* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 5 lutego 2019

Nancy Springer: Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza

Poradnia K, Warszawa 2018.

Bez matki

Enola to czternastolatka, która nie może realizować każdego śmiałego planu, jaki przyjdzie jej do głowy. Żyje bowiem w świecie, w którym nikt nie liczy się z kobietami. Jest młodszą siostrą sławnego już Sherlocka Holmesa, ale nie docenia się jej bystrego umysłu ani odwagi. Panienki z dobrych domów mają być grzeczne, skromne i posłuszne, powinny martwić się tym, czy mają kapelusz, kiedy wyszły z domu. Tymczasem Enola nie zwraca uwagi na konwenanse i drobiazgi, zamierza rozgryźć tajemnicę swojej matki. Matka zniknęła bez słowa i raczej już nie wróci. To oznacza, że Sherlock powinien oddać siostrę na pensję z internatem – by zadbać o jej wychowanie. A to przynosi w konsekwencji ucieczkę dziewczyny. Pod okiem wychowawczyni Enola nie mogłaby przecież prowadzić śledztwa w sprawie matki. Jeśli nikogo nie dziwi bunt młodego pokolenia, to bunt matki szokuje, niezależnie od czasów. W epoce, w której kobiety powinny zajmować się domem i dziećmi - matka Enoli po prostu znika z domu i nic nie wskazuje na to, by miała kiedykolwiek jeszcze przejmować się własnym potomstwem. Dziewczyna chciałaby zrozumieć tę decyzję, szuka akceptacji i pomocy – a poza tym traktuje wydarzenie jako impuls do działania. Zamiast załamywać ręce lub odciąć się emocjonalnie od rodzicielki, postanawia ją znaleźć. Sherlock Holmes rozwiązałby zagadki bez trudu – ale Enola też potrafi logicznie myśleć.

“Sprawa zaginionego markiza” to pierwsza część proponowanego przez Nancy Springer cyklu powieści detektywistycznych dla młodzieży. Autorka stawia na śledztwo prowadzone przez młodą dziewczynę na przekór konwenansom. Mnoży trudności i pułapki - już wkrótce Enola będzie musiała utajniać swoje plany tak, żeby bliscy ich nie zniweczyli. Jednocześnie pojawia się cały szereg wiadomości ukrytych przez matkę przed ucieczką. Dziewczyna musi działać, żeby poznać prawdę. A że przy okazji wpada na trop sprawy kryminalnej większego kalibru... Młodzi czytelnicy otrzymują tutaj dynamiczną akcję, pełną brawury i przechodzenia od zagadki do zagadki. Bohaterka rozwiązuje rozmaite szyfry, odczytuje pozostawione dla niej wiadomości, wykonuje polecenia i z każdym kolejnym krokiem przekonuje się, że dobrze zrobiła, nie poprzestając na powszechnie dostępnej wiedzy. Do opowieści z czasem Nancy Springer dołącza wątki sensacyjne - każe dziewczynie nie tylko myśleć, ale i działać, zdobywać informacje na własną rękę i nie zawsze zgodnie ze społeczną akceptacją. Ale przecież Enola już przez wyczyn matki zaczyna być postrzegana jako “inna”, może pozwolić sobie na więcej niż typowa nastolatka z jej czasów. Sam pomysł na spojrzenie na rodzinę Sherlocka Holmesa od kulis może przyciągać młodych fanów kryminału. Intertekstualność pokazuje dalsze lekturowe tropy i zapowiada szereg przyjemności związanych z łamigłówkami literackimi. Nancy Springer pisze prosto, nie stylizuje tekstu, skupia się na wartościach uniwersalnych, a w narracji wybiera opowieść z perspektywy dziewczyny – taka indywidualizacja pozwala na lepsze dawkowanie napięcia i na budowanie nastroju – niespodzianki czasem będą się mieszać z grozą, ale najważniejsze pozostaną uczucia pchające do najbardziej nawet szalonych reakcji. Zapowiada się całkiem niezły cykl okołokryminalny dla młodzieży - klasyczny w duchu i mimo zapożyczenia kontekstu dosyć oryginalny.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Michelle Cuevas: Jak hodować i karmić domową czarną dziurę

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Smutek i pocieszenie

Stella tęskni za tatą. On umarł i dziewczynka nie umie poradzić sobie ze smutkiem i tęsknotą. Najchętniej w ogóle pozbyłaby się wszystkich wspomnień. Czuje złość i żal, odcina się od bliskich. I nieoczekiwanie znajduje wsparcie w... małej czarnej dziurze. Przyprowadza ją do domu, daje na imię Czarek i tresuje. Tom “Jak hodować i karmić domową czarną dziurę” to relacja Stelli, opowieść kierowana do ojca. Na początku - pomijając kwestię nietypowego zwierzątka domowego - dość typowa. Michelle Cuevas odtwarza precyzyjnie emocje dziewczynki, pokazuje, co - w swoim mniemaniu - straciła. Uwagę od minorowego nastroju może odwrócić tylko Czarek – na pewno nie mama, bo ona mimo wszystko nie zrozumie głębi uczuć dziewczynki. Nie młodszy brat, bo młodsi bracia to kosmici. Stellę najlepiej zrozumiałby tata, jak zwykle – ale taty już nie ma. Bohaterka zaczyna zajmować się więc obserwacjami trybu życia czarnej dziury. Czarek jest dosyć poczciwy, słucha komend i stara się jak najlepiej je wypełniać. Ma też jeszcze inną zaletę: pomoże zapomnieć. Przecież to, co trafi do czarnej dziury, bezpowrotnie znika. Żeby nie było zbyt cukierkowo, Czarek - który uwielbia wszystko, co miękkie i puchate - pożera Ciapka, szkolnego chomika czasowo przebywającego w domu Stelli. Dość szybko Stella przekonuje się, że warto do czarnej dziury wrzucać wszystko to, co sprawia problemy lub budzi przykrość. I tak do Czarka wpada przygotowywany z tatą model planety, przedmioty z nim kojarzone, a nawet nagranie głosu ojca. Wrzucenie przedmiotu do czarnej dziury ma swoje konsekwencje w codziennym życiu: usuwa pewne skojarzenia. Stella zatem właściwie osiąga swój cel – ma odpoczynek od tęsknoty. I gdyby nie przedziwny splot okoliczności, Stella nie weszłaby do swojej czarnej dziury. A ten ruch okazał się ważny nie tyle dla fabuły, która na pewien czas zamienia się w fantastykę, ale i dla samej bohaterki i jej uczuć czy świata wartości.

Czarna dziura zwana Czarkiem, posłuszna i uprzejma, wprowadza do powieści sporo humoru, chociaż sama w sobie – jako synonim pustki i depresji - pocieszająca nie jest. Pozwala natomiast oderwać się od czarnych myśli, a poza tym dostarcza też silnych wrażeń - im dalej w tekście, tym mocniejszych. Czarek daje się lubić, to dzięki niemu Stella przekonuje się, do czego potrzebne są wspomnienia. Absurdalny pomysł bardzo przyciąga uwagę, dla czytelników będzie też sygnałem, impulsem do rozmowy w emocjach. A przecież Stella może chodzić do terapeutki. Jednak niektóre prawdy musi odkryć sama. Wykazuje się Cuevas ogromną wrażliwością. Porusza niezwykle trudny temat bez martyrologicznych tonów - a nawet z lekkim uśmiechem, złość bohaterki - zrozumiałą w tej sytuacji – przekuwa na coś dobrego. Uczy, co robić w przykrych momentach życia, gdzie znaleźć ukojenie. Niby serwuje lekturę przygodową, a przecież znacznie więcej rozgrywa się tu w sferze uczuć. To zresztą jeden z powodów, dla których “Jak hodować i karmić domową czarną dziurę” to książka, która powinna zdobywać liczne nagrody. Cuevas zachwyci w takim samym stopniu dzieci, młodzież, dorosłych i krytyków literackich. Co tu dużo mówić, ta powieść mocno zapada w pamięć. Jest w niej lekkość - i wielka powaga, jest absurd, ale i namacalne niemal uczucia. Stella staje się przewodniczką po skomplikowanej rzeczywistości, z którą nie każdy umie sobie poradzić. Ta powieść jest dość więzła, ale parę razy podczas lektury pojawi się pytanie, jak też autorka wybrnie z sytuacji, w jakie sama bohaterkę wpędziła. Wygrywa szczerością i celnymi obserwacjami: świetne pomysły i brawurowa akcja, pełna dowcipów narracja, sprawa, której nawet dorośli nie potrafią dobrze objaśnić - to przepis na sukces tej historii.

niedziela, 3 lutego 2019

Katarzyna Borys: Łaty na fotelu

Akapit Press, Łódź 2018.

Wizyty

Kupowanie elementów wyposażenia domu to dla dzieci zwykle nuda. Rodzeństwo z tej powieści Katarzyny Borys nie może być wyjątkiem: Piotrek i jego dwie z trzech sióstr niekoniecznie zachwycają się fotelem, który spodobał się rodzicom. Trzecia siostra na razie nie mówi zbyt wyraźnie - ale to ona odkrywa tajemnicę, jaką mebel w sobie niesie. Fotel to najnowszy wehikuł do przemieszczania się między światami, a to oznacza, że nadchodzące ferie będą jedyne w swoim rodzaju. Katarzyna Borys wyobraźnią posługuje się raczej ostrożnie, ale w “Łatach na fotelu” podsuwa maluchom pomysł na podróż do małego domku dla lalek. Dzieci wdrapują się na fotel, wypowiadają hasło, kręcą kółkiem... do tego musi być spełniony jeszcze pewien warunek – i natychmiast przenoszą się do obcego sobie świata, w którym opiekuje się nimi lekko zwariowane rodzeństwo, Figa i Mak. Między dziećmi czasem wybuchają kłótnie, nieporozumienia lub spory – ale równie dużo tu wzajemnych zaskoczeń a nawet sympatii. Jeśli już pierwsze dziwactwa zostaną zaakceptowane, nie będzie problemu ze snuciem wspólnych planów. Dziesięciolatki z dziwnego domku niedługo będą obchodzić dziesiąte urodziny. Nie wiedzą jeszcze, że to punkt przełomowy w ich życiu: ciotka Kaktus (nieprzypadkowo nosząca taki przydomek) czai się na ich dom. Żeby uratować przyjaciół, Piotrek i jego siostry będą musieli wykazać się odwagą i pomysłowością, a do tego wykorzystać obserwacje, jakie poczynili podczas kolejnych podróży fotelem. Na szczęście dorośli nie mają pojęcia, co robią ich pociechy, kiedy znikają na cały dzień z domu – gdyby tylko wiedzieli, zabroniliby podróży.

U Katarzyny Borys wszystko się zmienia, gdy tylko przyjmuje się odpowiednią perspektywę. Odkurzacz może wywołać tornado, a plastelina - zamienić się w najpyszniejsze na świecie danie. Skrzynia ze skarbami z jednego świata może okazać się tylko pudełeczkiem ze starymi drobniakami w innym – ale to nie umniejsza prawdziwości doznań. Bohaterowie z tej powieści mają całkiem sporo powodów do radości, a codzienność dostarcza im adrenaliny. Nieważne, kto ile potrafi - każdy będzie mógł się wykazać i każdy odegra ważną rolę w akcji pomocy bliźniakom. Figa i Mak przekonają dzieci, że zawsze warto marzyć, a beztroską i radością życia będą po prostu zarażać. Autorka może posługuje się prostymi chwytami, ale trochę swoją prozą nawiązuje do “Pięciorga dzieci i czegoś”, dostarczy dzieciom równie dużo przeżyć - zwłaszcza że po każdej przygodzie rodzeństwo musi wrócić do domu, przemyśleć, czego się dowiedziało i dostosować kolejną podróż do potrzeb po drugiej stronie. Przy takich kolegach nie da się nudzić, a ponadto – dużo tu znaków zapytania, więc jest co odkrywać. “Łaty na fotelu” to całkiem zgrabna historyjka, prosta i szybka, a do tego pełna oryginalnych przygód. Katarzyna Borys kieruje się do najmłodszych i proponuje im opowieść o potędze wyobraźni. Tutaj można przekonać się, jak wiele zależy od dobrego towarzystwa – ale też że w każdej gromadce zdarzają się różnice zdań. Ważne, żeby umieć rozmawiać i słuchać innych. Borys podsuwa dzieciom książkę rozrywkową w stylu pop, nie próbuje wplatać do niej elementów edukacyjnych (wychowawcze to co innego, zresztą - zostały rozpuszczone w tekście, więc ich obecność nie przeszkadza). Zamienia się w opowiadaczkę klasycznej historii, dba o czytelników - i ci z pewnością do niej wrócą.

Anita Głowińska: Kicia Kocia i Nunuś. Gdzie jest szczurek?

Media Rodzina, Poznań 2018.

Bez wyjścia

Wyszukiwanka, która zakłada większą niż w typowych picture bookach aktywność dziecka to coś, co zapewni maluchom nie tylko sporo dobrej zabawy, ale jeszcze ćwiczenie sprawności manualnej. Kartonowe książeczki stały się na nowo atrakcyjne za sprawą otwieranych okienek, pod którymi ukrywać można niespodzianki dla kilkulatków. I tak Kicia Kocia razem z Nunusiem stają się kolejnymi bohaterami dążącymi do poszukiwania zaginionych przedmiotów. Do zabawy oczywiście zaproszą odbiorców. A wszystko zaczyna się w sytuacji dzieciom i dorosłym doskonale znanej: Kicia Kocia i Nunuś mają iść na spacer, ale Nunuś nie wyjdzie bez szczurka, swojej ulubionej maskotki. To pretekst do – nomen omen – myszkowania po całym domu, dla czytelników możliwość sprawdzenia, jakie schowki warto przeszukać u Kici Koci, dla bohaterów - chwila napięcia.

Kicia Kocia i Nunuś razem przemierzają kolejne pomieszczenia. Mogą zaglądać do szafek i szuflad, pod poduszki i porozrzucane przedmioty, do garnków i pod gazety. Mogą nawet sprawdzić, czy szczurek nie wpadł do sedesu – i to powinno dzieci bardzo ucieszyć. Każde miejsce w domu to szereg skrytek, w których bez trudu zmieściłby się szczurek. Jednak – dla dobra niby-fabuły - nie może się zmieścić, rozwiązanie zagadki pobytu maskotki to przecież puenta opowieści. Na razie zatem szczurka nie będzie, co podkreśla każdorazowo komentarz na rozkładówce. Będzie za to wyszukiwanie kolejnych klapek i sprawdzanie, co się pod nimi kryje. Okienek w tym tomiku jest 57, więc dzieci zajmą się publikacją na długo, zwłaszcza że za pierwszym razem otwarcie niektórych, co bardziej skomplikowanych kształtów, wymagać będzie trochę uwagi.

Sama opowieść nie jest zbyt skomplikowana tekstowo – ale wzbogacą ją z pewnością opowiadania o odkryciach dokonywanych dzięki okienkom. Nagle trzeba będzie dodać, co znajduje się u Kici Koci w zlewie, a co za piłką - i w ten sposób książka zacznie się rozrastać. Narrację prowadzić mogą dorośli, żeby rozbudowywać słownictwo pociech – ale i same dzieci, dla których będzie to rodzaj zgadywanki. Fakt, że nie wiadomo, czy autorka pójdzie w kolejnym okienku w absurd czy w rzeczywiste i naturalne znaleziska – uprzyjemnia zabawę i dodaje humoru do książeczki. Maluchom spodoba się na pewno możliwość dokładnego poznawania domu Kici Koci – sama nieobecność szczurka nie będzie aż tak absorbująca. Tomik jest kolorowy i nieprzeładowany przedmiotami, Anita Głowińska wie dobrze, jak zrównoważyć proporcje i sprawić, żeby dzieci nie męczyły się przy zabawie. Używa przyjemnych odcieni, a lekturę dodatkowo jeszcze umila widocznymi śladami pędzla, fakturą barwnych plam. To coś, co warto docenić, gdy na rynku królują tomiki wygładzane komputerowo aż do przesady.

Kicia Kocia i Nunuś szukają szczurka w różnych miejscach i żeby odbiorcy na koniec zabawy nie przeoczyli miejsca ukrycia maskotki, autorka podpowiedź (bardzo nachalną) zamieszcza już w samym tekście. Ale i tak nie odbierze w ten sposób rozrywki: dzieciom bardziej niż szukanie i sprawdzanie, co kryje się pod okienkami, spodoba się samo otwieranie owych okienek, nietypowe przy lekturze zajęcie. To jeden z pomysłów, jak przekonać najmłodszych do książek.

sobota, 2 lutego 2019

Stephan Orth: Couchsurfing w Rosji. W poszukiwaniu rosyjskiej duszy

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019.

Podróż z niespodziankami

Może i przy opisywaniu couchsurfingu w Iranie Stephan Orth był interesujący. Ale dopiero Rosja daje mu szansę uruchomienia sporych pokładów ironii i czynienia spostrzeżeń, które w lekturze mocno wciągają. „Couchsurfing w Rosji. W poszukiwaniu rosyjskiej duszy” to podróż pełna zaskoczeń i dziwactw, ale uwolniona od stereotypów. Fakt, że w myśleniu o tym kraju i jego mieszkańcach powtarzają się pewne nonsensowne obrazki nie oznacza, że potwierdzą się one w bezpośrednich obserwacjach. Pojawią się za to zupełnie inne, więc szybko zrobi się zabawnie. Orth jako literacki przewodnik stara się zrozumieć swoich kolejnych gospodarzy i przełożyć dla czytelników specyfikę lokalnych postaw. Sam doskonale się bawi – wyłączając momenty, w których akurat czuje strach, albo… tymczasowo traci pamięć po przetestowaniu rosyjskiej gościnności. Z reguły spotyka życzliwych i otwartych ludzi, chociaż zdarza się też kilku wyjątkowych oryginałów. Znacznie więcej dziwaków przynosi sama droga – poznawani ludzie bywają specyficzni, co na dobre wychodzi książce.

Podróż przebiega z niespodziankami, ale autor też niespecjalnie ich unika. Postanawia jak najrzadziej odmawiać, niezależnie od tego, co proponują mu gospodarze. Zdobywa doświadczenie w dwóch sferach: przede wszystkim odkrywa Rosję, która wiele razy dla człowieka Zachodu staje się szokiem. Poza tym też przygląda się zasadom couchsurfingu, zachęca do takiego sposobu spędzania czasu i przemierzania świata. Wie doskonale z doświadczenia, że po pewnym czasie kolejne spotkania i nowe znajomości przestaną być ekscytujące, a spędzanie czasu w ciągłej gościnie nie będzie już kojarzyć się z urlopem, a z szeregiem obowiązków i ostrożności (żeby nie być zbyt uciążliwym domownikiem). Jednak Stephan Orth unika narzekania, w przyszłość patrzy z optymizmem i sporą dozą humoru. O mankamentach wybranego rozwiązania będzie wspominał mimochodem i rzadko. Za to z upodobaniem sportretuje kolejnych gospodarzy, wyliczy, iloma językami władają, czym się zajmują i co sądzą o swoim kraju. Stawia na wymianę doświadczeń i na inspirujące spotkania. Chociaż teoretycznie może trafić źle, udaje mu się zwykle poznawać ludzi otwartych, radosnych i odważnych – kilka razy „rajdowo” przemierzy kawałek kraju, czasem przeżyje kilka niezaplanowanych przygód. W portretowaniu gospodarzy jest zawsze życzliwy. Za to w oglądaniu Rosji bierze zawsze pod uwagę obiegowe opowieści, opinie, które składają się na stereotyp. Bywa, że w zdumienie wprawi go wizyta w sklepie i zachowanie ekspedientki – ale też odkrywanie miejsc lub widoków nigdzie indziej niespotykanych (dupa świata, chociaż czarno-białe zdjęcia nie są najlepszej jakości, musi zrobić wrażenie).

Unika Stephan Orth przepisywania podręczników i przewodników, nie zamierza też wytyczać tras dla turystów. Trzyma się własnych planów i pomysłów, nie chce oglądać tego, co „trzeba” zobaczyć – kieruje się za to ciekawością. Znajduje najlepszy pomysł na zaprezentowanie kraju, którego właściwie nie da się szybko scharakteryzować. Zestawia powszechne wiadomości z tym, co przeżył naprawdę – będzie w tym dla odbiorców imponująca szczerość. Dystans z kolei zapewni dowcip: w narracji śmiech odgrywa ważną rolę, nie jest to może humor tak zintensyfikowany jak u Brysona, ale jeśli się pojawia – ma podobną moc. „Couchsurfing w Rosji” zaostrza apetyty na tego typu opowieści. Orth przekonuje do siebie celnością obserwacji, radosnym usposobieniem i umiejętnością prowadzenia zajmującej narracji. Zapewnia czytelnikom sporo rozrywki i reportażową opowieść pełną ciekawostek. To książka, od której trudno się oderwać.

Anita Głowińska: Kicia Kocia. Co z tymi śmieciami?

Media Rodzina, Poznań 2018.

Problem odpadków

Dbanie o środowisko jest bardzo ważne i najlepiej uświadamiać odbiorcom od najmłodszych lat, dlaczego należy segregować śmieci. Bierze się za to Anita Głowińska dzięki Kici Koci oraz Packowi. Mała bohaterka jak zwykle jest bardzo ambitna i wszystkiego ma zamiar się dowiedzieć. Kiedy wychodzi z babcią po zakupy, zabiera lnianą torbę, żeby nie trzeba było kupować jednorazowych plastikowych reklamówek. Postanawia też zabrać śmieci, żeby wyrzucić je po drodze. To okazja do powtórzenia, gdzie jakie opakowania wyrzucać (po takiej lekcji nie tylko łatwiej będzie odbiorcom zapamiętać zasady – dzieci zechcą jeszcze wypróbować doświadczenie Kici Koci i samodzielnie wyrzucić posegregowane w domu śmieci do odpowiednich pojemników). Babcia przy okazji daje też odrębne pouczenie dotyczące wyrzucania starych lekarstw – nie można pozbywać się ich ot tak, ważne, by odnieść do apteki. Kicia Kocia sporo wie, ale też i nowych rzeczy się dowie, a wraz z nią maluchy. Nie trzeba długich tłumaczeń, żeby - chociażby - pojąć, dlaczego plastik jest szkodliwy dla środowiska. Pacek towarzyszy Kici Koci – z przyjaciółmi zawsze lepiej i raźniej, o tym bohaterka wiele razy zdążyła się przekonać.

Jak zwykle Anita Głowińska uwodzi dzieci kolorami, łagodnymi kształtami i śladami pędzla. Wyraźna jest tu faktura farb, a to zawsze kusi - zwłaszcza w czasie, gdy rynek zalewają komputerowe grafiki, idealne – za to bez duszy. Nierówności w tym wypadku przypominają ilustracje wykonywane przez dzieci - każdy maluch będzie mógł naśladować autorkę i samodzielnie tworzyć rysunkowe przygody Kici Koci. Tu każdy bohater ma swój charakter, każdy wygląda inaczej, łatwo ich rozpoznawać - tak Głowińska buduje porozumienie z kilkulatkami. Książeczka - co dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem – urzeka mocnymi ale nie rażącymi kolorami, intensywność barw to magnes dla dzieci. Proste kształty i sylwetki kojarzą się z naiwnymi rozwiązaniami, dziecięcym stylem – autorka w ten sposób pokazuje, jak mówić do najmłodszych. Dokłada do picture booka również prostą narrację, opowiada, co się dzieje – i o co chodzi postaciom, wplata zgrabne pouczenia, robi to, co trzeba, żeby dzieciom zapadły w pamięć potrzebne informacje. Zajmuje się edukowaniem najmłodszych, ale dostarcza im też rozrywki. Operuje pozytywnymi emocjami: tu wszystko opiera się na ciekawości bohaterów, na energii i entuzjazmie. Kicia Kocia nawet z wyrzucania śmieci może uczynić zabawę, a to już wielka zasługa Anity Głowińskiej. Po szeregu całkiem konwencjonalnych opowiastek o poznawaniu codzienności i otoczenia przez kilkulatki autorka może przejść w bardziej zaawansowane tematy. W dalszym ciągu uczy maluchy czegoś ważnego, ale rezygnuje z infantylności w zagadnieniach wiodących. Dla dzieci Anita Głowińska ma zawsze przygodę, humor i trochę ciekawostek, mnóstwo kolorów i ciepła. Niewielkie tomiki pozwalają zaprzyjaźnić się z bohaterką - jest już ich imponująca kolekcja. Teraz Kicia Kocia może zrobić coś dla dbania o środowisko - przyczynić się do szerzenia świadomości wśród maluchów. Jest bardziej przekonująca niż poważne pogadanki, na dłużej też zapadnie w pamięć.

piątek, 1 lutego 2019

Ruta Sepetys: Sól morza

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Człowieczeństwo

Wśród licznych publikacji fabularyzujących wątki z czasów II wojny światowej powieści Ruty Sepetys wyróżniają się wyczuleniem na człowieka z jego najskrytszymi uczuciami. Bohaterowie tomu “Sól morza” mają za sobą bardzo różne doświadczenia. Jest tu ciężarna dziewczyna – ofiara najeźdźców, jest konserwator zabytków zajmujący się Bursztynową Komnatą, jest też młody żołnierz tęskniący za swoją pierwszą miłością i pragnący się wykazać. Losy kolejnych postaci splatają się ze sobą w pewnym momencie i pozwalają odsłonić tragiczne często tajemnice. Każdy nosi w sercu niezabliźnione rany i próbuje tylko radzić sobie z wyrzutami sumienia. Jak Joana – pracuje ona jako pielęgniarka, ale uważa się za... morderczynię. Nie wszystkie rany widać - a nawet te od szrapnela da się ukryć. Chodzi przecież o to, żeby inni nie wykorzystali słabości. Bohaterowie, których czytelnicy poznają przez kilka migawek i dzięki ich osobistym definicjom wojny – ostatecznie spotykają się na statku Wilhelm Gustloff – to jak szansa na ucieczkę do lepszego świata, szansa na życie. Na statku rozwijają się przede wszystkim relacje międzyludzkie. Każdy coś komuś zawdzięcza, ale przez to też staje się skazany na jego łaskę i niełaskę. Warto kryć się z uczuciami i nie mówić zbyt wiele o sobie, bo wszystkie wiadomości mogą zostać wykorzystane w dowolnym momencie. Ruta Sepetys zdradza największe sekrety kolejnych postaci i tym sprawnie buduje atmosferę książki: podpowiada czytelnikom to, z czego inni bohaterowie nie zdają sobie sprawy – a robi to mistrzowsko. Doprowadza do apogeum interpersonalne konflikty i wewnętrzne dramaty. Tu każdy zajęty jest swoimi sprawami, jedni boją się zdemaskowania, inni leczą lub podkarmiają własne lęki. Ciężarna spodziewa się rozwiązania lada moment, a młody marynarz snuje mentalne listy do swojej małej Hannelore. Stopniowo z tych informacji - kształtujących tożsamość podróżujących - wyłaniają się gorzkie lub brzydkie sekrety. Ale to dopiero wstęp do wielkiej tragedii. Ruta Sepetys pisze o tym w posłowiu: niewielu ludzi daje sobie sprawę z faktu storpedowania statku Wilhelm Gustloff - chociaż zginęło wówczas więcej osób niż na Titanicu. Udaje jej się oddać grozę wydarzeń, przekonująco odmalować psychikę i reakcje ludzi świadomych bliskiej śmierci. Zestaw małych opowieści w tym punkcie stapia się w jedną wielką scenę, której nie da się zapomnieć. Sepetys jest bezlitosna, precyzyjna, a do tego nie rezygnuje z literackości. Subtelnie prezentuje przejawy słabości swoich bohaterów, zwłaszcza w karykaturze marynarza wyżywa się na agresorach. Tworzy przekonujące portrety psychologiczne, które nie pozostają obojętne w procesie odbioru. Wojna nie przekreśla marzeń o miłości, rodzinie i stabilizacji – ale często wymusza zachowania sprzeczne z wyznawanymi wartościami. Podróż statkiem to dla bohaterów konieczność podejmowania kolejnych niepopularnych decyzji, wybierania mniejszego zła albo spychania niebezpieczeństwa na innych. Nadal jednak przydaje się empatia - żeby móc funkcjonować wśród ludzi i zachować zdrowe zmysły. Piękna jest ta powieść mimo ogromu śmierci, smutku i rozstań. Ruta Sepetys wie dokładnie, jak zapewnić odbiorcom huśtawkę nastrojów. Przywiązuje do bohaterów (przynajmniej do części z nich) mimo minorowych tonów. Wplata do powieści różnorodne historie, przedstawiając zmienność ludzkich losów, okrucieństwo wojny i kontekst, który może uruchomić psychopatyczne skłonności. Ta powieść jest melodyjna, chociaż składa się z rozdziałów-miniaturek, wciąż każe przenosić uwagę na genialną formę. Sepetys pisze jednocześnie delikatnie i stanowczo, przyciąga do siebie niepowtarzalną realizacją trudnego tematu.