Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.
Filozofia stripów
Charlie Brown zdobył home run! Wyeliminował z gry prawnuczkę Roya Hobbsa! Coś, co do tej pory nigdy się nie zdarzyło, w kolejnym tomie „Fistaszków zebranych” (lata 1993–1994) ma wreszcie szansę zaistnienia. I nie ma żadnego znaczenia proweniencja Roya Hobbsa, liczy się efekt. Oraz rozwścieczona prawnuczka. Na początku lat 90. XX. wieku Charlie Brown coraz częściej leży nocami bezsennie w łóżku i zadaje sobie bardzo poważne filozoficzne i egzystencjalne pytania. A wtedy jakiś głos – bardzo sarkastyczny – udziela mu złośliwych odpowiedzi, o czym bohater sam opowiada. W nowej części obok stałych motywów Charles M. Schulz wprowadza jeszcze kolejny refren – czekanie na szkolny autobus, który długo nie przyjeżdża. Coraz częściej głos zyskuje Rerun. Dawni bohaterowie jednak nie zawodzą. Patty ma problemy z nauką, Snoopy pisze powieści, a Linus przytula się do kocyka bezpieczeństwa. Marcie chce się nauczyć jakiegoś sportu, a pewnej nocy pies Charliego trafia do szpitala. Czuwają przy nim wszyscy przerażeni bracia. Przygód jest wiele, podobnie jak wyobraźniowych i rzeczywistych przestrzeni do działania. Czerwony Baron sprawia, że Snoopy odwiedza domy kolejnych dzieciaków. Gra w baseball, pustynia Spike’a, szkolne klasy i komiczne prezentacje na lekcjach, porady psychiatryczne i koledzy Woodstocka. Sally, która nie ma zamiaru odrabiać lekcji, za to lubi spędzać czas przed telewizorem, drużyna z rozmaitymi niesnaskami. W charakterach z Fistaszków można się przeglądać.
Do świata Fistaszków dorośli nie mają wstępu. Jeśli nawet nauczyciele albo rodzice chcą coś przekazać, czytelnicy dowiedzą się tego za pośrednictwem małych bohaterów. Inaczej nie da się prowadzić rozmów, nie ma mowy o głosach spoza kadru. Charles M. Schulz jest w swoich pomysłach bardzo precyzyjny. Czasami w kilku obrazkach (w weekendy na całych stronach, ale tu przeważnie rezygnuje z tekstu) wprowadza refleksje filozoficzne obok niebanalnego humoru. W rozmowach dzieci mogą pojawiać się nawet komentarze dotyczące przemijania i starości – wystarczy, że bohaterowie dzielą się opiniami dziadków i po swojemu je interpretują. Nie jest to zatem rzeczywistość pozbawiona trosk dorosłych. W mikroświecie bohaterów odzwierciedlają się wielkie sprawy, problemy i zaskoczenia odkrywcze także dla dorosłych. Dzieci nie udają, nie ukrywają silnych uczuć. Przenikliwie analizują otoczenie i wyciągają własne wnioski.
„Fistaszki zebrane 1993–1994” to tom – kolejny już – który ucieszy nie tylko dzieci. Fakt, że tłumaczy te stripy Michał Rusinek, zapewnia najwyższą jakość humoru i wyczucie puent. W tak drobnych historiach nie ma miejsca na potknięcia czy przegadanie, wszystko musi zostać perfekcyjnie dopracowane. To tom, który zapewni relaks także dorosłym czytelnikom, ale obok rozrywki przyniesie również zestaw przemyśleń. To prawdziwa moc Fistaszków. Obfitość stripów sprawia, że do każdej części powraca się wiele razy z taką samą przyjemnością, bez znużenia czy kartkowania książki. Schulz unika jednostajności, zawsze próbuje powiedzieć czytelnikom coś o nich samych – a fakt, że bohaterowie się nie starzeją, pozwala znaleźć u Fistaszków azyl i cieszyć się ich przygodami. Dzisiaj już nie ma wątpliwości, że to klasyka dowcipu pasków komiksowych, pozostaje się zatem cieszyć z monumentalnej serii i wypatrywać kolejnych jej części. „Fistaszki” to książka, którą trzeba mieć zawsze pod ręką, żeby w każdej chwili móc do niej wrócić.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 8 czerwca 2020
niedziela, 7 czerwca 2020
Anna Arno: Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim
Iskry, Warszawa 2020.
Indywidualista
Anna Arno o wyjątkowości Konstantego A. Jeleńskiego jest przekonana, chociaż w samej jego biografii szuka po prostu tematów, które przykuwają uwagę. „Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim” to relacja zdominowana w pierwszej części przez aspekty towarzyskie. Wydaje się wręcz, że Jeleński liczy się przede wszystkim ze względu na ludzi, z którymi się zadawał i wśród których się obracał – jego dokonania oraz przyjaźnie zawodowe z literatami czy malarskie fascynacje. To, że „Jeleński funkcjonował w wielu światach równolegle”, dobrze udaje się w książce uchwycić – światy te w różnym stopniu mogą angażować czytelników, ale zawsze przynoszą im ciekawe przemyślenia oraz portrety. Zresztą nie może być inaczej, skoro już w opowieści o rodzicach pojawi się wykraczanie poza konwencję i barwność charakterów, swoboda obyczajowa i przekraczanie granic. Tu dorośli zachowują się nieodpowiedzialnie, jedno nie stroni od alkoholu, drugie robi wszystko, na co ma ochotę. Z takiego domu nie może wyjść człowiek przeciętny. Dość szybko staje się oczywiste, że bohater książki będzie rozwijać zwyczaje poznawane od dzieciństwa, a dotyczące zwłaszcza relacji z innymi. Zresztą ta książka koresponduje z biografią Leonor Fini, wydaną w Iskrach, nie bez powodu. Konstanty A. Jeleński zwierza się matce z poszukiwania odpowiedniej towarzyszki życia, jednak fascynują go mężczyźni. Przy skłonnościach do romansowania może bohater znaleźć kogoś, kto go do siebie przywiąże. W bogatej przeszłości Jeleńskiego wojna nie zabiera zbyt wiele miejsca – nie trafia do zbyt wielu dokumentów i zwierzeń. Tu Anna Arno zatem po prostu odnotowuje kolejne przystanki w żołnierskiej „karierze”; Jeleński nie znosi rutyny, poznaje życie w różnych krajach, zajmuje się dziennikarstwem i opowiadaniem o kulturze – sprawdza się jako popularyzator wiedzy, ale też jako ten, kto współpracuje z najlepszymi. Przychodzi mu to niemal bez wysiłku. Bardzo często jednak – w pierwszej fazie opowieści – autorka skręca w stronę erotycznych kontaktów bohatera tomu. Nie robi tego w tonie sensacji ani taniej pornografii, po prostu potrzebuje ciekawostek dla zaprezentowania charakteru Kota i kształtującej go codzienności. Momentem przełomowym dla Jeleńskiego staje się związek z Leonor Fini – i w książce ten punkt zmienia trochę optykę narracji. Rozdział o Leonor i jej artystycznych wyborach pozwala na płynne przejście do spraw zawodowych, spotkań z pisarzami, rozgrywek okołodyplomatycznych, poszukiwań kulturalnych – i znów do kontaktów z ludźmi. Bo biografii Jeleńskiego nie da się poprowadzić w oderwaniu od interpersonalnych zależności. Bywa, że kwestie prywatne mocno modyfikują zawodowe plany, a Anna Arno starannie rozplątuje to, co powinna wyjaśnić, żeby poprowadzić spójną opowieść dla czytelników. Tu wchodzą w grę także działania polityczne i staranne analizowanie argumentów. W tomie „Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim” autorka czasami wplata również poboczne komentarze o przyjemnościach związanych z literaturą czy malarstwem.
Można tu odczytać wzajemne komentarze Jeleńskiego i Gombrowicza, relację z Giedroyciem, przychodzi potem czas na opowiedzenie o kontaktach z Czesławem Miłoszem (ze smaczkami recenzenckimi) czy z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Nie brakuje w tomie inspirujących ciekawostek (pudło daktyli!). Autorka zna doskonale mocne strony życiorysu Jeleńskiego, wie, co przyciągnie odbiorców – i umiejętnie to uwypukla. Ucieka od dłużyzn i zwyczajności, nie interesuje jej rutyna. To publikacja wartościowa, portret nietuzinkowy prowadzący właściwie od anegdoty do anegdoty – ale takie rozwiązanie daje szansę na stworzenie precyzyjnej charakterystyki bohatera. Anna Arno nie odtwarza żmudnie każdego elementu egzystencji bohatera, za to dodaje informacje, które nie zmieściłyby się w typowym życiorysie. To opowieść dla poszukujących oryginałów i ekscentryków, bohaterów stawiających na swoim niezależnie od sytuacji.
Indywidualista
Anna Arno o wyjątkowości Konstantego A. Jeleńskiego jest przekonana, chociaż w samej jego biografii szuka po prostu tematów, które przykuwają uwagę. „Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim” to relacja zdominowana w pierwszej części przez aspekty towarzyskie. Wydaje się wręcz, że Jeleński liczy się przede wszystkim ze względu na ludzi, z którymi się zadawał i wśród których się obracał – jego dokonania oraz przyjaźnie zawodowe z literatami czy malarskie fascynacje. To, że „Jeleński funkcjonował w wielu światach równolegle”, dobrze udaje się w książce uchwycić – światy te w różnym stopniu mogą angażować czytelników, ale zawsze przynoszą im ciekawe przemyślenia oraz portrety. Zresztą nie może być inaczej, skoro już w opowieści o rodzicach pojawi się wykraczanie poza konwencję i barwność charakterów, swoboda obyczajowa i przekraczanie granic. Tu dorośli zachowują się nieodpowiedzialnie, jedno nie stroni od alkoholu, drugie robi wszystko, na co ma ochotę. Z takiego domu nie może wyjść człowiek przeciętny. Dość szybko staje się oczywiste, że bohater książki będzie rozwijać zwyczaje poznawane od dzieciństwa, a dotyczące zwłaszcza relacji z innymi. Zresztą ta książka koresponduje z biografią Leonor Fini, wydaną w Iskrach, nie bez powodu. Konstanty A. Jeleński zwierza się matce z poszukiwania odpowiedniej towarzyszki życia, jednak fascynują go mężczyźni. Przy skłonnościach do romansowania może bohater znaleźć kogoś, kto go do siebie przywiąże. W bogatej przeszłości Jeleńskiego wojna nie zabiera zbyt wiele miejsca – nie trafia do zbyt wielu dokumentów i zwierzeń. Tu Anna Arno zatem po prostu odnotowuje kolejne przystanki w żołnierskiej „karierze”; Jeleński nie znosi rutyny, poznaje życie w różnych krajach, zajmuje się dziennikarstwem i opowiadaniem o kulturze – sprawdza się jako popularyzator wiedzy, ale też jako ten, kto współpracuje z najlepszymi. Przychodzi mu to niemal bez wysiłku. Bardzo często jednak – w pierwszej fazie opowieści – autorka skręca w stronę erotycznych kontaktów bohatera tomu. Nie robi tego w tonie sensacji ani taniej pornografii, po prostu potrzebuje ciekawostek dla zaprezentowania charakteru Kota i kształtującej go codzienności. Momentem przełomowym dla Jeleńskiego staje się związek z Leonor Fini – i w książce ten punkt zmienia trochę optykę narracji. Rozdział o Leonor i jej artystycznych wyborach pozwala na płynne przejście do spraw zawodowych, spotkań z pisarzami, rozgrywek okołodyplomatycznych, poszukiwań kulturalnych – i znów do kontaktów z ludźmi. Bo biografii Jeleńskiego nie da się poprowadzić w oderwaniu od interpersonalnych zależności. Bywa, że kwestie prywatne mocno modyfikują zawodowe plany, a Anna Arno starannie rozplątuje to, co powinna wyjaśnić, żeby poprowadzić spójną opowieść dla czytelników. Tu wchodzą w grę także działania polityczne i staranne analizowanie argumentów. W tomie „Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim” autorka czasami wplata również poboczne komentarze o przyjemnościach związanych z literaturą czy malarstwem.
Można tu odczytać wzajemne komentarze Jeleńskiego i Gombrowicza, relację z Giedroyciem, przychodzi potem czas na opowiedzenie o kontaktach z Czesławem Miłoszem (ze smaczkami recenzenckimi) czy z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Nie brakuje w tomie inspirujących ciekawostek (pudło daktyli!). Autorka zna doskonale mocne strony życiorysu Jeleńskiego, wie, co przyciągnie odbiorców – i umiejętnie to uwypukla. Ucieka od dłużyzn i zwyczajności, nie interesuje jej rutyna. To publikacja wartościowa, portret nietuzinkowy prowadzący właściwie od anegdoty do anegdoty – ale takie rozwiązanie daje szansę na stworzenie precyzyjnej charakterystyki bohatera. Anna Arno nie odtwarza żmudnie każdego elementu egzystencji bohatera, za to dodaje informacje, które nie zmieściłyby się w typowym życiorysie. To opowieść dla poszukujących oryginałów i ekscentryków, bohaterów stawiających na swoim niezależnie od sytuacji.
Catarina Sobral: Aciumpa
Dwie Siostry, Warszawa 2017.
Co to znaczy
Rzadko się zdarza, żeby pojedyncze słowo stało się bohaterem bajki. W klasyce kojarzy się tu na przykład spunk u Pippi – jednak tam to katalizator fabuły, a nie właściwy punkt przyciągający uwagę. Tymczasem Catarina Sobral stawia na „Aciumpę”, żeby zadziwić maluchy i przekonać je do analizowania słowotwórczych zabaw – albo dać się ponieść językowej fantazji i bawić się nieistniejącymi hasłami. Najbardziej niebajkowe postacie – badacze – przyglądają się nieznanemu wyrazowi znalezionemu w starej książce i pytają różnych znajomych, co o tym sądzą – zastanawiają się, co „aciumpa” może znaczyć. Dzieci nic nie podpowiedzą – bo przecież nikt nie kojarzy takiego słowa. Badacze do sprawy podchodzą naukowo, ucząc odbiorców przy okazji części mowy. Bo aciumpa może być rzeczownikiem, ale co jeśli zachowywałaby się jak czasownik, przymiotnik albo przysłówek? Kolejne scenariusze są tutaj rozpatrywane ze śmiechem. Tak, żeby błyskawicznie zaangażować czytelników w szukanie rozwiązania – i ćwiczenie językowych skojarzeń. Wymyślanie znaczeń to rozrywka ułatwiająca rozwijanie wyobraźni. Budzi też jednak ciekawość językową – przekonuje odbiorców, że można bawić się słowami i warto być dociekliwym, nawet jeśli coś wydaje się na początku bez sensu. Tu giętkość języka bardzo się przydaje – sam fakt plastyczności jednego przypadkowego nieistniejącego słowa zachęca do eksperymentów. Da się po lekturze wymyślać własne słowa na wzór aciumpy, aciumpa to dopiero początek. Da się też testować słowa znane – sprawdzać, czy można zamieniać je na czasowniki albo przymiotniki. W naturalny sposób Sobral prowadzi też w niewielkim zakresie edukację, zwraca uwagę dzieci na konstrukcję wypowiedzi oraz poszczególnych słów. Aciumpa jest przykładem idealnym – ponieważ nie wiąże się z żadnymi sensami, można nią manipulować do woli. Dzięki temu Catarina Sobral dostarcza dzieciom nową zabawkę o nieograniczonym zakresie – to otwarcie na cały świat słów. Coś, czego nie zapewni maluchom szkoła (a najczęściej też i nie rodzice), przynosi ta prosta historyjka obrazkowa. W związku z tym, że autorka zajmuje się poszukiwaniem znaczeń, sięga po absurdalnych czasami bohaterów – każdy jest przekonany, że to on ma rację. Do tego dochodzą bardzo zabawne przykłady użycia aciumpy – chwile, w których zastępuje się oczywisty i znany wyraz jego aciumpową wersją. To błyskawicznie rozśmieszy najmłodszych odbiorców tomiku, zresztą do tego efektu autorka dąży. Co więcej, końcówka opowieści sugeruje, że bajka może trwać dalej. A kilkulatki – przynajmniej dopóki ich wyobraźni nie zabije internet – chętnie podejmują się kreatywnych zabaw, także tych słowotwórczych. Siłą pomysłu Catariny Sobral jest dziecięca proweniencja. Coś, co nie przyszłoby do głowy dorosłym, maluchy podłapią od razu.
„Aciumpa” to tomik obrazkowy. W rysunkach króluje dziwność. Zachwiane proporcje budują nietypowe pejzaże, drogi oraz ludzkie sylwetki. Dzięki temu bohaterowie są pełni ekspresji. Przygaszone kolory nie odwracają uwagi – nie ma tu mowy o traceniu energii na wyszukiwanki, można za to skupić się na słowie. Nietypowa jak na picture book – ale przecież „Aciumpa” właśnie do takiego efektu ma prowadzić. „Aciumpa” to tomik, który daje do myślenia dzieciom, a dodatkowo zachęca je do samodzielnego tworzenia, również w warstwie grafiki. Niekoniecznie trzeba przecież wymyślać słownikowe definicje, można aciumpę narysować. Catarina Sobral podpowiada rozwiązania, które zachęcą najmłodszych do prowadzenia kolejnych zabaw.
Co to znaczy
Rzadko się zdarza, żeby pojedyncze słowo stało się bohaterem bajki. W klasyce kojarzy się tu na przykład spunk u Pippi – jednak tam to katalizator fabuły, a nie właściwy punkt przyciągający uwagę. Tymczasem Catarina Sobral stawia na „Aciumpę”, żeby zadziwić maluchy i przekonać je do analizowania słowotwórczych zabaw – albo dać się ponieść językowej fantazji i bawić się nieistniejącymi hasłami. Najbardziej niebajkowe postacie – badacze – przyglądają się nieznanemu wyrazowi znalezionemu w starej książce i pytają różnych znajomych, co o tym sądzą – zastanawiają się, co „aciumpa” może znaczyć. Dzieci nic nie podpowiedzą – bo przecież nikt nie kojarzy takiego słowa. Badacze do sprawy podchodzą naukowo, ucząc odbiorców przy okazji części mowy. Bo aciumpa może być rzeczownikiem, ale co jeśli zachowywałaby się jak czasownik, przymiotnik albo przysłówek? Kolejne scenariusze są tutaj rozpatrywane ze śmiechem. Tak, żeby błyskawicznie zaangażować czytelników w szukanie rozwiązania – i ćwiczenie językowych skojarzeń. Wymyślanie znaczeń to rozrywka ułatwiająca rozwijanie wyobraźni. Budzi też jednak ciekawość językową – przekonuje odbiorców, że można bawić się słowami i warto być dociekliwym, nawet jeśli coś wydaje się na początku bez sensu. Tu giętkość języka bardzo się przydaje – sam fakt plastyczności jednego przypadkowego nieistniejącego słowa zachęca do eksperymentów. Da się po lekturze wymyślać własne słowa na wzór aciumpy, aciumpa to dopiero początek. Da się też testować słowa znane – sprawdzać, czy można zamieniać je na czasowniki albo przymiotniki. W naturalny sposób Sobral prowadzi też w niewielkim zakresie edukację, zwraca uwagę dzieci na konstrukcję wypowiedzi oraz poszczególnych słów. Aciumpa jest przykładem idealnym – ponieważ nie wiąże się z żadnymi sensami, można nią manipulować do woli. Dzięki temu Catarina Sobral dostarcza dzieciom nową zabawkę o nieograniczonym zakresie – to otwarcie na cały świat słów. Coś, czego nie zapewni maluchom szkoła (a najczęściej też i nie rodzice), przynosi ta prosta historyjka obrazkowa. W związku z tym, że autorka zajmuje się poszukiwaniem znaczeń, sięga po absurdalnych czasami bohaterów – każdy jest przekonany, że to on ma rację. Do tego dochodzą bardzo zabawne przykłady użycia aciumpy – chwile, w których zastępuje się oczywisty i znany wyraz jego aciumpową wersją. To błyskawicznie rozśmieszy najmłodszych odbiorców tomiku, zresztą do tego efektu autorka dąży. Co więcej, końcówka opowieści sugeruje, że bajka może trwać dalej. A kilkulatki – przynajmniej dopóki ich wyobraźni nie zabije internet – chętnie podejmują się kreatywnych zabaw, także tych słowotwórczych. Siłą pomysłu Catariny Sobral jest dziecięca proweniencja. Coś, co nie przyszłoby do głowy dorosłym, maluchy podłapią od razu.
„Aciumpa” to tomik obrazkowy. W rysunkach króluje dziwność. Zachwiane proporcje budują nietypowe pejzaże, drogi oraz ludzkie sylwetki. Dzięki temu bohaterowie są pełni ekspresji. Przygaszone kolory nie odwracają uwagi – nie ma tu mowy o traceniu energii na wyszukiwanki, można za to skupić się na słowie. Nietypowa jak na picture book – ale przecież „Aciumpa” właśnie do takiego efektu ma prowadzić. „Aciumpa” to tomik, który daje do myślenia dzieciom, a dodatkowo zachęca je do samodzielnego tworzenia, również w warstwie grafiki. Niekoniecznie trzeba przecież wymyślać słownikowe definicje, można aciumpę narysować. Catarina Sobral podpowiada rozwiązania, które zachęcą najmłodszych do prowadzenia kolejnych zabaw.
sobota, 6 czerwca 2020
Alek Rogoziński: Teściowe muszą zniknąć
W.A.B., Warszawa 2020.
Szukanie skarbu
Kto ma ochotę na zabawną komedię kryminalną – w której dużo więcej jest komedii niż kryminału – może sięgnąć po „Teściowe muszą zniknąć” Alka Rogozińskiego. To powieść, w której łączą się skarb z przeszłości, tajemnice a także stereotypy i uszczypliwe komentarze. Sięga autor po motywy, które rozbawią na pewno, już samo odwołanie się do teściowych kojarzy się od razu z zestawem dowcipów. Żeby nie było zbyt słodko: Alek Rogoziński ma tendencję do szukania żartów wszędzie, w większości zdań stara się scharakteryzować bohaterów przez jakieś – zbędne z punktu widzenia odbiorców – anegdoty i śmieszki. Ogólnie umiejętności rozśmieszania zawsze się przydają, lecz tu w pewnym momencie przesyt zaczyna męczyć. Autor uwielbia dygresje – i to nie wychodzi mu na dobre. Albo czytelnicy przekonają się do specyficznego przegadanego rytmu, albo zupełnie odrzucą tom, bo Rogoziński z dodatkowych żartów rezygnować nie ma zamiaru. Nadmiar drobnych dowcipów w dalszoplanowych charakterystykach sprawia, że czytelnicy się na nie uodpornią – a przecież nie o to powinno chodzić.
Najłatwiej coś ukryć w dalekiej już przeszłości. Dla bohaterów odniesieniem będzie druga wojna światowa. „Skarb” niewiadomej wartości i kształtu trafia pod ziemię. Zmienia się układ domów i ulic. Ci, którzy o drogocenności wiedzą, dzielą się danymi pozwalającymi ją odkryć – żeby nie stracić tego, co wartościowe. Potomkowie będą mieli dzięki temu więcej zagadek do rozwiązania. A i więcej pracy. Potencjalni złodzieje i koneserzy cudzych skarbów również zyskają sporo wyzwań. Na razie jednak o skarbie krążą tylko plotki, które za sprawą swojego kuzyna-niedorajdy poznaje Amelia Niedzielska (z domu Wrzesińska). Trzeba uważać, kto otrzymuje wiadomości o rodzinnym skarbie – wszędzie mogą czaić się przestępcy. A jeśli ktoś chce odzyskać to, co mu się prawnie należy, ma zwykle najwięcej problemów. Przekonywała do tego Joanna Chmielewska, u Rogozińskiego wątek też istnieje.
Akcja nabiera tempa nie w momencie zyskania informacji, a wtedy, gdy mąż Amelii niespodziewanie zostaje wplątany w morderstwo sąsiadki-wariatki. Z odsieczą przychodzą dwie starsze panie – i to one są właściwym powodem napisania książki. Alek Rogoziński stawia na przeciwieństwa i skrajności w dwóch portretach. Maja Wrzesińska, matka Amelii – cieszy się życiem. Działa aktywnie w lokalnej społeczności, ciągle angażuje się w rozmaite protesty, jest postępowa i wyzwolona, a do tego czerpie radość z seksu i nie ukrywa tego faktu. Kazimiera Niedzielska to matrona, która regularnie wpłaca datki na pewne radio, tępi LGBT, nienawidzi feministek i prezentuje mentalność rodem ze średniowiecza (co akurat jej nie obraża, średniowiecze bardzo sobie chwali). W normalnych okolicznościach obie mamusie trzeba rozdzielać, żeby się nie zagryzły (nie ogranicza to ich wzajemnych złośliwości) – tym razem jednak muszą połączyć siły, żeby uratować Janusza.
Intryga kryminalna spaja całość, ale autor dużo lepiej niż w układaniu fabuły czuje się w portretowaniu bohaterów, zwłaszcza tych, których przyzwyczajenia lub przywary da się zamienić na komiczne stereotypy i wyśmiać. Przy okazji stosuje satyrę polityczną, wprowadzając niezawoalowaną krytykę wydarzeń z życia publicznego – to jednak kwestia dalszoplanowa. Alek Rogoziński za cel przyjął sobie rozbawianie odbiorców i łączenie ich w ocenach uprzykrzających życie zachowań. Śledztwo zamienia się w poszukiwanie skarbu – i tylko czasami wyścig (o życie). Trudno tu o współczucie dla bohaterów w chwilach grozy. To powieść rozrywkowa, barwna, nawet jeśli chwilami konwencjonalna i bazująca na schematach.
Szukanie skarbu
Kto ma ochotę na zabawną komedię kryminalną – w której dużo więcej jest komedii niż kryminału – może sięgnąć po „Teściowe muszą zniknąć” Alka Rogozińskiego. To powieść, w której łączą się skarb z przeszłości, tajemnice a także stereotypy i uszczypliwe komentarze. Sięga autor po motywy, które rozbawią na pewno, już samo odwołanie się do teściowych kojarzy się od razu z zestawem dowcipów. Żeby nie było zbyt słodko: Alek Rogoziński ma tendencję do szukania żartów wszędzie, w większości zdań stara się scharakteryzować bohaterów przez jakieś – zbędne z punktu widzenia odbiorców – anegdoty i śmieszki. Ogólnie umiejętności rozśmieszania zawsze się przydają, lecz tu w pewnym momencie przesyt zaczyna męczyć. Autor uwielbia dygresje – i to nie wychodzi mu na dobre. Albo czytelnicy przekonają się do specyficznego przegadanego rytmu, albo zupełnie odrzucą tom, bo Rogoziński z dodatkowych żartów rezygnować nie ma zamiaru. Nadmiar drobnych dowcipów w dalszoplanowych charakterystykach sprawia, że czytelnicy się na nie uodpornią – a przecież nie o to powinno chodzić.
Najłatwiej coś ukryć w dalekiej już przeszłości. Dla bohaterów odniesieniem będzie druga wojna światowa. „Skarb” niewiadomej wartości i kształtu trafia pod ziemię. Zmienia się układ domów i ulic. Ci, którzy o drogocenności wiedzą, dzielą się danymi pozwalającymi ją odkryć – żeby nie stracić tego, co wartościowe. Potomkowie będą mieli dzięki temu więcej zagadek do rozwiązania. A i więcej pracy. Potencjalni złodzieje i koneserzy cudzych skarbów również zyskają sporo wyzwań. Na razie jednak o skarbie krążą tylko plotki, które za sprawą swojego kuzyna-niedorajdy poznaje Amelia Niedzielska (z domu Wrzesińska). Trzeba uważać, kto otrzymuje wiadomości o rodzinnym skarbie – wszędzie mogą czaić się przestępcy. A jeśli ktoś chce odzyskać to, co mu się prawnie należy, ma zwykle najwięcej problemów. Przekonywała do tego Joanna Chmielewska, u Rogozińskiego wątek też istnieje.
Akcja nabiera tempa nie w momencie zyskania informacji, a wtedy, gdy mąż Amelii niespodziewanie zostaje wplątany w morderstwo sąsiadki-wariatki. Z odsieczą przychodzą dwie starsze panie – i to one są właściwym powodem napisania książki. Alek Rogoziński stawia na przeciwieństwa i skrajności w dwóch portretach. Maja Wrzesińska, matka Amelii – cieszy się życiem. Działa aktywnie w lokalnej społeczności, ciągle angażuje się w rozmaite protesty, jest postępowa i wyzwolona, a do tego czerpie radość z seksu i nie ukrywa tego faktu. Kazimiera Niedzielska to matrona, która regularnie wpłaca datki na pewne radio, tępi LGBT, nienawidzi feministek i prezentuje mentalność rodem ze średniowiecza (co akurat jej nie obraża, średniowiecze bardzo sobie chwali). W normalnych okolicznościach obie mamusie trzeba rozdzielać, żeby się nie zagryzły (nie ogranicza to ich wzajemnych złośliwości) – tym razem jednak muszą połączyć siły, żeby uratować Janusza.
Intryga kryminalna spaja całość, ale autor dużo lepiej niż w układaniu fabuły czuje się w portretowaniu bohaterów, zwłaszcza tych, których przyzwyczajenia lub przywary da się zamienić na komiczne stereotypy i wyśmiać. Przy okazji stosuje satyrę polityczną, wprowadzając niezawoalowaną krytykę wydarzeń z życia publicznego – to jednak kwestia dalszoplanowa. Alek Rogoziński za cel przyjął sobie rozbawianie odbiorców i łączenie ich w ocenach uprzykrzających życie zachowań. Śledztwo zamienia się w poszukiwanie skarbu – i tylko czasami wyścig (o życie). Trudno tu o współczucie dla bohaterów w chwilach grozy. To powieść rozrywkowa, barwna, nawet jeśli chwilami konwencjonalna i bazująca na schematach.
Debbie Powell: Dzień z przyrodą. 101 zadań inspirowanych naturą
Egmont, Warszawa 2020.
Wzory z liści
To na pewno nie będzie jeden dzień – wbrew tytułowi. „Dzień z przyrodą” jest oryginalną propozycją zestawu zabaw i działań kreatywnych dla dzieci (oraz zbiorem podpowiedzi dla animatorów czy wychowawców). W takim tomiku trzeba wykorzystywać rozmaite techniki twórcze, a także przedmioty i „skarby” znajdowane i zbierane podczas spacerów. Debbie Powell nie tylko wyczula odbiorców na piękno natury, ale jeszcze przekonuje, że da się połączyć zajęcia plastyczne i ogólnorozwojowe z aktywnym wypoczynkiem. Zaprasza do realizowania kolejnych ćwiczeń, a przy okazji do odkrywania tego, co ciekawe w najbliższym otoczeniu. Przy takiej pozycji nie ponosi się żadnych wydatków, wystarczą narzędzia, których dzieci i tak używają na co dzień w szkole: kredki, farby, klej i nożyczki. Co zatem sprawia, że odbiorcy mogą poczuć się wyjątkowo? Podpowiedzi dotyczące pracy zakładają rozpoczęcie procesu tworzenia na długo przed zasiadaniem nad książką. Kolaż z liści, strona na leśne skarby czy budowanie gniazda z materiałów znalezionych w ogrodzie – Debbie Powell ma sporo pomysłów na to, jak zachęcić maluchy i do spędzania czasu na świeżym powietrzu, i do uruchomienia kreatywności. Ale jeśli ktoś ma daleko do lasu czy parku, a potrzebuje rozrywki na przykład na deszczowy dzień – nie będzie się z książką nudzić. Debbie Powell proponuje bardzo dużo wycinanek i prac, w efekcie których dzieci zyskają różne ozdoby. Można zrobić koszyk albo pudełko, kwiatowe zawieszki, maski karnawałowe, lilie wodne do zabawy w kąpieli… Wiele tu rozwiązań, które dla dzieci będą odkrywcze. Żeby je realizować, trzeba będzie czasami wycinać odpowiednie elementy ze stron tomiku – automatycznie zamienia go to w zeszyt ćwiczeń. Nie zabraknie testów na spostrzegawczość, tradycyjnych rozrywek – albo wiadomości do przyswojenia przez dzieci (w zabawnie można na przykład poznać budowę liścia). A Debbie Powell stara się również zachęcić do niebanalnego wykorzystywania farb: tu maluje się palcami kwiaty albo owady. Dzieci pobrudzą się przy tym i rozwiną wyobraźnię – nie zawsze prosto jest narysować owada, jeśli zasadniczą jego część zyskuje się przez odciśnięcie palca. Dzięki takim zadaniom sporo zyskają mali odbiorcy. „Dzień z przyrodą. 101 zadań inspirowanych naturą” to książka bardzo kolorowa, przyciągająca wzrok – duża i zachęcająca do aktywności twórczej. Zadania przedstawiane tutaj są bardzo absorbujące, zabierają mnóstwo czasu – ale zasugerują maluchom sposoby zabaw i spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu. Debbie Powell zapewnia kilkulatkom szereg wyzwań, z kolei każde wyzwanie to obietnica przygody, ale i lekcja. Najlepiej poznawać świat przyrody przez tego typu drobne wiadomości, które inspirują i rozbudzają ciekawość, a także zapraszają do dalszych podróży – im bardziej kilkulatki przejmą się zadaniami do wykonania, tym łatwiej będzie im zapamiętywać dane i później mierzyć się z lekcjami.
W tomie „Dzień z przyrodą” Debbie Powell ucieka od rutyny. Zarówno przez różnicowanie stopnia trudności, jak i przez kształt poleceń: odejście od tego, co można znaleźć wszędzie, już gwarantuje dzieciom lepszą zabawę – a przy okazji stanowi też niezłą reklamę. Nie trzeba będzie przekonywać odbiorców do pracy – sami chętnie będą realizować kolejne polecenia, bo to coś, czego do tej pory nie znali. A przy tym nie odstraszy kilkulatków nadmiar szczegółów na ilustracjach – królują tu proste kształty, duże figury i ograniczenie detali. „Dzień z przyrodą” zwraca uwagę na otoczenie, wyczula najmłodszych na piękno natury. I to znakomity pomysł na zapewnienie dzieciom rozrywek klasycznych, a przy tym – intrygujących.
Wzory z liści
To na pewno nie będzie jeden dzień – wbrew tytułowi. „Dzień z przyrodą” jest oryginalną propozycją zestawu zabaw i działań kreatywnych dla dzieci (oraz zbiorem podpowiedzi dla animatorów czy wychowawców). W takim tomiku trzeba wykorzystywać rozmaite techniki twórcze, a także przedmioty i „skarby” znajdowane i zbierane podczas spacerów. Debbie Powell nie tylko wyczula odbiorców na piękno natury, ale jeszcze przekonuje, że da się połączyć zajęcia plastyczne i ogólnorozwojowe z aktywnym wypoczynkiem. Zaprasza do realizowania kolejnych ćwiczeń, a przy okazji do odkrywania tego, co ciekawe w najbliższym otoczeniu. Przy takiej pozycji nie ponosi się żadnych wydatków, wystarczą narzędzia, których dzieci i tak używają na co dzień w szkole: kredki, farby, klej i nożyczki. Co zatem sprawia, że odbiorcy mogą poczuć się wyjątkowo? Podpowiedzi dotyczące pracy zakładają rozpoczęcie procesu tworzenia na długo przed zasiadaniem nad książką. Kolaż z liści, strona na leśne skarby czy budowanie gniazda z materiałów znalezionych w ogrodzie – Debbie Powell ma sporo pomysłów na to, jak zachęcić maluchy i do spędzania czasu na świeżym powietrzu, i do uruchomienia kreatywności. Ale jeśli ktoś ma daleko do lasu czy parku, a potrzebuje rozrywki na przykład na deszczowy dzień – nie będzie się z książką nudzić. Debbie Powell proponuje bardzo dużo wycinanek i prac, w efekcie których dzieci zyskają różne ozdoby. Można zrobić koszyk albo pudełko, kwiatowe zawieszki, maski karnawałowe, lilie wodne do zabawy w kąpieli… Wiele tu rozwiązań, które dla dzieci będą odkrywcze. Żeby je realizować, trzeba będzie czasami wycinać odpowiednie elementy ze stron tomiku – automatycznie zamienia go to w zeszyt ćwiczeń. Nie zabraknie testów na spostrzegawczość, tradycyjnych rozrywek – albo wiadomości do przyswojenia przez dzieci (w zabawnie można na przykład poznać budowę liścia). A Debbie Powell stara się również zachęcić do niebanalnego wykorzystywania farb: tu maluje się palcami kwiaty albo owady. Dzieci pobrudzą się przy tym i rozwiną wyobraźnię – nie zawsze prosto jest narysować owada, jeśli zasadniczą jego część zyskuje się przez odciśnięcie palca. Dzięki takim zadaniom sporo zyskają mali odbiorcy. „Dzień z przyrodą. 101 zadań inspirowanych naturą” to książka bardzo kolorowa, przyciągająca wzrok – duża i zachęcająca do aktywności twórczej. Zadania przedstawiane tutaj są bardzo absorbujące, zabierają mnóstwo czasu – ale zasugerują maluchom sposoby zabaw i spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu. Debbie Powell zapewnia kilkulatkom szereg wyzwań, z kolei każde wyzwanie to obietnica przygody, ale i lekcja. Najlepiej poznawać świat przyrody przez tego typu drobne wiadomości, które inspirują i rozbudzają ciekawość, a także zapraszają do dalszych podróży – im bardziej kilkulatki przejmą się zadaniami do wykonania, tym łatwiej będzie im zapamiętywać dane i później mierzyć się z lekcjami.
W tomie „Dzień z przyrodą” Debbie Powell ucieka od rutyny. Zarówno przez różnicowanie stopnia trudności, jak i przez kształt poleceń: odejście od tego, co można znaleźć wszędzie, już gwarantuje dzieciom lepszą zabawę – a przy okazji stanowi też niezłą reklamę. Nie trzeba będzie przekonywać odbiorców do pracy – sami chętnie będą realizować kolejne polecenia, bo to coś, czego do tej pory nie znali. A przy tym nie odstraszy kilkulatków nadmiar szczegółów na ilustracjach – królują tu proste kształty, duże figury i ograniczenie detali. „Dzień z przyrodą” zwraca uwagę na otoczenie, wyczula najmłodszych na piękno natury. I to znakomity pomysł na zapewnienie dzieciom rozrywek klasycznych, a przy tym – intrygujących.
piątek, 5 czerwca 2020
Marcin Kącki: Oświęcim. Czarna zima
Znak, Kraków 2020.
Normalność
Jeżeli ktoś ma już przesyt rynkowymi nowościami dotyczącymi koszmaru obozów koncentracyjnych podczas drugiej wojny światowej, może sięgnąć po spojrzenie aktualne, chociaż w przeszłości zakorzenione. „Oświęcim. Czarna zima” to zestaw reportaży Marcina Kąckiego, który sprawdza, jak żyje się ludziom w sąsiedztwie muzeum – i z jakimi problemami mierzą się na co dzień mieszkańcy Oświęcimia. Tom składa się z ośmiu rozdziałów (jeden złożony został z listów dzieci i młodzieży, zdradzających wyzwania z perspektywy tych, którzy dzięki niewiedzy mogą dostrzegać więcej). Niektóre z części tomu nie mają charakterystycznego podziału na wstęp, rozwinięcie i zakończenie, za to składają się z rozmaitych migawek, kolejnych portretów i prezentacji ludzi oraz ich bolączek.
Gdzieś powracają echa dawnych przekonań, że Oświęcim to wyłącznie obóz – przede wszystkim w docinkach wobec rówieśników z Oświęcimia w szkołach. Autora o wiele bardziej interesuje jednak, jak wygląda codzienność w willi Hössa albo… w kamienicach na terenie obozu, między krematorium, drutami kolczastymi i szubienicą. Tu wyzwań jest sporo. Niektórzy w willi boją się rzekomych duchów, tajemniczego prochu pod podłogą, zakamarków, do których nigdy nie wchodzą. Cieszą się, że ona są umieszczone wysoko nad podłogą, by nie dało się z nich zobaczyć muzeum. Inni, w kamienicach, bez sprzeciwu akceptują wytyczne od administracji: że nie wolno wywieszać prania ani wytrzepywać pościeli, o poważniejszych ingerencjach w elewację mowy być nie może. Tu najważniejsi są turyści, ciągłe wycieczki pod oknami i brak możliwości opuszczenia domu w niektóre święta – to tylko część problemów, zestawu utrudnień, do których trzeba przywyknąć. To zaledwie jeden z tematów. Marcin Kącki sprawdza też motyw odbudowywania domów z obozowych baraków, podąża za poszukiwaczami „skarbów” – przedmiotów z Auschwitz, które znajdują się na strychach i w starych domach. Czasami wręcz trudno sobie wyobrazić, że można używać jakiejś rzeczy ze świadomością jej dawnego przeznaczenia. Zresztą – historia emocjonalna to nie wszystko. Dalej Marcin Kącki zajmuje się między innymi narodowościowym tyglem – tematem Żydów oraz Romów w Oświęcimiu. Stąd kłatwo przejść do kwestii nietolerancji, konfliktów na tle pochodzenia. Do utarczek społecznych obecnych tutaj w ogromnym stężeniu dochodzą jeszcze motywy historyczne, zupełnie jakby stereotypowe oceny Oświęcimia miały stać się kompleksem tych mieszkańców, którzy łatwo dają się uwieść radykalizmowi (albo nie stronią od alkoholu). Tu wszystko wybrzmiewa mocniej, zresztą przekonuje się o tym nawet autor przeczulony na punkcie dodatkowych znaczeń haseł reklamowych. Niebezpiecznych i grząskich zagadnień jest tu wiele.
Istnieje też problem aktualny i dotykający nawet tych, którzy potrafią się zdystansować od mrocznej przeszłości – zatrucie powietrza. Mieszkańcy nie mogą wytrzymać z powodu wszechobecnego fetoru, politycy odwracają się od nich. Nie ma sposobu ani na sąsiadów palących w piecach śmieciami ani na fabryki i trujące chemikalia. Reportaż związany z tym koszmarem wielu czytelników do Oświęcimia zniechęci – znacznie skuteczniej niż mroki przeszłości. Marcin Kącki pokazuje bowiem jasno, że niewielka jest szansa na poprawę sytuacji i na zmianę mentalności miejscowych, nawet tych, którzy powinni szerzyć informacje o ekologii i dawać dobry przykład. Można się zastanawiać, czy to dobre miejsce do życia, ale „Oświęcim. Czarna zima” rozwiewa wszelkie wątpliwości. To książka, która budzi przerażenie i z każdym kolejnym tekstem jeszcze bardziej odbiera nadzieję.
Normalność
Jeżeli ktoś ma już przesyt rynkowymi nowościami dotyczącymi koszmaru obozów koncentracyjnych podczas drugiej wojny światowej, może sięgnąć po spojrzenie aktualne, chociaż w przeszłości zakorzenione. „Oświęcim. Czarna zima” to zestaw reportaży Marcina Kąckiego, który sprawdza, jak żyje się ludziom w sąsiedztwie muzeum – i z jakimi problemami mierzą się na co dzień mieszkańcy Oświęcimia. Tom składa się z ośmiu rozdziałów (jeden złożony został z listów dzieci i młodzieży, zdradzających wyzwania z perspektywy tych, którzy dzięki niewiedzy mogą dostrzegać więcej). Niektóre z części tomu nie mają charakterystycznego podziału na wstęp, rozwinięcie i zakończenie, za to składają się z rozmaitych migawek, kolejnych portretów i prezentacji ludzi oraz ich bolączek.
Gdzieś powracają echa dawnych przekonań, że Oświęcim to wyłącznie obóz – przede wszystkim w docinkach wobec rówieśników z Oświęcimia w szkołach. Autora o wiele bardziej interesuje jednak, jak wygląda codzienność w willi Hössa albo… w kamienicach na terenie obozu, między krematorium, drutami kolczastymi i szubienicą. Tu wyzwań jest sporo. Niektórzy w willi boją się rzekomych duchów, tajemniczego prochu pod podłogą, zakamarków, do których nigdy nie wchodzą. Cieszą się, że ona są umieszczone wysoko nad podłogą, by nie dało się z nich zobaczyć muzeum. Inni, w kamienicach, bez sprzeciwu akceptują wytyczne od administracji: że nie wolno wywieszać prania ani wytrzepywać pościeli, o poważniejszych ingerencjach w elewację mowy być nie może. Tu najważniejsi są turyści, ciągłe wycieczki pod oknami i brak możliwości opuszczenia domu w niektóre święta – to tylko część problemów, zestawu utrudnień, do których trzeba przywyknąć. To zaledwie jeden z tematów. Marcin Kącki sprawdza też motyw odbudowywania domów z obozowych baraków, podąża za poszukiwaczami „skarbów” – przedmiotów z Auschwitz, które znajdują się na strychach i w starych domach. Czasami wręcz trudno sobie wyobrazić, że można używać jakiejś rzeczy ze świadomością jej dawnego przeznaczenia. Zresztą – historia emocjonalna to nie wszystko. Dalej Marcin Kącki zajmuje się między innymi narodowościowym tyglem – tematem Żydów oraz Romów w Oświęcimiu. Stąd kłatwo przejść do kwestii nietolerancji, konfliktów na tle pochodzenia. Do utarczek społecznych obecnych tutaj w ogromnym stężeniu dochodzą jeszcze motywy historyczne, zupełnie jakby stereotypowe oceny Oświęcimia miały stać się kompleksem tych mieszkańców, którzy łatwo dają się uwieść radykalizmowi (albo nie stronią od alkoholu). Tu wszystko wybrzmiewa mocniej, zresztą przekonuje się o tym nawet autor przeczulony na punkcie dodatkowych znaczeń haseł reklamowych. Niebezpiecznych i grząskich zagadnień jest tu wiele.
Istnieje też problem aktualny i dotykający nawet tych, którzy potrafią się zdystansować od mrocznej przeszłości – zatrucie powietrza. Mieszkańcy nie mogą wytrzymać z powodu wszechobecnego fetoru, politycy odwracają się od nich. Nie ma sposobu ani na sąsiadów palących w piecach śmieciami ani na fabryki i trujące chemikalia. Reportaż związany z tym koszmarem wielu czytelników do Oświęcimia zniechęci – znacznie skuteczniej niż mroki przeszłości. Marcin Kącki pokazuje bowiem jasno, że niewielka jest szansa na poprawę sytuacji i na zmianę mentalności miejscowych, nawet tych, którzy powinni szerzyć informacje o ekologii i dawać dobry przykład. Można się zastanawiać, czy to dobre miejsce do życia, ale „Oświęcim. Czarna zima” rozwiewa wszelkie wątpliwości. To książka, która budzi przerażenie i z każdym kolejnym tekstem jeszcze bardziej odbiera nadzieję.
czwartek, 4 czerwca 2020
Łukasz Najder: Moja osoba. Eseje i przygody
Czarne, Wołowiec 2020.
Wyznania
Na dwa sposoby Łukasz Najder próbuje zaangażować czytelników. „Moja osoba” to zbiór esejów, w których autor albo przedstawia wybrane szczegóły ze swojego życia – mocno koloryzowane – albo analizy świata fikcyjnego: lektur i filmów, sięga też czasami do wątków z życia autorów. Układa dzięki temu teksty rozbudowane narracyjnie, ale takie, z których czytelnicy wydobędą ciekawe analizy kulturoznawcze lub społeczne. Prezentuje odbiorcom bardzo urozmaicone tematycznie szkice, zmieniające nastrój i charakter relacji, ale też dotykające różnych obszarów egzystencji. Najder między innymi stawia na bardzo intensywny pod kątem emocji tekst o ojcu i ojcostwie – co sugeruje, że zacznie podążać utartymi szlakami i sięgnie po tony konwencjonalne. Na szczęście to tylko rozbiegówka (zgrabna, ale tendencyjna). W esejach o osobistym wydźwięku znajdzie się jeszcze na przykład mierzenie się z nerwicą – chorobą psychiczną, która pojawiła się na skutek długiej bezczynności i bezrobocia, a pogłębiała przez niechęć przed wizytą u specjalisty. Uspokajanie płaczącego dziecka w samolocie staje się pretekstem do opowieści o ciszy. Autor sięga też po motywy pokoleniowe, wspomnienia z PRL-u, specyfikę pracy zdalnej (niespodziewanie ten tekst zyskuje nowe znaczenie w czasie pandemii), pobyt w Ikei albo… uczestniczenie w kampaniach politycznych. Zdarza mu się również przeprowadzanie analiz charakterystycznych dla czasów zjawisk – przygląda się tu telewizyjnemu show oraz samej karierze Kuby Wojewódzkiego. Przy tego typu komentarzach znacznie mniejsze wrażenie robi przejście od świata bohaterów literackich czy filmowych, choćby byli wyznacznikami pokolenia albo czasów – chociaż Najder udowadnia, że potrafi posługiwać się narzędziami filologa, trudniej mu będzie zaangażować zwykłych czytelników w takie laboratoryjne analizy. Nawet jeśli precyzyjne i ciekawe – brakuje w nich tonów poufnych, tego, co przyciąga do pozostałych szkiców. „Moja osoba” to zbiór esejów literata – nastawionych na popisy warsztatowe. Łukasz Najder czasami wpada w logoreiczne rytmy, równocześnie jednak potrafi zainteresować odbiorców celnymi puentami albo spostrzeżeniami rodzącymi komizm. Sięga po ironię, kiedy chce zaskakiwać czytelników lub odchodzić od stereotypowych komentarzy – dba o to, żeby nikt nie mógł odrzucić książki ze względu na przewidywalność. Elementem, który wyróżnia tę publikację, jest specyficzny styl, nieprzezroczysty, przypominający o znaczeniu kreacji językowej w samym procesie tworzenia – dla Najdera ważne jest nie tylko to, co pisze, ale również – jak pisze. Wykorzystuje efektowne chwyty, na szczęście nie lubi ich powtarzać. Do czytelników dociera między innymi za sprawą konfesyjności. Co ważne, chociaż teksty sprawiają wrażenie felietonowych i lekkich, mają całkiem rozbudowane jak na swoje rozmiary bibliografie. Można więc znaleźć literackie fundamenty propozycji Najdera. „Moja osoba” to książka ambitniejsza niż typowe zbiory felietonów, ale równie przyjemna w lekturze. Łukasz Najder swoje opowieści prowadzi bardzo pewnie. „Moja osoba” przynosi szereg tematów, które nie są obojętne dla czytelników, bez względu na ich osobiste doświadczenia. Autor standardowe zagadnienia przeobraża tak, by funkcjonowały jako wyjątkowe powody do stworzenia intrygujących literacko esejów. Nie musi się martwić, że zajmuje się sprawami już rozczytanymi – bo znajduje dla nich oryginalną formę. To jest tom przygotowany z tekstów, które częściowo były już w różnych miejscach publikowane – ale nie sprawia wrażenia przypadkowego zbioru. Najder wie, jak przekonać do siebie czytelników – nawet wtedy, kiedy przybiera malkontenckie pozy.
Wyznania
Na dwa sposoby Łukasz Najder próbuje zaangażować czytelników. „Moja osoba” to zbiór esejów, w których autor albo przedstawia wybrane szczegóły ze swojego życia – mocno koloryzowane – albo analizy świata fikcyjnego: lektur i filmów, sięga też czasami do wątków z życia autorów. Układa dzięki temu teksty rozbudowane narracyjnie, ale takie, z których czytelnicy wydobędą ciekawe analizy kulturoznawcze lub społeczne. Prezentuje odbiorcom bardzo urozmaicone tematycznie szkice, zmieniające nastrój i charakter relacji, ale też dotykające różnych obszarów egzystencji. Najder między innymi stawia na bardzo intensywny pod kątem emocji tekst o ojcu i ojcostwie – co sugeruje, że zacznie podążać utartymi szlakami i sięgnie po tony konwencjonalne. Na szczęście to tylko rozbiegówka (zgrabna, ale tendencyjna). W esejach o osobistym wydźwięku znajdzie się jeszcze na przykład mierzenie się z nerwicą – chorobą psychiczną, która pojawiła się na skutek długiej bezczynności i bezrobocia, a pogłębiała przez niechęć przed wizytą u specjalisty. Uspokajanie płaczącego dziecka w samolocie staje się pretekstem do opowieści o ciszy. Autor sięga też po motywy pokoleniowe, wspomnienia z PRL-u, specyfikę pracy zdalnej (niespodziewanie ten tekst zyskuje nowe znaczenie w czasie pandemii), pobyt w Ikei albo… uczestniczenie w kampaniach politycznych. Zdarza mu się również przeprowadzanie analiz charakterystycznych dla czasów zjawisk – przygląda się tu telewizyjnemu show oraz samej karierze Kuby Wojewódzkiego. Przy tego typu komentarzach znacznie mniejsze wrażenie robi przejście od świata bohaterów literackich czy filmowych, choćby byli wyznacznikami pokolenia albo czasów – chociaż Najder udowadnia, że potrafi posługiwać się narzędziami filologa, trudniej mu będzie zaangażować zwykłych czytelników w takie laboratoryjne analizy. Nawet jeśli precyzyjne i ciekawe – brakuje w nich tonów poufnych, tego, co przyciąga do pozostałych szkiców. „Moja osoba” to zbiór esejów literata – nastawionych na popisy warsztatowe. Łukasz Najder czasami wpada w logoreiczne rytmy, równocześnie jednak potrafi zainteresować odbiorców celnymi puentami albo spostrzeżeniami rodzącymi komizm. Sięga po ironię, kiedy chce zaskakiwać czytelników lub odchodzić od stereotypowych komentarzy – dba o to, żeby nikt nie mógł odrzucić książki ze względu na przewidywalność. Elementem, który wyróżnia tę publikację, jest specyficzny styl, nieprzezroczysty, przypominający o znaczeniu kreacji językowej w samym procesie tworzenia – dla Najdera ważne jest nie tylko to, co pisze, ale również – jak pisze. Wykorzystuje efektowne chwyty, na szczęście nie lubi ich powtarzać. Do czytelników dociera między innymi za sprawą konfesyjności. Co ważne, chociaż teksty sprawiają wrażenie felietonowych i lekkich, mają całkiem rozbudowane jak na swoje rozmiary bibliografie. Można więc znaleźć literackie fundamenty propozycji Najdera. „Moja osoba” to książka ambitniejsza niż typowe zbiory felietonów, ale równie przyjemna w lekturze. Łukasz Najder swoje opowieści prowadzi bardzo pewnie. „Moja osoba” przynosi szereg tematów, które nie są obojętne dla czytelników, bez względu na ich osobiste doświadczenia. Autor standardowe zagadnienia przeobraża tak, by funkcjonowały jako wyjątkowe powody do stworzenia intrygujących literacko esejów. Nie musi się martwić, że zajmuje się sprawami już rozczytanymi – bo znajduje dla nich oryginalną formę. To jest tom przygotowany z tekstów, które częściowo były już w różnych miejscach publikowane – ale nie sprawia wrażenia przypadkowego zbioru. Najder wie, jak przekonać do siebie czytelników – nawet wtedy, kiedy przybiera malkontenckie pozy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






