* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 7 marca 2020

Janina Bąk: Statystycznie rzecz biorąc

W.A.B., Warszawa 2020.

Pokaz umiejętności

Wszyscy, którzy kiedykolwiek brali udział w nudnych prezentacjach i wykładach polegających na monotonnym odczytywaniu gęsto zapisanych kartek powinni sztuki przekazywania wiedzy uczyć się od Janiny Bąk. Jej tom „Statystycznie rzecz biorąc” to popularnonaukowa książka wypełniona żartami i anegdotami – w celu przyciągnięcia uwagi czytelników i wprowadzenia do ich świadomości rozmaitych terminów z dziedziny statystyki. Janina Bąk przy okazji komicznych komentarzy może zainteresować odbiorców statystyką albo przynajmniej rozwiać stereotypy zbyt chętnie powtarzane przez niedouczonych dziennikarzy. Ze swoim podejściem do tematu – i realizacją oryginalnych pomysłów – może trafić także na zachodnie rynki, na podobnej zasadzie, na jakiej do Polski przenoszą się popisy stylistyczne popularyzatorów nauki. Janina Bąk staje się bezkonkurencyjna, kiedy trzeba wbić coś do głów czytelnikom-słuchaczom (jej kolejne książkowe opowieści idealnie nadają się do wygłaszania, uniemożliwiają obojętność czy rozproszenie uwagi). Owszem, niektórzy odbiorcy woleliby bryk – inna rzecz, że ściągi z pojęć statystycznych nie czytaliby z takim zainteresowaniem, jak „Statystycznie rzecz biorąc”. Ta pozycja na długo może pozostać na rynku i zdobywać kolejne rzesze zachwyconych fanów.

Janina Bąk wykorzystuje nietypowe skojarzenia, zestawy doświadczeń przeprowadzanych przez badaczy (doświadczeń tak niezwykłych, że wręcz wypadających nieprawdopodobnie w oczach odbiorców), sięga do zakamarków internetu, w których odbiorcy dotąd nie byli (ale do których zajrzą, bo zamiast podawać linki nie do przepisania, autorka podpowiada, co sobie wygooglać). Wie, jak wyzwolić zainteresowanie, czego wyrazem jest już spis treści: przykuwające wzrok tytuły, pytania, na które każdy koniecznie chce poznać odpowiedź – to element podejmowanej przez autorkę gry z czytelnikami. Oto Janina Bąk podnosząca absurdalne kwestie, wydawałoby się – dalekie od standardowych, z „profesorskich” wykładów, żonglująca przykładami działającymi na wyobraźnię i wzbudzającymi śmiech. Uczeni wcale nie muszą być poważni, mogą bawić się jak dzieci – śmiech pełni funkcję mnemotechniczną, o czym autorka doskonale wie. Unika zarzucania odbiorców szczegółami, których i tak nie skojarzą – stara się za to wytłumaczyć podstawy statystyki tak, by każdy pojął, o co w tym wszystkim chodzi.

Janina Bąk to zresztą autorka znana z zapisków na Janina Daily, dowcipnych felietonów poprawiających humor. Influencerka, która ze sfery internetu przechodzi do tradycyjnej publikacji i trafi do kolejnych czytelników, nie tylko zainteresowanych statystyką. Ta lektura poza przedstawianiem wiadomości dostarcza również sporo śmiechu. Nie tylko odbiorcy poszukujący informacji tu trafią – ale też ci złaknieni rozrywki. Janina Bąk bryluje zwłaszcza w obrazowych i żartobliwych porównaniach, którymi wypełnia strony, kiedy potrzebuje podawać przykłady. Częstuje też czytelników historiami o swoich studentach (czy rzadziej – o mężu); nie zaskoczy to jej fanów z #DrużynaJanina i odbiorców bloga. Z takim podejściem autorki do statystyki nawet zdeklarowani humaniści będą mogli podnosić kwalifikacje w nieznanej sobie dziedzinie. „Statystycznie rzecz biorąc” to książka, która cieszy – znakomicie przygotowana, może otworzyć na nowe informacje i przekonać do śledzenia rynku lektur popularnonaukowych.

Paweł Mildner: Lody we wszystkich smakach

Dwie Siostry, Warszawa 2020.

Wyobraźnia

Ta książka jest wyliczanką, ale wyliczanką, która ma nie tylko na celu dostarczenie rozrywki dzieciom, ale i rozwijanie wyobraźni najmłodszych. Bo tak naprawdę każda strona przynosi w niej nowe skojarzenia i pomysły na fantazje – a do tego każda jest też zaproszeniem do świata wymyślonego. Dzieci będą śledzić prezentację Oskara i Oli, dwojga bohaterów – a przy tym zastanawiać się nad własnymi potrzebami i fascynacjami. Paweł Mildner postawił w tym przypadku na historię, która będzie się jeszcze długo rozwijać w umysłach odbiorców – zostanie w nich po lekturze, a w trakcie – będzie wydłużać przyjemność pozostawania w książkowym świecie. Oskar i Ola to bohaterowie, w których czytelnicy łatwo mogą się odnaleźć. Zwykłe dzieci, z których jedno mieszka w bloku, drugie – w domu poza miastem. Jedno lubi grać w piłkę, drugie woli jeździć na hulajnodze (to już dopowiedzenie obrazkowe, bo ilustracje odgrywają tu ogromną rolę). Każde z nich ma swoje plany dotyczące przyszłości – tej bliższej, tej dalszej i tej niemożliwej do zrealizowania. Niektóre marzenia są typowo dziecięce i pozbawione ograniczeń, jakie przeważnie – w codziennym życiu – narzucają maluchom dorośli. Inne dotyczą realnej przyszłości (na przykład wykonywanych zawodów). Jedne są prozaiczne i łatwe do zrealizowania, inne – abstrakcyjne i absurdalne. Paweł Mildner w „Lodach we wszystkich smakach” właściwie poprzestaje na prezentacji bohaterów (wprowadza tylko puentę, w której pokazuje, dlaczego ich w ogóle przedstawił odbiorcom), a jednak buduje szereg historii, które zafascynują najmłodszych.

Historią jest w tym tomiku każda kartka z osobna. Każda strona to obrazek i krótki podpis do niego – część wyliczenia, czego chciałyby dzieci. Pojedyncza czynność lub plan bez rozbudowania. Na tym jednak polega siła książeczki: Paweł Mildner bowiem uruchamia w dzieciach fantazję, zachęca je do samodzielnego wymyślania odnóg zadań, które chcą wykonywać bohaterowie – albo do ustosunkowania się do tych pomysłów. Przez wyliczanie pokazuje, jak wiele możliwości czeka na dzieci – i zaprasza do fantazjowania w różnych dziedzinach. Bohaterowie niby przedstawiają się, mówiąc, czego by najbardziej chcieli – ale tak naprawdę umożliwiają zabawę. „Lody we wszystkich smakach” to tomik pomyślany tak, by rozwijał słownictwo dzieci i ich wyobraźnię jednocześnie, Paweł Mildner nie tworzy skomplikowanej opowieści – ale daje maluchom klucz do świata, z którego nie będą chciały wychodzić. To książeczka do czytania, do oglądania, ale w pierwszej kolejności – do przemyślenia. Każdy maluch zatrzyma się tu nad kolejnymi propozycjami dziecięcej samorealizacji, Paweł Mildner prosty pomysł wykorzystał bez zarzutu. To tomik, który powinien trafić do klasyki literatury czwartej – pozwala bowiem przypominać o potędze wyobraźni i nie pozwala na nudę najmłodszym. Co więcej – nawet dorośli towarzyszący dzieciom przy lekturze (bo na książce można się uczyć czytać, ale można ją prezentować również pociechom, które jeszcze tej sztuki nie opanowały), będą mogli przypomnieć sobie kwintesencję dzieciństwa i puścić wodze fantazji w krainie, w której nie ma ograniczeń.

piątek, 6 marca 2020

Kasia Bulicz-Kasprzak: Magiczna podróż

Świat Książki, Warszawa 2019.

Świąteczne czytadło

Kasia Bulicz-Kasprzak dobrze odnajduje się w krzepiących obyczajówkach, prostych powieściach dla kobiet, które szukają przede wszystkim relaksu i oderwania się od codziennych wyzwań. „Magiczna podróż” to dodatkowo tom podporządkowany modzie na bożonarodzeniowe klimaty – musi wydarzyć się coś, co pozwoli dorosłym kobietom przywrócić wiarę w święta. Ale naiwność w takich lekturach łatwo się wybacza, zwłaszcza kiedy pojawia się – jak w tym przypadku – w towarzystwie szeregu zabawnych wypadków. Chociaż na początku zabawnie być nie może. Najpierw chory chłopiec, który właśnie przez nieuwagę dorosłych stracił ukochanego psa (pies zamierza dotrzeć do szpitala, by zanieść dziecku ulubioną zabawkę, ale o tym przecież ludzie nie mają pojęcia). Dorośli – skonfliktowani ze sobą na wiele sposobów. Robert – ojciec dziecka – własną matkę traktuje obcesowo i szorstko, nie mogąc jej wybaczyć postawy sprzed lat. Trzy bohaterki, które za chwilę się poznają, pragną uciec od przereklamowanej „świątecznej atmosfery”: Beata nie chce tłumaczyć się z rozstania z facetem – została właśnie singielką z niechcianym kotem, nie jest z tego dumna, zwłaszcza że marzy o dziecku i czuje, że straciła najlepsze lata życia na niewłaściwego partnera. Alicja z kolei jest ciągle mentalnie dzieckiem: nie może zaakceptować tego, że po śmierci matki jej ojciec związał się z... siostrą zmarłej. Czuje się zdradzona przez oboje, nie widzi dla siebie miejsca przy ich rodzinnym stole. Nie wyobraża sobie zatem też wspólnych świąt. Z kolei Małgorzata chciałaby urządzić Wigilię idealną: dba o zachowanie pozorów i kompletnie nie przejmuje się tym, że mąż obraził się na swojego ojca i nie chce go zapraszać, a dzieci mają swoje plany, wszyscy są natomiast zmęczeni przygotowaniami i chcieliby, żeby Małgorzata choć odrobinę odpuściła. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się rodzinne sprawy wszystkich bohaterów, gdyby nie przypadek: Małgorzata znajduje zagubionego psa, przyprowadza go do sklepu zoologicznego, w którym pracuje Alicja (i w którym Beata kupuje akurat karmę dla niechcianego kota). Odwiezienie psa na drugi koniec kraju wydaje się wszystkim trzem kobietom pomysłem idealnym, by uciec od zmartwień, przynajmniej chwilowo. I tak rozpoczyna się magiczna podróż. Przed obcymi łatwiej się otworzyć, a wygadać się trzeba, żeby nie przeżywać w nieskończoność swoich zmartwień. Kobiety z różnym doświadczeniem – i w różnym wieku – mogą coś doradzić i pomóc zrozumieć sedno problemu.

Słaba jest korekta w tej książce, zdarzają się tu błędy przerażające, ale i tak odbiorczynie skupiać się będą na kolejnych doświadczeniach bohaterek. Na początku autorka potrzebuje dość długiej rozbiegówki, trochę utrudnia czytelniczkom zaangażowanie się w losy bohaterek – ale kiedy już doprowadza do sytuacji, w której trzy kobiety siedzą z kotem i psem w zbyt ciasnym samochodzie i wybierają się w nieznane, szybko rozkręca akcję, również tę emocjonalną. Umożliwia kibicowanie każdej z postaci z osobna – ale też dostrzeganie źródeł ich problemów. Alicja nie zauważa zakochanego w niej kolegi z pracy, Małgorzata nie wie, że przesadza, narzucając innym własny punkt widzenia, a Beata zamyka się w cierpieniu i przeżywaniu straty i nie jest w stanie racjonalnie myśleć nad kolejnymi ruchami – a przecież istnieje wiele wyjść z sytuacji. Kasia Bulicz-Kasprzak poza pokazywaniem magii świątecznego czasu dba o to, by zaintrygować samymi życiowymi zakrętami bohaterek.

czwartek, 5 marca 2020

Natasza Socha: Zamrożona

Edipresse Książki, Warszawa 2020.

Walka o związek

Natasza Socha tym razem wykorzystuje motyw obyczajówki, żeby nauczyć czytelniczki, że mają prawo zadbać o własne potrzeby w każdej dziedzinie życia – chce zamienić kury domowe i służące rodzin w świadome swojej wartości i zadowolone z egzystencji kobiety. A czyni to za sprawą wielkiej przygody Julii. Julia już po czterdziestce, z trojgiem dzieci i kochającym mężem, gnuśnieje w domu. Nie ma już własnych marzeń, nie ma nadziei. Dwa lata wcześniej pozwoliła sobie podążać za tajemnicą: znalazła tomik wierszy, których bohaterką – i muzą – najwyraźniej została i postanowiła wytropić autora. Romantyczna zagadka pokazała bohaterce, że niewiele potrzeba, żeby odkrywać własne uczucia, w małżeństwie i stabilnej codzienności zamrożone. Ale hasło na okładce „Zamrożonej” brzmi „dlaczego kobiety zdradzają”, co oznacza, że tom dotyczyć będzie w dużej mierze kwestii seksualności i spełnienia. Julia nie jest zadowolona ze stosunków odbywanych z mężem: są przewidywalne, nie dostarczają jej przyjemności i nie prowadzą do rozmowy o swoich potrzebach czy oczekiwaniach. Bohaterka loguje się na seksportalu – niby z ciekawości, żeby sprawdzić, kto się tam pojawia. I po kilkuset sprośnych wiadomościach otrzymuje tę jedną jak z baśni. Odpisuje Michałowi i tak zaczyna się jej wielka przygoda.

„Zamrożona” to tom poświęcony potrzebom kobiet – i opowiadający o tym na wiele sposobów. Julia dowiaduje się za sprawą Michała, jak powinny wyglądać właściwe relacje między mężczyzną i kobietą: kto ma przejmować inicjatywę (nie tylko w łóżku) i kto może mówić, czego pragnie. Michał zamienia się tu z jednej strony w seksuologa uświadamiającego wszystkie czytelniczki za sprawą lekcji, jakich udziela bohaterce – z drugiej jest tym facetem, który pomaga odkryć zapomniane emocje. Sam pozostaje w skazanym na niepowodzenie małżeństwie: chora żona nie zwraca już na niego uwagi, a nawet odpycha od siebie. Michał jednak potrzebuje seksu, więc szuka przygodnych relacji. Wie, że nie wolno hamować popędu (zresztą abstynencji seksualnej autorka nie popiera i bez przerwy o tym przypomina), radzi sobie zatem tak, by nie krzywdzić najbliższej osoby. Zdradę rozpracowuje Natasza Socha pod różnymi kątami, tłumaczy między innymi, czy, kiedy i dlaczego przyznać się do niej partnerowi. Zastanawia się również na tym, kiedy zaczyna się zdrada – czy to pójście do łóżka z kimś, komu nie przysięgało się przed ołtarzem, czy już zwykła rozmowa, która może doprowadzić do spełnienia. Wprowadza też kilka starszych pań, sąsiadek Julii – kobiety spotykają się co pewien czas, żeby oglądać i komentować „nieprzyzwoite” programy, dzielą się również doświadczeniami oraz radami dotyczącymi choćby używania wibratorów. I tak powoli Natasza Socha otwiera czytelniczki na gotowość do poznawania własnego ciała i na eksperymenty w tej dziedzinie. Nie zachęca do skoków w bok, ale pokazuje, co pozwoli przełamać rutynę. Dla odbiorczyń będzie przewodniczką – nie proponuje zwykłej obyczajówki, chociaż historia Julii wciąga również od strony fabularnej. To świat idealny, taki, w którym wszystko dzieje się w ściśle określonym celu, żeby przekonać odbiorczynie do dbania o siebie. Nie nastąpią komplikacje psychologiczne – bo też autorka zajmuje się inną kwestią. I jest w tym bardzo przekonująca. Postać Julii, chociaż traktowana instrumentalnie, przyda się czytelniczkom.

środa, 4 marca 2020

Marta Kisiel: Płacz

Foksal, Warszawa 2020.

Ciemność

Trzecią część „wrocławskiego” cyklu Marta Kisiel wyrzuca w Góry Sowie: z jednej strony zachęca czytelników do odwiedzenia pięknych okolic i do sprawdzania lokalnych legend, z drugiej – sięga po mroczną historię. Jak zwykle potrzebuje wizji zła przenikającego między innymi zaświaty, żeby zintensyfikować dylematy bohaterów. Z trzech mojr pozostała jeszcze Matylda Bolesna, dziarska staruszka, która nie zlęknie się niczego, byle tylko zrealizować obietnicę daną kiedyś. Salcia i Niedaś (oraz znakomity Roy Keane) schodzą na daleki plan – teraz w akcji wybija się Dżusi z narzeczonym. Bohaterowie mają do wypełnienia ważną misję: muszą ocalić Eleonorę, siostrę Dżusi – Eleonora wybrała się w podróż w przeszłość, jako psychopomp nie ma z tym zresztą żadnego problemu – tyle tylko, że nie wraca, a jej cielesna powłoka budzi coraz większy niepokój postronnych. Stopniowo odkrywa się tajemnica ćmy. Ćma karmi się ciałami ludzi, złem i nieszczęściem. Tragedie sięgają głęboko w przeszłość, ale dopiero dzisiaj ćma staje się naprawdę niebezpieczna. Jeśli nikt jej nie powstrzyma, sięgnie po kolejne ofiary i pochłonie je bez wahania.

„Płacz” to dość minorowa w tonie książka Marty Kisiel. Czyta się ją – jak zwykle – z przyjemnością, ale więcej tu rozwiązań budzących ból i lęk, smutnych rozstań czy pożegnań. Nie ma miejsca na beztroskę i na szczęście (nawet jeśli Dżusi ma powody do zadowolenia) – akcja toczy się od jednej katastrofy do drugiej. Wyprawa pod ziemię oznacza szereg komplikacji – także natury towarzyskiej. Marta Kisiel jak zwykle wprowadza bogatą galerię postaci i pozwala im działać – wszystko misternie układa, nie pozostawia nic przypadkowi, wie, dokąd zmierza i pozwala odbiorcom bawić się historią. Bardzo dobrze czuje się autorka wśród istot nie z tego świata, doskonale rozumie mechanizmy rządzące wykreowaną przestrzenią i może wyjaśniać je później czytelnikom, których zaprasza do udziału w wielkiej przygodzie.

W tunelach pod Górami Sowimi podczas wojny zginęły tysiące ludzi. Teraz zagrożeni są najbliżsi bohaterom – osoby, których nie można pozostawić ćmie na pożarcie. Wielka ciemność rośnie w siłę, żywi się cierpieniem i przynosi wyłącznie strach. Eleonora, która jest psychopompem, wie, że nie może zostawić w potrzebie zaginionych pod ziemią. Podobnie jest zresztą z Matyldą Bolesną – ta trzyma się złożonej kiedyś obietnicy, oferta pomocy jest aktualna niezależnie od okoliczności i po tym można poznać prawdziwe oddanie. Tom „Płacz” Marty Kisiel wiąże się z licznymi wyzwaniami ponad siły – na szczęście bohaterowie mogą działać razem, funkcjonować w grupie i dawać sobie wzajemnie wsparcie. Nawet jeśli pojawiają się tu rozmaite niesnaski czy wzajemne pretensje, nawet jeśli podjęcie jednej decyzji obowiązującej wszystkich wydaje się niemożliwe przy silnych charakterach – warto szukać drogi postępowania. Przy okazji Marta Kisiel funduje czytelnikom sporo śmiechu – mniej niż do tej pory, ale podobnej jakości: przekomarzanki bohaterów to idealne miejsce na uruchamianie humoru. „Płacz” to powieść, w której trafią się relacje nie z tego świata, ale również – atrakcyjne dla odbiorców obyczajowe tematy realizowane z pomysłem. Marta Kisiel ucieka od schematów i to zawsze przyczynia jej fanów.

wtorek, 3 marca 2020

Grzegorz Piątek: Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949

W.A.B., Warszawa 2020.

Wskrzeszenie

W świadomości społeczeństwa „odbudowa Warszawy” funkcjonuje dość stereotypowo, jako powszechny zryw polegający prawdopodobnie na usuwaniu gruzu i wznoszeniu domów w miejscu tych zniszczonych podczas wojny. Grzegorz Piątek w swoim obszernym tomie „Najlepsze miasto świata” stara się uświadomić, jak naprawdę wyglądała praca nad przywróceniem przestrzeni do mieszkania, funkcjonowania i rządzenia. Motyw odbudowy stolicy rozbija na kolejne tematy – niekoniecznie równoległe pod względem ważności czy – chronologicznie wybijane z całej narracji. Sięga po bloki zagadnień, które pasują do opowieści o restaurowaniu Warszawy: między innymi o ocalonej Pradze, o domkach fińskich, o miejscu dla rządzących, o szabrowaniu, o uruchamianiu kolejnych zakładów, o miejscach dla powracających do stolicy... Grzegorz Piątek nie pomija mniej oczywistych aspektów odbudowy Warszawy – przypomina na przykład, że trzeba było najpierw wydobyć spod gruzów ciała zabitych – i to zanim mogła wybuchnąć epidemia. Przeprowadza czytelników przez rozmaite kwestie „techniczne”, choćby pomysły architektów i władz, jednak nie pomija również roli zwykłych mieszkańców, tych, którzy po prostu zakasali rękawy i wzięli się do pracy, bez względu na wszelkie plany. Odbudowa stolicy jest zatem prezentowana z dwóch perspektyw – jako działania ludzi i jako myśl urbanistyczna – nie wiadomo, która bardziej odbiorców zaskoczy.

Grzegorz Piątek w tej opowieści nie podejmuje entuzjazmu z Kroniki Filmowej, stawia na ton obiektywny i pozbawiony wielkich emocji, zresztą na naukowość jego pracy wskazują też liczne przypisy: autor stara się udokumentować każdą informację, jaką przedstawia czytelnikom. Unika gawędziarstwa i przegadania, dba za to o szczegóły, które inaczej odbiorcom ciężko byłoby znaleźć. Wymienia nazwiska i sprawdza, czym wsławili się poszczególni architekci czy projektanci. Pozwala, żeby historia odbudowy wybrzmiała w pełni, żeby odbiorcy znaleźli odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Jednocześnie chce zaproponować monografię tego wydarzenia, tak, by wiadomości, które zwykle stanowiły tło lub drugi plan podawanych faktów, teraz zamieniły się w obiekt zainteresowania. Suchy styl przełamuje Piątek cytatami – zdarza się, że o charakterze ciekawostek, kiedy wykorzystuje wspomnieniowe zapiski albo wypowiedzi spoza oficjalnego nurtu.

„Najlepsze miasto świata” to także książka, w której imponująco wypada szata graficzna. Nawet nie ze względu na opracowanie – wiadomo, że zdjęcia z czasów tużpowojennych nie będą olśniewały jakością – ale ze względu na obfitość materiału. Czytelnicy otrzymują tu zdjęcia z odbudowy (także kadry kojarzone z KF), ale również liczne plany zagospodarowania przestrzeni, fotokopie dokumentów, ogłoszenia z prasy lub nawołujące ludzi do pomocy, okładki publikacji poświęconych architekturze, makiety... wszystko, co wiąże się z procesem odbudowy i ma wartość historyczną (lub sentymentalną). „Najlepsze miasto świata” to lektura rzucająca nowe światło na działania, o których wie każdy – ale których większość odbiorców nie potrafiłaby wyodrębnić z ogólnikowego stwierdzenia.

poniedziałek, 2 marca 2020

Waldemar Bawołek: Pomarli

Czarne, Wołowiec 2020.

Przejście

Zapowiada się ta książka raczej mrocznie, a jednak „Pomarli” to zestaw barwnych obrazków, wspomnień, ale nieobciążonych widmem śmierci. Co prawda na początku każdej opowiastki Waldemar Bawołek przedstawia „metryczkę”, uwzględniając wiek, w którym dany bohater rozstał się ze światem, ale później coraz silniej zanurza się w codzienność, witalną rzeczywistość i energię charakteryzującą ludzi żyjących pełnią życia. Przygląda się autor tym postaciom, które przez swoje nawyki i dziwactwa zapadają silnie w pamięć otoczeniu – i po śmierci funkcjonować mogą dzięki owym niezwyczajnym gestom w świadomości sąsiadów. To pozwala ich ocalać, zachowywać na dłużej w świecie przyziemnych trosk. Na początku zresztą takim torem autor podąża: przypomina zafascynowane dorosłymi dziecko, które uwypukla jeszcze i odbiera z ogromną wrażliwością każde nietypowe zachowanie. Wobec tego rozstania ze zmarłymi zamieniają się w uporządkowanie pojedynczych obrazków w pamięci – każdy, kto robił coś nietypowo (przynajmniej w ujęciu obserwatora), przetrwa właśnie dzięki temu. Bawołek nie eksponuje „idealnych” cech, nie chce tworzyć pośmiertnych laurek – za to sięga po opowieści, które świetnie sprawdziłyby się na stypie i... podczas świąt. Zachowuje kolejnych zmarłych w kwintesencji ich życia, za sprawą potęgi skojarzeń. To na początku. Ale nie posługuje się tym – czytelnym i zrozumiałym dla odbiorców szablonem do końca książki. „Pomarli” w pewnym momencie zyskują zakorzenienie w Bildungsroman: dojrzewają razem z narratorem. A skoro dojrzewają, funkcjonują dzięki temu, co staje się najważniejsze dla opowiadacza – czyli dzięki seksualnym fantazjom i wtajemniczeniom. Coraz więcej scen z odkrywania własnej cielesności pojawia się u narratora, coraz częściej seks w rozmaitych odsłonach zaczyna dominować nad portretem z uwzględnieniem cech charakteru. Przestaje być ważne to, co zmarły osiągnął albo – czym się wsławił, istnieje w świadomości narratora wyłącznie za sprawą spełnienia, erotyzmu coraz bardziej podkreślanego. I tak „Pomarli” pokazują, jak przezwycięża się śmierć: to tom, w którym umieraniu zostało przeciwstawione życie w najczystszej, najbardziej esencjonalnej postaci. Nagle stypa zamienia się w karnawał, nie ma mowy o stracie i smutku, jest radość odkrywania możliwości, które czekają w dorosłym świecie. Śmierć wyparta z rozdziałów, zepchnięta do metryczek bohaterów, przestaje znaczyć. Bawołek nie zamierza obiecywać wiecznej radości, ale odwraca uwagę od refleksji eschatologicznych. „Pomarli” to jak album ze zdjęciami przodków – można go oglądać i przypominać sobie rodzinne historie (bądź sekrety związane z poszczególnymi osobami): nie ma w tym chęci budowania pełnej biografii każdego z osobna, raczej – skupienie się na anegdotach i na drobnych gestach. Śmierć obnaża portrety, uświadamia odbiorcom, z jakich detali się składają – i jak będą funkcjonować później w pamięci swoich bliskich. Waldemar Bawołek jest w tej prozie gadułą, próbuje wspinać się na wyżyny liryzmu, szuka niezwykłości w języku – ale historiami trafia w samo sedno ludzkich istnień.