, Poznań 2022.

Ktoś ma gorzej

Michael Farquhar zbiera tematy, które mogą podnieść na duchu i rozśmieszyć odbiorców, chociaż wtedy, kiedy się pojawiały, ich uczestnikom do śmiechu nie było. "Się porobiło! Pechowe dni w historii. Klęski, katastrofy i nieszczęścia na każdy dzień roku" to nietypowe kalendarium dla złośliwych i potrzebujących pocieszenia. Farquhar przygląda się historycznym wydarzeniom z różnych wieków i różnych kręgów kulturowych, żeby wyłapać to, co najbardziej pechowe, kryzysowe i przykre w skutkach dla zaangażowanych. Unika raczej tematów związanych z prawdziwymi tragediami, ludobójstwem i rozlewem krwi, który wyzwala raczej współczucie i strach - chodzi przecież o to, żeby śmiać się z pecha, a nie żeby liczyć ofiary. "Się porobiło" to odnotowywanie dramatów na tyle odległych (lub na tyle egzotycznych i dziwnych), żeby nikogo nie przeraziły. Czasami zresztą liczą się nieszczęśliwe zbiegi okoliczności, komiczne same w sobie - a czasami reakcje ludzi, którzy zwyczajnie na czymś się zawiedli, im bardziej widowiskowo tym lepiej. Autor w omawianiu wydarzeń posługuje się ironią (Joanna d'Arc oczyszczona z zarzutu herezji, kiedy już od ćwierć wieku nie żyła), zresztą trudno o inne reakcje, kiedy okazuje się, że człowiek staje się bezradny w obliczu niesprzyjających okoliczności. Autor sięga po różne rodzaje wydarzeń: raz to wielkie historyczne lub polityczne sceny, raz - fragmenty biografii, problemy obyczajowe i efekty nieporozumień.

Jest to humorystyczne kalendarium, rytm wyznaczają kolejne dni roku (wszystko jedno, którego roku: daty pojawiają się w podtytułach, czasami zresztą jedna notatka łączy kilka różnych wieków, zdarzają się też dni superpecha: daty, które w wielu latach były powodem do współczucia dla uczestników wydarzeń. Farquhar wykorzystuje wspomnienia i zapiski świadków, odwołuje się do ocen z zewnątrz i do relacji tych, którzy coś o wydarzeniach wiedzieli. Dokłada do tego własne wyjaśnienia na temat kontekstu, obyczajowości i zasad panujących w prezentowanym akurat świecie. Przyznaje się też do niewiedzy, jeśli coś nie zostało rozszyfrowane. Raczej nie szuka interpretacji, chce, żeby fakty przemawiały same przez siebie - i żeby to czytelnicy mogli wyciągać wnioski na temat kolejnych nieszczęść. Na pewno autorowi zależy na tym, żeby śmieszyć wpadkami z historii - wie, że czytelnikom spodoba się zabawa w przelicytowywanie pecha, a już nagromadzenie trudnych i nieprawdopodobnych wydarzeń zapewni czystą rozrywkę czytelnikom. Można tę książkę czytać od deski do deski, można wyrywkowo sprawdzać, jakie niespodzianki przynosi kalendarz - czytelnicy będą usatysfakcjonowani takim rozwiązaniem. Farquhar stara się nie rozgadywać bez potrzeby, jeśli trafia na temat, który wymaga większych wyjaśnień, to to właśnie robi, jeżeli jednak da się wydarzenie spuentować błyskawicznie - nic nie stoi na przeszkodzie, żeby skrócić opowieść do jednego akapitu i postawić na dowcip. Kąśliwe objaśnienia spodobają się szerokiemu gronu odbiorców, zwłaszcza że nie trzeba przedzierać się przez gąszcz podręczników, żeby wynaleźć ciekawostki z historii - autor podsuwa je w pigułce i niesie pocieszenie wszystkim tym, którym coś się akurat nie udało. Jest to publikacja przygotowana dla masowej publiczności, wypełniona ciekawostkami i anegdotami, obliczona na wywołanie śmiechu i na zachęcanie do zagłębiania się w historyczne wydarzenia.

piątek, 28 października 2022

Magda Skubisz: Czarci ogród

Media Rodzina, Poznań 2022.

Pogoń

Już wydawało się, że Toni - arystokrata, który do tej pory trwonił pieniądze i szukał prostych uciech cielesnych wszędzie, gdzie się tylko dało - znalazł miłość życia i będzie musiał popełnić mezalians, żeby resztę egzystencji mógł spędzić z zielarką o ciętym języku. Już Magda Skubisz sugerowała, że uczucie, niekoniecznie uświadamiane, znajdzie swoje odzwierciedlenie u drugiej strony, twardo stąpającej po ziemi kobiety szkolonej do pomocy potrzebującym. Jednak "Czarci ogród" przynosi radykalną zmianę sytuacji. Toni dowiaduje się, że zielarka wypożyczona sąsiadom wyszła za mąż za chłopa i wychowuje jego córki z poprzedniego małżeństwa. Toni musi sprawdzić, co stało się z Katją, zwłaszcza że dociera do niego coraz więcej niepokojących sygnałów. Odnajduje kobietę w wersji, jakiej się nie spodziewał: pobitą, brudną i w potarganej sukni, zastraszoną, a do tego niespecjalnie nadającą się do słownych utarczek. Katja cierpi męki za sprawą wroga, którego Toni musi dopiero odnaleźć, żeby wymyślić, jak uratować zielarkę. "Czarci ogród", druga część serii Saga rodu Tyszkowskich, ma trochę mniej rozłożystą fabułę niż "Aptekarka", chociaż emocji tu nie zabraknie. Jaśnie pan stawia czoła pomysłowej służbie i będzie musiał korzystać z pomocy, żeby przechytrzyć nauczonych kombinowania podwładnych. Tymczasem Katja traktuje go jak wroga, więc nie zamierza współpracować ani dzielić się informacjami, zwłaszcza na swój temat. Zielarka wpadła w pułapkę i cała sytuacja staje się groźna dla niej - a ucierpieć w starciu mogą też inne istoty. Wszystko zależy od tego, jak rozszaleje się Toni, który czasami nie potrafi zapanować nad emocjami. Jest w "Czarcim ogrodzie" ponowne nawiązanie do płomiennego romansu, który gdzieś daleko na horyzoncie majaczy, bo trudno byłoby nie kibicować wielkiemu uczuciu ponad podziałami. Jest też tajemnica kryminalna, motyw fabrykantek aniołków - kobiet, które przyjmowały sieroty i uśmiercały je, żeby w ten sposób zarabiać. Jest mnóstwo scen rodem z filmów sensacyjnych, starć, potyczek i batalii, w których przestaje mieć znaczenie pochodzenie czy rola społeczna, a zaczyna - siła własnych pięści. Wyrywny Toni bez przerwy podpada komuś z otoczenia i nieważne, jakie są jego intencje: liczy się bliskość niebezpieczeństwa oraz potencjalne fiasko wszystkich planów. Tych nie zabraknie - trzeba nie lada intrygi, żeby rozwiązać zagadkę cierpiącej Katji, a później - przywrócić ją do żywych. To wyzwanie w sam raz dla księcia na białym rumaku - nawet jeśli ów książę daleki jest od ideału. Magda Skubisz dobrze bawi się ciętymi ripostami i pozwala bohaterom co jakiś czas przełamywać zasady rządzące światem. Tam, gdzie wprowadza swobodę: daje bohaterom szansę na konfrontację poglądów i szczerość, tam robi się zabawnie. Bywa trochę groźnie, trochę przerażająco i trochę ponuro, ale "Czarci ogród" to jednak powieść stworzona dla rozrywki czytelników, którzy chcą kibicować Toniemu i Katji. Autorka dobrze wykorzystuje modę na tematy zielarskie w literaturze dla kobiet, wie, jak rozkładać akcenty fabularne i potrafi przywiązywać do postaci. Wszystko razem składa się na świetne czytadło, które rozbudza apetyt na kolejne części. Saga rodu Tyszkowskich to opowieść stworzona z pomysłem, szczególnie cieszy motyw inteligentnej i zaradnej zielarki przełamującej stereotypy i potrafiącej celnie puentować nieoczekiwane sytuacje.

czwartek, 27 października 2022

Zofia Stanecka: Wiewiórka z lasu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2022.

Na rudo

Tuli Tuli jest tym bohaterem, który spaja całą serię dla małych dzieci - i o którym niewielu pamięta, chyba że odbiorcy skupiają się wyłącznie na ilustracjach i wyszukują duszka na kolejnych obrazkach. Bo w grafice Tuli Tuli ma swoje miejsce: to on podgląda zwierzęta w ich najbardziej typowych zachowaniach i to dzięki niemu dzieci będą mogły się czegoś dowiedzieć.Tuli Tuli jest dyskretny, nie ingeruje w świat postaci, co też stanowi cenną lekcję dla najmłodszych: w końcu ten bohater pełni tu rolę dalszoplanową. Zofia Stanecka w cyklu Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka przedstawia dzieciom kolejne zwierzęta - różne gatunki - i oswaja z przyrodą, zachęca do uważnego rozglądania się podczas spacerów i do działań proekologicznych. Tym razem Tuli Tuli spotyka wiewiórkę. "Wiewiórka z lasu" to opowieść o Kitce: opowieść, która rozpoczyna się jeszcze przed narodzinami właściwej bohaterki. Oto wiewiórka Łapka wychodzi z dziupli i zostawia ślady zapachowe dla samców. Po pewnym czasie rozwijają się w jej brzuchu cztery maluchy. Kitka przychodzi na świat pierwsza, nie może się doczekać. I teraz już odbiorcy będą sprawdzać, co dzieje się z wiewiórczymi oseskami. Najpierw małe i łyse stworzonka tulą się do siebie w miękkim gnieździe, przepychają się do mamy po mleko. Później między innymi Łapka przenosi swoje pociechy w bezpieczniejsze miejsce, co zapewni dzieciom dreszcz emocji. Wiewiórki przeżywają różne przygody: uczą się, jak unikać spotkań z drapieżnikami, brykają, biegają po drzewach - w końcu Kitka dojrzewa i sama czeka na partnera, który sprawi, że pójdzie w ślady swojej matki i wyda na świat potomstwo. Tuli Tuli obserwuje wszystkie momenty, te przyjemne i te nieco groźne, sprawdza, jak małe wiewiórki przygotowują się do samodzielnego życia i jak uczą się kolejnych rzeczy. Tak przygotowana historia przyciągnie odbiorców - bo w końcu oglądają oni dziecko (wiewiórcze), mogą zatem znaleźć punktu wspólne między własnym życiem a doświadczeniami wiewiórczątka. Przekonują się (odbiorcy), dlaczego zawsze trzeba słuchać mamy i jak unikać niebezpieczeństw. Opowieść o zwyczajnym życiu okazuje się ciekawa dla kilkulatków - bo pozwala przyjrzeć się przyrodzie, poznać zachowania i zwyczaje zwierząt. Zofia Stanecka proponuje bajkę, która przecież bajką jest nie do końca: nie ma tu wydarzeń z wyobraźni, a rzeczywistość została po prostu przełożona na język kreskówek. Autorka zaprasza wszystkich do lasu i uczy maluchy miłości do przyrody: dość łatwo rozczulić się nad sprytną wiewiórką i podziwiać jej pomysły.

Magdalena Kozieł-Nowak zajmuje się tutaj warstwą graficzną. "Wiewiórka z lasu" to kartonowy picture book, każda rozkładówka jest nasycona kolorami i wypełniona scenkami z codzienności wiewiórek (co oznacza obecność uroczych stworzeń niemal w każdym punkcie tomiku). Poza standardowym rytmem narracji czytelnicy będą mierzyć się tu z zestawem zagadek na marginesie książeczki. Zwykle są to albo zagadki, albo wyjaśnienia - przypisy rysunkowe - wprowadzające porównanie wybranych elementów, składników codzienności bohaterów (a także kojarzących się z nimi motywów). Zofia Stanecka chce, żeby dzieci poznawały las i jego mieszkańców, żeby czerpały wiedzę od najmłodszych lat - bo tylko tak będzie można w przyszłości przekonać je, że należy troszczyć się o przyrodę.

środa, 26 października 2022

Andrzej Pągowski w rozmowie z Dorotą Wellman: Być jak Pągowski

Agora, Warszawa 2022.

Skrót

Takich książek na rynku zawsze będzie za mało. Andrzej Pągowski wzięty na spytki przez Dorotę Wellman pozwala bowiem nie tylko na przegląd własnej twórczości, ale też podsuwa czytelnikom całkiem sporo cennych uwag na temat kultury i przemian społecznych, które wpływają na kształt rynku. Polska Szkoła Plakatu przewija się w tle, nie chodzi przecież o odnotowywanie sukcesów na tym polu - ale Pągowski nie zapomina o swoich mistrzach, zwłaszcza Waldemarowi Świerzemu poświęca dużo miejsca. Jest to wywiad-rzeka, ale gęsty i głęboki, pełen ciekawostek i barwnych anegdot, gawędziarski i bardzo przyjemny w lekturze: wiadomo, że czytelnikom łatwo się nie znudzi, a do tego podsunie im cenne refleksje nie tylko na temat sztuki. Andrzej Pągowski sprowokowany przez Dorotę Wellman zastanawia się między innymi nad "swoim" stylem w tworzeniu plakatów. Opowiada, jak trafił do grona plakacistów i jak wyglądały jego początki w czasach PRL-u. Pokazuje, na czym polegała praca dla teatrów czy filmów, napomyka o ingerencjach cenzury i wyjaśnia, co powinno trafić na plakat, a co absolutnie nie powinno się tam znajdować. Prezentuje plakaty jako dzieła sztuki - stosunkowo łatwo dostępne i w siermiężnych czasach wręcz jedyne do ozdabiania mieszkań przez masowych odbiorców. Ale też plakaty, o których mówi, zasługują na uwagę i różnią się od dzisiejszych - opartych w większości na zdjęciach - druków. Jest tu coś o technice tworzenia i coś o pomysłach, o operowaniu skrótem i o puentach. Andrzej Pągowski mówi między innymi o tym, jak przygotowuje się do stworzenia plakatu, jak wygląda współpraca ze "zleceniodawcą", kto daje mu wolną rękę, a kto woli mieć duży wpływ na efekt. Przedstawia też mechanizmy, które sprawdzały się w czasach PRL-u i które funkcjonują obecnie - tak, żeby odbiorcy mieli porównanie kontekstów.

Pągowski nie opowiada przez cały czas o swoim życiu, skupia się bardziej na pracy niż na osobistych tematach - chociaż tych ostatnich nie unika. Więcej ma jednak do powiedzenia na temat warsztatu i zawodu, a to, co mówi, może też wpływać na młodych artystów. Zwłaszcza kiedy autor analizuje zachowanie wstępującego środowiska wobec twórców funkcjonujących na rynku od dawna. Wiele można się dowiedzieć z tych wywodów, łącznie z motywem wynagrodzenia i z przejściem plakacisty w świat reklamy. Ciekawostek z różnych dziedzin nie zabraknie. A przecież Pągowski daje się poznać również jako człowiek niezwykle towarzyski, kolekcjonujący różne przedmioty, łatwo zawierający przyjaźnie także ze sławami (do których przecież sam się zalicza), a nawet... jako ten, który potrafi wykorzystywać media społecznościowe do własnego rozwoju: urozmaica swój wizerunek i jawi się jako postać, którą warto poznać. Wnikliwie obserwuje rzeczywistość i wyciąga wnioski z tego, co przeżywa - jest w stanie każdą sytuację opatrywać odpowiednim komentarzem, tak, żeby czytelnikom podsunąć smakowitą puentę lub zachęcić ich do przyjrzenia się otoczeniu. Ciekawe są historie o momentach "przełomów", o transformacjach i nowych możliwościach (Andrzej Pągowski przedstawia między innymi proces przechodzenia na komputery i tablety - nowe narzędzie otwiera przed nim inne rodzaje wyzwań). Dzięki tej książce można przyjrzeć się różnym aspektom tworzenia, ale też spotkać się z fascynującym człowiekiem, mistrzem, który nie buduje dystansu między sobą i odbiorcami. Warto tu podkreślić dobre porozumienie między interlokutorami, Dorota Wellman nie przeszkadza artyście, za to potrafi dyskretnie moderować rozmową. W efekcie zamieszczone na końcu tomu opowieści innych o Andrzeju Pągowskim wypadają po prostu blado - tak świetny jest to wywiad. Oczywiście nie zabraknie tutaj warstwy graficznej, wiele plakatów można sobie obejrzeć od razu podczas lektury, część powraca w powtórzeniach przy różnych okazjach (i tego trochę szkoda, bo chociaż funkcjonują jako ilustracje tekstu, można by zmieścić jeszcze więcej prac). "Być jak Pągowski" to książka, którą trzeba poznać - a pokochanie jej jest naturalną konsekwencją lektury.

wtorek, 25 października 2022

Magda Fres: Mama, smoczek!

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Świat – dziecko

Na nic deklarowanie feministycznych poglądów, poza kilkoma przypomnieniami, że ta filozofia życiowa najbardziej jej odpowiada, Małgosia nie robi nic, by przekonać czytelniczki, że nie zmieniła się w stereotypową mamuśkę. Nie zamierza – jak jej znajome – rozmawiać tylko o zupkach i kupkach. Ale kiedy na świat przychodzi Rumpel, Małgosia nawet nie zauważa swojej błyskawicznej przemiany w mamuśkę. Kupki stają się nadrzędnym tematem, bąki puszczane przez dziecko śmieszą jego matkę, maluch jest oczywiście najmądrzejszy, najzdolniejszy i najważniejszy. Każda jego umiejętność zasługuje na Nobla, a dla Małgosi świat przestaje się liczyć.

Magda Fres w tomie „Mama, smoczek!” solidaryzuje się z matkami. W zasadzie wszystkimi, które niedawno urodziły i tak jak bohaterka książki – zawęziły świat do jednej małej istoty. Znajdą tu coś dla siebie matki, które uwielbiają rozprawiać o kupkach i wyrzynających się zębach, oraz te, które już zastanawiają się, jak pokierować życiem dziecka. Małgosia co jakiś czas przypomina czytelniczkom, że jest mądra (bo pisze pracę doktorską), a to zobowiązuje do zastanowienia się nad skomplikowanymi sprawami. Na przykład – czym karmić dziecko, jak uniknąć chemii w jedzeniu, jak wychować malucha, jak usypiać, jakie kosmetyki stosować, jak sprzątać w domu… Nie zamienia się „Mama, smoczek” w poradnik dla młodych mam – Fres dostrzega za to czające się wszędzie problemy, a jej Małgosia daje upust licznym frustracjom. Rumpel właściwie uniemożliwia jakąkolwiek refleksję na pozadziecięce tematy.

Rok trwa ta opowieść utrzymana w formie dziennika spisywanego przez Małgosię na wyraźne polecenie promotorki. Rok, w którym każda wolna chwila – wolna od opieki nad dzieckiem i zabawy z nim – przeznaczona jest na opisywanie zachowań tego dziecka i decyzji z nim związanych. To zdecydowanie lektura dla młodych matek, ewentualnie dla pań, które dzieci rozczulają jak innych małe zwierzęta. Trzeba podzielać zachwyty bohaterki i mieć za sobą jej dylematy wychowawczo-decyzyjne, żeby cieszyć się książką bez zastrzeżeń. I trzeba też nastawić się na to, że poza kwestię Rumpla Małgosia nie ma zamiaru wychodzić.

Magda Fres podejmuje w książce tematy ważne z punktu widzenia matek (a i opiekunek) najmłodszych. Zwraca uwagę na zagadnienia, nad którymi odbiorczynie same powinny się zastanawiać, pokazuje, że wychowanie dziecka do prostych nie należy – zwłaszcza kiedy chce się pociesze zapewnić jak najlepsze warunki rozwoju. Dziennik młodej matki obfituje w przetestowane sposoby zaradzania drobnym problemom, ale jest też pełen informacji oczekujących na sprawdzenie, innych możliwych rozwiązań. Autorka wie, że forma dziennika nie wymusza na niej konstruowania tekstu według powieściowych wzorców, nie dba zatem o punkty kulminacyjne czy wątki, które przyciągną odbiorców spoza grupy docelowej. Tu liczy się tylko dziecko. Magda Fres nawiązuje w ten sposób do rozmaitych zwierzeń świeżo upieczonych matek, które próbują ironicznie spojrzeć na swoje sukcesy i porażki w nowej roli. Tyle że u Fres ironii nie ma, zastępuje ją próba ukazania codzienności. Zupełnie zwyczajnego życia z zupełnie zwyczajnym dzieckiem, traktowanym jak ósmy cud świata. „Mama, smoczek” podsyca stereotyp młodych mam wpatrzonych w dzieci i oddanych im bez reszty – ale to literatura specyficzna, nieprzeznaczona dla szerokiego grona czytelników, więc też rządząca się swoimi prawami.