* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 4 lutego 2021

Kasia Bulicz-Kasprzak: Skrawek pola

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Saga

W różnych gatunkach literatury rozrywkowej próbowała swoich sił Kasia Bulicz-Kasprzak, aż w końcu zaczęła ze zwykłych obyczajówek skręcać w stronę literatury środka lub powieści quasi-założycielskich, odchodzić od mainstreamu na rzecz wyciszenia i psychologizmów w nietypowym dla nich otoczeniu. I tak prezentuje swoje możliwości w "Skrawku pola", powieści, która zapoczątkowuje nowy cykl i ma szansę zapewnić autorce miejsce wśród twórców bestsellerów. Owszem, nie przekona ta książka wszystkich - trzeba będzie mieć sporo cierpliwości, żeby czekać na rozwój fabuły (za to kiedy wreszcie odbiorcy przekonają się, po co autorka trzyma ich przy relacji, mogą poczuć się usatysfakcjonowani), a do tego ma też specyficzną tematykę - jednak radzi sobie w jej ramach autorka świetnie. W posłowiu tłumaczy czytelnikom, że część wydarzeń oparła na wspomnieniach osobistych i dotyczących bliskich czy przodków - jako bodziec do pisania szeroko rozumiane autobiograficzne motywy okazały się znakomite przede wszystkim ze względu na precyzję i czystość przekazu. Autorka przedstawia tu dramatyczne, ale też powtarzalne i bardzo ludzkie historie. Stawia na silne uczucia, niespełnione nadzieje, zawiedzione oczekiwania i - oczywiście - na motyw nieślubnych i niechcianych dzieci. Akcja toczy się na wsi przed pierwszą wojną światową (a także w jej trakcie, chociaż sama wojna funkcjonuje jako odległe tło). W tych gospodarstwach nie ma mowy o postępie, ludzie, którzy chorują, udają się do miejscowej zielarki, przeważnie jednak radzą sobie sami i nie liczą na niczyje wsparcie. Do tego bywają małostkowi i bezduszni. Nie wybaczają zbyt łatwo, kiedy dostrzegają problem - nie boją się o nim głośno powiedzieć. Potrafią w ujęciu Kasi Bulicz-Kasprzak dyskutować ze sobą dzisiejszym językiem, bywa, że wulgarnym i przemocowym. To nikogo nie odstręcza ani od opowieści, ani od bohaterów - bo jednak autorka proponuje wyostrzony folklor i wcale nie czyta się tej książki dla sprawdzenia, co kto komu powie. "Skrawek pola" to historia bardzo plastyczna. W warstwie narracyjnej narzuca się przede wszystkim zestaw przekonujących opisów. Każdy rozdział autorka zaczyna albo od ludowej piosenki, albo od wyjaśnienia jakiegoś hasła: czasami to regionalna tradycyjna potrawa, czasami - naczynie charakterystyczne dla wiejskiej kuchni. Relację z tych wstępów kontynuuje Kasia Bulicz-Kasprzak już we właściwych rozdziałach: bardzo interesuje ją cała wiejska obyczajowość, próbuje przeanalizować niemal każdy aspekt zwyczajnego życia, przygląda się zadaniom chłopów, ich rozrywkom i budowaniu więzi międzyludzkich, żyje każdym elementem wiejskiej zwyczajności. Nie ma wątpliwości, że doskonale rozumie ten klimat i chce jak najpełniej go przekazać - stąd rozrastające się bardzo opisy i wypełnienie treściami każdego akapitu. Bardzo rzadko Kasia Bulicz-Kasprzak zajmuje się faktycznie tworzeniem historii: zwykle pozwala opowieści płynąć swobodnie, rozkoszuje się każdym wrażeniem zmysłowym, detalami, na które nie zwraca się uwagi w zabieganiu. Chociaż na wsi nie ma sielanki (i to także w warstwie fabularnej książki) - autorka wręcz wymusza podziw dla przestrzeni, którą opiewa. Chce znaleźć dla siebie miejsce w wiejskich pejzażach, przekonać odbiorców, że jest się czym zachwycać. Zatrzymuje, żeby zmusić do refleksji nad kondycją człowieka, albo żeby popisać się warsztatem literackim - bo znajduje przecież odpowiednie słowa do prezentowania kolejnych odkryć. Udaje jej się pisać tak, by nie było dysonansu między czasem akcji i świadomością odbiorców - a to spory sukces.

środa, 3 lutego 2021

Bryan Walsh: Koniec świata. Krótki przewodnik po tym, co nas czeka

Czarna Owca, Warszawa 2021.

Wieszczenia

Ta książka powstała w 2019 roku, jednak na polskim rynku ukazuje się w ciekawszym momencie. Bryan Walsh zajmuje się potencjalnymi zagrożeniami dla ludzkości - i przegląda rozmaite dostępne scenariusze, od katastrof naturalnych (związanych choćby z erupcjami superwulkanów i z dalekosiężnymi konsekwencjami takich wydarzeń) po destrukcyjną (autodestrukcyjną) działalność człowieka: tu między innymi zajmuje się tematem bomb atomowych czy tworzeniem sztucznej inteligencji, która w pewnym momencie może zwrócić się przeciwko swojemu stwórcy. Znajduje także miejsce na opowieść o wirusach, przy czym jedynym tematem ze współczesności jest dla niego epidemia SARS. Dopuszcza jednak do świadomości możliwość wybuchu pandemii - zwłaszcza że historia zna wiele takich przypadków. "Koniec świata. Krótki przewodnik po tym, co nas czeka" jest zatem książką atrakcyjną nie tylko z uwagi na rzeczowe analizy (Bryan Walsh nie dopuszcza do świadomości istnienia płaskoziemców czy antyszczepionkowców, co ciekawe, uważa, że ludzkość raczej nie doprowadzi się do zniszczenia przez pogłębiające się mentalne zacofanie), ale też - na wybór tematów. Przy okazji autor trafia w czas, pewnie przy wznowieniu książki będzie musiał odrobinę dopisać - nie zmienia to jednak faktu, że profetyczny charakter lektury może przyciągać odbiorców.

Podchodzi ten autor do kolejnych tematów z dużą dozą ciekawości, ale też - z umiejętnością odsiewania faktów od fake newsów. Zbiera dane od uczonych, porównuje wyniki badań, a następnie wszystko przekazuje w przystępnej formie czytelnikom. Zajmuje się w każdym przypadku wyjątkowo widowiskowym przykładem - zagrożeniem, które najlepiej trafi do wyobraźni powszechnej. Nie po to, żeby zastraszać, a po to, by przestrzec. Jeśli jakieś zagrożenie jest efektem działań człowieka - znajduje miejsce na prezentowanie odkryć i postanowień związanych z ograniczeniem negatywnego wpływu na planetę, tak jest choćby w przypadku dziury ozonowej - jednego z problemów, który udało się niemal całkiem naprawić. Ale już z globalnym ociepleniem nie jest tak łatwo. Bryan Walsh tłumaczy między innymi, dlaczego tak trudno ludziom zrezygnować z niszczycielskich zachowań w kwestii zasobów energetycznych. Temat wirusów prowadzi go do motywu biotechnologii: pokazuje, jakim niebezpieczeństwem mogłaby być broń biologiczna, zwłaszcza przy dzisiejszym dostępie do wiedzy. Nawet możliwość odnalezienia w kosmosie pozaziemskich cywilizacji byłaby dla ludzkości poważnym zagrożeniem. Im bliżej finału, tym bardziej futurystyczny staje się "Koniec świata": motywy sztucznej inteligencji i życia w kosmosie, podróży międzyplanetarnych czy możliwości przerzucenia zasobu doświadczeń do nieśmiertelnej superinteligencji - to wszystko jest pieśnią przyszłości, jednak Bryan Walsh sygnalizuje i takie komplikacje. Próbuje przekonać czytelników do zastanowienia się nad sobą i nad przyszłością kolejnych pokoleń - zagrożenia mogą płynąć z różnych stron i czasami tylko wynikają ze źle prowadzonej polityki. Autor przypomina, że chociaż nie wszyscy mają potencjał mordercy, znajdą się i takie jednostki, które z chęcią przyczynią się do zagłady ludzkości. Przestrzega i podpowiada, na czym skupić uwagę, jeśli chce się uniknąć problemów. A jednocześnie doskonale wie, że w obliczu wielkiego kryzysu - czy to z przyczyn naturalnych, czy spowodowanego działaniami ludzi, wszyscy będą bezradni. "Koniec świata" podsuwa czytelnikom rozmaite katastroficzne scenariusze - i pozwala się zastanowić nad ludzkimi słabościami oraz możliwościami. To książka, która szczególnie teraz sprawdzi się na rynku wydawniczym.

wtorek, 2 lutego 2021

Dr Brian King: Na luzie

Marginesy, Warszawa 2021.

Pomoc

Dr Brian King to autor, który zajmuje się tematyką stresu i próbuje przekonywać czytelników, że można zrezygnować z emocji niszczących i uniemożliwiających twórcze działanie. Sam nigdy nie przejmuje się nadmiernie żadnymi życiowymi dylematami. Nie ma takiej sytuacji, która wyprowadziłaby go z równowagi, co demonstruje dzięki ekstremalnym wspomnieniom związanym choćby z ludźmi sypiającymi w jego samochodzie w czasach studenckich. Dopiero narodziny córki odrobinę zmieniły podejście do przejmowania się rzeczywistością, autor jednak własnego sposobu na życie nie modyfikuje przesadnie. "Na luzie" to książka, która jest opowieścią o tym, dlaczego nie warto nadmiernie się stresować - i jak to zrobić.

Trzeba przyznać, że Brian King stawia na argumenty, które mają szansę dotrzeć do czytelników. I od strony retorycznej, i od strony przykładów z życia - decyduje się na scenki, komentarze oraz fakty, które powtarzają się w codzienności najczęściej i z którymi stykają się czytelnicy niemal na każdym kroku. Chodzi o to, żeby stres nie był mitycznym straszakiem, a żeby odbiorcy nauczyli się go rozpoznawać, nazywać i eliminować ze swoich reakcji czy zachowań. I nie musi King przekonywać, że mniej stresu to lepsze zdrowie czy bardziej satysfakcjonujące życie i udane relacje z innymi - skupia się przede wszystkim na samopoczuciu i na doraźnych korzyściach, łatwych do zaobserwowania od razu po wcieleniu w życie porad i uwag. Jeśli nie trzeba będzie długo czekać na rezultaty działania zgodnie z wyjaśnieniami tego autora - można mu uwierzyć w dalsze wywody. Dzięki temu Brian King będzie funkcjonować jak autorytet w dziedzinie samouspokojenia. Oczywiście autor nie omawia przypadków klinicznych, sytuacji, w których niezbędna jest interwencja lekarza - zastrzega zresztą, że sam lekarzem nie jest i nie uzurpuje sobie prawa do doradzania w bardziej skomplikowanych wypadkach. Większości ludzi jednak wystarczy podążanie za prostymi wskazówkami. Z takich "Na luzie" się składa: to mechanizmy i reakcje, o których przeważnie odbiorcy wiedzą - ale też o których nie myślą w chwilach największego wzburzenia. Brian King pokazuje ich bezsensowność i uwrażliwia odbiorców na inne możliwe drogi postępowania.

Cechą charakterystyczną tej książki jest nastawienie na dowcip. Autor jest również komikiem, o czym wiele razy przypomina (odwołuje się też bardzo często do życia rodzinnego, bo traktuje to jak sukces, którym należy się pochwalić - a może próbuje też wzbudzić zaufanie do siebie dzięki prywatnym zwierzeniom). Widać to w konstrukcji tekstu: próbuje rozluźnić odbiorców dowcipami, szuka puent i absurdalnych skojarzeń, które zamienia w rodzaj wykładu-występu estradowego. Śmiech ma pomóc w zapamiętywaniu kolejnych porad. I nawet jeśli momentami to żarty dość przewidywalne na etapie konstrukcji - rzeczywiście uprzyjemniają tekst. "Na luzie" to książka przeznaczona dla ludzi, którzy nadmiernie się wszystkim przejmują i tracą zdrowie na niekończących się przesadnych reakcjach, którymi męczą siebie i najbliższe otoczenie. Napisana przystępnie i wesoło, może ułatwić codzienne funkcjonowanie.

poniedziałek, 1 lutego 2021

Robert L. Leahy: Lekarstwo na zazdrość

Rebis, Poznań 2021.

Podpowiedzi

Bardzo pragmatycznie Robert L. Leahy podchodzi do tematu zazdrości i leczenia z niej odbiorców (albo autoleczenia, bo książka "Lekarstwo na zazdrość" to poradnik do samodzielnej pracy nad sobą). Tom jest bardzo charakterystyczny, w stylu, który odbiorcy dobrze znają - i który zorientowany jest na rzeczywiste efekty. Autor zwłaszcza na początku przytacza wiele pytań i psychotestów dla odbiorców - tak, by każdy mógł się zdiagnozować. Wiadomo, że po tę publikację sięgną ci czytelnicy, którzy wiedzą, że albo sami mają problem z kontrolowaniem swoich uczuć, albo w najbliższym otoczeniu mają kogoś, kto potrzebuje pomocy w kwestii nadmiernej zazdrości. Jednak gdyby ktoś przypuszczał, że dobrze sobie radzi w relacjach z innymi, też może zastanowić się nad sobą, oceniając własne reakcje według podanego klucza. Ocenianie skali zazdrości przeżywanej na co dzień pozwala na łagodne wprowadzenie do lektury: Leahy wie, że do takich problemów mało kto chce się przyznawać, rozbiegówka przydaje mu się zatem do oswojenia odbiorców. "Lekarstwo na zazdrość" to książka, która ma służyć do przepracowywania problemów, a nie do teoretycznej lektury.

Autor zastanawia się - na użytek publiczności literackiej - czym jest zazdrość, kiedy zazdrość staje się problemem, z którym należy walczyć i co traci się, kiedy prezentuje się zazdrość wobec partnera (przeważnie - nieuzasadnioną, bo to podstawa w opracowaniu). To prowadzi do uświadamiania czytelnikom skali kłopotów. Leahy chętnie proponuje czytelnikom, żeby zastanowili się nad korzyściami, które przynosi im zazdrość. Przedstawia standardowe sytuacje w związku, powtarzalne, wzięte z życia lub wyostrzone - tak, by odbiorcy mogli znaleźć tu ślady swoich przeżyć i doświadczeń. Skupia się na zazdrości, która niszczy partnera: pokazuje sytuacje, które nie mają pokrycia w rzeczywistości, a wywołują silne uczucia. Wciąż zadaje pytania: każe odbiorcom przemyśleć sobie, czy rzeczywiście opłaca im się ujawniać swoje podejrzenia i krzywdzić drugą osobę przez brak zaufania. Komentuje sytuacje, które stanowią naturalną konsekwencję zazdrosnych zachowań: jest mu to potrzebne, by łatwiej zilustrować bezsensowność takich postaw. Tłumaczy, że uleganie emocjom i obrażanie się lub atakowanie prowadzi wyłącznie do zaostrzenia konfliktu i zaognienia problematycznych sytuacji. Unaocznia odbiorcom, co może się wydarzyć - i nie ma tu miejsca na optymistyczne scenariusze. Łatwiej jest nauczyć się poskramiać zazdrość niż mierzyć się z wywołanymi przez siebie skutkami awantur i kłótni. I tu Robert L. Leahy znajduje dla siebie miejsce: staje się mentorem, pokazuje odbiorcom, dlaczego warto odpuścić.

Nie będzie tu zbyt dużo teorii ani rozwodzenia się nad tematem zazdrości bez odwołań do codziennych wydarzeń i sytuacji znanych w związkach. Leahy bazuje na problemach znanych czytelnikom, próbuje przekonać do siebie odbiorców za sprawą przekonujących spostrzeżeń: wybiera scenki powtarzalne i charakterystyczne. To wystarcza, żeby wzbudzić zainteresowanie i zaufanie czytających.

niedziela, 31 stycznia 2021

James Hibberd: Ogień nie zabije smoka

W.A.B., Warszawa 2020.

Kulisy

Jest to książka, która powinna się obowiązkowo znaleźć w biblioteczkach fanów "Gry o tron" - pozwoli bowiem odbiorcom na przedłużenie radości śledzenia kolejnych wątków cyklu i na odkrywanie wiadomości, którymi podzielić się mogli wyłącznie twórcy - scenarzyści, aktorzy czy ekipa filmowa obecna na planie. James Hibberd wykonał ogromną pracę i zaprezentował czytelnikom imponującą publikację "Ogień nie zabije smoka". To tom, który nie nada się do zwykłej lektury i nie spodoba się raczej ludziom, którzy serialu nie widzieli, będzie im trudniej odnaleźć się w tematach - które bez dodatkowego uporządkowania wydadzą się chaotyczne i komplikowane ponad miarę. Hibberd nie zamierza bowiem prezentować podstaw wiadomości: unika banałów i opowiadania o "Grze o tron" dla laików: nie przejmuje się tymi, którzy nie orientują się w tym zagadnieniu. Nie ma na to czasu. Chociaż tom liczy sobie ponad pięćset stron, a do tego ma kilkanaście wkładek ze zdjęciami - przeznaczony jest wyłącznie dla zaangażowanych. Za to Hibberd proponuje im ciekawą podróż na plan. Wybiera sobie tematy i zagadnienia, które mogą się odbiorcom spodobać albo które i tak budzą pytania, na przykład przejście aktorki nago przez tłum statystów, chociaż w tym wypadku chodzi bardziej o ludzkie emocje; jednak autor przygląda się również widowiskowym scenom z udziałem kaskaderów, albo dramatycznym zakończeniom niektórych wątków. Zajmuje się porównywaniem scenariuszy z książkami i pomysłami autora, pokazuje, jak wyglądało rozesłanie scenariusza z finałem serialu - by zachować w tajemnicy informacje o tym, jak całość ma zostać zakończona. Wybiera motywy warte przeanalizowania, przechodzi też do wyzwań i dylematów aktorskich, do szukania obsady czy do instruowania statystów, jak mają postępować w konkretnych scenach. Jest mowa o efektach specjalnych i o reżyserskich wskazówkach, o odczuciach samych aktorów i o zmaganiach z wyobraźnią autora - przecież rozmach pisarski niekoniecznie jest możliwy do przełożenia na film. Nie zabraknie zatem opowieści o pieniądzach, o budżecie na realizowanie zdjęć i o ryzyku, jakie podjęła ekipa na początku, gdy nie było wiadomo, czy serial odniesie sukces. Pisze Hibberd o kolejnych sezonach i o sytuacji na planie. Sam kreśli specyfikę pracy i wskazuje na najciekawsze wątki, później oddaje głos aktorom i pracownikom: zbiera drobne komentarze, z reguły jednoakapitowe, które następnie zestawia ze sobą, sprawiając, że wzajemnie się uzupełniają i uświadamiają odbiorcom, jak naprawdę wyglądała praca nad serialem. Aktorzy dzielą się swoimi spostrzeżeniami, przeżyciami i uczuciami - dzięki czemu odbiorcy i fani serialu zyskują znakomite uzupełnienie oglądanych scen. "Ogień nie zabije smoka" to zestaw wyjaśnień i ciekawostek, anegdot i wiadomości, które sprawią, że świat "Gry o tron" okaże się dla odbiorców jeszcze bardziej ekscytujący.

Elizabeth Barféty: Baletnice. Prawie idealna

Znak, Kraków 2021.

Wymagania

Już w pierwszym tomie cyklu Baletnice Elizabeth Barféty było jasne, że Constance ma poważny problem. Ta dziewczynka wyróżniała się spośród młodych tancerek wielką ambicją, była w stanie pracować najciężej ze wszystkich i realizować najbardziej skomplikowane układy taneczne, byle tylko osiągnąć wszystko, co możliwe i pokazać, że na karierze baletnicy zależy jej bardziej niż koleżankom. Chociaż inne dziewczynki trochę się podśmiewały z prymuski, Constance była lubiana i włączana do różnych zabaw (jeśli tylko pozwalała sobie na chwilę luzu). Nic dziwnego, że teraz Constance dochodzi do sytuacji granicznej. Moment nie jest najlepszy na załamanie nerwowe: zbliżają się cosemestralne pokazy umiejętności uczniów i Constance może tańczyć w pierwszym rzędzie - będzie dostrzeżona przez wszystkich. Jednak im bliżej pokazu, tym bardziej dziewczynka czuje, że to nie dla niej. Zastanawia się nawet, czy chce jeszcze tańczyć - codzienne zajęcia i treningi przestają ją cieszyć. Ponieważ chce to Constance pokonać cięższą pracą - wydaje jej się, że nie powinna bawić się z paczką przyjaciół. Constance przeżywa poważny kryzys. W dodatku jej mama - równie zajęta jak córka, tyle że w pracy - nie znajduje czasu na to, by wspierać dziecko.

Najpierw Constance uniemożliwia sobie występ i prezentację własnego talentu. Później - pogłębia traumę, przeżywa zalążki depresji, nie chce ćwiczyć i wątpi w sens swojej przyszłości w szkole baletowej. Nie szuka pomocy, za to wdaje się w akcje bez sensu i wydarzenia, które mogą rzeczywiście przekreślić jej szansę na szkolne wyczyny. Na szczęście koledzy znajdują sobie zabawę, która na moment odciągnie uwagę od przykrości i pozwoli Constance wreszcie się wyluzować. "Prawie idealna" to tom, w którym chodzi o pokazanie najmłodszym, czym grozi podążanie za nadmiernymi ambicjami. W życiu musi znaleźć się czas na rozrywkę, a obowiązki nie powinny odbierać radości istnienia - kto o tym zapomni, ten zapłaci za to wysoką cenę. Constance to bohaterka, którą zrozumie wiele odbiorczyń, zwłaszcza tych dążących do doskonałości - i jednocześnie ta dziewczynka pozwoli zrozumieć, co czuje się w wypadku porażki. Z tą postacią identyfikować się będzie wiele odbiorczyń, nie tylko małych baletnic - a autorka skomplikowaną sytuację, z której wcale nie tak łatwo znaleźć wyjście, ubiera w zgrabną historyjkę. Dzieci przyciągnie do lektury zwłaszcza za sprawą wybryków: paczka przyjaciół wymyśla grę w wyzwania, które należy realizować w tajemnicy przed kolegami - a to prowadzi do szeregu zaskoczeń. Dzięki temu rozwiązaniu Barféty może przemycić ważne psychologiczne przesłania i niejako zmusić czytelniczki do reagowania zanim dojdzie do katastrofy. Nie wszyscy muszą trenować balet - ale wybujałe ambicje przeszkadzają całkiem sporej liczbie maluchów. "Prawie idealna" oswaja z pozornie negatywnymi uczuciami, rozczarowaniami i pomyłkami, pozwala dzieciom być nieidealnymi.

sobota, 30 stycznia 2021

Marta Szarejko: Seksuolożki. Nowe rozmowy

Znak, Kraków 2020.

Kobiece problemy

Zakres tematów, jakie porusza Marta Szarejko (oraz jej rozmówczynie) jest ogromny. Drugi tom "Seksuolożek" - czyli "Nowe rozmowy" to zestaw wyjaśnień dotyczących między innymi chorób oraz doświadczeń, które odbierają ochotę na seks lub nie pozwalają czerpać z niego radości, o roli depresji lub zaburzeń osobowości w sypialni, o tym jak żyć z HIV (i dlaczego warto się pod tym kątem przebadać). Pojawiają się tu także tematy związane z dzieciństwem: obok wykorzystywania seksualnego najmłodszych także kwestia przyczyn bólu sromu u małych dziewczynek, podejścia rodziców do sytuacji, w której nakryją (nawet kilkuletnie) dziecko na masturbowaniu się. Znajdzie się miejsce na opowieść o hormonach i o wpływie traum na życie seksualne kobiet. Kobiety na pierwszym planie - co oznacza potężną lekcję akceptacji własnego ciała oraz oswajania z rozmaitymi schorzeniami, które utrudniają bądź uniemożliwiają udane współżycie. Marta Szarejko dociera do specjalistek łączących w swojej pracy różne podejścia - od strony lekarskiej albo psychologicznej, szuka ciekawostek, a czasami zyskuje wiadomości, które ją samą zaskakują. "Seksuolożki. Nowe rozmowy" to książka ważna i potrzebna - kierowana do kobiet i przez kobiety tworzona. A jednym z efektów jej oddziaływania ma być oswojenie z językiem, którym mówi się o kobiecych narządach płciowych i o tabuizowanych do niedawna elementach anatomii. Co ciekawe, część rozmówczyń boi się, że efektem zmian w programie nauczania będzie pogłębiający się tylko problem - tym usilniej zatem dążą do wyjaśniania, rozwiewania wątpliwości i zwracania uwagi na to, co powinno odbiorczynie zaniepokoić lub przynajmniej zastanowić.

"Seksuolożki. Nowe rozmowy" to książka, która urzeka jakością wywiadów. Marta Szarejko wychodzi od kwestii, które mogą intrygować zwyczajne odbiorczynie - pozwala nie tylko na zaprezentowanie wachlarza umiejętności oraz zakresu przeprowadzanych badań swoim interlokutorkom - ale wciela się w czytelniczki, które potrzebują wsparcia lub fachowej porady. Pyta, szuka rozwiązań lub wyzwań i dowiaduje się coraz więcej. Jej siłą jest profesjonalizacja. Nie proponuje czytelniczkom tematów banalnych, wielokrotnie w publikacjach pop przedstawionych i powszechnie znanych. Wręcz przeciwnie: zanurza się w opowieściach wymagających, sprawia, że czytelniczki sporo się z tej książki dowiedzą (albo przynajmniej zyskają podpowiedź, jakich informacji szukać dalej i o jakie wypytywać fachowców). Nie ma tu systemu plotek i wskazywania wyłącznie przykładów z gabinetów: bohaterki tomu bardzo chętnie dzielą się odkryciami i przemyśleniami, sprawiając, że kobiece sprawy wybrzmiewają fascynująco. To książka, którą można przeczytać z ciekawości albo dla informacji, można szukać w niej podpowiedzi dla siebie lub wsparcia w mówieniu o kobiecych przypadłościach. "Seksuolożki. Nowe rozmowy" to także publikacja przekonująca odbiorczynie, że każda z nich może czerpać radość z seksu - a jeśli tego nie robi, powinna poszukać pomocy u specjalistów.