Marginesy, Warszawa 2022.
Z cienia
Krzysztof Umiński chce poprowadzić opowieść, która odsłoni przed czytelnikami kulisy pracy nad przekładami wybitnych dzieł literackich. Sięga do biografii oraz wspomnień trzech pań - Joanny Guze, Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej i Marii Skibniewskiej, żeby zaprezentować możliwości literatury zapewniającej azyl w trudnych czasach. Tłumaczenia, które pozwalały na obcowanie ze słowem i - w pewnym stopniu tworzenie - dawały też większą wolność niż sam proces pisania. Z tego założenia wychodziły bohaterki tomu, kiedy szukały dla siebie zajęcia. Sam Krzysztof Umiński liczy na to, że trafił na temat-samograj, że książka powstanie niemal sama i zaskoczy również autora - dlatego też wybiera konwencję patchworku i trochę ucieka od porządkowania wiadomości na temat kolejnych pań. Informacji szuka nie tylko w rozmowach, ale i w materiałach źródłowych, sprawdza życiorysy i odkrywa perypetie wydawnicze. Ma w tym cel: zamierza przekonać czytelników o wyjątkowości zawodu tłumacza i o tym, że niesie on ze sobą przeróżne intelektualne wyzwania. Czasaim zestawia fragmenty, które przeszły do historii właśnie dzięki wyczuleniu na słowa autorów przekładów, innym razem przypomina, jakie łamigłówki przynoszą cytaty w dziełach. Zdarza mu się kilka razy porównać charakterystyczne frazy - i pokazać, jak wyglądała droga do nich, gdzie tłumacze decydowali się na poważniejsze odstępstwa od oryginału na rzecz brzmienia i gdzie pomysły tłumaczy przetrwały. Daje odbiorcom przegląd zjawisk, o których ci nie mieli pojęcia - i przypomina, jak wiele komplikacji łączy się z przybliżaniem dzieł z innego kraju. A jednak dla bohaterek tej publikacji tłumaczenia to nie tylko ciężka praca, ale i sztuka.
Nie ma tu koncentrowania się na samych biografiach: chociaż wielu czytelników na nazwiska tłumaczy nie zwraca uwagi i chociaż czasami przydałoby się trochę faktów przytoczyć, Umiński rezygnuje z tworzenia biograficznych szkiców. Bardziej zależy mu na podkreślaniu specyfiki pracy, na akcentowaniu ciekawostek (które często sam odkrywa w procesie gromadzenia materiałów do książki). Pisze trochę fragmentami: stawia na anegdoty, ale nie układa ich na osi czasu, woli raczej przechodzić od tematu do tematu niż budować chronologiczny zestaw doświadczeń tłumaczek. Ma na to wpływ także wybiórczość: nie wszystkie fakty czy wydarzenia zasługują na uwagę, więc dzięki takiemu podejściu autor nie musi tłumaczyć się z dokonywanych wyborów. I tak może spopularyzować pracę bohaterek książki, a dodatkowo przekonać czytelników, że warto doceniać translatorskie dokonania. Rejestruje niejako przy okazji decyzje wydawnicze oraz możliwości i ograniczenia związane z działalnością w PRL-u PIW-u czy Czytelnika. Zwykle nie zajmuje się zbyt długo analizą pojedynczych dzieł w przekładach - wyjątek robi dla twórczości Tolkiena, z jego powieści tworzy rozbudowany przykład pracy tłumaczy. Z rzadka nawiązuje za to do życia prywatnego bohaterek książki, o wiele bardziej intryguje go sam motyw potyczek ze słowną materią. I na tym w tomie bazuje. I nawet jeśli czasami sprawia wrażenie, jakby nie był do końca pewny, do czego dąży i co chce osiągnąć swoją książką, jest w stanie przyciągnąć czytelników tym, co rzadko spotykane w opracowaniach. Pochyla się nad pracą, której efekty rzadko się docenia i rzadko się dostrzega - przywraca tłumaczom miejsce w dyskursie publicznym.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 2 lutego 2022
wtorek, 1 lutego 2022
Angels Navarro: Zgadnij w minutę. 1051 łamigłówek
Nasza Księgarnia, Warszawa 2022.
Kolorowe zagadki
To łamigłówki w starym stylu, ale każdy maluch może zainteresować się książką ze względu na wyzwanie, jakie rzuca ANgels Navarro. "Zgadnij w minutę. 1051 łamigłówek" to publikacja przeznaczona dla dzieci niecierpliwych, zwłaszcza tych, które nie chcą zbyt długo siedzieć nad książkami. Obietnica rozwiązań w minutę to z jednej strony zaproszenie do nietypowego konkursu, z drugiej natomiast - obietnica rozrywki błyskawicznej. Angels Navarro znajduje sposób na odświeżenie schematów. Nie proponuje niczego nowego - ale w nowej odsłonie, przez co automatycznie zyskuje zainteresowanie użytkowników książki. Ponadto jego propozycja rzuca się w oczy: jest kolorowa i atrakcyjna pod kątem wizualnym, humorystyczne ilustracje przykuwają wzrok i zapewniają dobrą zabawę. Na każdym obrazku jest mnóstwo szczegółów, co sprawia, że kilkulatki chętniej zaangażują się w pracę.
Tom jest podzielony na dwie części i oczywiście na niespełna 130 stronach nie zmieści się 1051 różnych łamigłówek - ale też nie można zarzucić wydawcy kłamstwa, bo jeśli jako osobne zagadki potraktować kolejne tematy do wyszukiwania - jest tu znacznie więcej zadań (a ich liczbę można zwiększać samodzielnie - bo przecież na rozkładówkach skrywa się mnóstwo detali). Dwie części książki to po pierwsze - zestaw klasycznych zabaw i propozycji znanych już dzieciom z rozmaitych zeszytów ćwiczeń i zbiorów łamigłówek. Są labirynty, łączenie w pary, elementy, które trzeba dopasować do obrazka, zagadki na inteligencję, wyszukiwanie wszystkich przedmiotów w określonym kolorze, wszystkich podobnych detali, dopasowywanie cieni itp. W drugiej części za to pojawiają się już typowe wyszukiwanki bez tekstowych poleceń: tutaj na marginesie widnieją ilustracje z przedmiotami, które trzeba wskazać (i liczbą ewentualnych powtórzeń), nawet zatem dzieci, które jeszcze samodzielnie nie czytają, będą mogły same rozwiązywać zadania. Tym, co łączy wszystkie ćwiczenia, staje się konieczność rozwiązywania ich w minutę: oczywiście nie trzeba wykonywać poleceń ze stoperem w ręku, chyba że ktoś ma ochotę sprawdzać się w tego typu wyzwaniach. Można traktować tomik jako zestaw zwyczajnych łamigłówek do rozwiązywania w wolnym czasie i dla uniknięcia nudy. "Zgadnij w minutę. 1051 łamigłówek" to zatem standardowy zestaw rozrywek dla najmłodszych - wzmocniony o dodatkowe wyzwanie. Tym, co rzuca się w oczy, jest ogrom kolorów. Nasycone barwy na kolejnych rozkładówkach zapewniają zainteresowanie dzieci. Ale atrakcyjność mieści się już na poziomie tematów do zadań. Trzeba na przykład poszukać składników do pizzy albo doprowadzić pandę do bambusa, wskazać rzeczy przydające się zimą, latem albo podczas majsterkowania. Navarro zmusza odbiorców do myślenia: czasami proponuje abstrakcyjne i niezgodne z rzeczywistością elementy lub detale obrazków, innym razem wybiera dość enigmatyczne polecenia: dziecko ma wskazać rzeczy, które przydadzą się w szkole - to wyzwanie, które może rozbudzić kreatywność przy wyszukiwaniu uzasadnień. Pojedyncze obrazki także budzą radość, bohaterowie na nich bywają przerysowani i karykaturalni, innym razem ilustracja urzeka powtarzającym się wzorem. Na wyszukiwankach Navarro bardzo mocno komplikuje niektóre zadania: tworzy obrazki z dominującym jednym kolorem albo z odwracającym uwagę systemem labiryntów - wszystko po to, żeby urozmaicać zadania i cieszyć maluchy. Ta książka spełni swoją funkcję idealnie.
Kolorowe zagadki
To łamigłówki w starym stylu, ale każdy maluch może zainteresować się książką ze względu na wyzwanie, jakie rzuca ANgels Navarro. "Zgadnij w minutę. 1051 łamigłówek" to publikacja przeznaczona dla dzieci niecierpliwych, zwłaszcza tych, które nie chcą zbyt długo siedzieć nad książkami. Obietnica rozwiązań w minutę to z jednej strony zaproszenie do nietypowego konkursu, z drugiej natomiast - obietnica rozrywki błyskawicznej. Angels Navarro znajduje sposób na odświeżenie schematów. Nie proponuje niczego nowego - ale w nowej odsłonie, przez co automatycznie zyskuje zainteresowanie użytkowników książki. Ponadto jego propozycja rzuca się w oczy: jest kolorowa i atrakcyjna pod kątem wizualnym, humorystyczne ilustracje przykuwają wzrok i zapewniają dobrą zabawę. Na każdym obrazku jest mnóstwo szczegółów, co sprawia, że kilkulatki chętniej zaangażują się w pracę.
Tom jest podzielony na dwie części i oczywiście na niespełna 130 stronach nie zmieści się 1051 różnych łamigłówek - ale też nie można zarzucić wydawcy kłamstwa, bo jeśli jako osobne zagadki potraktować kolejne tematy do wyszukiwania - jest tu znacznie więcej zadań (a ich liczbę można zwiększać samodzielnie - bo przecież na rozkładówkach skrywa się mnóstwo detali). Dwie części książki to po pierwsze - zestaw klasycznych zabaw i propozycji znanych już dzieciom z rozmaitych zeszytów ćwiczeń i zbiorów łamigłówek. Są labirynty, łączenie w pary, elementy, które trzeba dopasować do obrazka, zagadki na inteligencję, wyszukiwanie wszystkich przedmiotów w określonym kolorze, wszystkich podobnych detali, dopasowywanie cieni itp. W drugiej części za to pojawiają się już typowe wyszukiwanki bez tekstowych poleceń: tutaj na marginesie widnieją ilustracje z przedmiotami, które trzeba wskazać (i liczbą ewentualnych powtórzeń), nawet zatem dzieci, które jeszcze samodzielnie nie czytają, będą mogły same rozwiązywać zadania. Tym, co łączy wszystkie ćwiczenia, staje się konieczność rozwiązywania ich w minutę: oczywiście nie trzeba wykonywać poleceń ze stoperem w ręku, chyba że ktoś ma ochotę sprawdzać się w tego typu wyzwaniach. Można traktować tomik jako zestaw zwyczajnych łamigłówek do rozwiązywania w wolnym czasie i dla uniknięcia nudy. "Zgadnij w minutę. 1051 łamigłówek" to zatem standardowy zestaw rozrywek dla najmłodszych - wzmocniony o dodatkowe wyzwanie. Tym, co rzuca się w oczy, jest ogrom kolorów. Nasycone barwy na kolejnych rozkładówkach zapewniają zainteresowanie dzieci. Ale atrakcyjność mieści się już na poziomie tematów do zadań. Trzeba na przykład poszukać składników do pizzy albo doprowadzić pandę do bambusa, wskazać rzeczy przydające się zimą, latem albo podczas majsterkowania. Navarro zmusza odbiorców do myślenia: czasami proponuje abstrakcyjne i niezgodne z rzeczywistością elementy lub detale obrazków, innym razem wybiera dość enigmatyczne polecenia: dziecko ma wskazać rzeczy, które przydadzą się w szkole - to wyzwanie, które może rozbudzić kreatywność przy wyszukiwaniu uzasadnień. Pojedyncze obrazki także budzą radość, bohaterowie na nich bywają przerysowani i karykaturalni, innym razem ilustracja urzeka powtarzającym się wzorem. Na wyszukiwankach Navarro bardzo mocno komplikuje niektóre zadania: tworzy obrazki z dominującym jednym kolorem albo z odwracającym uwagę systemem labiryntów - wszystko po to, żeby urozmaicać zadania i cieszyć maluchy. Ta książka spełni swoją funkcję idealnie.
poniedziałek, 31 stycznia 2022
Christina Lauren: Miłość na święta
Poradnia K, Warszawa 2021.
Wyjaśnienie
To powieść z gatunku romansów za wszelką cenę, lekkich i nieskomplikowanych czytadeł w dodatku zahaczających o fantastykę – motyw podróży w czasie to coś, co dwie autorki, piszące pod pseudonimem Christina Lauren wykorzystują jako punkt wyjścia, ale czego nie rozwiązują. Nie zależy im bowiem na wyjaśnieniach dziwnego stanu rzeczy – a na rozwoju uczuć. Mae to młoda kobieta, która, jak co roku, spędza Boże Narodzenie z rodzicami i ich przyjaciółmi. To oznacza, że znów będzie mieć przy sobie obiekt westchnień od czasów nastoletnich – tyle tylko, że popełnia błąd i zamiast wyznać, co czuje, przeżywa krótką chwilę zapomnienia z bratem ukochanego. Od tej chwili wszystko zaczyna się psuć: bohaterka może stracić absolutnie każdy element dostarczający jej w święta szczęścia i satysfakcji, nie mówiąc już o tym, że zaprzepaszcza szansę na wymarzony związek. Prośba rzucona do wszechświata sprawia, że Mae cofa się o kilka dni w czasie i może jeszcze raz przeżyć święta, naprawiając popełnione błędy. Jeśli zagubi się w swoich działaniach, sytuacja się powtórzy. Nikt nie wie, dlaczego, a sama bohaterka nie może zwierzać się wszystkim z tego, co przeżywa. Za to uczy się wykorzystywać zgromadzoną w fantastyczny sposób wiedzę i stopniowo dociera do swojego wybranka. Zna już scenariusze, które doprowadzą do katastrofy – pora, żeby wprowadziła w czyn te bardziej przydatne i zdecydowała się na wyznanie miłości.
Dwie autorki stawiają na to, co młode odbiorczynie z pewnością będą chciały przeczytać w zimowy wieczór. Nie proponują ani skomplikowanej fabuły, ani zbyt wielu przeciwności losu: to, co Mae przeżywa na początku swojej świątecznej przygody, wyczerpuje prawie całkowicie limit nieszczęść i zawodów – potem będzie jeszcze jedna sprzeczka, która może pokrzyżować plany bohaterom, ale znajduje się ona w takim punkcie powieści, że nikt nie potraktuje jej poważnie: to po prostu obowiązkowy element fabuły, przeszkoda na drodze do ciągłego szczęścia – po to, żeby bohaterom nie wszystko zawsze się udawało. Dość wymuszony powód do kłótni nie przekona zatem czytelniczek, że zagraża poważnie związkowi i Mae będzie mogła znaleźć radość, której oczekiwała. „Miłość na święta” to przecież historia na kanwie bożonarodzeniowych cudów: tu wcale nie chodzi o prawdopodobieństwo – a o rozrywkę bez trosk. Co ciekawe, autorki proponują kilka gier, które mogą urozmaicić rodzinne zjazdy: jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od elektronicznych gadżetów i świąt za stołem, może skorzystać ze wskazówek z tomu.
Jest tu trochę humoru, jest przypomnienie, że nie wszystko zawsze da się przewidzieć. W zasadzie można by spokojnie zrezygnować z początkowej rozbiegówki – motywu podróży w czasie – skoro autorki nie mają pomysłu na jego uzasadnienie. Powieść przyciągałaby tak samo (pewną grupę odbiorczyń), a nie zirytowałaby nagłym przejściem do innego gatunku.
Wyjaśnienie
To powieść z gatunku romansów za wszelką cenę, lekkich i nieskomplikowanych czytadeł w dodatku zahaczających o fantastykę – motyw podróży w czasie to coś, co dwie autorki, piszące pod pseudonimem Christina Lauren wykorzystują jako punkt wyjścia, ale czego nie rozwiązują. Nie zależy im bowiem na wyjaśnieniach dziwnego stanu rzeczy – a na rozwoju uczuć. Mae to młoda kobieta, która, jak co roku, spędza Boże Narodzenie z rodzicami i ich przyjaciółmi. To oznacza, że znów będzie mieć przy sobie obiekt westchnień od czasów nastoletnich – tyle tylko, że popełnia błąd i zamiast wyznać, co czuje, przeżywa krótką chwilę zapomnienia z bratem ukochanego. Od tej chwili wszystko zaczyna się psuć: bohaterka może stracić absolutnie każdy element dostarczający jej w święta szczęścia i satysfakcji, nie mówiąc już o tym, że zaprzepaszcza szansę na wymarzony związek. Prośba rzucona do wszechświata sprawia, że Mae cofa się o kilka dni w czasie i może jeszcze raz przeżyć święta, naprawiając popełnione błędy. Jeśli zagubi się w swoich działaniach, sytuacja się powtórzy. Nikt nie wie, dlaczego, a sama bohaterka nie może zwierzać się wszystkim z tego, co przeżywa. Za to uczy się wykorzystywać zgromadzoną w fantastyczny sposób wiedzę i stopniowo dociera do swojego wybranka. Zna już scenariusze, które doprowadzą do katastrofy – pora, żeby wprowadziła w czyn te bardziej przydatne i zdecydowała się na wyznanie miłości.
Dwie autorki stawiają na to, co młode odbiorczynie z pewnością będą chciały przeczytać w zimowy wieczór. Nie proponują ani skomplikowanej fabuły, ani zbyt wielu przeciwności losu: to, co Mae przeżywa na początku swojej świątecznej przygody, wyczerpuje prawie całkowicie limit nieszczęść i zawodów – potem będzie jeszcze jedna sprzeczka, która może pokrzyżować plany bohaterom, ale znajduje się ona w takim punkcie powieści, że nikt nie potraktuje jej poważnie: to po prostu obowiązkowy element fabuły, przeszkoda na drodze do ciągłego szczęścia – po to, żeby bohaterom nie wszystko zawsze się udawało. Dość wymuszony powód do kłótni nie przekona zatem czytelniczek, że zagraża poważnie związkowi i Mae będzie mogła znaleźć radość, której oczekiwała. „Miłość na święta” to przecież historia na kanwie bożonarodzeniowych cudów: tu wcale nie chodzi o prawdopodobieństwo – a o rozrywkę bez trosk. Co ciekawe, autorki proponują kilka gier, które mogą urozmaicić rodzinne zjazdy: jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od elektronicznych gadżetów i świąt za stołem, może skorzystać ze wskazówek z tomu.
Jest tu trochę humoru, jest przypomnienie, że nie wszystko zawsze da się przewidzieć. W zasadzie można by spokojnie zrezygnować z początkowej rozbiegówki – motywu podróży w czasie – skoro autorki nie mają pomysłu na jego uzasadnienie. Powieść przyciągałaby tak samo (pewną grupę odbiorczyń), a nie zirytowałaby nagłym przejściem do innego gatunku.
niedziela, 30 stycznia 2022
Ellery Lloyd: Influencerka
Marginesy, Warszawa 2022.
Zagrożenia
Ellery Lloyd, czyli autorski duet: Colette Lyons i Paul Vlitos, proponują przejście w thrillerach do tematów coraz bliższych odbiorcom - i pokazują zagrożenia płynące ze sprzedawania swojej prywatności w internecie. "Influencerka" to bardzo udany thriller, który w warstwie narracyjnej przypomina powieści obyczajowe. Zgrabna narracja nie usypia czujności odbiorców - bo autorzy nabudowują poczucie zagrożenia. Pojawiają się migawki: kilkuletnia córka w szpitalu, niemowlę - chłopiec - w śmiertelnym niebezpieczeństwie. To może być cena za popularność Emmy. Emmy jest instagramerką, która przedstawia na swoich profilach w portalach społecznościowych nieidealne życie zwyczajnej mamy. Chociaż to jeden z bardziej oklepanych tematów, kobieta trafia w niszę: przekonuje do siebie rzesze fanek, kolejnych nieidealnych mam, które potrzebują wsparcia i powiedzenia, że mają prawo do słabości. Emmy - razem ze swoją agentką - doskonale wie, co i w jakiej sytuacji przedstawić swoim odbiorczyniom, żeby wypaść wiarygodnie i zdobyć kolejne punkty (przekładające się na zarobki).
Emmy działa jak robot. Potrafi wszystko zaplanować i wszystko przekuć na klikalność. Zna mechanizmy rządzące światem internetu i świetnie radzi sobie z wyzwaniami. Stała się specjalistką od tworzenia alternatywnej rzeczywistości, jest guru dla licznego grona młodych matek i nie zamierza rezygnować ze swoich pomysłów nawet wtedy, gdy okazują się dwuznaczne moralnie. A okazują się takie coraz częściej, co z przerażeniem odnotowuje mąż Emmy. Mężczyzna coraz częściej dostrzega sztuczność i rozpad podstawowych międzyludzkich kontaktów. Widzi, że Emmy działa jak maszyna, nie interesuje się uczuciami innych ludzi, ignoruje nawet wieloletnie przyjaciółki. Emmy wpada w pułapkę: całe swoje życie zamienia w pracę, czym może narobić sobie wielu wrogów - nawet jeśli z pozoru wszyscy ją kochają. Emmy jednak nie jest naiwna: wie, że musi zachować środki ostrożności. Nigdzie nie publikuje informacji, które mogłyby zdradzić jej miejsce zamieszkania, przed obiektywem aparatu gra swoją rolę: przeinacza fakty i snuje nieprawdziwe opowieści na temat swoich bliskich. A jednak jest ktoś, kto życzy jej jak najgorzej ze względu na pewną urazę. Autorzy do odsłonięcia zagadki będą dążyć powoli i - ostrożnie wprowadzać kolejnych bohaterów, którzy mogą rzucić nowe światło na wydarzenia. Jest w tym pewna zachowawczość, ale nie przeszkadza ona w lekturze i w podążaniu za fabułą. Wykorzystują twórcy zmiany narratorów: opowieść z punktu widzenia Emmy, jej męża oraz tajemniczej nieznajomej, która planuje odważną zemstę - to chwyt standardowy, który pomaga w zrozumieniu różnych punktów widzenia i ubarwia dramaturgię.
Jeden zarzucony wątek warto było jeszcze bardziej uwypuklić. Emmy w ujęciu autorów przejawia cechy psychopatki: nie kieruje się emocjami, nie ma w sobie empatii - i to w książce nie zostaje wykorzystane do końca. Emmy przejawia skłonności do autodestrukcji, ale nie przekłada się to na jej codzienność. Chociaż motyw psychologiczny trochę autorzy odpuszczają, dobrze radzą sobie za to z pokazaniem, jak działa biznes internetowy. To zestaw porad (i przestróg) dla wszystkich tych, którzy chcą zostać youtuberami czy instagramerami i zarabiać na tym gigantyczne pieniądze. Niezależnie jednak od jakości wskazówek i prawdopodobieństwa akcji - książkę czyta się bardzo dobrze. Nie trzeba nawet być fanem thrillerów, żeby dać się wciągnąć w tę opowieść.
Zagrożenia
Ellery Lloyd, czyli autorski duet: Colette Lyons i Paul Vlitos, proponują przejście w thrillerach do tematów coraz bliższych odbiorcom - i pokazują zagrożenia płynące ze sprzedawania swojej prywatności w internecie. "Influencerka" to bardzo udany thriller, który w warstwie narracyjnej przypomina powieści obyczajowe. Zgrabna narracja nie usypia czujności odbiorców - bo autorzy nabudowują poczucie zagrożenia. Pojawiają się migawki: kilkuletnia córka w szpitalu, niemowlę - chłopiec - w śmiertelnym niebezpieczeństwie. To może być cena za popularność Emmy. Emmy jest instagramerką, która przedstawia na swoich profilach w portalach społecznościowych nieidealne życie zwyczajnej mamy. Chociaż to jeden z bardziej oklepanych tematów, kobieta trafia w niszę: przekonuje do siebie rzesze fanek, kolejnych nieidealnych mam, które potrzebują wsparcia i powiedzenia, że mają prawo do słabości. Emmy - razem ze swoją agentką - doskonale wie, co i w jakiej sytuacji przedstawić swoim odbiorczyniom, żeby wypaść wiarygodnie i zdobyć kolejne punkty (przekładające się na zarobki).
Emmy działa jak robot. Potrafi wszystko zaplanować i wszystko przekuć na klikalność. Zna mechanizmy rządzące światem internetu i świetnie radzi sobie z wyzwaniami. Stała się specjalistką od tworzenia alternatywnej rzeczywistości, jest guru dla licznego grona młodych matek i nie zamierza rezygnować ze swoich pomysłów nawet wtedy, gdy okazują się dwuznaczne moralnie. A okazują się takie coraz częściej, co z przerażeniem odnotowuje mąż Emmy. Mężczyzna coraz częściej dostrzega sztuczność i rozpad podstawowych międzyludzkich kontaktów. Widzi, że Emmy działa jak maszyna, nie interesuje się uczuciami innych ludzi, ignoruje nawet wieloletnie przyjaciółki. Emmy wpada w pułapkę: całe swoje życie zamienia w pracę, czym może narobić sobie wielu wrogów - nawet jeśli z pozoru wszyscy ją kochają. Emmy jednak nie jest naiwna: wie, że musi zachować środki ostrożności. Nigdzie nie publikuje informacji, które mogłyby zdradzić jej miejsce zamieszkania, przed obiektywem aparatu gra swoją rolę: przeinacza fakty i snuje nieprawdziwe opowieści na temat swoich bliskich. A jednak jest ktoś, kto życzy jej jak najgorzej ze względu na pewną urazę. Autorzy do odsłonięcia zagadki będą dążyć powoli i - ostrożnie wprowadzać kolejnych bohaterów, którzy mogą rzucić nowe światło na wydarzenia. Jest w tym pewna zachowawczość, ale nie przeszkadza ona w lekturze i w podążaniu za fabułą. Wykorzystują twórcy zmiany narratorów: opowieść z punktu widzenia Emmy, jej męża oraz tajemniczej nieznajomej, która planuje odważną zemstę - to chwyt standardowy, który pomaga w zrozumieniu różnych punktów widzenia i ubarwia dramaturgię.
Jeden zarzucony wątek warto było jeszcze bardziej uwypuklić. Emmy w ujęciu autorów przejawia cechy psychopatki: nie kieruje się emocjami, nie ma w sobie empatii - i to w książce nie zostaje wykorzystane do końca. Emmy przejawia skłonności do autodestrukcji, ale nie przekłada się to na jej codzienność. Chociaż motyw psychologiczny trochę autorzy odpuszczają, dobrze radzą sobie za to z pokazaniem, jak działa biznes internetowy. To zestaw porad (i przestróg) dla wszystkich tych, którzy chcą zostać youtuberami czy instagramerami i zarabiać na tym gigantyczne pieniądze. Niezależnie jednak od jakości wskazówek i prawdopodobieństwa akcji - książkę czyta się bardzo dobrze. Nie trzeba nawet być fanem thrillerów, żeby dać się wciągnąć w tę opowieść.
sobota, 29 stycznia 2022
Joanna Łopusińska: Zderzacz
W.A.B., Warszawa 2022.
Skandal międzynarodowy
Joanna Łopusińska ma szanse podbić zagraniczne rynki z takim podejściem do tworzenia literatury rozrywkowej (chociaż tłumaczenie przekleństwa na stronie 159 sprawia, że każdy zastanowi się nad jej podejściem do języka). Widać i tak, że dla autorki narracja jest sprawą drugorzędną: służy tylko do przedstawiania biegu wydarzeń, na pewno nie staje się powodem do refleksji i do warsztatowych popisów. Joanna Łopusińska skupia się na dość skomplikowanej intrydze, snuje opowieść rozbijaną na głosy i na różne odcienie emocjonalne. "Zderzacz" to powieść, która ma wyrwać się z kompleksów "polskości" i odrzucić tanią sensację. Autorka decyduje się na rozmach i próbuje zainteresować literaturą rozrywkową bardziej ambitnych czytelników. Obiecuje im nietypowe miejsce akcji: zbrodnia wydarza się w Wielkim Zderzaczu Hadronów, obejmuje środowisko badaczy i geniuszy. Już samo to ma wyróżnić powieść na rynku - chociaż autorka nie zamierza prezentować zbyt wielu detali z pracy bohaterów. Próbuje za to uświadomić odbiorcom, jak skomplikowane są doświadczenia pracowników naukowych, zwłaszcza tych najlepszych. Ginie Noah Majewski - i to wielka strata dla całego środowiska. Ale gorzej, że ginie także bezcenny zbiór notatek badacza - efekt odkryć i ogromnej wiedzy i przepis na światową katastrofę (jeśli znajdzie się w niepowołanych rękach). Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy w toku śledztwa znikają kolejni bohaterowie. Teraz już wiadomo, że o przypadku nie można mówić, a ci, którzy do tej pory zagłębiali się w hermetycznych badaniach, mogą znaleźć się w poważnym niebezpieczeństwie.
Przeniesienie akcji do ośrodka badań jądrowych nie oznacza, że język stanie się hermetyczny. Joanna Łopusińska w ogóle stara się pisać obiektywnie i bezemocjonalnie, co momentami wypada dość dziwnie: jakby nie chciała zaangażować się w prowadzoną przez siebie opowieść i uciekała od przywiązania do postaci. Drugim sposobem na zdystansowanie się od bohaterów staje się tutaj szybkie przechodzenie między scenami i motywami. Joanna Łopusińska szuka wątków niemal obowiązkowych w tego typu literaturze: wie, że warto czasami pokazać prywatność, a wręcz intymność postaci, tak, żeby w oczach odbiorców wypadały one bardziej realistycznie i budziły silniejsze uczucia. W samej konstrukcji powieści autorka stawia na sensacyjność. Najbardziej interesuje ją prezentowanie biegu wydarzeń - dynamicznego, wypełnionego filmowymi scenami. Nie liczy się tu w ogóle literackość, chociaż Łopusińska unika stylistyki pop i upraszczania narracji. Ucieka od zwracania uwagi na język (chyba że akurat zadziwia pomysłem na tłumaczenie przekleństwa, ale to niezamierzony zabieg), rezygnuje też z tworzenia opisów nacechowanych emocjonalnie. W efekcie będzie jej trudniej przekonać do samych bohaterów - jako że sygnalizuje ich osobność, oderwanie od zwyczajnego świata. Nie będzie to przeszkodą dla odbiorców: akcja zaangażuje ich wystarczająco mocno, by brak uczuć przestał być problemem w lekturze. "Zderzacz" to ciekawe podejście do gatunku.
Skandal międzynarodowy
Joanna Łopusińska ma szanse podbić zagraniczne rynki z takim podejściem do tworzenia literatury rozrywkowej (chociaż tłumaczenie przekleństwa na stronie 159 sprawia, że każdy zastanowi się nad jej podejściem do języka). Widać i tak, że dla autorki narracja jest sprawą drugorzędną: służy tylko do przedstawiania biegu wydarzeń, na pewno nie staje się powodem do refleksji i do warsztatowych popisów. Joanna Łopusińska skupia się na dość skomplikowanej intrydze, snuje opowieść rozbijaną na głosy i na różne odcienie emocjonalne. "Zderzacz" to powieść, która ma wyrwać się z kompleksów "polskości" i odrzucić tanią sensację. Autorka decyduje się na rozmach i próbuje zainteresować literaturą rozrywkową bardziej ambitnych czytelników. Obiecuje im nietypowe miejsce akcji: zbrodnia wydarza się w Wielkim Zderzaczu Hadronów, obejmuje środowisko badaczy i geniuszy. Już samo to ma wyróżnić powieść na rynku - chociaż autorka nie zamierza prezentować zbyt wielu detali z pracy bohaterów. Próbuje za to uświadomić odbiorcom, jak skomplikowane są doświadczenia pracowników naukowych, zwłaszcza tych najlepszych. Ginie Noah Majewski - i to wielka strata dla całego środowiska. Ale gorzej, że ginie także bezcenny zbiór notatek badacza - efekt odkryć i ogromnej wiedzy i przepis na światową katastrofę (jeśli znajdzie się w niepowołanych rękach). Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy w toku śledztwa znikają kolejni bohaterowie. Teraz już wiadomo, że o przypadku nie można mówić, a ci, którzy do tej pory zagłębiali się w hermetycznych badaniach, mogą znaleźć się w poważnym niebezpieczeństwie.
Przeniesienie akcji do ośrodka badań jądrowych nie oznacza, że język stanie się hermetyczny. Joanna Łopusińska w ogóle stara się pisać obiektywnie i bezemocjonalnie, co momentami wypada dość dziwnie: jakby nie chciała zaangażować się w prowadzoną przez siebie opowieść i uciekała od przywiązania do postaci. Drugim sposobem na zdystansowanie się od bohaterów staje się tutaj szybkie przechodzenie między scenami i motywami. Joanna Łopusińska szuka wątków niemal obowiązkowych w tego typu literaturze: wie, że warto czasami pokazać prywatność, a wręcz intymność postaci, tak, żeby w oczach odbiorców wypadały one bardziej realistycznie i budziły silniejsze uczucia. W samej konstrukcji powieści autorka stawia na sensacyjność. Najbardziej interesuje ją prezentowanie biegu wydarzeń - dynamicznego, wypełnionego filmowymi scenami. Nie liczy się tu w ogóle literackość, chociaż Łopusińska unika stylistyki pop i upraszczania narracji. Ucieka od zwracania uwagi na język (chyba że akurat zadziwia pomysłem na tłumaczenie przekleństwa, ale to niezamierzony zabieg), rezygnuje też z tworzenia opisów nacechowanych emocjonalnie. W efekcie będzie jej trudniej przekonać do samych bohaterów - jako że sygnalizuje ich osobność, oderwanie od zwyczajnego świata. Nie będzie to przeszkodą dla odbiorców: akcja zaangażuje ich wystarczająco mocno, by brak uczuć przestał być problemem w lekturze. "Zderzacz" to ciekawe podejście do gatunku.
piątek, 28 stycznia 2022
Bruno Schulz: Sklepy cynamonowe i inne opowiadania
Marginesy, Warszawa 2022.
Powrót piękna
Na rynek powracają właśnie "Sklepy cynamonowe", zbiór opowiadań oraz rysunków stworzonych przez Brunona Schulza, z dodatkiem - czterema utworami, które powstały po publikacji "Sklepów", siłą rzeczy zatem mniej znanymi szerokiej publiczności. Do Schulza po latach sięgać mogą czytelnicy zainteresowani synestezją w narracji i umiejętnością tworzenia niezwykłej atmosfery w tekstach. Opowiadania, w których refrenowo powraca ojciec z pogranicza realizmu i magii, do dzisiaj mogą funkcjonować jako literacki popis i pokaz możliwości wyobraźni autora. Bruno Schulz nie koncentruje się tu na budowaniu fabuły i opowiadaniu o wydarzeniach, rejestruje raczej drobiazgi z codzienności, zajmuje się utrwalaniem w słowach tego, co można równie dobrze przenieść na płótno. Statyczne obrazki urzekają jednak sposobem analizy otoczenia. Autor jest w stanie z każdego detalu wyłuskać jego istotę, a następnie przekuć ją w komentarz, który uruchamia fantazję. "Sklepy cynamonowe i inne opowiadania" to tom, który rejestruje wyjątkową wrażliwość - już w momencie oglądania domowej rzeczywistości. Bruno Schulz specjalizuje się w małych formach, wykorzystuje je do prezentowania przedziwnego mariażu prozy i poetyckości. Nieprzezroczyste opowieści są jednocześnie bardzo prawdziwe i przekonujące - nietrudno uwierzyć w prezentowane sceny i przeżywać je wciąż na nowo. Autor zamienia się tu w przewodnika po losach własnej rodziny, pisze z perspektywy obserwatora zaangażowanego w codzienność, ale jednocześnie dystansującego się od niej za sprawą sztuki. Zależy mu nie tylko na odnalezieniu najbardziej trafnych fraz: nie tylko mimetyczne spostrzeżenia się liczą, ważny okazuje się również proces malowania obrazów za pomocą słów. Opowiadania ze "Sklepów cynamonowych" są tylko pozornie oderwane od realiów. Uniwersalne w swojej wymowie i pozbawione odniesień do pozaliterackiej rzeczywistości stanowią przegląd klisz z okresu dojrzewania, zamieniają się w ogólną ocenę ludzkich doświadczeń. Wrażliwość, którą wykorzystuje Bruno Schulz do ich stworzenia, sprawia, że czytelnicy dają się ponieść samej formie. Schulz nie zamierza przesadnie rozwijać kolejnych scenek: stawia na utwory krótkie i wyraziste w swojej wymowie - ale nie przekłada się to na oszczędność słów w poszczególnych akapitach. Daleki od ascezy stylistycznej, zamienia się w poetę i malarza jednocześnie: traktuje literaturę jako kolejną formę sztuk wizualnych. Proponuje odbiorcom literaturę wyjątkową i niepowtarzalną: wolną od schematów (a przecież na schematach budowaną) i esencjonalną, jednocześnie zwracającą uwagę na tworzywo. Powraca zatem na rynek dzieło, które wyzwala silne emocje i które stanowi przeciwwagę do literatury masowej, dojrzałe, pełne i wciąż atrakcyjne - "Sklepy cynamonowe" nie zestarzeją się szybko. Ta literatura uwodzi i wymaga uważnej lektury, zaspokaja wymagających odbiorców i przypomina o możliwościach tkwiących w języku. Tom pokazuje nietypowy sposób widzenia świata i wykorzystywania języka jak narzędzi malarskich, jest zatem publikacją, którą warto mieć w swojej biblioteczce.
Powrót piękna
Na rynek powracają właśnie "Sklepy cynamonowe", zbiór opowiadań oraz rysunków stworzonych przez Brunona Schulza, z dodatkiem - czterema utworami, które powstały po publikacji "Sklepów", siłą rzeczy zatem mniej znanymi szerokiej publiczności. Do Schulza po latach sięgać mogą czytelnicy zainteresowani synestezją w narracji i umiejętnością tworzenia niezwykłej atmosfery w tekstach. Opowiadania, w których refrenowo powraca ojciec z pogranicza realizmu i magii, do dzisiaj mogą funkcjonować jako literacki popis i pokaz możliwości wyobraźni autora. Bruno Schulz nie koncentruje się tu na budowaniu fabuły i opowiadaniu o wydarzeniach, rejestruje raczej drobiazgi z codzienności, zajmuje się utrwalaniem w słowach tego, co można równie dobrze przenieść na płótno. Statyczne obrazki urzekają jednak sposobem analizy otoczenia. Autor jest w stanie z każdego detalu wyłuskać jego istotę, a następnie przekuć ją w komentarz, który uruchamia fantazję. "Sklepy cynamonowe i inne opowiadania" to tom, który rejestruje wyjątkową wrażliwość - już w momencie oglądania domowej rzeczywistości. Bruno Schulz specjalizuje się w małych formach, wykorzystuje je do prezentowania przedziwnego mariażu prozy i poetyckości. Nieprzezroczyste opowieści są jednocześnie bardzo prawdziwe i przekonujące - nietrudno uwierzyć w prezentowane sceny i przeżywać je wciąż na nowo. Autor zamienia się tu w przewodnika po losach własnej rodziny, pisze z perspektywy obserwatora zaangażowanego w codzienność, ale jednocześnie dystansującego się od niej za sprawą sztuki. Zależy mu nie tylko na odnalezieniu najbardziej trafnych fraz: nie tylko mimetyczne spostrzeżenia się liczą, ważny okazuje się również proces malowania obrazów za pomocą słów. Opowiadania ze "Sklepów cynamonowych" są tylko pozornie oderwane od realiów. Uniwersalne w swojej wymowie i pozbawione odniesień do pozaliterackiej rzeczywistości stanowią przegląd klisz z okresu dojrzewania, zamieniają się w ogólną ocenę ludzkich doświadczeń. Wrażliwość, którą wykorzystuje Bruno Schulz do ich stworzenia, sprawia, że czytelnicy dają się ponieść samej formie. Schulz nie zamierza przesadnie rozwijać kolejnych scenek: stawia na utwory krótkie i wyraziste w swojej wymowie - ale nie przekłada się to na oszczędność słów w poszczególnych akapitach. Daleki od ascezy stylistycznej, zamienia się w poetę i malarza jednocześnie: traktuje literaturę jako kolejną formę sztuk wizualnych. Proponuje odbiorcom literaturę wyjątkową i niepowtarzalną: wolną od schematów (a przecież na schematach budowaną) i esencjonalną, jednocześnie zwracającą uwagę na tworzywo. Powraca zatem na rynek dzieło, które wyzwala silne emocje i które stanowi przeciwwagę do literatury masowej, dojrzałe, pełne i wciąż atrakcyjne - "Sklepy cynamonowe" nie zestarzeją się szybko. Ta literatura uwodzi i wymaga uważnej lektury, zaspokaja wymagających odbiorców i przypomina o możliwościach tkwiących w języku. Tom pokazuje nietypowy sposób widzenia świata i wykorzystywania języka jak narzędzi malarskich, jest zatem publikacją, którą warto mieć w swojej biblioteczce.
czwartek, 27 stycznia 2022
Ludmiła Murawska-Peju: Wolność w łupinie orzecha
Czarna Owca, Warszawa 2020.
Życie sztuką
Jest to publikacja nietypowa - trochę złożona z tematycznych wspomnień (krótkie rozdziały stanowią impresje na wybrane zagadnienia, nie ma tu chęci uporządkowania całego życia ani podkreślania konkretnych doświadczeń: autorka pisze raczej po to żeby podzielić się wyjątkowymi zachowanymi w pamięci scenkami. Te wyznania przedzielane są wywiadami (raczej konwencjonalnymi i pozbawionymi chęci pogłębiania tematów: chociaż Ludmiła Murawska-Peju nie ma nic przeciwko omawianiu własnych doświadczeń, dziennikarze raczej nie zamierzają wykraczać poza schematyczne zestawy pytań).
"Wolność w łupinie orzecha" to opowieść o tym, jak autorka dojrzewała do sztuki - na początku: fascynacja malarstwem, oglądanie z bliska obrazów i sprawdzanie, jak uzyskuje się działające na wyobraźnię kształty za pomocą pozornie przypadkowych śladów farby. Autorka przywołuje płótna, które ją zainspirowały i zachęciły do poszukiwań, trochę też pisze o tym, co sama stworzyła. Pierwszą partię książki na krótko zdominuje wojna - na szczęście Ludmiła Murawska-Peju nie wpada w nurt obecnie niemal obowiązkowy - analizowania wszystkiego, co wiązało się z losami rodziny podczas wojny - i może przejść do tego, co najważniejsze, czyli do doświadczeń teatralnych. Pisze o Mironie Białoszewskim i o swoim wuju, Ludwiku Heringu, z którymi tworzyła teatr na Tarczyńskiej. Przypomina rozmaite anegdoty i role, przygotowania i spotkania, które na zawsze ją zmieniły. Wprowadza czytelników do świata bohemy artystycznej, ale nie sili się na komentowanie zjawisk kulturowych spoza własnego życiorysu. Koncentruje się na własnych przeżyciach - tych zawodowych i związanych ze sztuką. Zależy jej na odmalowaniu portretów Białoszewskiego i Heringa, to ich sylwetki najczęściej przywołuje i ich opinie bierze do siebie. Zapewnia czytelnikom wprowadzenie za kulisy domowego teatru, dzieli się szczegółami, których zwykli odbiorcy poznać nie mogli. A najważniejsze - przynajmniej z perspektywy poszukiwaczy ciekawostek - jest to, że potrafi rejestrować narodziny pomysłów i rozwiązania, które się sprawdziły. Nie ma tu oczywiście krytycznoliterackiego podejścia do kolejnych ról, nie ma też wyczerpujących omówień spektakli - ale dzięki swoim wspomnieniom Ludmiła Murawska-Peju pozwala niemal uczestniczyć w przygotowaniach sztuk. Zaprasza odbiorców do prywatnego świata, który staje się ucieczką od codzienności. Odnotowuje emocje twórców, czasami sięga po cytaty, pokazuje, jak tworzyła się wielka poezja. Nie zapomina o malarstwie: przez cały czas jest bardzo wyczulona na sposoby odwzorowywania świata. Zresztą upodobanie do malarstwa (i, co bardziej istotne, zrozumienie tego malarstwa od najmłodszych lat) owocuje umiejętnością przenoszenia na słowa kształtów i barw. Język tej książki jest dość plastyczny, narracja może się spodobać czytelnikom. Owszem, można mieć zastrzeżenia do patchworkowej konstrukcji, nie do końca przekonującej i uniemożliwiającej dokonywanie podsumowań, ale autorka potrafi pisać ciekawie - także ze względu na potęgę autobiograficznych wiadomości. Jest "Wolność w łupinie orzecha" książką nietypową.
Życie sztuką
Jest to publikacja nietypowa - trochę złożona z tematycznych wspomnień (krótkie rozdziały stanowią impresje na wybrane zagadnienia, nie ma tu chęci uporządkowania całego życia ani podkreślania konkretnych doświadczeń: autorka pisze raczej po to żeby podzielić się wyjątkowymi zachowanymi w pamięci scenkami. Te wyznania przedzielane są wywiadami (raczej konwencjonalnymi i pozbawionymi chęci pogłębiania tematów: chociaż Ludmiła Murawska-Peju nie ma nic przeciwko omawianiu własnych doświadczeń, dziennikarze raczej nie zamierzają wykraczać poza schematyczne zestawy pytań).
"Wolność w łupinie orzecha" to opowieść o tym, jak autorka dojrzewała do sztuki - na początku: fascynacja malarstwem, oglądanie z bliska obrazów i sprawdzanie, jak uzyskuje się działające na wyobraźnię kształty za pomocą pozornie przypadkowych śladów farby. Autorka przywołuje płótna, które ją zainspirowały i zachęciły do poszukiwań, trochę też pisze o tym, co sama stworzyła. Pierwszą partię książki na krótko zdominuje wojna - na szczęście Ludmiła Murawska-Peju nie wpada w nurt obecnie niemal obowiązkowy - analizowania wszystkiego, co wiązało się z losami rodziny podczas wojny - i może przejść do tego, co najważniejsze, czyli do doświadczeń teatralnych. Pisze o Mironie Białoszewskim i o swoim wuju, Ludwiku Heringu, z którymi tworzyła teatr na Tarczyńskiej. Przypomina rozmaite anegdoty i role, przygotowania i spotkania, które na zawsze ją zmieniły. Wprowadza czytelników do świata bohemy artystycznej, ale nie sili się na komentowanie zjawisk kulturowych spoza własnego życiorysu. Koncentruje się na własnych przeżyciach - tych zawodowych i związanych ze sztuką. Zależy jej na odmalowaniu portretów Białoszewskiego i Heringa, to ich sylwetki najczęściej przywołuje i ich opinie bierze do siebie. Zapewnia czytelnikom wprowadzenie za kulisy domowego teatru, dzieli się szczegółami, których zwykli odbiorcy poznać nie mogli. A najważniejsze - przynajmniej z perspektywy poszukiwaczy ciekawostek - jest to, że potrafi rejestrować narodziny pomysłów i rozwiązania, które się sprawdziły. Nie ma tu oczywiście krytycznoliterackiego podejścia do kolejnych ról, nie ma też wyczerpujących omówień spektakli - ale dzięki swoim wspomnieniom Ludmiła Murawska-Peju pozwala niemal uczestniczyć w przygotowaniach sztuk. Zaprasza odbiorców do prywatnego świata, który staje się ucieczką od codzienności. Odnotowuje emocje twórców, czasami sięga po cytaty, pokazuje, jak tworzyła się wielka poezja. Nie zapomina o malarstwie: przez cały czas jest bardzo wyczulona na sposoby odwzorowywania świata. Zresztą upodobanie do malarstwa (i, co bardziej istotne, zrozumienie tego malarstwa od najmłodszych lat) owocuje umiejętnością przenoszenia na słowa kształtów i barw. Język tej książki jest dość plastyczny, narracja może się spodobać czytelnikom. Owszem, można mieć zastrzeżenia do patchworkowej konstrukcji, nie do końca przekonującej i uniemożliwiającej dokonywanie podsumowań, ale autorka potrafi pisać ciekawie - także ze względu na potęgę autobiograficznych wiadomości. Jest "Wolność w łupinie orzecha" książką nietypową.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






