* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 10 marca 2018

Blair Holden: Bad boy's girl

Jaguar, Warszawa 2018.

Analiza uczucia

Rzadko zdarzają się tak rozbudowane i tak szczegółowe romanse dla młodzieży, a Jaguar wyłapuje co ciekawsze dokonania w tej dziedzinie na rynku. „Bad boy’s girl” to początek obiecującej serii – apetyczny, jeśli ktoś lubi rozłożyste narracje o przewidywalnym scenariuszu, za to pełne autoironii – dobrze napisany, a do tego pełen celnych obserwacji na temat rozkwitu nieoczekiwanego uczucia i emocji nastolatki. Tessa wprawdzie ma więcej lat niż przeciętne bohaterki tego typu historii młodzieżowych – jest osiemnastoletnią dziewczyną niepewną własnej wartości i bardzo niedoświadczoną pod kątem relacji z chłopcami (nigdy się jeszcze nie całowała). Nic dziwnego – do niedawna była bardzo grubą i zakompleksioną dziewczyną prześladowaną przez sąsiada. Zepchnięta na margines w szkole, odrzucona przez najlepszą przyjaciółkę nie ma już wsparcia w rówieśnikach. Jej ukochany nie zwraca na nią uwagi, rodzice bez przerwy się kłócą, a brat topi własne demony w alkoholu. Tessa nie ma szans na poprawę losu, a jednak udaje jej się coś zmienić. Metamorfozę zaczyna od schudnięcia. Gdy przez brak zbędnych kilogramów staje się w szkole po prostu niewidzialna, do miasta przybywa jej dawny prześladowca, Cole.

Od początku pojawiają się wyłącznie problemy na ewentualnej drodze do szczęścia. Cole dawniej zamieniał życie Tessy w piekło. Teraz jest zabójczo przystojny i popularny – więc kompletnie nie pasuje do bohaterki. A jednak zwraca na nią uwagę i na różne sposoby próbuje do niej dotrzeć, wynagradzając przy okazji dawne krzywdy. Jest cierpliwy i wyczulony na najdrobniejsze reakcje. Teraz to facet idealny, który zawsze wie, jak postąpić i co zrobić, żeby Tessa mu zaufała. Nie zdradza najmniejszych oznak złości, potrafi się odnaleźć w każdych okolicznościach, wie, co powiedzieć i jak odpędzać lęki dziewczyny. Z kolei Tessa dostrzega tę metamorfozę, ale minie bardzo wiele czasu (i stron w książce), zanim uświadomi sobie uczuciową przemianę. Czytelniczki już dawno będą wiedziały, że tych dwoje nie może bez siebie żyć, a do Tessy to jeszcze nie dotrze. Taka zwłoka przydaje się do analizowania przez bohaterkę stanów ducha. Tessa nieraz przygląda się własnym odczuciom, sprawdza, co jest dal niej nowe, umiejętnie zadaje pytania i przez własny przykład daje czytelniczkom wskazówki co do postępowania z chłopcami. Może sobie pozwolić na wahania i na huśtawki nastrojów, ujawniać złe humory, urządzać sceny zazdrości – bo wszystko to, co przecież naturalne w związku, podlegać będzie dodatkowemu komentarzowi, przydatnej autoanalizie. O ile Cole nie popełnia (prawie) błędów, o tyle Tessa może bezkarnie zachowywać się jak idiotka – przez złość na nią czytelniczki pojmą, jakich zachowań lepiej nie eksponować.

Blair Holden pisze tę książkę z dużą dawką ironii i komizmu. Nastawienie na uczucia nie przeszkadza w dobrej lekturowej zabawie. Tessa bywa śmieszna przez przerysowane reakcje – chociaż związek jest tu niemal uświęcony, bohaterka może do woli szaleć – wszystko da się naprawić przy odrobinie wysiłku. Narracyjnie ciekawie wypadają tytuły – przewrotne cytaty z postaci. Za to kompletnie niepotrzebny i niedobry okazuje się drobny dodatek po finale – kiedy Cole opowiada w skrócie o tym, co się wydarzyło, ale z własnej perspektywy. To wszystko czytelniczki już znają, w dobre intencje postaci uwierzyły dużo wcześniej, nie ma zatem sensu – ani nawet stylistycznego uzasadnienia – przypominać jeszcze raz najważniejsze punkty z rozwoju związku. Ta powieść wydaje się ważna ze względu na pokazanie w najdrobniejszych szczegółach relacji między chłopakiem i dziewczyną, piękna pierwszej idealizowanej miłości. Historia Tessy podbije serca nastolatek, nawet tych, które dotąd nie gustowały w tak obszernych lekturach.

Ewa Karwan-Jastrzębska: Hermes 9:10

Akapit Press, Łódź 2018.

Niezwykła podróż

Feliks oznacza Szczęśliwy i mały bohater tomu „Hermes 9:10” będzie miał okazję się o tym przekonać w trakcie przedziwnej misji. Bohater w dniu urodzin zostaje przez swojego kota zabrany do domu Dróżniczki Starej Stacji, na przyjęcie-niespodziankę. Tam przekonuje się, że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje, a świat skrywa jeszcze wiele tajemnic i gadający kot nie należy wcale do zdumiewających zjawisk. Przez okno dostrzega dziewczynkę ubraną na czerwono, a potem dowiaduje się, że ta postać zniknęła. Tylko Feliks – oczywiście razem ze swoim mądrym kotem – może wyruszyć na ratunek. Pociąg odjeżdża o 9:10, ale nie wiadomo, czy dotrze do celu. Po drodze mogą pokonać go Wątpliwości. Feliks w trakcie eskapady ratunkowej dowiaduje się o problemie nieznajomej dziewczynki: Matylda cierpi z powodu daru, a jej dar polega na przeganianiu smutków innych ludzi. I ten problem trzeba będzie rozwiązać, kiedy już uda się odnaleźć zaginioną. Na razie trzeba się spieszyć, bo sama wiara w pomyślne rozwiązanie nie wystarczy. Feliks czuje się wprawdzie raczej nieswojo w świecie magii, może polegać jedynie na przewodniku-kocie – ale to tylko jedna z komplikacji, dzięki którym chłopiec udowodni swoją odwagę i dojrzałość. Wyzwanie związane z poszukiwaniami dziewczynki to z kolei przygoda na miarę potrzeb kilkulatka.

Ewa Karwan-Jastrzębska pisze tę książkę jakby według wytycznych dobrej narracji. Widać wyraźnie kolejne punkty baśni, odhaczane tutaj precyzyjnie. Jest niespodzianka z okazji urodzin, element zaskoczenia, jest czas płynący równolegle w baśniowej rzeczywistości tak, by nikt nie zauważył tajemniczego zniknięcia dziecka i nie próbował go ratować przed wykonaniem zadania. Są gadające zwierzęta, wrogowie i sojusznicy. Pociąg, w którym sprawdza się bilety, to trampolina do innej rzeczywistości, ale też nawiązanie do przygód pewnego popularnego czarodzieja, a i element zapewniający klimat retro. Czasami autorce zwyczajnie nie chce się ukrywać przeszkód pod baśniowymi kostiumami: Wątpliwości, które mogą zaburzyć osiąganie celów, nie zamieniają się w opowieści w konkretne potwory. Tak da się dotrzeć do małych czytelników – i pokazać im wprost, czego (i z jakiego powodu) powinni się wystrzegać, gdy próbują spełniać marzenia. Autorka w ogóle nawiązuje do spraw wielkich, operuje wielkimi kwestiami: nie tylko odpędzanie smutków od ludzi jest tu ważne, ale i męstwo, gotowość do poświęceń dla innych, zdecydowanie i optymizm. Kolejne cechy ujawniają się w trakcie wyprawy – i wtedy, gdy trzeba walczyć ze złymi mocami. Szablonowość w fabule to element, który starszym odbiorcom raczej nie przypadłby do gustu. Młodszym Ewa Karwan-Jastrzębska funduje po prostu klasyczną baśń, opowieść alegoryczną, pełną cennych przesłań i uwag, które warto przemyśleć.

Osobnym tematem są tu ilustracje Doroty Kobieli. Ilustratorka stawia na malarstwo, obrazy sugestywne i prawdziwe, łączące bajkowość z realizmem. Momentami jej grafiki zamieniają się niemal w propozycje dla dorosłych – zachwycą nie tylko dzieci. Dobrze wpasowuje się klimatem artystka w opowieść Ewy Karwan-Jastrzębskiej, uwypukla nastrojowość opowieści i specyfikę tworzonego świata. Nie zapomina o akcentowaniu emocji, chociaż równie dobrze czuje się w prezentowaniu detali. Ilustracje nie odwracają uwagi od treści – za to towarzyszą najważniejszym punktom akcji. Ilustracje poszerzają zdecydowanie krąg odbiorców tej książki.

piątek, 9 marca 2018

Danuta Parlak: O Misiu, który szukał przyjaciela

Kinderkulka, Warszawa 2017.

Zaradność

Na porozumieniu dzieci i pluszowych misiów, zjawisku, do którego dorośli absolutnie nie mają wstępu, opiera Danuta Parlak historię „O Misiu, który szukał przyjaciela”. Bajka ta jest dość przewidywalna z punktu widzenia dorosłych, ale maluchom może się spodobać nie tylko ze względu na bogatą w wydarzenia fabułę, ale i przez pewną ważną lekcję. Część najmłodszych przeżywa bowiem dramat zgubienia ukochanego pluszaka. W niektórych wypadkach daje się podmienić zabawkę na nową, chociaż te najbardziej kochane przez swoje uszkodzenia stają się nie do zastąpienia, a dzieci mogą natychmiast odkryć podstęp. Danuta Parlak odpowiada na pytanie, co dzieje się z zabawką pozostawioną przypadkiem na ławce. Prezentuje Misia (a w finale książki także drugiego pluszaka w analogicznej sytuacji), który budzi się w nieznanym otoczeniu całkiem sam i nie ma pojęcia, jak szukać pomocy.

Dla dziecka taka sytuacja to dramat, więc żeby nie zwiększać smutku , autorka stawia na dzielność i pomysłowość pluszowego bohatera. Miś nie tęskni – nie wie, do kogo należał przedtem, bo ma krótką pamięć. Zdaje sobie za to sprawę, że powinien jak najszybciej znaleźć przyjaciela, a najlepszym przyjacielem każdego Misia jest dziecko. Tę prawdę bohater kilka razy powtarza. Zanim znajdzie dzieci, spośród których mógłby wybrać nowego właściciela, rozmawia ze spotykanymi po drodze zwierzętami. Nie odpowiadają mu jednak ich rozrywki (trochę na wzór Tygryska w „Kubusiu Puchatku” – uważa, że Misie świetnie pływają albo wspinają się po drzewach, ale nie ma ochoty tego sprawdzać). To element humorystyczny i możliwość wprowadzania odbiorców w sytuację postaci. Dla Misia zaczyna się wielka przygoda – tu nie ma czasu na zmartwienia.

Nikt nie przywłaszcza sobie znalezionej zabawki, dzieci na placu zabaw bawią się wprawdzie z Misiem, ale kiedy idą do domów, zostawiają go na ławce. Musi pojawić się chłopiec, który zrozumie, co czuje pluszak – i znajdzie z nim wspólny język. Wtedy jeszcze jest czas na etap ogłoszeń i szukania właściciela zabawki. To już działania z punktu widzenia bohatera zbędne, bo Miś wie, że znalazł prawdziwy dom, taki, na którym mu zależało. Dzieci w bajce Danuty Parlak zdają sobie sprawę, co czuje się, kiedy zniknie pluszowy przyjaciel – ale prawdziwym pocieszeniem jest tu przeniesienie uwagi na przeżycia zabawki, tym zabiegiem autorka przekona małych odbiorców do swoich racji, doda im otuchy i uświadomi, że nie muszą się martwić.

Pisze Parlak dość naiwnie i prosto, jedynym zabiegiem zwracającym uwagę na narrację są nawiasowe wtrącenia, w których autorka kibicuje Misiowi i dodaje uzupełnienia do jego charakterystyki. W ten sposób może przekonać dzieci do prawdziwości akcji, a przy okazji podkreślać odwagę i samodzielność zabawki, która, nawet pozbawiona opieki, doskonale się o siebie zatroszczy. Oczywiście elementem niezbędnym w historyjce jest też pokazanie siły prawdziwej przyjaźni, tutaj nie ma znaczenia, że to relacja między dzieckiem i pluszakiem, w końcu każdy zna potęgę pluszowych powierników.

Historyjka została zilustrowana przez Joannę Bartosik w sposób, który przywodzi na myśl rysunki maluchów. Są tu nieskomplikowane kształty i wykorzystywanie plam barwnych bez konturów dla ukazania wybranych postaci. Zdarza się, że nieoczekiwanie kamień lub źdźbło trawy ożywają na drugim planie, gdy dostają dorysowaną komiksową minę – kilka kresek i kropek. Świat widziany oczami Misia przypomina świat postrzegany przez dziecko, nietrudno zatem będzie o wytworzenie więzi między bohaterem i małymi czytelnikami.

czwartek, 8 marca 2018

Karina Sęp: Twoja mapa marzeń

Edipresse, Warszawa 2018.

Wskazówki

Karina Sęp wśród autorów poradników wyróżnia się nastawieniem na konkretne wskazówki i czytelne polecenia dla odbiorców. Autorka powraca na rynek ze swoją teorią map marzeń – która ma prowadzić do odmiany życia i do poprawy losu. A że tego typu publikacje przeważnie cechują się jakąś naiwnością – w dowolnym planie – i tu uproszczenie się pojawi. Mieści się ono w dość infantylnym przekonaniu, że zrobienie mapy – jak dawniej na zajęciach plastycznych w szkole – samo w sobie jest impulsem do metamorfoz i działań prowadzących do sukcesu. Ale po kolei.

Przede wszystkim autorka nie serwuje czytelnikom długich rozbiegówek ani ogólnikowych refleksji. Mapa marzeń pojawia się niemal od razu i zaskakuje dokładnością. Może trochę niepotrzebnie Karina Sęp rozwodzi się nad wyższością tradycyjnych działań nad komputerowymi projektami – to dla niej ważny sygnał zaangażowania się w temat. O roli kreatywnych zajęć w redukowaniu stresu i likwidowaniu rutyny wprawdzie autorka nie wspomina, ale można dzięki temu lepiej zrozumieć jej determinację. Kto zamierza skorzystać z podpowiedzi, rozważy motyw własnoręcznego przygotowania mapy. Zwłaszcza że jej kolejne punkty Sęp omawia bardzo dokładnie. Mapę tworzy się indywidualnie i trzeba wsłuchać się we własne potrzeby, a także uwzględnić możliwości czy sytuację, żeby nie stawiać przed sobą nierealistycznych celów i nie doprowadzić do frustracji. O skuteczności sposobu trudno się wypowiadać, jedynie ważne jest to, że tom zmusza do aktywności. Zdefiniowanie marzeń, nadanie im konkretnego charakteru to pierwszy krok na drodze do zmian, często impuls do działania, to, czego trzeba niepewnym siebie, by wystartować i zdecydować się na metamorfozy. Zwizualizowana mapa – utrwalona na papierze – przypomina o tym, co należy robić, by być szczęśliwym. Ma jeszcze jedno bardzo istotne zadanie: porządkuje myśli, staje się drogowskazem dla użytkownika.

Każda mapa marzeń w tym ujęciu składać się powinna z dziewięciu pól wypełnianych treściami i tekstem, zdjęciami, wycinkami prasowymi a także kolorami (do nich autorka przywiązuje dużą wagę). Między tymi polami zachodzą rozmaite relacje, które uwzględniać powinni twórcy. Tak lepiej pojmą rodzaj aktywności, jaka ich czeka – nastawią się też na konkretne zmiany po realizacji planów. Dzięki mapie marzeń widać, na co poświęcić energię i na czym się skupić, by ziściło się marzenie.

Autorka nie poprzestaje na wyliczeniach towarzyszących kilkakrotnie przedrukowywanej mapie. Pojedyncze kwadraty rozbija na duże rozdziały z zestawami pytań porządkujących, wyliczeń, objaśnień czy przykładów. Podsuwa motywy, na które warto zwrócić uwagę, ale też pokazuje, jakie opcje do wyboru mają czytelnicy. Może kogoś zainspirować lub udowodnić, że różne są przepisy na szczęście. Bardzo starannie rozczytuje znaczenie kolejnych kwadratów czy haseł, rozwija pojedyncze pojęcia. Przez cały czas trzyma się konkretów, bardzo zależy jej na budowaniu przydatnego poradnika, a nie tylko zapełnianiu kolejnych stron. Nawet tak charakterystyczne dla gatunku ćwiczenia dla odbiorców zamieszcza w jednym rozdziale. Stawia na porządek i detale. W rezultacie nie zniechęca do lektury (może tylko odrobinę przy znaczeniu kolorów). Nie powtarza zatem Sęp błędów typowych dla kioskowych publikacji dotyczących samorozwoju. Dba o odbiorców i zachęca ich do wprowadzania w życie nawet bardzo rozbudowanych planów prowadzących do spełniania marzeń. Przy świadomości, że każdego uszczęśliwia coś innego, udało jej się stworzyć wskazówki uniwersalne a przy tym konkretne i przydatne. Zdobędzie zaufanie czytelników. Oczywiście trzeba umieć przyznawać się do marzeń, ale to i tak jedna z ciekawszych publikacji gatunkowych.

środa, 7 marca 2018

Agnieszka Tyszka: Zosia z ulicy Kociej. Na psa urok

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Nowy domownik

Na samotność i wyobcowanie Mani Wierzbowskiej może znaleźć się sposób. Kiedy dziewczynki z matką i ciotką jadą do schroniska dla psów, żeby zawieźć zwierzakom stare koce, Mania poznaje tam Panny de Karton, dwie porzucone suczki – szczeniaki gotowe do zabawy i psot. Jedna z psin zyskuje nowe imię (Kiara) i trafia do domu Zosi. Mania doskonale się opiekuje nowym zwierzakiem – dokładnie przestrzega przepisów z umowy adopcyjnej i dba o to, by pies dobrze się czuł w domu. Kiara trochę ukoi żal po uśpionym Kawiorze, ale dostarczy też mnóstwa wrażeń nie tylko dzieciom. Na ulicy Kociej zwierząt nigdy za dużo. Bezdomny piesek pojawia się oczywiście i w zapiskach Mani, jako trzech bohater obok Wilka Morskiego oraz Wawelskiego (Smoka). Dziewczynka skupia się w alegorycznych opowiastkach na uczuciach, umożliwia też pojęcie, co aktualnie przeżywa: bo nie zawsze chce zwierzać się innym.

W kolejnym tomiku (przygody Zosi z ulicy Kociej są zbyt dobre, by łatwo zamknąć serię, ku radości młodych czytelników) tematem spajającym całość ma stać się Dezyderata. Ten tekst przynosi siostrom dziadek (którego życiowych wyborów nie akceptuje jedna z córek) – i namawia do zgłębiania zawartych w nim mądrości. Bohaterki robią to, każda po swojemu, przedstawiając przy okazji odbiorcom kilka cennych uwag wartych wprowadzenia w życie każdego. Tym razem Mania mniej przejmuje się szkołą i brakiem koleżanek – ujawnia swoje radosne słowotwórstwo i opiekuje się zwierzętami, co pewien czas przywołując pomysły z poprzednich tomików (coraz więcej tego, istnieje obawa, że cykl w końcu stanie się za bardzo hermetyczny dla nowych odbiorców – z drugiej strony dziwnie poprzekręcane słowa automatycznie muszą budzić ciekawość). W jej zapiskach dalej zdarzają się błędy ortograficzne: to coś, do czego trudno się przekonać: najlepiej byłoby jednak wyrabiać w odbiorcach przyzwyczajenia związane z poprawnym zapisem wyrazów. Podstawową część tomiku-dziennika dalej prowadzi Zosia. Tę zajmują kwestie wchodzenia w wiek nastoletni: między innymi temat szkolnych amorów. Dziewczyna zastanawia się nad własnymi uczuciami i próbuje odgadnąć, co sądzą o niej inni. Przeżywa sporo, choć niekoniecznie ma ochotę uzewnętrzniać te odczucia – tu woli zachować powściągliwość. Zwłaszcza że sytuacja w klasie bez przerwy się zmienia. Momentami Zosia wydaje się przez sercowe dylematy mniej dojrzała niż Mania (jednak włożenie w usta kilkulatki ironicznego komentarza na temat pewnego polityka to gruba przesada i nadmierna wiara w świadomość społeczną małych odbiorców, chociaż ogólnie wiadomo, że Agnieszka Tyszka takie zabawy lubi).

Zmienia się trochę w domu bohaterek (mama wreszcie rezygnuje z uwielbienia dla sterylnych wnętrz, emocjonalnie odblokowuje się za sprawą psa, a odbiorcy przekonają się, że czasem nawet dorosłe dzieci mają problemy z zaakceptowaniem wyborów rodziców). W samej akcji nie ma już zbyt dużo miejsca na twórcze zabawy, to samo życie staje się tematem poszukiwań oraz odkryć narracyjnych. Agnieszka Tyszka dba o to, żeby każdy tomik różnił się od poprzednich pomysłami na rozwój akcji, by dzieci mogły się czegoś dowiedzieć, ale też, żeby się dobrze przy lekturze bawiły. Jak zawsze w warstwie graficznej można liczyć na niezrównaną Agatę Raczyńską, która wie, jak przekazać esencję młodzieżowego stylu w bajkowych szkicach – tworzy rysunki, które idealnie pasują do świata Zosi i Mani i uwiarygodniają tę rzeczywistość. „Na psa urok” to tomik zabawny i mądry, jak cała seria zresztą.

wtorek, 6 marca 2018

Natasza Socha: Troje na huśtawce

Edipresse, Warszawa 2018.

Syn przyjaciółki

Tym, co w pierwszej chwili zaburza odbiór „Trojga na huśtawce” Nataszy Sochy, jest jej niezdecydowanie przekładane na bohaterkę. Koralia ma 42 lata i właśnie przeżyła piękny romans z… synem przyjaciółki. Wychowywała Tytusa, opiekowała się nim, a gdy ten wyrósł na mądrego i wrażliwego mężczyznę – uległa jego urokowi. Wie jednak, że Aurelia, matka Tytusa, nie wybacza. Związku nie da się zawsze utrzymywać w tajemnicy i w końcu trzeba będzie podjąć jakieś decyzje. Koralia w kilku ważnych momentach ujawnia irytujące niezdecydowanie – przynajmniej konsekwentnie. Autorka najwyraźniej potrzebuje tekstowej rozbiegówki, przyznania się do gonitwy myśli czy do niepewności. Koralia ma za sobą studia na filozofii, co jeszcze bardziej potęguje jej chęć do roztrząsania wszystkiego bez przerwy. „Troje na huśtawce” to romans nietypowy – pokazujący prawo do szczęścia kobiet w każdym wieku, ale przez odejście od społecznych „norm”. O ile bowiem mężczyzna z dużo nawet młodszą partnerką u boku nie wzbudza sensacji, o tyle już taki, który pokocha starszą od siebie kobietę, traktowany jest jak ofiara jej żądz. Ją skazuje się na potępienie. W pewnym momencie Koralia zaznacza, że rzadko spotyka się powieści przełamujące znane schematy. „Troje na huśtawce” może więc wypełnić lukę na rynku. Przynajmniej do tego zdaje się dążyć autorka.

Koralia pisze pamiętnik i nie zamierza w nim trzymać się chronologii. Przeskakuje w rozdziałach między czasami młodości i teraźniejszością, zbiera sceny z wychowywania Tytusa i obecne z nim relacje. Na przyszłość odkłada opisywanie wybranych problemów z rodzicami czy przyjaciółką. Ten zabieg bardzo ułatwia autorce budowanie napięcia – i oddala wrażenie tendencyjności romansu. Może nie jest w samej książce specjalnie dobrze uzasadniony, ale ostatecznie się sprawdza. Koralia pokazuje swoje życie migawkowo, bez zagłębiania się w rutynę. Przedstawia wybrane motywy, umie je puentować, wybiera sytuacje, które pomagają definiować postacie, a czytelniczkom odtwarzać pełny obraz romansu z bajki. Koralia nieustannie walczy z wyrzutami sumienia lub z pragnieniem szczęścia. Wie, jakie błędy najczęściej popełniają kobiety w związkach, więc wplata do zwierzeń obszerne wyjaśnienia i pouczenia (tu Natasza Socha niepotrzebnie zamienia się w doradczynię: mówi rzeczy zbyt oczywiste, żeby się nimi przejmować). Mnoży wątpliwości, mimo że wiadomo o romansie „zakazanym” od pierwszych słów książki. Gdzieś w historii wyczuwa się, że to jednak walka, opowieść, która ma za zadanie przekonać czytelniczki, że miłość nie wybiera, że nie ma nic złego w podążaniu za głosem serca, choćby nawet oznaczało to wyjście poza sferę akceptowanych powszechnie zachowań. Natasza Socha pisze historię prostą i parę razy zrzuca na bohaterkę stylistyczne pułapki czy konstrukcyjne wpadki – ale koniec końców angażuje odbiorczynie w tę relację, sprawia, że Koralia zyskuje kibiców. Gdyby tylko autorka znalazła pomysł na zamknięcie tomu… inna rzecz, że przyjęte przez nią – kolejne oczywiste – rozwiązanie umożliwia powrót do świata Koralii oraz Tytusa – na co pewnie czytelniczki będą liczyć. Jest „Troje na huśtawce” czytadłem, za to z rzadko wybieranym w romansach motywem wiodącym. Natasza Socha poza tym, że dostarcza czytelniczkom historii miłosnej, stara się jeszcze przekonać je, by nie wydawały pochopnych sądów i by same zastanowiły się nad własnymi wyborami. Bohaterce podsuwa szansę na szczęście ze strony, której Koralia najmniej by się spodziewała – a to czynnik optymistyczny. Części odbiorczyń może przeszkadzać kreacja Tytusa jako mężczyzny pozbawionego wad - ale takie uproszczenie to już prawo gatunku.

poniedziałek, 5 marca 2018

Robert Muchamore: Mad & Bad. Rock War 1

Jaguar, Warszawa 2018.

Brzmienia

Robertowi Muchamore’owi znudziły się już schematy możliwości narracji o dziecięcych superbohaterach, poruszanie się w groźnym świecie pełnym szpiegów, ostrych starć i pojedynków na wyposażenie i najnowocześniejszą broń. Po Cherubach wybiera inny rodzaj odczuć, bliższy może nadziejom i marzeniom młodych ludzi, równie ekscytujący co przerysowany. „Mad & Bad” to opowieść rozgrywająca się w świecie młodych muzyków rockowych, trochę nawiązująca do serii, którą w swoim czasie zaistniał Javier Ruescas. Młodzi ludzie uwielbiają muzykowanie i nikogo nie zdziwi pęd do zakładania amatorskich garażowych kapel. W pewnym wieku przechodzi przez to niemal każdy, kto potrafi grać lub śpiewać – motyw przewodni wybrał więc Muchamore tak, by przyciągnąć czytelników już na starcie. Żeby odróżnić się od miałkich popserii o karierach gwiazdek pseudomuzycznych, stawia na mocne rockowe brzmienia. Takiej muzyki nie tworzą grzeczne i potulne nastolatki. Rock to bunt i szereg wyzwań. I tu Muchamore wkroczyć może, chociaż od innej niż w Cherubie strony, do tematu radzenia sobie z przeciwnościami losu. Śledzi wybory dwojga bohaterów, a punktem docelowym ma być międzyszkolny konkurs dla zespołów – kto chce zostać dostrzeżony, musi wziąć w nim udział.

Jay marzy o wielkiej karierze, ale nadzieje hamują mu mniej utalentowani koledzy. Chłopak będzie musiał zostać liderem w zespole i podjąć kilka niepopularnych decyzji, lub poszukać nowych muzyków. Każdy może mieć problemy w domu albo w szkole, więc dotarcie do niektórych będzie się wiązało z całymi strategiami działania. Ale dla Jaya nie ma rzeczy niemożliwych, zwłaszcza teraz, gdy istnieje szansa zaprezentowania się przed profesjonalnym jury. Summer z kolei nie marzy o śpiewaniu, ale znienacka wciągnięta do żeńskiego zespołu przez rówieśniczkę o wyjątkowo silnej osobowości znajduje w tym odskocznię od swoich problemów – oraz kilka przyjaciółek. Tę dwójkę w osobnych przeplatanych ze sobą historiach prezentuje Muchamore bardzo przekonująco.

Nie zapomina przy tym o domowej sferze. Jay pochodzi z wielodzietnej rodziny, w której dzieci mają różnych ojców: to jeden z powodów dokuczania chłopakowi przez kolegów w szkole. Sytuacja ma jednak i swoje plusy: zwłaszcza obecność braci trenujących sporty walki może się przydać. W tej rodzinie jedni brutalnie walczą o swoje, inni nie zawahają się przed wejściem na drogę przestępczą. Summer z kolei ze swoimi zmartwieniami zostaje sama. Dziewczyna opiekuje się ciężko chorą babcią i własne potrzeby podporządkowuje starszej kobiecie. Czasami nie radzi sobie z obowiązkami, ale nikomu się nie skarży. Zresztą zespół to okazja do znalezienia bratnich dusz, a te akurat bardzo się przydadzą.

Muchamore tym razem przeplata przewidywalny do bólu schemat (konkurs młodych talentów to nie wątek, który czymkolwiek zaskoczy) mocnymi scenkami z codzienności buntującej się młodzieży. Bywa, że funduje czytelnikom zestaw silnych wrażeń. Stara się też – jak w Cherubie – porządkować zasady, co widać zwłaszcza przy precyzowaniu regulaminu konkursu i szczegółów dotyczących samego nagłośnienia. Nie zawodzi młodych odbiorców tempem akcji.