Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
Atak zombie
Nie jest to motyw nowy i Jacek Dehnel za sam pomysł gratulacji raczej nie zbierze, natomiast jeśli chodzi o realizację – zaspokoi najwybredniejsze gusta. Pochód umarlaków – zombie, ale w wymiarze patriotycznym, prawdziwych Polaków, którzy wstają z grobu i łączą się, żeby ocalać ojczyznę – to metafora czytelna i jednocześnie całkiem trafna, nie przeszkadza nawet to, że wtórna. „Ale z naszymi umarłymi” jest zatem ostrą satyrą na to, co dzieje się w codzienności – i co niekoniecznie bywa dla postronnych zrozumiałe ze wszystkimi konsekwencjami. Bohaterowie muszą zmierzyć się z odmiennymi poglądami, z przywiązaniem do tradycji, wartości, ideałów, które poruszają już chyba tylko poprzednie – niekoniecznie żyjące – pokolenia. Marsz zombie eksponuje podziały w społeczeństwie, jest gorzką oceną tego, jak łatwo da się skłócić ludzi. Mógłby być przestrogą – ale to raczej kassandryczne wołanie, nie znajdzie odbiorców. Jacek Dehnel niby się bawi i sięga do motywów z fantastyki dla rozrywki – ale przesłanie tomu przesącza goryczą. Tak samo jak umarli nie przejdą niepostrzeżenie przez centra wielkich miast, ludzie żyjący i prawdziwi nie będą mogli wrócić do tego, co było przed atakiem. Zresztą grono zombie ciągle się powiększa – choćby przez ukąszenia żyjących – te skutkują przejściem na drugą stronę i zasileniem szeregów wroga. Gra wydaje się przegrana już na starcie.
Nie od razu zombiaki wstają z grobów i maszerują przed siebie. Najpierw bohaterowie toczą zwyczajne życie, Dehnel portretuje codzienność, jaką znają odbiorcy z własnego otoczenia albo z bezpośrednich obserwacji. Jest tu starsza pani, która szuka dla siebie rozwojowych zajęć, żeby nie gnuśnieć w domu i nie dać się rutynie, jest para gejów tworzących związek otwarty, ale przesycony czasami zazdrością lub wzajemnymi pretensjami. Jest też grono sąsiadów, którzy nie tolerują „inności” i zamierzają nawrócić sypiających ze sobą mężczyzn na własny światopogląd. Wszystko wydaje się do bólu przewidywalne i swojskie – a jednocześnie uchwycone w sytuacji, która wymaga radykalnych zmian. Jest autor znakomitym obserwatorem – i pisarzem, który pozwala przekonać do swoich wniosków odbiorców. Można bardzo łatwo przywiązać się do jego wizji realnego świata, zaakceptować obyczajowość z rozmaitymi niesnaskami międzyludzkimi i czekać na to, co będzie dalej – niestety, dalej Dehnel ucieka w świat fantazji i przewidywalnych metafor, stawia na tani horror o podstawie satyry społecznej – i ten pierwszy efekt, zachwyt trafnością psuje. Co będzie potem, to już zależy od czytelników i oczekiwań, jakie mają – sama wizja konserwatyzmu, który uniemożliwia postęp, nie jest przecież odkrywcza.
To sprawna i dobra literatura, tyle tylko, że momentami dość przewidywalna w ideach i morałach. Samą stylistyką nie da się utrzymać czytelników do końca, z kolei nagły przeskok między gatunkami to trochę jak niezrealizowana obietnica – a jednak „Ale z naszymi umarłymi” będzie robić wrażenie na czytelnikach.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 3 stycznia 2020
czwartek, 2 stycznia 2020
Roman Dziewoński: Siła komizmu... destrukcyjna?
LTW, Łomianki 2019.
Śmiech pod lupą
Roman Dziewoński tym razem wydaje się narratorem mocno rozgoryczonym: gdzieś w tomie przewija się informacja, że nie wszystkimi książkami wydawcy są zainteresowani (a wypada to bardzo osobiście, zupełnie jakby kryła się za tym historia, której czytelnicy nie mają szansy poznać), ponadto wprowadza „swój” znak interpunkcyjny, ironik – którym opatruje prawie wszystkie cytaty ze skeczy, zupełnie jakby nie wierzył w inteligencję swoich czytelników i wolał im wężykiem podkreślać puenty. Odbiorców znajdzie – ale przede wszystkim wśród tych, którzy dopiero odkrywają w modzie na retro aktorów wybitnych i ich komediowe kreacje. W książce „Siła komizmu… destrukcyjna?” sięga po sylwetki czterech wielkich artystów komediowych: Edwarda Dziewońskiego, Mieczysława Czechowicza, Wiesława Gołasa i Bogumiła Kobielę. Zbiera anegdoty z ich udziałem, opisuje, jacy byli poza sceną i na scenie, odwołuje się do ich najbardziej znanych ról. Wykorzystuje przy tym własne znajomości – to, że mógł poznać wszystkich od kulis i dotrzeć do informacji, których przeciętny odbiorca samodzielnie by nie zdobył. Bardzo obficie cytuje swoich rozmówców, momentami robi wręcz z książki mozaikę cytatów – przy czym niektóre relacje są już czytelnikom znane z poprzednich książek (albo należą do sklasyczniałych już i powszechnie znanych motywów). Pisze, żeby przedstawiać rolę komizmu i pomysły na wcielenia artystyczne, a także – żeby utrwalić wielkich w anegdocie. Dla czytelników ma mnóstwo śmiechu i odwołań do kultowych dzisiaj scenek (choćby kreacji Filipinek w kabarecie), sprawi, że będą oni chcieli przypomnieć sobie konkretne momenty z historii śmiechu. Jednocześnie zwraca też uwagę zwłaszcza młodszych pokoleń na znakomitych aktorów, próbuje uchwycić to, co świadczyło o ich wyjątkowości i wyczuciu scenicznym.
Nie ma jednak Roman Dziewoński spójnego pomysłu na tę książkę. Tworzy tom bardziej z sentymentu niż z chęci powiedzenia czegoś nowego – zresztą sam jest świadomy, że na rynku wciąż dostępne są publikacje dotyczące na przykład jego ojca (a w tym wypadku może się też odwołać do jego zapisków wspomnieniowych, chociaż dziwi fakt, że – do najnowszego wydania; cytuje więc coś, co czytelnicy zdążyli już poznać z pierwszej ręki i zaskoczeni wiadomościami na pewno nie będą). Odrzuca chronologię czy jakiekolwiek porządkowanie treści ze względu na biografie aktorów. Relacjonuje wydarzenia, jak mu się przypomni, albo wybiera pojedyncze tematy i później je rozwija. Jeśli ktoś potrzebuje lektury akcentującej zależności towarzysko-śmiechotwórcze, trafi idealnie: tutaj znajdzie mnóstwo powodów do radości. Roman Dziewoński mimo nieszczęsnego ironika i utyskiwań ma przecież wyczucie puenty i jest w stanie przedstawiać czytelnikom ciekawostki związane ze sceną nie tylko kabaretową. Fakt, że swoim tomem rozbudza apetyty na oglądanie fragmentów występów – ale z tym akurat problemu nie będzie. Można zatem powiedzieć, że uzupełnia wiadomości czytelników i biografie aktorów, gromadząc to, co charakteryzuje wielką czwórkę najlepiej – ich skłonność do wygłupów i robionych sobie wzajemnie niespodzianek scenicznych. To książka, którą najlepiej czytać po prostu dla przyjemności.
Śmiech pod lupą
Roman Dziewoński tym razem wydaje się narratorem mocno rozgoryczonym: gdzieś w tomie przewija się informacja, że nie wszystkimi książkami wydawcy są zainteresowani (a wypada to bardzo osobiście, zupełnie jakby kryła się za tym historia, której czytelnicy nie mają szansy poznać), ponadto wprowadza „swój” znak interpunkcyjny, ironik – którym opatruje prawie wszystkie cytaty ze skeczy, zupełnie jakby nie wierzył w inteligencję swoich czytelników i wolał im wężykiem podkreślać puenty. Odbiorców znajdzie – ale przede wszystkim wśród tych, którzy dopiero odkrywają w modzie na retro aktorów wybitnych i ich komediowe kreacje. W książce „Siła komizmu… destrukcyjna?” sięga po sylwetki czterech wielkich artystów komediowych: Edwarda Dziewońskiego, Mieczysława Czechowicza, Wiesława Gołasa i Bogumiła Kobielę. Zbiera anegdoty z ich udziałem, opisuje, jacy byli poza sceną i na scenie, odwołuje się do ich najbardziej znanych ról. Wykorzystuje przy tym własne znajomości – to, że mógł poznać wszystkich od kulis i dotrzeć do informacji, których przeciętny odbiorca samodzielnie by nie zdobył. Bardzo obficie cytuje swoich rozmówców, momentami robi wręcz z książki mozaikę cytatów – przy czym niektóre relacje są już czytelnikom znane z poprzednich książek (albo należą do sklasyczniałych już i powszechnie znanych motywów). Pisze, żeby przedstawiać rolę komizmu i pomysły na wcielenia artystyczne, a także – żeby utrwalić wielkich w anegdocie. Dla czytelników ma mnóstwo śmiechu i odwołań do kultowych dzisiaj scenek (choćby kreacji Filipinek w kabarecie), sprawi, że będą oni chcieli przypomnieć sobie konkretne momenty z historii śmiechu. Jednocześnie zwraca też uwagę zwłaszcza młodszych pokoleń na znakomitych aktorów, próbuje uchwycić to, co świadczyło o ich wyjątkowości i wyczuciu scenicznym.
Nie ma jednak Roman Dziewoński spójnego pomysłu na tę książkę. Tworzy tom bardziej z sentymentu niż z chęci powiedzenia czegoś nowego – zresztą sam jest świadomy, że na rynku wciąż dostępne są publikacje dotyczące na przykład jego ojca (a w tym wypadku może się też odwołać do jego zapisków wspomnieniowych, chociaż dziwi fakt, że – do najnowszego wydania; cytuje więc coś, co czytelnicy zdążyli już poznać z pierwszej ręki i zaskoczeni wiadomościami na pewno nie będą). Odrzuca chronologię czy jakiekolwiek porządkowanie treści ze względu na biografie aktorów. Relacjonuje wydarzenia, jak mu się przypomni, albo wybiera pojedyncze tematy i później je rozwija. Jeśli ktoś potrzebuje lektury akcentującej zależności towarzysko-śmiechotwórcze, trafi idealnie: tutaj znajdzie mnóstwo powodów do radości. Roman Dziewoński mimo nieszczęsnego ironika i utyskiwań ma przecież wyczucie puenty i jest w stanie przedstawiać czytelnikom ciekawostki związane ze sceną nie tylko kabaretową. Fakt, że swoim tomem rozbudza apetyty na oglądanie fragmentów występów – ale z tym akurat problemu nie będzie. Można zatem powiedzieć, że uzupełnia wiadomości czytelników i biografie aktorów, gromadząc to, co charakteryzuje wielką czwórkę najlepiej – ich skłonność do wygłupów i robionych sobie wzajemnie niespodzianek scenicznych. To książka, którą najlepiej czytać po prostu dla przyjemności.
środa, 1 stycznia 2020
Antoni Libera: Godot i jego cień
PIW, Warszawa 2019.
Podróż za Beckettem
Antoni Libera Beckettem żyje i to od dekad. W tomie „Godot i jego cień”, autobiograficznym zestawie przygód literackich związanych z tym autorem, zwierza się czytelnikom z doświadczeń tłumacza i niemal wyznawcy. Zdaje relację z początków fascynacji i z poszukiwań, które później zaowocowały możliwością przekładania literatury. Becketta odkrywa przez teatr i przez tomiki – zapomniane, znajdowane w cudzych księgozbiorach albo w księgarniach zagranicznych, wykradane podstępem lub uzyskiwane cudem. Przez książki, na które go w żaden sposób nie stać i które zmuszają do kreatywności niekoniecznie chwalebnej. Becketta po polsku jest mało, to jednak tylko dodatkowe wyzwanie i inspiracja, a nie przeszkoda. Antoni Libera przeprowadza czytelników przez swoje doświadczenia, żeby trochę wytłumaczyć źródła pasji, a trochę zarazić stosunkiem do literatury. Zadaje sobie pytania na temat autora oraz jego bohaterów i szuka odpowiedzi – z tych odkryć również zdaje relację czytelnikom. Stopniowo uczy się rozumieć Becketta i popularyzuje jego twórczość w Polsce. Opowiada o spotkaniach, które były naturalną konsekwencją zainteresowań, prowadzi przez specyfikę humoru. Między anegdoty z prywatnego życia coraz częściej włącza też relację z zanurzania się w twórczości Becketta – i z odczytywania tej literatury na różnych płaszczyznach. Dzięki temu może zwrócić uwagę czytelników na zagadnienia zwykle niemedialne – na pracę, która nie wydaje się szczególnie atrakcyjna. Ma Libera reportażowe zacięcie, nieobce są też mu chwyty ironisty – kiedy opowiada o przeszłości, to z humorem i z wyczuciem puent, pozwala odbiorcom podążać za sobą, żeby zaangażować ich jeszcze bardziej w temat. Czasami w ogóle pokazuje swoje odkrycia, olśnienia tłumacza i matematyczne wyliczenia, żeby uświadomić, że w tej twórczości nie ma przypadków. Jednak im bardziej Libera wczytuje się w Becketta, tym więcej pytań mu się nasuwa – i coraz trudniej jest paradoksalnie znaleźć wyjaśnienia.
Jak każdy odkrywca, Antoni Libera chce się podzielić z całym światem swoimi uwagami. Szuka możliwości publikacji własnych odkryć i dopiero gdy przebrnie przez początkową niechęć wydawców, jego kariera może nabrać tempa. Ukoronowaniem tej opowieści będzie spotkanie z Beckettem, zanim to jednak nastąpi, życie dostarczy Liberze jeszcze mnóstwa materiału do śmiechu (czasami śmiechu przez łzy) i powodów do nieustającej walki. Z reguły odbiorcy nie mają pojęcia o podobnych perypetiach i o drodze, jaką musi przebyć autorytet zanim trafi do masowej wyobraźni – Antoni Libera pozwala przyjrzeć się zestawowi komplikacji i jałowych dyskusji. Po latach może na szczęście wracać do wspomnień z dobrodusznym uśmiechem, rozbawiając także odbiorców. „Godot i jego cień” to możliwość zajrzenia do warsztatu tłumacza i namiętnego czytelnika, jest to zatem lektura nie dla wszystkich – za to pasjonująca, bo też i stworzona z pasji. Antoni Libera dzieli się z odbiorcami zakulisową opowieścią o odkrywaniu Becketta – zatem każdy, kto jest ciekawy, jak wyglądała droga do popularyzowania twórczości tego autora w Polsce, może z obszernego tomu wydobyć całkiem sporo informacji.
Podróż za Beckettem
Antoni Libera Beckettem żyje i to od dekad. W tomie „Godot i jego cień”, autobiograficznym zestawie przygód literackich związanych z tym autorem, zwierza się czytelnikom z doświadczeń tłumacza i niemal wyznawcy. Zdaje relację z początków fascynacji i z poszukiwań, które później zaowocowały możliwością przekładania literatury. Becketta odkrywa przez teatr i przez tomiki – zapomniane, znajdowane w cudzych księgozbiorach albo w księgarniach zagranicznych, wykradane podstępem lub uzyskiwane cudem. Przez książki, na które go w żaden sposób nie stać i które zmuszają do kreatywności niekoniecznie chwalebnej. Becketta po polsku jest mało, to jednak tylko dodatkowe wyzwanie i inspiracja, a nie przeszkoda. Antoni Libera przeprowadza czytelników przez swoje doświadczenia, żeby trochę wytłumaczyć źródła pasji, a trochę zarazić stosunkiem do literatury. Zadaje sobie pytania na temat autora oraz jego bohaterów i szuka odpowiedzi – z tych odkryć również zdaje relację czytelnikom. Stopniowo uczy się rozumieć Becketta i popularyzuje jego twórczość w Polsce. Opowiada o spotkaniach, które były naturalną konsekwencją zainteresowań, prowadzi przez specyfikę humoru. Między anegdoty z prywatnego życia coraz częściej włącza też relację z zanurzania się w twórczości Becketta – i z odczytywania tej literatury na różnych płaszczyznach. Dzięki temu może zwrócić uwagę czytelników na zagadnienia zwykle niemedialne – na pracę, która nie wydaje się szczególnie atrakcyjna. Ma Libera reportażowe zacięcie, nieobce są też mu chwyty ironisty – kiedy opowiada o przeszłości, to z humorem i z wyczuciem puent, pozwala odbiorcom podążać za sobą, żeby zaangażować ich jeszcze bardziej w temat. Czasami w ogóle pokazuje swoje odkrycia, olśnienia tłumacza i matematyczne wyliczenia, żeby uświadomić, że w tej twórczości nie ma przypadków. Jednak im bardziej Libera wczytuje się w Becketta, tym więcej pytań mu się nasuwa – i coraz trudniej jest paradoksalnie znaleźć wyjaśnienia.
Jak każdy odkrywca, Antoni Libera chce się podzielić z całym światem swoimi uwagami. Szuka możliwości publikacji własnych odkryć i dopiero gdy przebrnie przez początkową niechęć wydawców, jego kariera może nabrać tempa. Ukoronowaniem tej opowieści będzie spotkanie z Beckettem, zanim to jednak nastąpi, życie dostarczy Liberze jeszcze mnóstwa materiału do śmiechu (czasami śmiechu przez łzy) i powodów do nieustającej walki. Z reguły odbiorcy nie mają pojęcia o podobnych perypetiach i o drodze, jaką musi przebyć autorytet zanim trafi do masowej wyobraźni – Antoni Libera pozwala przyjrzeć się zestawowi komplikacji i jałowych dyskusji. Po latach może na szczęście wracać do wspomnień z dobrodusznym uśmiechem, rozbawiając także odbiorców. „Godot i jego cień” to możliwość zajrzenia do warsztatu tłumacza i namiętnego czytelnika, jest to zatem lektura nie dla wszystkich – za to pasjonująca, bo też i stworzona z pasji. Antoni Libera dzieli się z odbiorcami zakulisową opowieścią o odkrywaniu Becketta – zatem każdy, kto jest ciekawy, jak wyglądała droga do popularyzowania twórczości tego autora w Polsce, może z obszernego tomu wydobyć całkiem sporo informacji.
wtorek, 31 grudnia 2019
Michał Głowiński: Papuga i ratlerek
Wielka Litera, Warszawa 2019.
Strzępki wspomnień
Podział tego tomu pod kątem miejsc pierwodruku lub długości tekstów jest w pełni uzasadniony, ale czytelnicy i tak będą mieli wrażenie, że śledzą jedną opowieść, niekończącą się, za to poszatkowaną ze względu na wymogi dzisiejszych mediów. Michał Głowiński, czy stawia na literaturę, czy na własne wspomnienia, pisze w jeden sposób – tworząc mozaikę fragmentów, odnoszących się w dużej mierze do wojennej przeszłości, traum i konsekwencji tego, co wydarzyło się w Marcu 1968. Kwestia żydowskości i podejścia do Żydów w społeczeństwie bardzo autora porusza – wiele artykułów odnosi się do sytuacji, w których ktoś bezmyślnie – odruchowo, co pokazuje społeczne przyzwolenie na zło – wyraża dezaprobatę albo przynajmniej brak szacunku dla osób pochodzenia żydowskiego. Czasami autor przytacza bardzo drobne scenki, mówiące więcej o charakterze prostego człowieka spotkanego na drodze niż prezentujące rzeczywisty problem o wymiarze społecznym – ale tutaj nie ma mowy o usprawiedliwianiu złośliwości. Głowiński jest bezlitosny wobec tych, którzy określają się jako jego (Żydów) wrogowie: wyzłośliwia się i przedstawia ich w literackich obrazkach w jak najgorszym świetle. Uprawia krytykę połączoną wręcz z literacką agresją – dla czytelników z zewnątrz może być trochę dziwne, że aż do tego stopnia można żywić w sobie nienawiść i podsycać złe emocje. Kolejne portrety z retrospekcji nie mają pokazywać sposobów radzenia sobie z problemami, a podłości maluczkich. Autor próbuje wydobyć z mroków przeszłości trudne chwile, przykrości, które niekoniecznie miały wpływ na późniejsze decyzje czy postawy – ale w danym punkcie biografii stały się na tyle ważne, że pozostały w głowie. Nie poprzestaje na szczęście Głowiński na rozprawianiu się z wyimaginowanymi wrogami, analizuje też inne doświadczenia. Pokazuje odbiorcom, jaki wpływ na psychikę miały doświadczenia wojenne – to na przykład problem chłopca, który boi się zostawać – nawet z kolegami – w zamkniętej przed nauczycielem klasie. Rówieśnicy nie rozumieją takiego lęku i wykorzystują słabość innego dziecka – tak zachowują się dzieci we wszystkich grupach, dla Michała Głowińskiego to jednak dowód na emocjonalną niewrażliwość i niefrasobliwość uczniów.
Kiedy jednak autor odrywa się od krzywd i analizowania w nieskończoność wpływu grozy na psychikę dziecka, może zanurzyć się we wspomnieniach innego rodzaju – i zabrać odbiorców do bardziej znośnych wynurzeń. „Papuga i ratlerek” to tom obszerny i dostarczający czytelnikom wielu różnorodnych uczuć. Dla Głowińskiego ważne jest ocalanie fragmentów przeszłości, dzielenie się swoimi przemyśleniami ubranymi w literacki kostium. Proponuje czytelnikom zestaw opowieści może niespecjalnie lekkich i rozrywkowych, za to pozwalających spojrzeć z innej perspektywy na historię. Michał Głowiński nie przywołuje faktów z podręczników, nie zależy mu na przepisywaniu książek do historii. Uczy przez empatię, chce, żeby odbiorcy zrozumieli jego podejście – i żeby nie zapominali o sprawach najtrudniejszych. „Papuga i ratlerek” to zbiór przemyśleń ocalonych, zakorzenionych w skomplikowanej rzeczywistości, ale do tego jeszcze przefiltrowanych przez spojrzenie humanisty.
Strzępki wspomnień
Podział tego tomu pod kątem miejsc pierwodruku lub długości tekstów jest w pełni uzasadniony, ale czytelnicy i tak będą mieli wrażenie, że śledzą jedną opowieść, niekończącą się, za to poszatkowaną ze względu na wymogi dzisiejszych mediów. Michał Głowiński, czy stawia na literaturę, czy na własne wspomnienia, pisze w jeden sposób – tworząc mozaikę fragmentów, odnoszących się w dużej mierze do wojennej przeszłości, traum i konsekwencji tego, co wydarzyło się w Marcu 1968. Kwestia żydowskości i podejścia do Żydów w społeczeństwie bardzo autora porusza – wiele artykułów odnosi się do sytuacji, w których ktoś bezmyślnie – odruchowo, co pokazuje społeczne przyzwolenie na zło – wyraża dezaprobatę albo przynajmniej brak szacunku dla osób pochodzenia żydowskiego. Czasami autor przytacza bardzo drobne scenki, mówiące więcej o charakterze prostego człowieka spotkanego na drodze niż prezentujące rzeczywisty problem o wymiarze społecznym – ale tutaj nie ma mowy o usprawiedliwianiu złośliwości. Głowiński jest bezlitosny wobec tych, którzy określają się jako jego (Żydów) wrogowie: wyzłośliwia się i przedstawia ich w literackich obrazkach w jak najgorszym świetle. Uprawia krytykę połączoną wręcz z literacką agresją – dla czytelników z zewnątrz może być trochę dziwne, że aż do tego stopnia można żywić w sobie nienawiść i podsycać złe emocje. Kolejne portrety z retrospekcji nie mają pokazywać sposobów radzenia sobie z problemami, a podłości maluczkich. Autor próbuje wydobyć z mroków przeszłości trudne chwile, przykrości, które niekoniecznie miały wpływ na późniejsze decyzje czy postawy – ale w danym punkcie biografii stały się na tyle ważne, że pozostały w głowie. Nie poprzestaje na szczęście Głowiński na rozprawianiu się z wyimaginowanymi wrogami, analizuje też inne doświadczenia. Pokazuje odbiorcom, jaki wpływ na psychikę miały doświadczenia wojenne – to na przykład problem chłopca, który boi się zostawać – nawet z kolegami – w zamkniętej przed nauczycielem klasie. Rówieśnicy nie rozumieją takiego lęku i wykorzystują słabość innego dziecka – tak zachowują się dzieci we wszystkich grupach, dla Michała Głowińskiego to jednak dowód na emocjonalną niewrażliwość i niefrasobliwość uczniów.
Kiedy jednak autor odrywa się od krzywd i analizowania w nieskończoność wpływu grozy na psychikę dziecka, może zanurzyć się we wspomnieniach innego rodzaju – i zabrać odbiorców do bardziej znośnych wynurzeń. „Papuga i ratlerek” to tom obszerny i dostarczający czytelnikom wielu różnorodnych uczuć. Dla Głowińskiego ważne jest ocalanie fragmentów przeszłości, dzielenie się swoimi przemyśleniami ubranymi w literacki kostium. Proponuje czytelnikom zestaw opowieści może niespecjalnie lekkich i rozrywkowych, za to pozwalających spojrzeć z innej perspektywy na historię. Michał Głowiński nie przywołuje faktów z podręczników, nie zależy mu na przepisywaniu książek do historii. Uczy przez empatię, chce, żeby odbiorcy zrozumieli jego podejście – i żeby nie zapominali o sprawach najtrudniejszych. „Papuga i ratlerek” to zbiór przemyśleń ocalonych, zakorzenionych w skomplikowanej rzeczywistości, ale do tego jeszcze przefiltrowanych przez spojrzenie humanisty.
poniedziałek, 30 grudnia 2019
Izabella Frączyk: Spełniony sen
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Przeczekanie
Nareszcie mija czas, kiedy bohaterki w optymistycznych obyczajówkach obowiązkowo musiały pracować w redakcjach. Izabella Frączyk Znajdzie się co prawda w „Spełnionym śnie” ekscentryczna pisarka, ale przynajmniej ubarwia ona tło powieści i pozwala na podanie kilku wyjaśnień obowiązkowo padających na spotkaniach autorskich. Izabella Frączyk Beatę wysyła na stację benzynową i pozwala jej się tu realizować. Wprawdzie ma to być zajęcie przejściowe i pozwalające stanąć na nogi – jednak kobieta całkiem nieźle się tu czuje. Zresztą, chociaż przypadek skierował ją w to miejsce, decyzję podjęła pod wpływem radosnych min pracowników: uznała, że tu warto się zatrzymać. Być może gdyby Beata miała ciotkę o lepszym charakterze, zakotwiczyłaby w Częstochowie – jednak od despotycznej krewnej uciekła, niezdolna podporządkowywać się absurdalnym wymogom. I tak realizuje się „Spełniony sen”, prosta historia obudowana anegdotami, a powiązana z charakterystycznymi zagadnieniami z literatury rozrywkowej dla pań. Beata próbuje poukładać sobie życie na nowo. Kiedyś wdała się w romans z dużo starszym od siebie mężczyzną, o tym, że dodatkowo jest żonaty dowiedziała się, kiedy już była w ciąży. Teraz jej syn zdaje maturę, a Beata szuka swojego miejsca na ziemi. Zmiana otoczenia jest najlepszym sposobem na przyciągnięcie nowej i prawdziwej miłości, tyle że Beata jest zbyt dumna, żeby pytać o zobowiązania mężczyznę, który wpada jej w oko. Zadowala się prostszym związkiem.
Jest w „Spełnionym śnie” poważne ostrzeżenie dla czytelniczek. W przypadku Roberta, którego Beata poznaje w pracy i na którego uczucie odpowiada bez fajerwerków, raczej z rozsądku, sygnały alarmowe u czytelniczek rozdzwonią się dużo wcześniej niż w przypadku bohaterki. Nie ma tu mowy o wielkim szczęściu i o wielkiej miłości, za to powoli ujawniają się problemy związane z pieniędzmi. Beata chce wierzyć ukochanemu i długo daje się zwodzić, nawet gdy dla odbiorczyń oczywiste jest już, że wpadła w pułapkę i powinna jak najszybciej uciec z tej relacji. Perypetie sercowe wypadają tu dość przewidywalnie, jakby autorka nie wierzyła, że bez zarysowanego romansu można stworzyć dobrą obyczajówkę. Praca Beaty na stacji to odnotowywanie kolejnych anegdot i co ciekawszych przypadków – charakterów ludzi i zachowań wykraczających poza wyobraźnię zwykłych czytelniczek. Nie byłoby w tym nic atrakcyjnego, gdyby autorka nie przerywała relacji z pracy sytuacjami z życia prywatnego Beaty. W tym zdecydowanie dzieje się ciekawiej, zwłaszcza kiedy chodzi o kontakty z Julą, pisarką, w której domku gościnnym bohaterka aktualnie mieszka. Jula pozwala z dystansem spojrzeć na różne sprawy, ma gotowe wyjaśnienia na wiele wątpliwości, a do tego nadaje się na powiernicę sekretów. I ta postać najbardziej ubarwia fabułę. „Spełniony sen” to prosta obyczajówka, wyprodukowana według akceptowanego przez większość czytelniczek schematu, ale niekoniecznie angażująca – chyba że rzeczywiście odbiorczyniom przejadły się tematy redakcyjne i z chęcią odetchną przy urokach pracy na stacji benzynowej.
Przeczekanie
Nareszcie mija czas, kiedy bohaterki w optymistycznych obyczajówkach obowiązkowo musiały pracować w redakcjach. Izabella Frączyk Znajdzie się co prawda w „Spełnionym śnie” ekscentryczna pisarka, ale przynajmniej ubarwia ona tło powieści i pozwala na podanie kilku wyjaśnień obowiązkowo padających na spotkaniach autorskich. Izabella Frączyk Beatę wysyła na stację benzynową i pozwala jej się tu realizować. Wprawdzie ma to być zajęcie przejściowe i pozwalające stanąć na nogi – jednak kobieta całkiem nieźle się tu czuje. Zresztą, chociaż przypadek skierował ją w to miejsce, decyzję podjęła pod wpływem radosnych min pracowników: uznała, że tu warto się zatrzymać. Być może gdyby Beata miała ciotkę o lepszym charakterze, zakotwiczyłaby w Częstochowie – jednak od despotycznej krewnej uciekła, niezdolna podporządkowywać się absurdalnym wymogom. I tak realizuje się „Spełniony sen”, prosta historia obudowana anegdotami, a powiązana z charakterystycznymi zagadnieniami z literatury rozrywkowej dla pań. Beata próbuje poukładać sobie życie na nowo. Kiedyś wdała się w romans z dużo starszym od siebie mężczyzną, o tym, że dodatkowo jest żonaty dowiedziała się, kiedy już była w ciąży. Teraz jej syn zdaje maturę, a Beata szuka swojego miejsca na ziemi. Zmiana otoczenia jest najlepszym sposobem na przyciągnięcie nowej i prawdziwej miłości, tyle że Beata jest zbyt dumna, żeby pytać o zobowiązania mężczyznę, który wpada jej w oko. Zadowala się prostszym związkiem.
Jest w „Spełnionym śnie” poważne ostrzeżenie dla czytelniczek. W przypadku Roberta, którego Beata poznaje w pracy i na którego uczucie odpowiada bez fajerwerków, raczej z rozsądku, sygnały alarmowe u czytelniczek rozdzwonią się dużo wcześniej niż w przypadku bohaterki. Nie ma tu mowy o wielkim szczęściu i o wielkiej miłości, za to powoli ujawniają się problemy związane z pieniędzmi. Beata chce wierzyć ukochanemu i długo daje się zwodzić, nawet gdy dla odbiorczyń oczywiste jest już, że wpadła w pułapkę i powinna jak najszybciej uciec z tej relacji. Perypetie sercowe wypadają tu dość przewidywalnie, jakby autorka nie wierzyła, że bez zarysowanego romansu można stworzyć dobrą obyczajówkę. Praca Beaty na stacji to odnotowywanie kolejnych anegdot i co ciekawszych przypadków – charakterów ludzi i zachowań wykraczających poza wyobraźnię zwykłych czytelniczek. Nie byłoby w tym nic atrakcyjnego, gdyby autorka nie przerywała relacji z pracy sytuacjami z życia prywatnego Beaty. W tym zdecydowanie dzieje się ciekawiej, zwłaszcza kiedy chodzi o kontakty z Julą, pisarką, w której domku gościnnym bohaterka aktualnie mieszka. Jula pozwala z dystansem spojrzeć na różne sprawy, ma gotowe wyjaśnienia na wiele wątpliwości, a do tego nadaje się na powiernicę sekretów. I ta postać najbardziej ubarwia fabułę. „Spełniony sen” to prosta obyczajówka, wyprodukowana według akceptowanego przez większość czytelniczek schematu, ale niekoniecznie angażująca – chyba że rzeczywiście odbiorczyniom przejadły się tematy redakcyjne i z chęcią odetchną przy urokach pracy na stacji benzynowej.
niedziela, 29 grudnia 2019
Yan Lianke: Kroniki Eksplozji
PIW, Warszawa 2019.
Władza
Kroniki małej osady, która ma aspiracje stania się metropolią i konsekwentnie realizuje śmiałe plany śniących o potędze to gorzka satyra na władzę. Yan Lianke jest bezlitosny dla bohaterów. Portretuje ich w chwilach wyzwań, ale też – największych podłości. Udowadnia, że dostęp do władzy i stanowisk psuje, otwiera drogę do nadużyć i oddala kwestie etyczne. A jednocześnie dostarcza czytelnikom powieść przewrotną, o wznoszeniu, które tak naprawdę jest destrukcją. Jeden temat poruszany przez autora wiąże się z rozrostem miejscowości. Eksplozja musi być wielka, chociaż na razie to wioska, w której wszyscy się ze sobą znają i wiedzą, kto jest za co odpowiedzialny. Sen o potędze wprowadzany w życie oznacza stopniowy – chociaż szybki – rozwój, kosztem dobra mieszkańców. Błyskawicznie staje się jasne, że ludźmi tu nikt się nie przejmuje – a rządzący dbają tylko o siebie i o własne rodziny. Mało tego: to do władców przychodzą najpiękniejsze (i najbardziej biegłe w sztuce kochania) kobiety: tyle że małżeństwo to już kontrakt, a nie efekt wielkich uczuć. Liczy się to, co partnerzy mogą sobie wzajemnie dać, sojusze i korzyści w miejsce miłości. Co prawda to najmniejszy problem rządzących, ale mocno w tomie wybity. Yan Lianke pokazuje, jak rzeczywistość wpływa na codzienne dylematy i przedstawia mechanizmy powtarzalne mimo ich obnażania i krytyki.
„Kroniki Eksplozji” w formie mają przypominać dokument dotyczący miasta, są tu „podręcznikowe” wstawki na temat tego, jak funkcjonuje Eksplozja, jak reguluje się tu gospodarkę, jakie są lokalne tradycje i zwyczaje. Takie wprowadzenia do lektury przenoszą się szybko na inną płaszczyznę, autor przeskakuje od pozornie obiektywnych i suchych informacji do przedstawiania samych postaci i ich dylematów. Jest przy tym nie tylko znakomitym literatem – bo narracją przyciągnie do tomu wielu odbiorców – ale też satyrykiem, który wciąż naśmiewa się z ludzkich słabości. Eksponuje to, co należałoby zmienić – i czego nikt nie jest w stanie ruszyć, bo oznaczałoby to sprzeciwienie się najsilniejszym albo dzierżącym stery. Niby sytuację Eksplozji da się odnieść do sytuacji Chin, Yan Lianke tworzy satyrę na własną rzeczywistość – a jednak udaje mu się napisać tekst uniwersalny, taki, który sprawdzi się w różnych okolicznościach i będzie pokazywać kulisy władzy. W końcu „Kroniki Eksplozji” to przede wszystkim słabość ludzi, coś, co zasługuje na ostry sprzeciw. Yan Lianke jest nie tylko bystrym obserwatorem. Kiedy przedstawia losy miasta, łatwo mu uwierzyć. Ale jeszcze lepiej angażuje czytelników, kiedy zajmuje się charakterami. Ludzie u niego są wyjątkowo słabi, a do tego też perfidni i to połączenie nie może zostać przez odbiorców zignorowane. Wyostrza wprawdzie autor scenki, które mówią o złych postaciach, ale nie traci przez to na wiarygodności, raczej czyni satyrę jeszcze bardziej przejrzystą. Yan Lianke ma pomysł na książkę monumentalną i prawdziwą, funkcjonującą w zależności od środowiska jako komentarz do realnego życia lub jako przestroga.
Władza
Kroniki małej osady, która ma aspiracje stania się metropolią i konsekwentnie realizuje śmiałe plany śniących o potędze to gorzka satyra na władzę. Yan Lianke jest bezlitosny dla bohaterów. Portretuje ich w chwilach wyzwań, ale też – największych podłości. Udowadnia, że dostęp do władzy i stanowisk psuje, otwiera drogę do nadużyć i oddala kwestie etyczne. A jednocześnie dostarcza czytelnikom powieść przewrotną, o wznoszeniu, które tak naprawdę jest destrukcją. Jeden temat poruszany przez autora wiąże się z rozrostem miejscowości. Eksplozja musi być wielka, chociaż na razie to wioska, w której wszyscy się ze sobą znają i wiedzą, kto jest za co odpowiedzialny. Sen o potędze wprowadzany w życie oznacza stopniowy – chociaż szybki – rozwój, kosztem dobra mieszkańców. Błyskawicznie staje się jasne, że ludźmi tu nikt się nie przejmuje – a rządzący dbają tylko o siebie i o własne rodziny. Mało tego: to do władców przychodzą najpiękniejsze (i najbardziej biegłe w sztuce kochania) kobiety: tyle że małżeństwo to już kontrakt, a nie efekt wielkich uczuć. Liczy się to, co partnerzy mogą sobie wzajemnie dać, sojusze i korzyści w miejsce miłości. Co prawda to najmniejszy problem rządzących, ale mocno w tomie wybity. Yan Lianke pokazuje, jak rzeczywistość wpływa na codzienne dylematy i przedstawia mechanizmy powtarzalne mimo ich obnażania i krytyki.
„Kroniki Eksplozji” w formie mają przypominać dokument dotyczący miasta, są tu „podręcznikowe” wstawki na temat tego, jak funkcjonuje Eksplozja, jak reguluje się tu gospodarkę, jakie są lokalne tradycje i zwyczaje. Takie wprowadzenia do lektury przenoszą się szybko na inną płaszczyznę, autor przeskakuje od pozornie obiektywnych i suchych informacji do przedstawiania samych postaci i ich dylematów. Jest przy tym nie tylko znakomitym literatem – bo narracją przyciągnie do tomu wielu odbiorców – ale też satyrykiem, który wciąż naśmiewa się z ludzkich słabości. Eksponuje to, co należałoby zmienić – i czego nikt nie jest w stanie ruszyć, bo oznaczałoby to sprzeciwienie się najsilniejszym albo dzierżącym stery. Niby sytuację Eksplozji da się odnieść do sytuacji Chin, Yan Lianke tworzy satyrę na własną rzeczywistość – a jednak udaje mu się napisać tekst uniwersalny, taki, który sprawdzi się w różnych okolicznościach i będzie pokazywać kulisy władzy. W końcu „Kroniki Eksplozji” to przede wszystkim słabość ludzi, coś, co zasługuje na ostry sprzeciw. Yan Lianke jest nie tylko bystrym obserwatorem. Kiedy przedstawia losy miasta, łatwo mu uwierzyć. Ale jeszcze lepiej angażuje czytelników, kiedy zajmuje się charakterami. Ludzie u niego są wyjątkowo słabi, a do tego też perfidni i to połączenie nie może zostać przez odbiorców zignorowane. Wyostrza wprawdzie autor scenki, które mówią o złych postaciach, ale nie traci przez to na wiarygodności, raczej czyni satyrę jeszcze bardziej przejrzystą. Yan Lianke ma pomysł na książkę monumentalną i prawdziwą, funkcjonującą w zależności od środowiska jako komentarz do realnego życia lub jako przestroga.
sobota, 28 grudnia 2019
Eduardo Galeano: Dzieci czasu. Z kalendarza dziejów ludzkości
W. A. B., Warszawa 2019.
Niespieszne odkrywanie
„Dzieci czasu” to książka, która imituje kalendarz ze zrywanymi kartkami, ale pozbawiona jest dat rocznych: przedstawia za to krótkie ciekawostki na każdy dzień miesiąca (i uwzględnia także lata przestępne). Może przez to być używana znacznie dłużej niż zwykłe wydawnictwa kalendarzowe – nadaje się i na prezent i na książkę-gadżet. Zasugeruje czytelnikom samodzielne poszukiwanie dalszych informacji, pokaże, jak wiele atrakcyjnych wiadomości czeka na odkrycie – i sprawi, że odbiorcy będą się dobrze bawić, podążając za autorem przez stulecia. Eduardo Galeano decyduje się na tematyczny, kulturowy i historyczny misz-masz. Jego książka składa się z drobiazgów, opowieści, które w najlepszym razie zajmą trochę ponad połowę strony (a czasem sprowadzają się do akapitu lub dwóch) – a inspirowane są datami dziennymi bądź egzotyką informacji. Nieważne, jak Galeano dociera do źródeł swoich opowieści – wyciąga je z własnych lektur, losowo wybiera z biblioteczki, czy szuka w internecie – proponuje coś w rodzaju aplikacji, tyle że w formie książkowej. Na każdy dzień przygotowuje dla czytelników jeden komentarz odnoszący się do przeszłości – bliższej lub dalszej – i podpowiada, czym warto się zainteresować. Raz będzie się odwoływać do biografii pisarza, raz – do faktów z historii. Posiłkuje się reportażowymi wiadomościami lub dokonaniami w ramach kultury. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień i kolejna strona: nie da się w żaden sposób uporządkować poruszanych kwestii. To sprawia, że Galeano nieraz czytelników zaskoczy i zmusi do powracania do „Dzieci czasu”. Tę książkę najlepiej czytać powoli, zostawić sobie możliwość codziennego odkrywania jednej informacji – w razie potrzeby da się wtedy poszerzyć wiedzę, sprawdzić, z czym wiążą się konkretne opowieści i być może zainspirować się relacjami. Czasami Galeano postanawia pobawić się stylistyką i nie mówi wówczas wprost, a poetyzuje drobną opowieść, dokłada do niej puentę i pozostawia czytelników z materiałem, który w pełni zasługuje na uważną analizę, a nawet – pogłębianie wiadomości. Przede wszystkim ten autor zmusza odbiorców do refleksji nad przedstawionymi faktami. Dobiera informacje tak, by odbiorcy przyglądali się i wydarzeniom z historii, i przeżyciom twórców – umożliwia wstęp do różnych światów i niemal prowokuje do dyskutowania na zaprezentowane tematy. Kwestie, które się tutaj pojawiają, rzadko pozostają bez odzewu, czytelnicy mogą na nich ćwiczyć sztukę polemizowania albo filozofowania. „Dzieci czasu” to książka, która ma podtytuł „Z kalendarza dziejów ludzkości” - i trochę tym wskazuje na próbę zdefiniowania gatunku ludzkiego, czy też – ukazania blasków i cieni bycia człowiekiem z perspektywy czasu. Eduardo Galeano w formule książki korzysta ze zbiorów ciekawostek – tomów, które cieszą się dużym powodzeniem wśród młodszych i starszych odbiorców – ale ponieważ sięga po skojarzenia nieoczywiste, znajdzie uznanie publiczności. „Dzieci czasu” to książka przygotowana nie tyle dla zaspokojenia, co dla rozbudzania apetytów literackich – kierowana jest do różnych typów czytelników.
Niespieszne odkrywanie
„Dzieci czasu” to książka, która imituje kalendarz ze zrywanymi kartkami, ale pozbawiona jest dat rocznych: przedstawia za to krótkie ciekawostki na każdy dzień miesiąca (i uwzględnia także lata przestępne). Może przez to być używana znacznie dłużej niż zwykłe wydawnictwa kalendarzowe – nadaje się i na prezent i na książkę-gadżet. Zasugeruje czytelnikom samodzielne poszukiwanie dalszych informacji, pokaże, jak wiele atrakcyjnych wiadomości czeka na odkrycie – i sprawi, że odbiorcy będą się dobrze bawić, podążając za autorem przez stulecia. Eduardo Galeano decyduje się na tematyczny, kulturowy i historyczny misz-masz. Jego książka składa się z drobiazgów, opowieści, które w najlepszym razie zajmą trochę ponad połowę strony (a czasem sprowadzają się do akapitu lub dwóch) – a inspirowane są datami dziennymi bądź egzotyką informacji. Nieważne, jak Galeano dociera do źródeł swoich opowieści – wyciąga je z własnych lektur, losowo wybiera z biblioteczki, czy szuka w internecie – proponuje coś w rodzaju aplikacji, tyle że w formie książkowej. Na każdy dzień przygotowuje dla czytelników jeden komentarz odnoszący się do przeszłości – bliższej lub dalszej – i podpowiada, czym warto się zainteresować. Raz będzie się odwoływać do biografii pisarza, raz – do faktów z historii. Posiłkuje się reportażowymi wiadomościami lub dokonaniami w ramach kultury. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień i kolejna strona: nie da się w żaden sposób uporządkować poruszanych kwestii. To sprawia, że Galeano nieraz czytelników zaskoczy i zmusi do powracania do „Dzieci czasu”. Tę książkę najlepiej czytać powoli, zostawić sobie możliwość codziennego odkrywania jednej informacji – w razie potrzeby da się wtedy poszerzyć wiedzę, sprawdzić, z czym wiążą się konkretne opowieści i być może zainspirować się relacjami. Czasami Galeano postanawia pobawić się stylistyką i nie mówi wówczas wprost, a poetyzuje drobną opowieść, dokłada do niej puentę i pozostawia czytelników z materiałem, który w pełni zasługuje na uważną analizę, a nawet – pogłębianie wiadomości. Przede wszystkim ten autor zmusza odbiorców do refleksji nad przedstawionymi faktami. Dobiera informacje tak, by odbiorcy przyglądali się i wydarzeniom z historii, i przeżyciom twórców – umożliwia wstęp do różnych światów i niemal prowokuje do dyskutowania na zaprezentowane tematy. Kwestie, które się tutaj pojawiają, rzadko pozostają bez odzewu, czytelnicy mogą na nich ćwiczyć sztukę polemizowania albo filozofowania. „Dzieci czasu” to książka, która ma podtytuł „Z kalendarza dziejów ludzkości” - i trochę tym wskazuje na próbę zdefiniowania gatunku ludzkiego, czy też – ukazania blasków i cieni bycia człowiekiem z perspektywy czasu. Eduardo Galeano w formule książki korzysta ze zbiorów ciekawostek – tomów, które cieszą się dużym powodzeniem wśród młodszych i starszych odbiorców – ale ponieważ sięga po skojarzenia nieoczywiste, znajdzie uznanie publiczności. „Dzieci czasu” to książka przygotowana nie tyle dla zaspokojenia, co dla rozbudzania apetytów literackich – kierowana jest do różnych typów czytelników.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






