* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 10 kwietnia 2018

Marai Szarapowa: Niepowstrzymana

Marginesy, Warszawa 2018.

Przepis na sukces

Maria Szarapowa wkracza na rynek wydawniczy autobiografią (rzecz jasna, przygotowaną z pomocą ghosta) nieco po tym, jak została zawieszona w uprawianiu sportu, a potem oczyszczona z zarzutów. Odnosi się do skandalu aż dwa razy, tworząc z niego ramę kompozycyjną książki. Najpierw uprzedza czytelników (chociaż fani i tak przecież wiedzą), żeby nie zostali niemile zaskoczeni – później jeszcze raz, na chłodno, przedstawia cały kontekst, podkreślając zwłaszcza nieświadomość, że zażywany przez nią od dłuższego czasu lek został „profilaktycznie” wpisany na listę środków niedozwolonych. Zawieszenie na dwa lata stało się impulsem do stworzenia osobistej relacji – próby zaprezentowania się fanom od nieco bardziej prywatnej strony, znacznie szerzej niż w wywiadach.

Szarapowa przez długi czas zajmuje się opowiadaniem o swoim tenisowym dzieciństwie i trudno się jej dziwić. To pośrednio odpowiedź na pytanie, jak wiele trzeba poświęcić, by zostać gwiazdą sportu. U kilkuletniej dziewczynki talent do odbijania piłki rakietą dostrzega ojciec – i postanawia, że Masza będzie najlepsza. Szuka sposobu rozwijania umiejętności córki i dowiaduje się, że w tym celu musi wyjechać z Rosji. Trafia z małym dzieckiem, za to bez żony, do USA i tam – bez pracy, bez znajomości języka i bez kontaktów – usiłuje się przebić do najlepszych. Znajduje akademie tenisowe i przekonuje słynnych właścicieli, żeby przyjrzeli się Maszy na korcie. Córce poświęca wszystko: musi zrezygnować z własnych ambicji, żeby mała mogła się rozwijać. Szarapowa opowiada o tych wyrzeczeniach bez sentymentu, raczej z lekkim podziwem. Za to przedstawia też nieznany obraz samotności: wśród dziewczynek z bogatych domów, dzieci niezbyt uzdolnionych za to rozkapryszonych i realizujących ambicje rodziców, trzymających się razem. W ten sposób autorka pośrednio odpowiada na pytanie, jak doprowadzić do olśniewających sukcesów – i jaka jest ich cena.

Kiedy Szarapowa dorasta, zmieniają się tematy historii. Więcej uwagi poświęca rywalkom na korcie (i tutaj trudno jest o przyjaźń czy choćby zrozumienie), analizuje swoje mocne i słabe strony w grze, przygląda się poszczególnym ważnym meczom lub turniejom. Sport zaczyna w opowieści dominować, a sama Szarapowa przestaje komentować rodzinne relacje. Brak prywatności przełamie jeszcze przy okazji prezentowania sercowych dylematów – lekko i z dystansem, ale też tak, żeby czytelnicy nie mieli wrażenia, że od jakiegoś aspektu życia tenisistki zostali przez nią odsunięci. Powracają tematy kontraktów reklamowych (oczywiście bez podawania sum), organizacji turniejów lub podłoża, na jakim się gra. Maria Szarapowa w pewnym momencie schodzi całkowicie na tenis – to jej życie i sposób na opowieść jednocześnie.

Książka napisana została prosto, ale z uwzględnieniem punktów kulminacyjnych dla czytelników: widać tu fachowe opracowanie już na etapie konstrukcyjnym. Ciekawostką mogą być wplatane w relację uwagi od trenerów i mistrzów – Szarapowa wraca do swoich autorytetów, wypytując je o pierwsze wrażenia, wspomnienia ze sobą związane i refleksje na temat systemu pracy lub gry. Takie pytania od kogoś, kto zrobił wielką karierę, są w sposób naturalny mało obiektywne, ale wpasowują się w kształt książki. Maria Szarapowa swoim doświadczeniem udowadnia, że na sukces trzeba ciężko zapracować i umieć podejmować odważne decyzje. Jej opowieść nie przyniesie łatwych rozwiązań, mało kto byłby w stanie podążać podobną drogą.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Magdalena Lamparska: Wszystko albo nic. #jakPolaNegri

Edipresse, Warszawa 2018.

Wzór aktorski

Magdalena Lamparska popełnia dwa dość poważne błędy w swojej powieści „Wszystko albo nic. #jakPolaNegri”. Pierwszy to ten, że nie może się zdecydować, czy pisać biografię aktorki, czy powieść obyczajową. Drugi – że nie umie dostarczyć odbiorcom sensownego zakończenia drobnego wątku, który zastępuje całą warstwę obyczajową. Czytelnicy nie wiedzą zatem, czy koncentrować się na egzystencji Apolonii Chalupec (właściwą formę przerabianego notorycznie nazwiska autorka kilka razy podkreśla w narracji, jakby miała ochotę walczyć ze wszystkimi), czy też zainteresować się jednak losami dość bezbarwnej Anny Mazur, młodej aktorki, która marzy o wielkiej karierze. Ta pierwsza nie zapewni fabularnych niespodzianek, bo jeśli po książkę sięgną fani Poli Negri, otrzymają tu przebieg życia i kariery – czyli coś znanego. Ta druga nie zagwarantuje atrakcji tym bardziej, bo jej czas upływa na czekaniu na wymarzoną rolę. Anna Mazur chciałaby zagrać Polę Negri, problem w tym, że nie została nawet zaproszona na casting do filmu o idolce. Podejmuje walkę: radykalnie zmienia fryzurę i zaczyna szukać możliwości zaprezentowania się przed filmowcami, ale mimo determinacji nie wykrzesze z siebie na tyle energii, by stać się postacią ważną dla czytelników. Z Polą Negri przegrywa w pojedynku o popularność – tu w ogóle nie ma szans na sympatię odbiorców, jej losy pozostają obojętnie przyjmowane.

Nie wiadomo, dlaczego Magdalena Lamparska każe swojej bohaterce tkwić w marazmie i narzekać na brak możliwości. Anna Mazur zwyczajnie nie nadaje się na gwiazdę, jedynie na przenoszenie goryczy i rozczarowań. Ale podobne dylematy przeżywają setki adeptów szkół teatralnych – a autorka nie wyjaśnia, dlaczego akurat Annie należy się z tego powodu współczucie. Sama Lamparska też nie ma zaufania do swojej postaci, co widać w stale modyfikowanych na niekorzyść Anny proporcjach. Najpierw bohaterka czyta biografię Poli Negri – obszerne rozdziały z lektury są przerywnikiem w relacji o Annie, próbą ukojenia nerwów i zwróceniem uwagi na przeszłość – z perspektywy czasu widzianą właściwie bez wad. Później ucieczki w rzeczywistość Poli Negri stają się coraz bardziej rozbudowane, za to we fragmentach o Annie powoli znikają konkrety. I tak do końca tomu – coraz więcej jest życiorysu Poli Negri, a coraz mniej doświadczeń Anny – w końcu uzasadnienia dla powieści obyczajowej.

„Wszystko albo nic” to zatem lektura bardzo udziwniona. Zabrakło w niej doświadczenia i wyczucia warsztatowego przy za bardzo aż eksponowanej chęci napisania książki. Kiedy autorka orientuje się, że brakuje jej pomysłów na rozwijanie życiorysu Anny Mazur, zaczyna uciekać w naiwne wiwisekcje, autoanalizy prowadzone przez bohaterkę zbyt długo i zamiast konkretnych wydarzeń. W tej powieści nie da się zaufać postaci – a poza nią w relacji bez Poli Negri Lamparska wiele by nie zaproponowała. Po odsączeniu zbędnych refleksji oczywistych dla wszystkich pozostaje z biografii Anny Mazur drobne opowiadanie, które może być potraktowane jako ramówka dla życiorysu Poli Negri – ale też jest pozbawione punktów kulminacyjnych czy jakiegokolwiek uczucia. Pozostaje tylko Pola Negri, a tego wcale się od powieści obyczajowej nie oczekuje. Tak łatwo zrozumieć, że nie każda tęsknota da się bezpośrednio przełożyć na fabułę.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Michael Wolff: Ogień i furia. Biały Dom Trumpa

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Kulisy władzy

Dla tych, którzy pasjonują się kulisami wielkiej polityki została przygotowana książka „Ogień i furia” Michaela Wolffa – chociaż marketingowo obliczona jest również na odbiorców spragnionych skandalu (którego tu raczej się nie doszukają). Wprawdzie wielkich sensacji tu jak na lekarstwo, ale krzykliwa okładka, tytuł i blurb swoje zrobią – i skuszą czytelników, którzy mają nadzieję na poetykę brukowców. Donald Trump, pretekst do stworzenia tomu, wiele razy schodzi tu na margines, pozostaje wprawdzie siłą napędową wydarzeń, czasem też – komentatorem, ale najciekawszy portret zyskuje na samym początku, kiedy jeszcze nie jest prezydentem, a w zwycięstwo w wyborach nikt, łącznie z nim samym, nie wierzy. Michael Wolff próbuje tu przedstawić człowieka nieco rozkapryszonego, przekonanego o własnej wartości, ale zdystansowanego od polityki. Kandydatura ma stać się trampoliną do zupełnie innych zawodowych wyzwań. Pojawia się na wstępie zatem Trump, co do którego nie ma pewności, do czego dąży i jaką cenę jest gotów za to zapłacić. Ten obrazek, na poły obyczajowy, okazuje się nie do przebicia w oczach zwykłych odbiorców (politolodzy być może zajmą się raczej analizowaniem zasad panujących w Białym Domu). Trump jako człowiek nie robi zbyt dobrego wrażenia na obserwatorach. Michael Wolff czasami wraca do jego postaw wobec kobiet, przedstawia żonę (sporo uwagi w ramach pokazywania rodzinnych więzi poświęca córce i zięciowi, ale to dlatego, że są oni mocno zaangażowani w politykę i trudno byłoby bez nich zilustrować kontekst niektórych działań). Nie zależy mu w tym wypadku na ocenianiu, to raczej domena czytelników. Wolff podsuwa jedynie wątki mogące wpłynąć na opinię. Sam stara się unikać kontrowersji, co bardzo kontrastuje z wydawniczymi zabiegami, dopiero pod koniec książki czuje się silny na tyle, żeby wprowadzać nieco mocniejsze określenia i próbować forsować własne zdanie. Przez większą część tomu komentarze pozostawia pracownikom Białego Domu i osobom z bliskiego zawodowego otoczenia Trumpa. We wstępie opowiada o tym, ile rozmów przeprowadził i jak przymierzał się do napisania tomu – może szkoda, że z takich reportażowo-informacyjnych wstawek rezygnuje później, bo dla odbiorców już samo pozyskiwanie danych byłoby ciekawym akcentem. Muszą jednak radzić sobie z efektami wywiadów – czyli informacjami przepracowanymi już przez autora. Komentarze te są dość oszczędne, a część stanowi tajemnicę poliszynela, nie ma w ogóle wrażenia, że Wolff zdradza coś, czego nie powinien. Tematem tej książki staje się dwieście pierwszych dni rządów Trumpa (czas przed wyborami to dodatkowy smaczek). Zwyczajowo to sto dni pozwala wyrobić sobie zdanie o nowym prezydencie, ale w przypadku Donalda Trumpa zabrakło Wolffowi cezury, daty-symbolu, granicy pozwalającej oddzielić początki od rutyny w rządzeniu. Przygląda się więc różnym decyzjom i zagadnieniom ze zmieniających się sfer. Stara się w miarę prosto przedstawiać poglądy i postawy polityczne Trumpa, a jednocześnie nakreślać jego postrzeganie przez innych dyplomatów. Nie wpada w histerię, unika skrajności, woli raczej, żeby to rzeczywistość dostarczała mu tematów. Nie wdaje się też w zawiłe tłumaczenia dotyczące polityki, raczej wierzy w to, że czytelnicy mają odpowiednią wiedzę i odnajdą się w politycznej codzienności. To dla niego ułatwienie – szybciej może nakreślać specyfikę „Białego Domu Trumpa”, traci na tym jedynie obyczajowa warstwa narracji. Dla tej jednak nie sięga się po „Ogień i furię”. W efekcie rozczarowani mogą być tylko złaknieni skandalu.

Stacia Deutsch: Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni

Wilga, Warszawa 2018.

Zagadki

Zachęcanie dziewczynek, by zainteresowały się informatyką, wkracza na poziom powieści pop. Już kilkulatki mogą zacząć wkręcać się w zagadnienie, które w przyszłości zapewni im dobrą pracę i przekreśli stereotyp informatyka. „Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni” to początek obiecującej serii, w której podstawy programowania wiążą się z odkrywaniem tajemnic i prawdziwą zabawą. Informatyka wkracza w codzienność małych bohaterek za sprawą szkolnego kółka zainteresowań, ale i prywatnych potrzeb. Lucy musi szybko nauczyć się programowania – nie dla pieniędzy i sławy. Jej wujek choruje na raka, musi brać całe zestawy leków, a sam nie jest w stanie pamiętać o odpowiednich porach ich zażywania i o ilościach medykamentów. Żeby mu pomóc, Lucy zamierza stworzyć aplikację, która przejmie część odpowiedzialności i będzie przypominać, kiedy wziąć tabletki. To odstresuje wujka i ułatwi mu funkcjonowanie. Z takim celem łatwo zabrać się do pracy. Ale na pierwszych zajęciach z programowania dzieci nawet nie dotkną komputerów. Mają za to przygotować (na zwyczajnych kartkach papieru, co za nuda!) instrukcję robienia kanapki z masłem orzechowym i dżemem. Dla Lucy to wyjątkowa strata czasu. Dobrze, że do kolejnej lekcji programowania ma jeszcze tydzień…

Stacia Deutsch przedstawia w książce grono przyjaciółek. Kiedy Lucy otrzymuje zaszyfrowaną wiadomość, próbuje ją rozgryźć dzięki pomocy koleżanek. Bardziej doświadczone dziewczynki rozpoznają fragmenty komputerowego kodu i pomagają w wykonywaniu zadań – nikt jednak nie wie, do jakiego finału prowadzą. Lucy podejrzewa o głupie zabawy starszego brata, jednak nic nie może mu udowodnić. Podejmuje więc grę z tajemniczym dostarczycielem kolejnych zakodowanych listów. Odbija piłki, przygotowuje sukienkę na bal – nie ma jednak pojęcia, jak to może przybliżyć ją do upragnionego celu – nauki pisania programów komputerowych.

Jest „Kod przyjaźni” opowieścią dynamiczną i pełną niespodzianek. Wprawdzie odbiorczynie, przynajmniej na początku, nie poradzą sobie z odczytaniem poleceń bez wskazówek – ale to samo przecież dotyczy Lucy. Razem z nią będą wdrażać się w tajniki kodowania i pojmować kolejne etapy przygotowań. Autorka prowadzi opowieść tak, by oswajać z definicjami i danymi, nie przerażać nowymi pojęciami albo teorią. Wszystko udaje się tu przełożyć na bliską i nieinformatyczną codzienność. Ale nie zapomina i o warstwie obyczajowej – Lucy może dogadać się ze swoją najlepszą przyjaciółką, która jakoś się ostatnio oddaliła, poznać marzenia nowej koleżanki i pomóc jej w kłopotach. Do wspólnych zabaw dochodzą i domowe przekomarzania (starszy brat lubi robić Lucy kawały, ale w rzeczywistości daje się lubić) – a prawdziwe problemy mimo dezorganizującej życie rodzinne choroby wujka nie mają prawa wstępu do tej historii. Stacia Deutsch może dzięki przechodzeniu od lekcji informatyki do obyczajowości przyciągnąć małe czytelniczki i zachęcać je do przyjrzenia się ofercie nauk ścisłych. Poważne przesłanie ukrywa w rozrywkowej fabule, a przy okazji krzewi wiedzę o organizacji Girls Who Code. To pomysłowy sposób na wykorzystanie konwencji poppowieści w literaturze dziecięcej – być może uda się dzięki temu stworzyć modę na nowe hobby wśród dziewczynek.

sobota, 7 kwietnia 2018

Iza Bartosz: Świat bez Głowy. Portret Janusza Głowackiego

Czerwone i Czarne, Warszawa 2018.

Spotkania

Zapowiada autorka tego tomu, Iza Bartosz, że nie będzie pisać biografii Janusza Głowackiego, recenzować jego twórczości ani tworzyć opowieści prywatnej. Niewiele w takim razie możliwości pozostaje, ale czytelnicy otrzymują zbiór wspomnień o pisarzu. Wspomnień o tyle niekonwencjonalnych, że nie pisanych w pierwszej osobie, a zebranych z rozmów i ujednoliconych przez Bartosz jako specyficzne minireportaże. Do zestawu opowieści indywidualnych autorka dokłada swoją własną relację, łatwo może zaangażować czytelników w lekturę, bo pisze z osobistej perspektywy i koncentruje się na anegdotach lub niepowtarzalnych wydarzeniach, których była świadkiem. Dzieli się zatem ta publikacja na dwie nierówne rozmiarami części: pierwsza to komentarz Izy Bartosz do owocnej znajomości, swoiste pożegnanie z pisarzem. Druga – to zestaw spotkań z ludźmi, którzy z Januszem Głowackim się przyjaźnili lub którzy zawarli z nim oryginalną, to jest opartą na niekonwencjonalnych zasadach, znajomość. Wspomnienia w takim ujęciu są lekturą w starym dobrym stylu – bez stereotypowych laurek i powtarzanych do znudzenia wyrazów żalu po stracie kogoś bliskiego. Bez ogólników i pustosłowia, bez utartych zwrotów. Iza Bartosz unika banału, stara się już na etapie gromadzenia materiałów zasłużyć na pochwałę mistrza, nie zawieść jego nadziei.

Swoją relację z Januszem Głowackim charakteryzuje przez pryzmat przyjaźni – na początku oboje ustalają, czy autorka tomu da się poderwać (odmawia), potem Iza Bartosz stale podkreśla wspólnotę zainteresowań czy inspiracji, jakby takie manifestowanie zgodności poglądów na różne sprawy miało stać się uzasadnieniem napisania książki. Autorka za wszelką cenę chce zapracować na swoje miejsce na rynku i to podkreślanie normalności w kontaktach ze sławą staje się trochę za mocne, jakby próbowała się pochwalić i upewnić, że na pewno wszyscy dostrzegą, że została dopuszczona blisko pisarza. Stawia się w końcu przez tę znajomość w jednym szeregu z prawdziwymi gwiazdami – i gdzieś między wierszami wyziera próba wytłumaczenia się. Kompletnie niepotrzebna.

Niepotrzebna, bo Iza Bartosz pisze bardzo dobrze. Nie przyćmiewa rozmówców, każdemu pozwala na zaprezentowanie własnego portretu Głowackiego. Dba o to, żeby informacje raczej się nie powtarzały, a układały w chronologiczną opowieść o życiowych doświadczeniach oraz twórczości – tak trochę przy okazji wspomnień. Wie, że na co innego zwróci uwagę Hanna Bakuła, a na co innego – Kazimierz Kutz. Różni artyści opowiadają albo o swoich relacjach z Głowackim, albo przypominają sobie anegdoty z nim związane. To wszystko Iza Bartosz zamyka w zgrabnych rozdziałach, nie pozostawiających uczucia niedosytu (chociaż, oczywiście, niewyczerpujących tematu). Będzie tu trochę o relacjach z różnymi kobietami, trochę o karierze w Stanach, o warsztacie pracy, ale i o samych życiowych obserwacjach, które potem przechodzą do literatury. Trochę więc autorka odczytuje sekrety pisarza, a trochę – rejestruje jego życiorys, najbardziej jednak interesuje ją Janusz Głowacki w spojrzeniach innych. Wielogłosowość pozwala tu wychwycić więcej ciekawych szczegółów, sprawia, że książka nie zrobi się monotonna. „Świat bez Głowy” nie sprawia wrażenia publikacji przygotowywanej na szybko, to książka dopracowana pod kątem stylistycznym, dostarczająca też całkiem sporo rozrywki – dość nieoczekiwanie, bo wspomnienia wydawane przez ostatnie lata przyzwyczaiły odbiorców do pewnej koturnowości w ramach gatunku i do lęku przed co zabawniejszymi indywidualnymi skojarzeniami.

Angela Nanetti: Mój dziadek był drzewem czereśniowym

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018 (nowe wydanie).

Ochrona najważniejszego

Ta rodzina nie zawsze zapewnia schronienie najmłodszemu, czyli Antosiowi. Dziadkowie ze strony ojca zajmują się wyłącznie sobą i swoim psem, są też skłonni na każdym kroku krytykować mamę chłopca, co wprowadza nerwową atmosferę w domu. Dla dziadków ze strony ojca dziadkowie ze strony matki, pochodzący ze wsi, są dziwakami i ludźmi nieokrzesanymi. To pogłębia konflikty i sprawia, że rodzina Antosia nie zaznaje spokoju, rozrywana od wewnątrz. Mama i tata pod wpływem ciągłego stresu w końcu nawet decydują się na rozstanie – i zanim Angela Nanetti doprowadzi historię do szczęśliwego mimo wszystko finału, minie wiele szarpiących nerwy chwil. „Mój dziadek był drzewem czereśniowym” to naiwna relacja dziecka – o dojrzewaniu, odchodzeniu i akceptacji odmienności, o godzeniu się ze śmiercią bliskich i o przekładaniu zmartwień na zachowania dziwne (bo niezrozumiałe) dla otoczenia.

Antoś lubi przebywać z dziadkiem, tym ze wsi. Dziadek przygotowuje najsmaczniejszy kogel-mogel zaprawiony winem i pozwala się wspinać na drzewa. Ma własne marzenia i nie zgadza się na rezygnację z nich. Ten dziadek jest uosobieniem wyobraźni i dziecięcych przygód – nie przejmuje się opiniami innych i stanowi przeciwwagę dla rozsądnej do znudzenia mamy. Ale po śmierci ukochanej żony zaczyna chorować. Najpierw przychodzi wiadomość, że straci swój ogród razem z drzewem, Felicjanem. Dziadek nie zamierza na to pozwolić, ale jego opór brany jest za fanaberię i stopniowo przełamywany. Mały Antoś obserwuje nierówną walkę i uczy się od dziadka wytrwałości. Dowiaduje się, jak działa bezgraniczna miłość, która zagłuszy każdy przejaw rozsądku. I chociaż w oczach dorosłych dziadek przejawia początki obłąkania, Antoś doskonale go rozumie. Pojmuje, że są w życiu rzeczy, które warto ocalić za wszelką cenę i na przekór przeciwnościom losu, nawet wtedy, gdy będzie to oznaczać samotną walkę.

„Mój dziadek był drzewem czereśniowym” to zawoalowana historia o miłości. Bohater udowadnia Antosiowi, że ten, kogo się kocha, nigdy w pełni nie odejdzie – to wskazówka, jak oswoić się ze śmiercią. Pojawiają się w życiu dziadka symbole, wartości, które należy pielęgnować, żeby nie stracić szacunku do samego siebie. Antoś nie wszystko zrozumie – podobnie jednak jak mali odbiorcy będzie odbierać otoczenie intuicyjnie. Bez specjalnych wyjaśnień zyska dostęp do najskrytszych uczuć dziadka – tak, by potem kontynuować jego dzieło. Antoś może stać się spadkobiercą uczuć dziadka, bo jako jedyny w rodzinie ma wystarczająco dużo czasu, by rozmyślać nad sytuacją – i na tyle rozwiniętą wrażliwość, żeby odczytywać nieoczywiste sygnały. To, co mama i tata przeoczą w codziennym pośpiechu i nerwach, to, co rodzice taty wyśmieją jako dziwactwo i to, co ściągnie na dziadka krytykę gapiów – buduje płaszczyznę porozumienia między przedstawicielami dwóch pokoleń. Ta książka zaistniała już na rynku wydawniczym. Po prawie dekadzie wraca, w nowym opracowaniu graficznym – to ilustracje Anastazji Stefurak przygotowane dla wydania ukraińskiego. Ilustratorka łączy w nich dziecięcą naiwność i smutek zakodowany w postawach bohaterów. Bawi się też poetyckimi skojarzeniami, tak, by przesłania stały się jasne, ale nie męcząco dosłowne – takie rozwiązania przykuwają uwagę dzieci i ich rodziców. I dobrze, bo Angela Nanetti ma coś do powiedzenia również dorosłym w tej baśniowej choć gorzkiej relacji.

piątek, 6 kwietnia 2018

Mona Kasten: Begin Again

Jaguar, Warszawa 2018.

Nowe życie

To jedna z tych młodzieżowych powieści, które obiecują miłość przezwyciężającą wszelkie przeszkody i ratującą przed złym światem. Napisana zgrabnie, czyta się ją jak dobrą obyczajówkę, mimo pewności, co się zaraz w akcji musi wydarzyć. A chociaż na początku autorka parę razy wyzwala wątpliwości, „Begin Again” szybko podbije serca nastolatek. Obszerna historia kusi wolnością i pożądaniem, możliwością ułożenia sobie życia po swojemu i w oderwaniu od złej przeszłości. Uczucie jest tu idealne, to świat próbuje zniszczyć szczęście dwojga bohaterów. Na początku jednak wydaje się, że ten potencjalny związek u zarania stanie się toksyczny – i ktoś mniej naiwny niż bohaterowie zrezygnowałby z komplikowania sobie życia na własne życzenie.

Allie przyjeżdża na studia i szuka pokoju do wynajęcia. Kiedy trafia do domu, w którym wreszcie czuje się dobrze, okazuje się, że właściciel nie jest zbyt uprzejmy. Kaden robi wszystko, żeby odstraszyć dziewczynę, usilnie pracuje na opinię niegrzecznego chłopca, buntownika, który mrokiem może uwodzić nastolatki. Wprowadza kilka zasad, z których najważniejsza głosi, że do niczego między współlokatorami nie dojdzie. Poddaje Allie rozmaitym testom i bardzo jej dokucza, na każdym kroku krytykuje wybory dziewczyny. Jest nieznośny i każdy dorosły w jego postawie dostrzegłby źródło wielkich problemów we wspólnej przyszłości. Jednak Kaden ma też inne oblicze – zabiera Allie na szalone eskapady w góry, przygotowuje dla niej poranną kawę i pomaga zapomnieć o przykrościach. Ma też grono oddanych przyjaciół, którzy szybko przygarną również Allie, dając jej poczucie bezpieczeństwa, jakiego nigdy dotąd nie zaznała. Między Kadenem i Allie iskrzy od pierwszych chwil, niezależnie od tego, co on by deklarował. Najpierw jednak oboje muszą przewalczyć złą przeszłość. Prezentują idealistyczne ujęcie przyjaźni – która nie zna ograniczeń. Kiedy trzeba uratować drugą osobę, bez wahania poświęcą wszystko – a to już lepsza podstawa do kiełkującego uczucia niż narzekania i uszczypliwości. Oboje chcą postępować odpowiedzialnie i zgodnie z własnymi przekonaniami, odsuwają więc moment przespania się ze sobą tak, by okazał się naprawdę ważnym punktem w rozwoju związku. Mona Kasten przekonuje odbiorców, że warto poczekać na odpowiednią chwilę i powściągnąć emocje.

Miłość jako forma ochrony przed światem i najpiękniejsze uczucie – mimo sporych przeszkód na drodze do szczęścia – to coś oczywistego. Ale w „Begin Again” łatwo przeoczyć drugi, ważniejszy, bo mniej szablonowy składnik – motyw prawdziwej przyjaźni. Allie ucieka od swoich rodziców i złych wspomnień, w nowym miejscu zaczyna wszystko jeszcze raz, ale nie poradziłaby sobie bez wsparcia. Spotyka ludzi, którzy potrafią się razem bawić i wygłupiać, ale też służą konkretną pomocą, gdy są potrzebni – nie czekają, aż ktoś poprosi ich o reakcję, wiedzą, co robić i jak rozwiązywać problemy. Przyjaciele, których w nowym miejscu zyskuje Allie to wielka wartość tej powieści, a i czynnik, który do tomu przyciągnie bardziej niż obietnica wielkiej miłości.

„Begin Again” to historia rozbudowana. Starannie dopracowana od strony narracyjnej, głęboka i pełna autoanaliz prowadzonych przez bohaterkę. ej refleksje mogą się przydać nastoletnim czytelniczkom w ocenie własnych doznań, ale też wciągają w świat przedstawiony, pozwalają rozłożyć w czasie przyjemność śledzenia relacji między postaciami. Jest to powieść udana mimo odwołań do zbyt czytelnych rozwiązań. Mona Kaster odwołuje się do rynkowych trendów, wykorzystuje modę na erotyzm w literaturze, ale ma też coś do powiedzenia na temat chronienia własnej tożsamości.