Dobra Literatura, Słupsk/Warszawa 2021.
Niebezpieczeństwo ekranów
Opasły tom o obiecującym tytule - "Epidemia smartfonów" - wiąże się z diagnozami aktualnych problemów społeczeństw, autor odnosi się do sytuacji w niemieckich domach, jednak czasami jako punkt odniesienia wybiera choćby najbardziej zaawansowaną pod kątem wyposażenia najmłodszych w smartfony Koreę Południową. Manfred Spitzer bije na alarm: pokazuje, jaką krzywdę dzieciom robi dostęp do smartfonów, nieograniczona możliwość surfowania po sieci. Przytacza argumenty tych, którzy twierdzą, że postęp technologiczny nie da się zahamować i że odbieranie najmłodszym dostępu do elektroniki to krzywdzenie ich - jednak każdą z takich tez obala, przypominając o ograniczeniach, jakie przynoszą nowe media. Spitzer jest jednoznacznie przeciwny dostarczaniu dzieciom smartfonów: przez swoją radykalną postawę może część odbiorców odstraszyć od lektury, a część zaślepi na argumenty.
Często Manfred Spitzer posługuje się danymi z badań, dokonuje analiz procentowych obliczeń: zależy mu na tym, żeby suche liczby przekonywały czytelników. Przytacza wykresy i omówienia wniosków prac uczonych - dla zwykłych odbiorców to najsłabsze narracyjnie części tomu, jednak trzeba pamiętać o tym, że autor dość poważnie podchodzi do technik perswazji, a czysta matematyka wydaje mu się najlepszym sposobem na dotarcie do nieprzekonanych. Ma autor trudne zadanie: dzisiaj trudno sobie wyobrazić świat bez smartfonów, wkraczają one w kolejne etapy życia. Omawia Manfred Spitzer próby ograniczania dostępu do smartfonów, tłumaczy, kiedy uniemożliwiają skupienie się na zwykłych czynnościach, a także - jakie problemy będzie miał rozleniwiony mózg w dalszej przyszłości. Postrzega ten problem w kategoriach epidemii, co znowu jest uproszczeniem na potrzeby retoryki - jednak także sposobem na uruchomienie wyobraźni czytelników.
Manfred Spitzer wynotowuje zestaw chorób, jakie wiążą się z nadużywaniem smartfonów - nie chodzi tu wyłącznie o uzależnienie, a o całe spektrum poważnych schorzeń, które swoje źródło mają w telefonach; od krótkowzroczności i problemów ze snem po otyłość, cukrzycę i nadciśnienie. Przygląda się przejściowym modom związanym ze smartfonowym życiem (gra Pokemon Go) oraz procesowi budowania relacji społecznych. Bywa, że na chwilę odchodzi od tematu głównego (na przykład przy krótkowzroczności dość szczegółowo wyjaśnia odbiorcom zasady schorzenia), jednak najbardziej interesuje go wpływ smartfonów na rozwój człowieka. Nic więc dziwnego, że mnóstwo miejsca poświęca na opisywanie postaw dzieci - i sprawdzanie, co odbiera im korzystanie ze smartfonów na co dzień. Nie zajmuje się za to w ogóle korzyściami, uznaje, że komplikacje przeważają i dla odbiorców powinny być jednoznacznym powodem rezygnowania z urządzeń. Oczywiście Spitzer wie doskonale, że jego głos pozostanie zignorowany przez większość odbiorców - nawet jeśli ktoś przejmie się spostrzeżeniami zawartymi w tej książce, nie będzie w stanie zatrzymać pochodu ku nowoczesności. Nie uda się zabronić dzieciom korzystania ze smartfonów - to jeden z prostszych przejawów przepaści pokoleniowej. Długofalowe skutki uzależnienia tego typu będą znane dopiero za kilka dekad, na razie zatem książka "Epidemia smartfonów" funkcjonować będzie na prawach ciekawostki, przestrogi dla najbardziej zaangażowanych w rozwój psychiki pociech rodziców. A to może nie wystarczyć, żeby podjąć bardziej radykalne środki. Zresztą - to raczej niemożliwe.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 14 marca 2021
Jarosław Kamiński: Chrapka na apkę
Harperkids, Warszawa 2021.
Przygoda w internecie
Jarosław Kamiński nie zamierza udawać, że dzieci są wolne od smartfonów i że nie znają różnych zakamarków internetu. "Chrapka na apkę" to krótka historia z morałem - ważnym przesłaniem dla najmłodszych. Mała Maja to jednak dziewczynka, której dzieciństwo nie zostało jeszcze do końca zniszczone przez elektronikę. Potrafi korzystać z własnej wyobraźni i zapewnia sobie sporo wrażeń, bawi się w pirata albo w muzyka (szukanie zgubionego przez mamę telefonu to zabawa w detektywa). Maja nie wie jeszcze jednej rzeczy: że nie powinna wchodzić do internetu bez mamy i taty. W internecie łatwo się zgubić, trudno znaleźć drogę ucieczki, trzeba zatem, żeby był przy dziecku ktoś dorosły, kto pomoże w razie kłopotów. Maja klika w apkę znalezioną na telefonie mamy, nie wie, dokąd ją to zaprowadzi, chociaż liczy na to, że internet to zawsze przygoda. Nie umywa się ona jednak do tego, co może zdziałać dziecięca fantazja. "Chrapka na apkę" nie jest zatem gloryfikacją internetu czy elektronicznych gadżetów - nie to jest istotne.
Jarosław Kamiński prowadzi narrację dla najmłodszych na pierwszym poziomie cyklu Czytam sobie, oznacza to zatem, że może posługiwać się tylko wyrazami zawierającymi 23 podstawowe głoski. Wprawdzie maluchy będą miały problem z przeczytaniem słowa "superdetektyw", ale dziwić może literowanie słowa... "surfing" (w takiej dokładnie formie). Kamiński w zasadzie całkiem dobrze sobie radzi z prowadzeniem opowieści, jeśli nie liczyć takich drobnych wpadek. Stosuje czasami zwroty z języka potocznego (bywa, że nieco przebrzmiałe), ale trafi do małych odbiorców. Trafić musi nie tylko z powodu apki i przestrogi dotyczącej internetu - zależy mu także na rozrywce małych odbiorców. Dla nich inspiracją będzie zachowanie Majki, która potrafi wcielać się w różne role, decyduje się na działania poza sferą elektroniki. To wskazówka dla najmłodszych: mogą oni zachowywać się tak samo jak dziewczynka z bajki. Samo wejście do internetu bywa kuszące przez emotikony czy możliwość zdobywania wiedzy - autor celowo stroni od tematu gier - zagrożenia jedynie sygnalizuje, tak, żeby nie przestraszyć dzieci. I tak wiadomo, że przesłanie zapadnie im w pamięć. Przypadek małej Mai przedstawiony jest dość minimalistycznie, autor nie rozbudowuje narracji, bo na pierwszym poziomie serii nie ma takiej potrzeby. Stawia Kamiński na przejrzystą sytuację z pogranicza bajki i rzeczywistości. Proponuje książkę, która pomoże rodzicom w wyjaśnianiu maluchom, że nie wolno samodzielnie surfować po internecie.
Ilustracje przygotował tu Tomek Kozłowski. Stawia on na obrazki wyraziste i pozbawione nadmiaru detali. Liczy się tutaj czytelność, dodatek do opowieści. Obrazki nie mogą rozpraszać najmłodszych, mają za to pomagać w zagłębianiu się w relację. "Chrapka na apkę" to tomik, który ze względu na ilustracje przyciąga maluchy - zaprasza je do śledzenia tekstu w powiązaniu z ciekawymi obrazkami.
Przygoda w internecie
Jarosław Kamiński nie zamierza udawać, że dzieci są wolne od smartfonów i że nie znają różnych zakamarków internetu. "Chrapka na apkę" to krótka historia z morałem - ważnym przesłaniem dla najmłodszych. Mała Maja to jednak dziewczynka, której dzieciństwo nie zostało jeszcze do końca zniszczone przez elektronikę. Potrafi korzystać z własnej wyobraźni i zapewnia sobie sporo wrażeń, bawi się w pirata albo w muzyka (szukanie zgubionego przez mamę telefonu to zabawa w detektywa). Maja nie wie jeszcze jednej rzeczy: że nie powinna wchodzić do internetu bez mamy i taty. W internecie łatwo się zgubić, trudno znaleźć drogę ucieczki, trzeba zatem, żeby był przy dziecku ktoś dorosły, kto pomoże w razie kłopotów. Maja klika w apkę znalezioną na telefonie mamy, nie wie, dokąd ją to zaprowadzi, chociaż liczy na to, że internet to zawsze przygoda. Nie umywa się ona jednak do tego, co może zdziałać dziecięca fantazja. "Chrapka na apkę" nie jest zatem gloryfikacją internetu czy elektronicznych gadżetów - nie to jest istotne.
Jarosław Kamiński prowadzi narrację dla najmłodszych na pierwszym poziomie cyklu Czytam sobie, oznacza to zatem, że może posługiwać się tylko wyrazami zawierającymi 23 podstawowe głoski. Wprawdzie maluchy będą miały problem z przeczytaniem słowa "superdetektyw", ale dziwić może literowanie słowa... "surfing" (w takiej dokładnie formie). Kamiński w zasadzie całkiem dobrze sobie radzi z prowadzeniem opowieści, jeśli nie liczyć takich drobnych wpadek. Stosuje czasami zwroty z języka potocznego (bywa, że nieco przebrzmiałe), ale trafi do małych odbiorców. Trafić musi nie tylko z powodu apki i przestrogi dotyczącej internetu - zależy mu także na rozrywce małych odbiorców. Dla nich inspiracją będzie zachowanie Majki, która potrafi wcielać się w różne role, decyduje się na działania poza sferą elektroniki. To wskazówka dla najmłodszych: mogą oni zachowywać się tak samo jak dziewczynka z bajki. Samo wejście do internetu bywa kuszące przez emotikony czy możliwość zdobywania wiedzy - autor celowo stroni od tematu gier - zagrożenia jedynie sygnalizuje, tak, żeby nie przestraszyć dzieci. I tak wiadomo, że przesłanie zapadnie im w pamięć. Przypadek małej Mai przedstawiony jest dość minimalistycznie, autor nie rozbudowuje narracji, bo na pierwszym poziomie serii nie ma takiej potrzeby. Stawia Kamiński na przejrzystą sytuację z pogranicza bajki i rzeczywistości. Proponuje książkę, która pomoże rodzicom w wyjaśnianiu maluchom, że nie wolno samodzielnie surfować po internecie.
Ilustracje przygotował tu Tomek Kozłowski. Stawia on na obrazki wyraziste i pozbawione nadmiaru detali. Liczy się tutaj czytelność, dodatek do opowieści. Obrazki nie mogą rozpraszać najmłodszych, mają za to pomagać w zagłębianiu się w relację. "Chrapka na apkę" to tomik, który ze względu na ilustracje przyciąga maluchy - zaprasza je do śledzenia tekstu w powiązaniu z ciekawymi obrazkami.
sobota, 13 marca 2021
Violetta Ozminkowski: W coś trzeba nie wierzyć
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Tęsknota
Nie jest to typowa biografia, na pewno nie można jej potraktować jako zbioru faktów z życia Marii Czubaszek. Violetta Ozminkowski miała niewiarygodnie trudne zadanie: odtworzenie opowieści o egzystencji autorki, która na swój temat wypowiadała się raczej niechętnie, a jeśli już podawała do publicznej wiadomości jakieś fakty – to zostały one wielokrotnie przerobione. Wywiady książkowe, felietony, blogowe zapiski (także opublikowane w książce) to źródła wiadomości na temat Marii Czubaszek – Violetcie Ozminkowski pomagają także Wojciech Karolak i Artur Andrus, czyli ci, którzy Marię Czubaszek najlepiej poznali prywatnie i zawodowo. Ale to wszystko nie wystarcza do przedstawienia schematów życia, do zbudowania tradycyjnie rozumianej biografii. I tu Violetta Ozminkowski może naprawdę zaimponować odbiorcom: prowadzi bowiem relację, która jest pełna ciekawostek i bardzo celna – zamienia się w portret Marii Czubaszek, wartościowy i piękny literacko jednocześnie, zabawny lub smutny, mocno działający na emocje. Faktem jest, że to uzupełnienie informacji, które Maria Czubaszek sama na swój temat przedstawiała: bez wcześniejszych lektur może być czytelnikom nie do końca wygodnie, nie w każdym wątku się odnajdą, czasem książka tylko rozbudzi ich ciekawość, zamiast dostarczać wiadomości. Ale fani autorki absurdalnych satyr (a później też niemal celebrytki) z pewnością już zdążyli przypomnieć sobie sylwetkę Marii Czubaszek na wiele różnych sposobów. Zdziwią się tacy uważni czytelnicy, że sporą część istniejących i funkcjonujących w różnych miejscach danych Violetta Ozminkowsky pomija – znacznie gorzej byłoby jednak, gdyby postawiła na powtarzanie spuentowanych już historii. Na szczęście – szuka własnych obrazków, opowieści, które w jakiś sposób czytelników zaskoczą lub podkreślą charakterystyczne zachowania i pomysły bohaterki książki.
„W coś trzeba nie wierzyć” to tom, który urzeka i który bardzo ładnie uzupełnia cykl pokazywania Marii Czubaszek w wydawnictwie Prószyński Media. Tom wzruszający i wyzwalający, tom, w którym nie ma miejsca na oceny. Violetta Ozminkowsky pisze o Marii Czubaszek zawsze ciepło, bez oskarżeń czy analizowania kontrowersji. Nie pomija tematów niewygodnych: opowiada o Marii Czubaszek jako osobie, która uciekała od związków, która potrafiła rzucić wszystko i zaczynać od nowa, o osobie współuzależnionej, o kobiecie, która dokonała dwóch aborcji. Zastanawia się nad jej śmiercią (oraz zachowaniami poprzedzającymi tę chwilę) i nad próbami samobójczymi. A jednak – nuta humoru w tej książce jest niezaprzeczalna i kusi, zaprasza do lektury i, co najważniejsze, nie bazuje na przewidywalnych rozwiązaniach. Jest to gawęda, przygotowana bez zarzutu. Zamiast pomnika – bardzo lekka opowieść bazująca na różnych punktach życia i dostarczająca silnych wrażeń. Obok Marii Czubaszek motywem ważnym jest tu jeszcze żałoba Wojciecha Karolaka – ta wiąże się z wielką miłością i z nieumiejętnością pogodzenia się z rozstaniem. Już samo pokazanie uczuć muzyka wstrząśnie czytelnikami. Violetta Ozminkowsky daje mu szansę na podzielenie się bólem i na swoiste wołanie o pomoc. „W coś trzeba nie wierzyć” to publikacja atrakcyjna z różnych względów. Wyjątkowa – i bardzo dopasowana do bohaterki tomu. Może nie zbierze wszystkich wiadomości na temat egzystencji Marii Czubaszek, jednak to nie jest nikomu potrzebne w kontekście istniejących już tomów. Nawet jeśli nie da się dotrzeć do jakichś informacji – sposób poprowadzenia narracji pozwala na ominięcie ich bez straty jakości.
Tęsknota
Nie jest to typowa biografia, na pewno nie można jej potraktować jako zbioru faktów z życia Marii Czubaszek. Violetta Ozminkowski miała niewiarygodnie trudne zadanie: odtworzenie opowieści o egzystencji autorki, która na swój temat wypowiadała się raczej niechętnie, a jeśli już podawała do publicznej wiadomości jakieś fakty – to zostały one wielokrotnie przerobione. Wywiady książkowe, felietony, blogowe zapiski (także opublikowane w książce) to źródła wiadomości na temat Marii Czubaszek – Violetcie Ozminkowski pomagają także Wojciech Karolak i Artur Andrus, czyli ci, którzy Marię Czubaszek najlepiej poznali prywatnie i zawodowo. Ale to wszystko nie wystarcza do przedstawienia schematów życia, do zbudowania tradycyjnie rozumianej biografii. I tu Violetta Ozminkowski może naprawdę zaimponować odbiorcom: prowadzi bowiem relację, która jest pełna ciekawostek i bardzo celna – zamienia się w portret Marii Czubaszek, wartościowy i piękny literacko jednocześnie, zabawny lub smutny, mocno działający na emocje. Faktem jest, że to uzupełnienie informacji, które Maria Czubaszek sama na swój temat przedstawiała: bez wcześniejszych lektur może być czytelnikom nie do końca wygodnie, nie w każdym wątku się odnajdą, czasem książka tylko rozbudzi ich ciekawość, zamiast dostarczać wiadomości. Ale fani autorki absurdalnych satyr (a później też niemal celebrytki) z pewnością już zdążyli przypomnieć sobie sylwetkę Marii Czubaszek na wiele różnych sposobów. Zdziwią się tacy uważni czytelnicy, że sporą część istniejących i funkcjonujących w różnych miejscach danych Violetta Ozminkowsky pomija – znacznie gorzej byłoby jednak, gdyby postawiła na powtarzanie spuentowanych już historii. Na szczęście – szuka własnych obrazków, opowieści, które w jakiś sposób czytelników zaskoczą lub podkreślą charakterystyczne zachowania i pomysły bohaterki książki.
„W coś trzeba nie wierzyć” to tom, który urzeka i który bardzo ładnie uzupełnia cykl pokazywania Marii Czubaszek w wydawnictwie Prószyński Media. Tom wzruszający i wyzwalający, tom, w którym nie ma miejsca na oceny. Violetta Ozminkowsky pisze o Marii Czubaszek zawsze ciepło, bez oskarżeń czy analizowania kontrowersji. Nie pomija tematów niewygodnych: opowiada o Marii Czubaszek jako osobie, która uciekała od związków, która potrafiła rzucić wszystko i zaczynać od nowa, o osobie współuzależnionej, o kobiecie, która dokonała dwóch aborcji. Zastanawia się nad jej śmiercią (oraz zachowaniami poprzedzającymi tę chwilę) i nad próbami samobójczymi. A jednak – nuta humoru w tej książce jest niezaprzeczalna i kusi, zaprasza do lektury i, co najważniejsze, nie bazuje na przewidywalnych rozwiązaniach. Jest to gawęda, przygotowana bez zarzutu. Zamiast pomnika – bardzo lekka opowieść bazująca na różnych punktach życia i dostarczająca silnych wrażeń. Obok Marii Czubaszek motywem ważnym jest tu jeszcze żałoba Wojciecha Karolaka – ta wiąże się z wielką miłością i z nieumiejętnością pogodzenia się z rozstaniem. Już samo pokazanie uczuć muzyka wstrząśnie czytelnikami. Violetta Ozminkowsky daje mu szansę na podzielenie się bólem i na swoiste wołanie o pomoc. „W coś trzeba nie wierzyć” to publikacja atrakcyjna z różnych względów. Wyjątkowa – i bardzo dopasowana do bohaterki tomu. Może nie zbierze wszystkich wiadomości na temat egzystencji Marii Czubaszek, jednak to nie jest nikomu potrzebne w kontekście istniejących już tomów. Nawet jeśli nie da się dotrzeć do jakichś informacji – sposób poprowadzenia narracji pozwala na ominięcie ich bez straty jakości.
Wioletta Grzegorzewska: Lola i ptaki
Harperkids, Warszawa 2021.
Magia
Bardzo ładnie archaiczna jest ta książka w tonie i chociaż rodziców może przygnębić fakt, że autorka wyjaśnia dzieciom między innymi, czym jest atrament albo mlecz, Wioletta Grzegorzewska wymyśla historię, która przyciąga najmłodszych. To ważne, bo tylko przez odpowiednio poprowadzoną fabułę da się przekonać dzieci do ćwiczenia czytania. Na trzecim poziomie serii Czytam sobie nie ma już komplikacji związanych z unikaniem pewnych głosek: można używać wszystkich, więc też dbałość o językową stronę jest większa (nie znajdzie się tu nieużywanych synonimów, których funkcją jest wyłącznie ominięcie "zakazanych" głosek), a całość - znacznie bardziej przystępna. Autorka decyduje się przenieść odbiorców do 1983 roku i pokazać trochę bajkową, a mocno prawdziwą przygodę małej dziewczynki. Lola to bohaterka, która lubi obserwować przyrodę. Mieszka na wsi, robi widoczki (kolejny motyw, którego dzisiejsze maluchy raczej nie zrozumieją), bawi się na świeżym powietrzu. Pewnego dnia dziadek Loli postanawia zrobić stracha na wróble - ze starych ubrań i patyków. Straszka zyskuje imię Pani Galotka i stoi w polu. Jednak Lola wie, że nie przegania ptaków, a ochrania je przed złą pogodą czy niebezpieczeństwami. Przecież Pani Galotka nie może być zła - i na pewno nie ma niedobrych zamiarów wobec pięknych stworzeń. Któregoś dnia Pani Galotka znika - Lola zdążyła się już do niej mocno przywiązać, dlatego wyrusza na poszukiwania. W miejscu, w którym wcześniej stał strach na wróble, znajduje oderwany guzik. Guzik, który daje magiczną moc.
Dzieci są wciągane do tej opowieści niepostrzeżenie: niby nic się nie dzieje, zwyczajność dziewczynki egzotyczna przez dystans czasowy (i brak smartfonów) to zaproszenie do lektury: chce się sprawdzić, czy może się tu coś wydarzyć. Lola to dziewczynka, która nie wygląda na postać z bajki (zresztą dlaczego o niej autorka opowiada - wyjaśni się na końcu). A jednak przeżywa sporo ciekawych przygód. To rozwiązanie dobre dla kilkulatków, które niby stronią od infantylnych pomysłów, a jednak dadzą się uwieść, gdy do świata realnego niespodziewanie wkroczy odrobina "czarów": bajkowość, dobrze dawkowana, sprawia tu, że Lola magnetyzuje. Jest ta postać na tyle oryginalna z perspektywy dzisiejszych dzieci, że po prostu musi przeżyć coś, co warto prześledzić. "Lola i ptaki" to opowieść sympatyczna: powrót do krzepiących historii, do rodzinnego domu, do akceptacji przyrody i harmonii ze światem zewnętrznym. Wieś staje się azylem, nawet dla kilkulatków, które przecież nie potrzebują jeszcze odpoczynku od codzienności. Niezależnie od wszystkiego - Grzegorzewska buduje zainteresowanie przyrodą i naturą, pozwala odbiorcom zastanowić się nad życiem zwierząt czy nad egzystencją poza miastem. "Lola i ptaki" to tomik zachęcający do czytania dzięki oddaleniu czasowemu: pokazuje to, co dzisiaj już wypada niemal jak relacja ze skansenu. Na tak przygotowanej książce dzieci mogą nie tylko ćwiczyć czytanie, ale również budować wiedzę o czasach dzieciństwa rodziców czy dziadków. Tu można skupić się na tekście (trzeci poziom serii to już nie picture booki, a zwykłe lektury), a przy tym... zapomnieć o ćwiczeniu czytania.
Magia
Bardzo ładnie archaiczna jest ta książka w tonie i chociaż rodziców może przygnębić fakt, że autorka wyjaśnia dzieciom między innymi, czym jest atrament albo mlecz, Wioletta Grzegorzewska wymyśla historię, która przyciąga najmłodszych. To ważne, bo tylko przez odpowiednio poprowadzoną fabułę da się przekonać dzieci do ćwiczenia czytania. Na trzecim poziomie serii Czytam sobie nie ma już komplikacji związanych z unikaniem pewnych głosek: można używać wszystkich, więc też dbałość o językową stronę jest większa (nie znajdzie się tu nieużywanych synonimów, których funkcją jest wyłącznie ominięcie "zakazanych" głosek), a całość - znacznie bardziej przystępna. Autorka decyduje się przenieść odbiorców do 1983 roku i pokazać trochę bajkową, a mocno prawdziwą przygodę małej dziewczynki. Lola to bohaterka, która lubi obserwować przyrodę. Mieszka na wsi, robi widoczki (kolejny motyw, którego dzisiejsze maluchy raczej nie zrozumieją), bawi się na świeżym powietrzu. Pewnego dnia dziadek Loli postanawia zrobić stracha na wróble - ze starych ubrań i patyków. Straszka zyskuje imię Pani Galotka i stoi w polu. Jednak Lola wie, że nie przegania ptaków, a ochrania je przed złą pogodą czy niebezpieczeństwami. Przecież Pani Galotka nie może być zła - i na pewno nie ma niedobrych zamiarów wobec pięknych stworzeń. Któregoś dnia Pani Galotka znika - Lola zdążyła się już do niej mocno przywiązać, dlatego wyrusza na poszukiwania. W miejscu, w którym wcześniej stał strach na wróble, znajduje oderwany guzik. Guzik, który daje magiczną moc.
Dzieci są wciągane do tej opowieści niepostrzeżenie: niby nic się nie dzieje, zwyczajność dziewczynki egzotyczna przez dystans czasowy (i brak smartfonów) to zaproszenie do lektury: chce się sprawdzić, czy może się tu coś wydarzyć. Lola to dziewczynka, która nie wygląda na postać z bajki (zresztą dlaczego o niej autorka opowiada - wyjaśni się na końcu). A jednak przeżywa sporo ciekawych przygód. To rozwiązanie dobre dla kilkulatków, które niby stronią od infantylnych pomysłów, a jednak dadzą się uwieść, gdy do świata realnego niespodziewanie wkroczy odrobina "czarów": bajkowość, dobrze dawkowana, sprawia tu, że Lola magnetyzuje. Jest ta postać na tyle oryginalna z perspektywy dzisiejszych dzieci, że po prostu musi przeżyć coś, co warto prześledzić. "Lola i ptaki" to opowieść sympatyczna: powrót do krzepiących historii, do rodzinnego domu, do akceptacji przyrody i harmonii ze światem zewnętrznym. Wieś staje się azylem, nawet dla kilkulatków, które przecież nie potrzebują jeszcze odpoczynku od codzienności. Niezależnie od wszystkiego - Grzegorzewska buduje zainteresowanie przyrodą i naturą, pozwala odbiorcom zastanowić się nad życiem zwierząt czy nad egzystencją poza miastem. "Lola i ptaki" to tomik zachęcający do czytania dzięki oddaleniu czasowemu: pokazuje to, co dzisiaj już wypada niemal jak relacja ze skansenu. Na tak przygotowanej książce dzieci mogą nie tylko ćwiczyć czytanie, ale również budować wiedzę o czasach dzieciństwa rodziców czy dziadków. Tu można skupić się na tekście (trzeci poziom serii to już nie picture booki, a zwykłe lektury), a przy tym... zapomnieć o ćwiczeniu czytania.
piątek, 12 marca 2021
Piotr Smolar: Zły Żyd
Znak, Kraków 2021.
Rodzinne poszukiwania
Zaczęło się – dość typowo – od dziadka. Dziadek – z jednej strony Żyd, z drugiej – zafascynowany komunizmem działacz, człowiek, który przedstawiał wiadomości o getcie w Mińsku. Ojciec – świadomy żydowskich korzeni, myszkujący w szufladach swojego taty, później opozycjonista. Ci dwaj mężczyźni nadają ton opowieśći, którą prowadzi przedstawiciel trzeciego pokolenia, Piotr Smolar. Ten, dla którego żydowskie korzenie nie miały większego znaczenia, ten, który nie potrzebuje definiować tożsamości i który wyruszył w podróż, żeby pojąć sytuację dziadka w nieprzyjaznej rzeczywistości. Piotr Smolar tworzy tę książkę w różnych miejscach, jeździ do ludzi, którzy są w stanie powiedzieć mu coś o jego przodkach, uzupełnić wiadomości albo rzucić nowe światło na wydarzenia z minionych lat. Rezygnuje z odtwarzania burzliwej historii: przystankami dla niego nie są typowe w polsko-żydowskich relacjach daty i problemy opisane ze wszystkich możliwych perspektyw, a indywidualne doświadczenia. Każdy rozmówca, każdy człowiek, którego Piotr Smolar prosi o informacje, może całkowicie odmienić drogę tej opowieści.
Dla Smolara istotne są kwestie żydowskich tradycji pielęgnowanych dzisiaj i w niedalekiej historii – w zestawieniu z burzliwymi wydarzeniami nie tylko w polskiej polityce. Znajduje zatem miejsce na naszkicowanie problemów, z którymi borykali się ojciec i dziadek, pokazuje też, jak obecnie rząd w Polsce podchodzi do spraw judaizmu. Co ważne z perspektywy czytelników: unika pisania o oczywistościach, ta książka sięga daleko głębiej niż tylko zakres wiadomości z historii w podstawówce i szkole średniej, nie ma nachalnego powtarzania zagadnień znanych powszechnie (a przynajmniej takich, które powszechnie znane być powinny). Zastanawia się autor nad kierunkiem współczesnego świata, przytacza sytuacje, w których bycie Żydem zamienia się w utrudnienie – prowadzi do refleksji nad tym, czy rzeczywiście ludzie są tak otwarci, jak deklarują. Figura „złego Żyda” jest tu rozpatrywana pod różnymi kątami: autor próbuje znaleźć niezaprzeczalne zarzuty, winy ojca i dziadka, które jednoznacznie pozwoliłyby stwierdzić, że jest się kogo bać i przed kim bronić (a w wersji ekstremalnej – kogo niszczyć).
Jednak nie jest to judaizm analizowany od środka, przez nawiązania do tradycji i do typowych kulturowych zachowań – Piotr Smolar pozostaje obserwatorem z zewnątrz, reportażystą, który dociera do różnych głosów i poszukuje niezmiennie prawdy. Jeśli uświadamia czytelników, to robi to subtelnie, unika nachalnych przesłań i posługiwania się kliszami, nie zależy mu na perswazji tak bardzo jak na doprowadzeniu odbiorców do samodzielnych refleksji. Przedstawia obrazy wiążące się z polityką lub z indywidualnymi zachowaniami „innych” i z tego buduje opowieść o tożsamości. W pewnym sensie rozprawia się z własnymi demonami, odtwarza opowieści, których nie wysłuchał i poznaje rodzinne sekrety, spisuje wiadomości, które zdobywa przez ciężką pracę – chociaż miał je na wyciągnięcie ręki, gdy jeszcze nie był nimi zainteresowany. „Zły Żyd” to książka rodowa, a jednocześnie wielokulturowa.
Rodzinne poszukiwania
Zaczęło się – dość typowo – od dziadka. Dziadek – z jednej strony Żyd, z drugiej – zafascynowany komunizmem działacz, człowiek, który przedstawiał wiadomości o getcie w Mińsku. Ojciec – świadomy żydowskich korzeni, myszkujący w szufladach swojego taty, później opozycjonista. Ci dwaj mężczyźni nadają ton opowieśći, którą prowadzi przedstawiciel trzeciego pokolenia, Piotr Smolar. Ten, dla którego żydowskie korzenie nie miały większego znaczenia, ten, który nie potrzebuje definiować tożsamości i który wyruszył w podróż, żeby pojąć sytuację dziadka w nieprzyjaznej rzeczywistości. Piotr Smolar tworzy tę książkę w różnych miejscach, jeździ do ludzi, którzy są w stanie powiedzieć mu coś o jego przodkach, uzupełnić wiadomości albo rzucić nowe światło na wydarzenia z minionych lat. Rezygnuje z odtwarzania burzliwej historii: przystankami dla niego nie są typowe w polsko-żydowskich relacjach daty i problemy opisane ze wszystkich możliwych perspektyw, a indywidualne doświadczenia. Każdy rozmówca, każdy człowiek, którego Piotr Smolar prosi o informacje, może całkowicie odmienić drogę tej opowieści.
Dla Smolara istotne są kwestie żydowskich tradycji pielęgnowanych dzisiaj i w niedalekiej historii – w zestawieniu z burzliwymi wydarzeniami nie tylko w polskiej polityce. Znajduje zatem miejsce na naszkicowanie problemów, z którymi borykali się ojciec i dziadek, pokazuje też, jak obecnie rząd w Polsce podchodzi do spraw judaizmu. Co ważne z perspektywy czytelników: unika pisania o oczywistościach, ta książka sięga daleko głębiej niż tylko zakres wiadomości z historii w podstawówce i szkole średniej, nie ma nachalnego powtarzania zagadnień znanych powszechnie (a przynajmniej takich, które powszechnie znane być powinny). Zastanawia się autor nad kierunkiem współczesnego świata, przytacza sytuacje, w których bycie Żydem zamienia się w utrudnienie – prowadzi do refleksji nad tym, czy rzeczywiście ludzie są tak otwarci, jak deklarują. Figura „złego Żyda” jest tu rozpatrywana pod różnymi kątami: autor próbuje znaleźć niezaprzeczalne zarzuty, winy ojca i dziadka, które jednoznacznie pozwoliłyby stwierdzić, że jest się kogo bać i przed kim bronić (a w wersji ekstremalnej – kogo niszczyć).
Jednak nie jest to judaizm analizowany od środka, przez nawiązania do tradycji i do typowych kulturowych zachowań – Piotr Smolar pozostaje obserwatorem z zewnątrz, reportażystą, który dociera do różnych głosów i poszukuje niezmiennie prawdy. Jeśli uświadamia czytelników, to robi to subtelnie, unika nachalnych przesłań i posługiwania się kliszami, nie zależy mu na perswazji tak bardzo jak na doprowadzeniu odbiorców do samodzielnych refleksji. Przedstawia obrazy wiążące się z polityką lub z indywidualnymi zachowaniami „innych” i z tego buduje opowieść o tożsamości. W pewnym sensie rozprawia się z własnymi demonami, odtwarza opowieści, których nie wysłuchał i poznaje rodzinne sekrety, spisuje wiadomości, które zdobywa przez ciężką pracę – chociaż miał je na wyciągnięcie ręki, gdy jeszcze nie był nimi zainteresowany. „Zły Żyd” to książka rodowa, a jednocześnie wielokulturowa.
Sylwia Chutnik: Pudel na dyskotece
Harperkids, Warszawa 2021.
Taniec
Książeczki z pierwszego poziomu serii Czytam sobie mają oswajać dzieci z lekturami. Sylwia Chutnik stawia na połączenie wyobraźni i dziecięcej opowieści z ważnym przesłaniem. "Pudel na dyskotece" to książka, która ma zachęcić już samym tytułem do prześledzenia mikroopowiastki. Dla dzieci to trening czytania, możliwość poćwiczenia tej sztuki. Kusi odbiorców niekonwencjonalnym portretem bohatera. Przede wszystkim pudel z bajki uwielbia brokat i cekiny. Stroi się w pstrokate ubrania. A ponieważ w swojej kolorowości i życzliwości do całego świata chciałby zaprzyjaźnić się ze wszystkimi, zaczepia kota. To nie musi skończyć się dobrze. Jednak Sylwia Chutnik wie, co może pomóc w sytuacji stresotwórczej.
"Pudel na dyskotece" to historyjka krótka, z rzadka pojawiają się tu dwa wersy na stronie, pod koniec - trzy, ale to już konieczność dokończenia opowieści o przygodzie pudla i niebezpiecznego kota. Fabuła barwna jak kreacja głównego bohatera to wabik na dzieci - chodzi o to, żeby jak najszybciej przekonać maluchy do czytania. W założeniach cyklu pojawiają się wytyczne dotyczące braku dwuznaków czy zmiękczeń (można wykorzystywać tylko 23 podstawowe głoski), co oznacza, że autorzy czasami muszą dokonywać wielkich stylistycznych wygibasów i nierzadko - zaburzać pierwotny przekaz, żeby dopasować się do sztywnych reguł (stąd hasła w stylu "bywa i bijatyka" albo "koktajle to jego pasja"). Sylwia Chutnik i tak radzi sobie znakomicie z tym wyzwaniem - nie wprowadza archaizmów (adapter można jej wybaczyć, chociaż większość DJ-ów dzisiaj puszczałaby muzykę z laptopa albo smartfona, też bez dwuznaków i zmiękczeń). Czasami decyduje się na dynamizowanie opowieści przez krótkie dialogi albo przez wewnętrzne rymy, udaje jej się bez zwracania uwagi na tekst zaangażować w lekturę. "Pudel na dyskotece" to książka wartościowa. Wprowadza czytelników w świat fantazji. Dyskotekowy pudel oznacza przecież zabawę. Krótkie zwroty, sformułowania, które zachęcają do oglądania ilustracji. Magda Kozieł-Nowak stawia na wyraziste kolory i na karykatury w kształtach. Proponuje obrazki bardzo dynamiczne, zachęca do ich oglądania. Na ilustracjach dzieje się bardzo dużo, dlatego też obrazki dopełniają opowieść, pozwalają lepiej zrozumieć, o co chodzi w tekście. Dla dzieci będzie to naturalnie także ułatwienie, odpoczynek od śledzenia liter. "Pudel na dyskotece" w tej kwestii jest publikacją starannie dopracowaną, jednym z ciekawszych tomików w cyklu.
To, czy maluchy uważały przy lekturze, sprawdzają dodatkowe pytania na końcu książki. Jest też dyplom sukcesu - jako nagroda za przeczytanie tomiku - i zestaw naklejek. To musi się podobać maluchom - "Pudel na dyskotece" to propozycja, która zachęca do ćwiczenia umiejętności czytania - i dostarcza rozrywki. Sylwia Chutnik poradziła sobie z zadaniem bardzo dobrze, tomik przekona najmłodszych do pracy.
Taniec
Książeczki z pierwszego poziomu serii Czytam sobie mają oswajać dzieci z lekturami. Sylwia Chutnik stawia na połączenie wyobraźni i dziecięcej opowieści z ważnym przesłaniem. "Pudel na dyskotece" to książka, która ma zachęcić już samym tytułem do prześledzenia mikroopowiastki. Dla dzieci to trening czytania, możliwość poćwiczenia tej sztuki. Kusi odbiorców niekonwencjonalnym portretem bohatera. Przede wszystkim pudel z bajki uwielbia brokat i cekiny. Stroi się w pstrokate ubrania. A ponieważ w swojej kolorowości i życzliwości do całego świata chciałby zaprzyjaźnić się ze wszystkimi, zaczepia kota. To nie musi skończyć się dobrze. Jednak Sylwia Chutnik wie, co może pomóc w sytuacji stresotwórczej.
"Pudel na dyskotece" to historyjka krótka, z rzadka pojawiają się tu dwa wersy na stronie, pod koniec - trzy, ale to już konieczność dokończenia opowieści o przygodzie pudla i niebezpiecznego kota. Fabuła barwna jak kreacja głównego bohatera to wabik na dzieci - chodzi o to, żeby jak najszybciej przekonać maluchy do czytania. W założeniach cyklu pojawiają się wytyczne dotyczące braku dwuznaków czy zmiękczeń (można wykorzystywać tylko 23 podstawowe głoski), co oznacza, że autorzy czasami muszą dokonywać wielkich stylistycznych wygibasów i nierzadko - zaburzać pierwotny przekaz, żeby dopasować się do sztywnych reguł (stąd hasła w stylu "bywa i bijatyka" albo "koktajle to jego pasja"). Sylwia Chutnik i tak radzi sobie znakomicie z tym wyzwaniem - nie wprowadza archaizmów (adapter można jej wybaczyć, chociaż większość DJ-ów dzisiaj puszczałaby muzykę z laptopa albo smartfona, też bez dwuznaków i zmiękczeń). Czasami decyduje się na dynamizowanie opowieści przez krótkie dialogi albo przez wewnętrzne rymy, udaje jej się bez zwracania uwagi na tekst zaangażować w lekturę. "Pudel na dyskotece" to książka wartościowa. Wprowadza czytelników w świat fantazji. Dyskotekowy pudel oznacza przecież zabawę. Krótkie zwroty, sformułowania, które zachęcają do oglądania ilustracji. Magda Kozieł-Nowak stawia na wyraziste kolory i na karykatury w kształtach. Proponuje obrazki bardzo dynamiczne, zachęca do ich oglądania. Na ilustracjach dzieje się bardzo dużo, dlatego też obrazki dopełniają opowieść, pozwalają lepiej zrozumieć, o co chodzi w tekście. Dla dzieci będzie to naturalnie także ułatwienie, odpoczynek od śledzenia liter. "Pudel na dyskotece" w tej kwestii jest publikacją starannie dopracowaną, jednym z ciekawszych tomików w cyklu.
To, czy maluchy uważały przy lekturze, sprawdzają dodatkowe pytania na końcu książki. Jest też dyplom sukcesu - jako nagroda za przeczytanie tomiku - i zestaw naklejek. To musi się podobać maluchom - "Pudel na dyskotece" to propozycja, która zachęca do ćwiczenia umiejętności czytania - i dostarcza rozrywki. Sylwia Chutnik poradziła sobie z zadaniem bardzo dobrze, tomik przekona najmłodszych do pracy.
czwartek, 11 marca 2021
Michael Schulte-Markwort: Wypalone dzieci. O presji osiągnięć i pogoni za sukcesem
Dobra Literatura, Warszawa (?) 2021 (?).
Stres nastolatków
Jest trochę przesady w przekładzie tytułu tomu, bo problem dotyczy bardziej młodzieży niż dzieci - jednak Michael Schulte-Markwort dostrzega zjawisko niepokojące, na które chce zwrócić uwagę odbiorców. Zauważa bowiem u swoich pacjentów syndrom przemęczenia - objawy depresji powiązanej z niemożliwością sprostania coraz bardziej rosnącym wymaganiom. Tom "Wypalone dzieci" może być w związku z tym apelem o opamiętanie kierowanym do dorosłych: to oni narzucają swoim pociechom zasady postępowania, nakazują zdobywać jak najlepsze stopnie czy uczestniczyć w ogromnej ilości zajęć pozalekcyjnych. W efekcie same nastolatki pod wpływem presji czują się coraz gorsze i nie są w stanie wypełniać wszystkich zadań. Chcą zadowolić rodziców (przynajmniej w tej wyidealizowanej wersji na potrzeby poradnika psychologicznego), ale nie potrafią przeskoczyć własnych ograniczeń. Boją się, że nie uda im się odnaleźć na rynku pracy, że nie poradzą sobie jako dorośli. Niewiara we własne siły to zjawisko, które dotyka coraz młodszych ludzi, jednak przeważnie wiąże się z pierwszymi poważnymi planami na przyszłość.
Niespecjalnie przekonująco otwiera Schulte-Markwort tę książkę: proponuje bowiem przegląd sytuacji z gabinetu terapeuty. Przybywają tu kolejni bohaterowie, którzy nie mogą poradzić sobie z rzeczywistością, borykają się z problemami zdrowotnymi będącymi następstwem tych psychicznych, albo z lękiem i poczuciem bezsensu. Łączy ich wszystkich diagnoza - wypalenie (do niedawna typowe jedynie dla pracoholików), a także to, że autor nadaje im imiona na kolejne litery alfabetu. Przedstawia nie tylko portrety samych dzieci, ale też sytuację rodzinną czy alarmy ze strony dorosłych, kwestie, z którymi nie potrafią sobie poradzić rodzice. Wymyśla sytuacje, w których mogą odnaleźć się czytelnicy: tak, żeby w porę dostrzegali w najbliższym otoczeniu podobne sygnały, że nastolatek nie radzi sobie z obowiązkami. Kiedy już wydaje się, że cała książka będzie wyglądała tak samo - w rytmie spotkań i diagnoz - kiedy już autor zaczyna męczyć powtarzalnością sytuacji i jednostronnymi ocenami, "Wypalone dzieci" przechodzą do strony teoretycznej. Autor analizuje zjawisko wypalenia i komentuje wiążące się z nim postawy albo wyzwania dla wszystkich członków rodziny, tłumaczy zachowania dzieci i podpowiada, jak im pomóc. Próbuje przekonać jak największą liczbę czytelników do swoich uwag, forsuje przekonanie o istnieniu zjawiska wypalenia zawodowego u coraz młodszych dzieci (więc u tych, które z zawodem ani z rutyną jeszcze nie mają do czynienia). Oczywiście to uproszczenie nazewnicze, objawy są podobne, jednak mają inne przyczyny i o tych przyczynach Schulte-Markwort opowiada odbiorcom. Cała książka jest podporządkowana tezie, że "wypalenie" u młodych ludzi to znak czasów i trzeba dzieci leczyć - także farmakologicznie. Autor wyjaśnia, dlaczego sięga po leki (i po jakie). Argumentem za ich stosowaniem ma być cały tom. Wypadający zresztą jako naturalna konsekwencja istnienia wyścigu szczurów i realizowania przez dzieci ambicji rodziców. Chociaż coraz większa jest świadomość idei slow-life, Michael Schulte-Markwort wie, że trend związany z przygotowywaniem dzieci do zawodu nie słabnie. Dlatego też postanawia reagować i uświadamiać społeczeństwa. W tym tomie robi to dość szczegółowo.
Stres nastolatków
Jest trochę przesady w przekładzie tytułu tomu, bo problem dotyczy bardziej młodzieży niż dzieci - jednak Michael Schulte-Markwort dostrzega zjawisko niepokojące, na które chce zwrócić uwagę odbiorców. Zauważa bowiem u swoich pacjentów syndrom przemęczenia - objawy depresji powiązanej z niemożliwością sprostania coraz bardziej rosnącym wymaganiom. Tom "Wypalone dzieci" może być w związku z tym apelem o opamiętanie kierowanym do dorosłych: to oni narzucają swoim pociechom zasady postępowania, nakazują zdobywać jak najlepsze stopnie czy uczestniczyć w ogromnej ilości zajęć pozalekcyjnych. W efekcie same nastolatki pod wpływem presji czują się coraz gorsze i nie są w stanie wypełniać wszystkich zadań. Chcą zadowolić rodziców (przynajmniej w tej wyidealizowanej wersji na potrzeby poradnika psychologicznego), ale nie potrafią przeskoczyć własnych ograniczeń. Boją się, że nie uda im się odnaleźć na rynku pracy, że nie poradzą sobie jako dorośli. Niewiara we własne siły to zjawisko, które dotyka coraz młodszych ludzi, jednak przeważnie wiąże się z pierwszymi poważnymi planami na przyszłość.
Niespecjalnie przekonująco otwiera Schulte-Markwort tę książkę: proponuje bowiem przegląd sytuacji z gabinetu terapeuty. Przybywają tu kolejni bohaterowie, którzy nie mogą poradzić sobie z rzeczywistością, borykają się z problemami zdrowotnymi będącymi następstwem tych psychicznych, albo z lękiem i poczuciem bezsensu. Łączy ich wszystkich diagnoza - wypalenie (do niedawna typowe jedynie dla pracoholików), a także to, że autor nadaje im imiona na kolejne litery alfabetu. Przedstawia nie tylko portrety samych dzieci, ale też sytuację rodzinną czy alarmy ze strony dorosłych, kwestie, z którymi nie potrafią sobie poradzić rodzice. Wymyśla sytuacje, w których mogą odnaleźć się czytelnicy: tak, żeby w porę dostrzegali w najbliższym otoczeniu podobne sygnały, że nastolatek nie radzi sobie z obowiązkami. Kiedy już wydaje się, że cała książka będzie wyglądała tak samo - w rytmie spotkań i diagnoz - kiedy już autor zaczyna męczyć powtarzalnością sytuacji i jednostronnymi ocenami, "Wypalone dzieci" przechodzą do strony teoretycznej. Autor analizuje zjawisko wypalenia i komentuje wiążące się z nim postawy albo wyzwania dla wszystkich członków rodziny, tłumaczy zachowania dzieci i podpowiada, jak im pomóc. Próbuje przekonać jak największą liczbę czytelników do swoich uwag, forsuje przekonanie o istnieniu zjawiska wypalenia zawodowego u coraz młodszych dzieci (więc u tych, które z zawodem ani z rutyną jeszcze nie mają do czynienia). Oczywiście to uproszczenie nazewnicze, objawy są podobne, jednak mają inne przyczyny i o tych przyczynach Schulte-Markwort opowiada odbiorcom. Cała książka jest podporządkowana tezie, że "wypalenie" u młodych ludzi to znak czasów i trzeba dzieci leczyć - także farmakologicznie. Autor wyjaśnia, dlaczego sięga po leki (i po jakie). Argumentem za ich stosowaniem ma być cały tom. Wypadający zresztą jako naturalna konsekwencja istnienia wyścigu szczurów i realizowania przez dzieci ambicji rodziców. Chociaż coraz większa jest świadomość idei slow-life, Michael Schulte-Markwort wie, że trend związany z przygotowywaniem dzieci do zawodu nie słabnie. Dlatego też postanawia reagować i uświadamiać społeczeństwa. W tym tomie robi to dość szczegółowo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






