Graspo, 2017.
Sztuka rozmawiania
Te publikacje powstały, żeby ocalać wspomnienia – żeby odbiorcy kiedyś w przyszłości nie żałowali, że stracili możliwość dowiedzenia się czegoś o dawnych czasach od swoich bliskich. Są również próbą powrotu do minionych zwyczajów – kiedy rodziny zbierały się razem i wysłuchiwały opowieści najstarszego pokolenia. W skład tego cyklu wchodzą dwa bliźniacze albumowe tomy „Opowiedz mi, Babciu” oraz „Opowiedz mi, Dziadku” i gra planszowa z bardzo prostymi zasadami.
Książki to rodzaje pamiętników, niemal zmuszają odbiorców do aktywności. Powinni je wypełnić dziadkowie – i tutaj albo te publikacje wychodzą zbyt późno, albo autorka posługuje się dość mglistym stereotypem: chce sięgać do zamierzchłej przeszłości, nie bacząc na to, że to raczej temat dla dzisiejszych pradziadków, niekoniecznie w formie do notowania odpowiedzi. Sugeruje jednak dystans czasowy i przemiany kulturowe, więc co najwyżej zmusi użytkowników tomów do weryfikowania wiadomości i prostowania niektórych informacji. Tych jest zresztą jak na lekarstwo, bo autorka nie zamierza nikogo w uzupełnianiu książki wręczać. Co najwyżej – uruchamiać pamięć i otwierać na nowe dla młodszych pokoleń sytuacje.
Zjawisko pisania pamiętników nie jest niczym nowym i kto uwielbia snuć na papierze indywidualne historie, ten i bez wydawniczych nowinek zadba o przechowywanie wspomnień. Tu pojawia się próba literackiego zaktywizowania całej reszty. Na kolejnych stronach przeczytać można pytania niczym z rodzinnego wywiadu – najpierw dotyczące rodziców i dziadków adresata tomu (minidrzewo genealogiczne), później – ważnych momentów życia (zabawy, smaki, związek z obecną babcią lub dziadkiem), przemyślenia dotyczące dzieci i wnuków. Dziadków pyta się o miejsce zamieszkania, szkołę i obowiązki domowe, drobne radości, ulubioną muzykę… Autorka wybiera wątki uniwersalne, takie, na które odpowiedź musi się znaleźć – i liczy na to, że uruchomi ciąg skojarzeń, który doprowadzi do przedstawiania anegdot. Chce, by za sprawą tych albumów przetrwała pamięć o bliskich, a i świadomość ich codzienności.
Gra planszowa przygotowana została tak, by mogły brać w niej udział całe pokolenia i ma charakter narracyjny. Szkoda, że jej „droga” to zaledwie pięć prostych pól: można by wykorzystać element rywalizacji lub labiryntu. Autorka skupiła się jednak na potencjalnych opowieściach. Poza planszą dobrej jakości i zestawem pionków gracze otrzymują dwa zbiory kart. Na jednych są graficzne motywy – wyzwalacze wspomnień, hasła wywoławcze pozwalające na opowiedzenie rozmaitych historii. Na drugich widnieją pytania – pośrednio sprawdzające uważność słuchaczy. Zasadniczym celem w przypadku gry i przypadku książek jest zatem skupienie odbiorców na wiadomościach, jakie do przekazania mają seniorzy rodów. Gra pozwala babciom i dziadkom poczuć się ważnymi, cementuje więzi rodzinne i udowadnia, że każdy ma do opowiedzenia wiele atrakcyjnych historii – trzeba tylko znaleźć czas, by go wysłuchać. Nie o zabawę nawet tu chodzi, a o wypracowanie nawyku, zgodnie z którym stare opowieści znów zaczną funkcjonować w przestrzeni rodziny.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 7 stycznia 2018
sobota, 6 stycznia 2018
Katherine Rundell: Dachołazy
Poradnia K, Warszawa 2017.
Największe marzenie
Nie dziwi lista nagród i nominacji wymienianych na okładce tomu Katherine Rundell „Dachołazy”, bo też i książka, jaką proponuje małym odbiorcom, jest niezwykła przez sposób postrzegania świata. Rundel odrzuca realizm na rzecz czystej baśniowości i pozwala swoim postaciom od początku łamać reguły. Na wstępie jest ich dwoje: Charles Maxim, niezdarny i roztargniony uczony oraz Sophie – która sama wybrała sobie imię – roczna dziewczynka wyłowiona z wody, a właściwie to ocalona z tonącego statku dzięki futerałowi na wiolonczelę. Charles znajduje dziecko i chociaż niespecjalnie radzi sobie z własną egzystencją, przynajmniej w oczach innych, budzi się w nim poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Opiekuje się Sophie najlepiej jak potrafi, nawet jeśli jego pomysły budziłyby grozę matek lub śmiech przypadkowych obserwatorów. Może nie zawsze mała Sophie ubiera się czysto i schludnie, ale wyrasta na mądrą, wrażliwą i odważną istotę, która dużo wie i uwielbia czytać. Charles nie przeszkadza jej w przeżywaniu pięknego dzieciństwa, za nic ma dorosłe zobowiązania czy nakazy. Traktuje podopieczną z pełną powagą, umożliwiając jej realizację marzeń. Doskonale rozumie, na czym polega potęga dziecięcej wiary i nie zamierza odbierać Sophie złudzeń, nawet gdy wszyscy inni chcieliby wtłoczyć dziewczynkę w sztywne ramy zasad.
Sophie ma marzenie, które nikomu nie wydaje się możliwe do spełnienia. Chce odnaleźć matkę, jaką zapamiętała. Matkę-wiolonczelistkę (chociaż rzekomo nikt nie przeżył katastrofy statku, a kobiety nie mogły w dodatku być muzykami). Potrzebuje tego, a Charles nie stanie jej na drodze, przeciwnie – wyruszy razem z Sophie do Francji, bo tam posyła jedyny trop – tabliczka w futerale wiolonczeli. Oboje mają jeszcze jeden ważny powód, by zniknąć z Anglii: opieka społeczna zgłasza zastrzeżenia co do sposobu wychowywania Sophie, a w niedługim czasie zamierza odebrać dziewczynkę Charlesowi.
„Dachołazy” to książka złożona z dwóch części. W pierwszej nakreślona zostaje relacja Charlesa i Sophie, niezwykła magiczna więź. Druga to świat dachów Paryża – pod niebem mieszkają opuszczone dzieci. Wypracowały sobie cały system reguł, dzięki którym przeżyją, a nikt ich nie znajdzie. Nie wiedzą, co to strach, za to doskonale znają zimno, ból i głód. Sophie będzie musiała dołączyć do nich, żeby spełnić swoje marzenie. O ile w pierwszej części tomu autorka wybiera genialne frazy o zabarwieniu filozoficznym, ogólnoludzkie uwagi na temat życiowych wyborów, czasem podlane absurdem, ale dające do myślenia, o tyle w drugiej części wybiera akcję, adrenalinę i przerażające racjonalistów sceny. Pierwszą częścią zachwyci i oczaruje starszych czytelników, druga przeznaczona jest dla małych poszukiwaczy przygód – i mimo świadomości wymagań odbiorców trochę szkoda, że klimatu z początku historii nie utrzymuje Rundel na dachach.
Jest w tej powieści szansa na spełnienie niemożliwego do zrealizowania marzenia, jest otoczka baśniowości, niemal magiczny klimat, który udziela się czytelnikom. „Dachołazy” to książka niezwykła – wolna od literackich schematów i bardzo wartościowa. Przedstawiona w niej opowieść zachwycać może nie tylko fabułą czy kreacją bohaterów, ale również sposobem opisu. Katherine Rundell nie pozwala wyjść z tego świata.
Największe marzenie
Nie dziwi lista nagród i nominacji wymienianych na okładce tomu Katherine Rundell „Dachołazy”, bo też i książka, jaką proponuje małym odbiorcom, jest niezwykła przez sposób postrzegania świata. Rundel odrzuca realizm na rzecz czystej baśniowości i pozwala swoim postaciom od początku łamać reguły. Na wstępie jest ich dwoje: Charles Maxim, niezdarny i roztargniony uczony oraz Sophie – która sama wybrała sobie imię – roczna dziewczynka wyłowiona z wody, a właściwie to ocalona z tonącego statku dzięki futerałowi na wiolonczelę. Charles znajduje dziecko i chociaż niespecjalnie radzi sobie z własną egzystencją, przynajmniej w oczach innych, budzi się w nim poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Opiekuje się Sophie najlepiej jak potrafi, nawet jeśli jego pomysły budziłyby grozę matek lub śmiech przypadkowych obserwatorów. Może nie zawsze mała Sophie ubiera się czysto i schludnie, ale wyrasta na mądrą, wrażliwą i odważną istotę, która dużo wie i uwielbia czytać. Charles nie przeszkadza jej w przeżywaniu pięknego dzieciństwa, za nic ma dorosłe zobowiązania czy nakazy. Traktuje podopieczną z pełną powagą, umożliwiając jej realizację marzeń. Doskonale rozumie, na czym polega potęga dziecięcej wiary i nie zamierza odbierać Sophie złudzeń, nawet gdy wszyscy inni chcieliby wtłoczyć dziewczynkę w sztywne ramy zasad.
Sophie ma marzenie, które nikomu nie wydaje się możliwe do spełnienia. Chce odnaleźć matkę, jaką zapamiętała. Matkę-wiolonczelistkę (chociaż rzekomo nikt nie przeżył katastrofy statku, a kobiety nie mogły w dodatku być muzykami). Potrzebuje tego, a Charles nie stanie jej na drodze, przeciwnie – wyruszy razem z Sophie do Francji, bo tam posyła jedyny trop – tabliczka w futerale wiolonczeli. Oboje mają jeszcze jeden ważny powód, by zniknąć z Anglii: opieka społeczna zgłasza zastrzeżenia co do sposobu wychowywania Sophie, a w niedługim czasie zamierza odebrać dziewczynkę Charlesowi.
„Dachołazy” to książka złożona z dwóch części. W pierwszej nakreślona zostaje relacja Charlesa i Sophie, niezwykła magiczna więź. Druga to świat dachów Paryża – pod niebem mieszkają opuszczone dzieci. Wypracowały sobie cały system reguł, dzięki którym przeżyją, a nikt ich nie znajdzie. Nie wiedzą, co to strach, za to doskonale znają zimno, ból i głód. Sophie będzie musiała dołączyć do nich, żeby spełnić swoje marzenie. O ile w pierwszej części tomu autorka wybiera genialne frazy o zabarwieniu filozoficznym, ogólnoludzkie uwagi na temat życiowych wyborów, czasem podlane absurdem, ale dające do myślenia, o tyle w drugiej części wybiera akcję, adrenalinę i przerażające racjonalistów sceny. Pierwszą częścią zachwyci i oczaruje starszych czytelników, druga przeznaczona jest dla małych poszukiwaczy przygód – i mimo świadomości wymagań odbiorców trochę szkoda, że klimatu z początku historii nie utrzymuje Rundel na dachach.
Jest w tej powieści szansa na spełnienie niemożliwego do zrealizowania marzenia, jest otoczka baśniowości, niemal magiczny klimat, który udziela się czytelnikom. „Dachołazy” to książka niezwykła – wolna od literackich schematów i bardzo wartościowa. Przedstawiona w niej opowieść zachwycać może nie tylko fabułą czy kreacją bohaterów, ale również sposobem opisu. Katherine Rundell nie pozwala wyjść z tego świata.
Monika Hałucha, Anita Graboś: Heca w kurniku. Krzyżówki, labirynty, kolorowanki i inne zabawy ortograficzne
Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.
Wyznania słownikowe
Nauka ortografii wcale nie musi się wiązać ze żmudnym wkuwaniem słownikowych zasad i wyjątków. To, co stanowi zmorę wielu maluchów i przyczynę uciekania się rodziców do oświadczeń o dysleksji, całkiem łatwo da się oswoić, przy odrobinie pomysłowości. Zeszyt „Heca w piórniku” sprawdzonego już duetu Monika Hałucha i Anita Graboś to zbiór łamigłówek pozwalających trenować poprawną pisownię. Nie dyktanda, nie regułki – a czysta zabawa połączona z tym, co dzieci lubią i otrzymują w wielu innych zbiorkach z grami i rozrywkami umysłowymi. Wśród zadań znajdą się labirynty – tu właściwą drogę wytyczają wyrazy z konkretną literą, więc znajomość ortografii jest potrzebna do poprawnego wykonania ćwiczenia. Są i kolorowanki z kluczem: należy zakolorować wszystkie elementy z daną literą, by dowiedzieć się, co przedstawia ilustracja. Pojawiają się krzyżówki, wyszukiwanki, wykreślanki, porównywanki i rebusy. Za każdym razem autorki podsycają ciekawość dzieci i proponują im rozwiązanie zadania, by mogły coś wykryć, czegoś się dowiedzieć albo coś sprawdzić. Takie umotywowanie wystarcza do realizowania poleceń, nawet tych najtrudniejszych. Dzieci dają się wciągnąć w umysłowe rozrywki i czerpią przyjemność z rozwiązywania zadań – zupełnie innych niż te w szkole. Tu bowiem, chociaż wyrazy z literami do uzupełnienia – ortograficzne pułapki – pojawiają się niemal bez przerwy, nie są celem same w sobie, za to umożliwiają dalszą zabawę. Nie ma tu sprawdzianu wiadomości, kto nie jest pewny pisowni, zajrzeć może do słownika, w niczym nie umniejszy to roli w wypełnianiu książki. Ten tomik aż się prosi o przyłączenie do zabawy. Cały może być potraktowany jako kolorowanka dla wymagających – ukrywa swoją genezę jako zeszytu ćwiczeń. Przyda się rodzicom i nauczycielom, bo jest wymarzonym wsparciem w nauce. Ale przynosi zabawę i to dla dzieci najważniejsze. Zwłaszcza że układ zadań nie pozwala się nudzić – jeśli przechodzi się książkę po kolei, zmieniają się wciąż zasady działania i rodzaje łamigłówek. To dobry sposób na przyciągnięcie uwagi maluchów, które w przebodźcowanych czasach nie potrafiłyby się skupić nad jedną formą zbyt długo.
Monika Hałucha dba o to, żeby dzieci chciały w ogóle wczytywać się w polecenia i sprawdzać, co powinny zrobić, żeby pomóc bohaterowi lub przetestować spostrzegawczość (da się, rzecz jasna, korzystać z książki jak z zestawu zadań do rywalizacji dla kilkorga dzieci lub… całej rodziny). Anita Graboś skupia się na wykonywaniu zabawnych i młodzieżowych w duchu rysunków, sprawiając, że najmłodsi zechcą ćwiczyć i sztukę rysowania, a już na pewno zainteresują się tomikiem. Z zewnątrz „Heca w kurniku” mimo dużego formatu wygląda na niepozorną książeczkę – ale to prawdziwa kopalnia pomysłów i zestaw dobrze wymyślonych ćwiczeń, które na długo zajmą dzieci. Chociaż publikacja przewidziana jest jako tomik dla kilkulatków, które już rozpoczęły naukę w szkole, co ambitniejsze maluchy można na niej uczyć czytania lub poznawania liter – jako taka też książka sprawdzi się doskonale. „Heca w kurniku” to przypomnienie o nauce przez zabawę, zbiór łamigłówek i wyzwań związanych z ortografią, ale na wesoło.
Wyznania słownikowe
Nauka ortografii wcale nie musi się wiązać ze żmudnym wkuwaniem słownikowych zasad i wyjątków. To, co stanowi zmorę wielu maluchów i przyczynę uciekania się rodziców do oświadczeń o dysleksji, całkiem łatwo da się oswoić, przy odrobinie pomysłowości. Zeszyt „Heca w piórniku” sprawdzonego już duetu Monika Hałucha i Anita Graboś to zbiór łamigłówek pozwalających trenować poprawną pisownię. Nie dyktanda, nie regułki – a czysta zabawa połączona z tym, co dzieci lubią i otrzymują w wielu innych zbiorkach z grami i rozrywkami umysłowymi. Wśród zadań znajdą się labirynty – tu właściwą drogę wytyczają wyrazy z konkretną literą, więc znajomość ortografii jest potrzebna do poprawnego wykonania ćwiczenia. Są i kolorowanki z kluczem: należy zakolorować wszystkie elementy z daną literą, by dowiedzieć się, co przedstawia ilustracja. Pojawiają się krzyżówki, wyszukiwanki, wykreślanki, porównywanki i rebusy. Za każdym razem autorki podsycają ciekawość dzieci i proponują im rozwiązanie zadania, by mogły coś wykryć, czegoś się dowiedzieć albo coś sprawdzić. Takie umotywowanie wystarcza do realizowania poleceń, nawet tych najtrudniejszych. Dzieci dają się wciągnąć w umysłowe rozrywki i czerpią przyjemność z rozwiązywania zadań – zupełnie innych niż te w szkole. Tu bowiem, chociaż wyrazy z literami do uzupełnienia – ortograficzne pułapki – pojawiają się niemal bez przerwy, nie są celem same w sobie, za to umożliwiają dalszą zabawę. Nie ma tu sprawdzianu wiadomości, kto nie jest pewny pisowni, zajrzeć może do słownika, w niczym nie umniejszy to roli w wypełnianiu książki. Ten tomik aż się prosi o przyłączenie do zabawy. Cały może być potraktowany jako kolorowanka dla wymagających – ukrywa swoją genezę jako zeszytu ćwiczeń. Przyda się rodzicom i nauczycielom, bo jest wymarzonym wsparciem w nauce. Ale przynosi zabawę i to dla dzieci najważniejsze. Zwłaszcza że układ zadań nie pozwala się nudzić – jeśli przechodzi się książkę po kolei, zmieniają się wciąż zasady działania i rodzaje łamigłówek. To dobry sposób na przyciągnięcie uwagi maluchów, które w przebodźcowanych czasach nie potrafiłyby się skupić nad jedną formą zbyt długo.
Monika Hałucha dba o to, żeby dzieci chciały w ogóle wczytywać się w polecenia i sprawdzać, co powinny zrobić, żeby pomóc bohaterowi lub przetestować spostrzegawczość (da się, rzecz jasna, korzystać z książki jak z zestawu zadań do rywalizacji dla kilkorga dzieci lub… całej rodziny). Anita Graboś skupia się na wykonywaniu zabawnych i młodzieżowych w duchu rysunków, sprawiając, że najmłodsi zechcą ćwiczyć i sztukę rysowania, a już na pewno zainteresują się tomikiem. Z zewnątrz „Heca w kurniku” mimo dużego formatu wygląda na niepozorną książeczkę – ale to prawdziwa kopalnia pomysłów i zestaw dobrze wymyślonych ćwiczeń, które na długo zajmą dzieci. Chociaż publikacja przewidziana jest jako tomik dla kilkulatków, które już rozpoczęły naukę w szkole, co ambitniejsze maluchy można na niej uczyć czytania lub poznawania liter – jako taka też książka sprawdzi się doskonale. „Heca w kurniku” to przypomnienie o nauce przez zabawę, zbiór łamigłówek i wyzwań związanych z ortografią, ale na wesoło.
piątek, 5 stycznia 2018
Zadie Smith: Swing time
Znak, Kraków 2017.
Muzyka
Słowo jest muzyką. Kolejne frazy zyskują swój niepowtarzalny rytm, wybijają odbiorców z szarej codzienności i pokazują potęgę marzeń, nawet tych, których nigdy nie da się z różnych względów zrealizować. Słowo to nośnik muzyki, w narracji „Swing time” ją zastępuje i sugeruje. Tym boleśniejsze jest zderzenie z rzeczywistością, która zwyczajnie nie nadąża za marzeniami i nie potrafi ich wcielić w życie, nawet mimo największych chęci. Wydaje się, że Zadie Smith nie wierzy w baśnie i tylko w trosce o samopoczucie czytelników nie daje się całkowicie pochłonąć rozgoryczeniu czy żalom. Muzyka mogła być idealnym pomysłem na egzystencję, tak się jednak nie dzieje, chociaż bohaterka ma wszelkie predyspozycje do zrobienia wielkiej kariery. Nie tylko potrafi śpiewać i zatracać się w dźwiękach i panuje nad słuchaczami w stopniu niedostępnym sezonowym gwiazdkom pop. Tego nie da się osiągnąć żmudnymi ćwiczeniami – trzeba mieć prawdziwy talent. Tyle że to dopiero początek drogi ku szczęściu: umiejętności i marzenia nie wystarczą, by osiągnąć sukces. Bez wiary i wsparcia ze strony bliskich czy nauczycieli, bez siły przebicia na rynku nie ma szans na egzystencję w zgodzie ze sobą. Bohaterka „Swing time” jest niekwestionowaną mistrzynią śpiewu, to jedyne zajęcie, które mogłoby jej zapewnić nie tylko sławę, ale i spełnienie. Rozmienia się jednak na drobne, szukając przypadkowej pracy lub wsłuchując w porady rodziny. Czarnoskóra kobieta nie potrafi walczyć o realizację dziecięcych marzeń, źle odnajduje się w dorosłym świecie, a jedna niefortunna decyzja będzie pociągać za sobą kolejne. Branża rozrywkowa nie zna baśniowych wróżek odkrywających prawdziwe talenty: tu trzeba odwagi, charyzmy, a nawet swoistej bezczelności, chęci sprzedania się odbiorcom. Kontrast między rojeniami z najmłodszych lat a rzeczywistością już po okresie dojrzewania zbija z tropu – a bez śmiałości trudno jest znaleźć swoje miejsce w świecie.
Zadie Smith w połowie buduje powieść o dojrzewaniu – z elementami, jakie w każdej niemal pozycji spod szyldu Bildungsroman muszą się znaleźć. Będzie tu i odkrywanie seksualności (niewinne jeszcze dziecięce zabawy, które w oczach dorosłych zasługują na natychmiastowe potępienie), i przyjaźń z dziewczynką, dużo bardziej przebojową i nieprzejmującą się konwenansami. Bohaterka „Swing time” jeszcze może dużo osiągnąć. Ale już w dorosłości daje się stłamsić, przegrywa z rutyną i poczuciem obowiązku, wypełnia przypisane sobie role, odrzucając marzenia. To, o co powinna walczyć ze wszystkich sił, starannie maskuje, jeszcze bardziej zmniejszając szansę na szczęście. Zadie Smith tym razem nie tworzy historii sielskiej w klimacie, stara się za to podkreślić niszczącą siłę dorosłości. „Swing time” jest książką, w której bardziej niż upadek dziecięcych ideałów liczy się jednak sposób poprowadzenia narracji. To w tym Zadie Smith bryluje i pokazuje swoją wielkość – tak, jak bohaterka dobrze czuje się w śpiewaniu, tak autorka radzi sobie z przelewaniem uczuć na słowa. W „Swing time” uwodzi czytelników sposobem prezentowania postaci. Jakość opisów sprawia, że wybacza się autorce sięganie po fabularne schematy i przewidywalne wątki – ma znaczenie bowiem samo brzmienie tekstu.
Muzyka
Słowo jest muzyką. Kolejne frazy zyskują swój niepowtarzalny rytm, wybijają odbiorców z szarej codzienności i pokazują potęgę marzeń, nawet tych, których nigdy nie da się z różnych względów zrealizować. Słowo to nośnik muzyki, w narracji „Swing time” ją zastępuje i sugeruje. Tym boleśniejsze jest zderzenie z rzeczywistością, która zwyczajnie nie nadąża za marzeniami i nie potrafi ich wcielić w życie, nawet mimo największych chęci. Wydaje się, że Zadie Smith nie wierzy w baśnie i tylko w trosce o samopoczucie czytelników nie daje się całkowicie pochłonąć rozgoryczeniu czy żalom. Muzyka mogła być idealnym pomysłem na egzystencję, tak się jednak nie dzieje, chociaż bohaterka ma wszelkie predyspozycje do zrobienia wielkiej kariery. Nie tylko potrafi śpiewać i zatracać się w dźwiękach i panuje nad słuchaczami w stopniu niedostępnym sezonowym gwiazdkom pop. Tego nie da się osiągnąć żmudnymi ćwiczeniami – trzeba mieć prawdziwy talent. Tyle że to dopiero początek drogi ku szczęściu: umiejętności i marzenia nie wystarczą, by osiągnąć sukces. Bez wiary i wsparcia ze strony bliskich czy nauczycieli, bez siły przebicia na rynku nie ma szans na egzystencję w zgodzie ze sobą. Bohaterka „Swing time” jest niekwestionowaną mistrzynią śpiewu, to jedyne zajęcie, które mogłoby jej zapewnić nie tylko sławę, ale i spełnienie. Rozmienia się jednak na drobne, szukając przypadkowej pracy lub wsłuchując w porady rodziny. Czarnoskóra kobieta nie potrafi walczyć o realizację dziecięcych marzeń, źle odnajduje się w dorosłym świecie, a jedna niefortunna decyzja będzie pociągać za sobą kolejne. Branża rozrywkowa nie zna baśniowych wróżek odkrywających prawdziwe talenty: tu trzeba odwagi, charyzmy, a nawet swoistej bezczelności, chęci sprzedania się odbiorcom. Kontrast między rojeniami z najmłodszych lat a rzeczywistością już po okresie dojrzewania zbija z tropu – a bez śmiałości trudno jest znaleźć swoje miejsce w świecie.
Zadie Smith w połowie buduje powieść o dojrzewaniu – z elementami, jakie w każdej niemal pozycji spod szyldu Bildungsroman muszą się znaleźć. Będzie tu i odkrywanie seksualności (niewinne jeszcze dziecięce zabawy, które w oczach dorosłych zasługują na natychmiastowe potępienie), i przyjaźń z dziewczynką, dużo bardziej przebojową i nieprzejmującą się konwenansami. Bohaterka „Swing time” jeszcze może dużo osiągnąć. Ale już w dorosłości daje się stłamsić, przegrywa z rutyną i poczuciem obowiązku, wypełnia przypisane sobie role, odrzucając marzenia. To, o co powinna walczyć ze wszystkich sił, starannie maskuje, jeszcze bardziej zmniejszając szansę na szczęście. Zadie Smith tym razem nie tworzy historii sielskiej w klimacie, stara się za to podkreślić niszczącą siłę dorosłości. „Swing time” jest książką, w której bardziej niż upadek dziecięcych ideałów liczy się jednak sposób poprowadzenia narracji. To w tym Zadie Smith bryluje i pokazuje swoją wielkość – tak, jak bohaterka dobrze czuje się w śpiewaniu, tak autorka radzi sobie z przelewaniem uczuć na słowa. W „Swing time” uwodzi czytelników sposobem prezentowania postaci. Jakość opisów sprawia, że wybacza się autorce sięganie po fabularne schematy i przewidywalne wątki – ma znaczenie bowiem samo brzmienie tekstu.
czwartek, 4 stycznia 2018
Marta Falkowska: Oto Tosia. W poszukiwaniu Pietrostwora
Egmont, Warszawa 2017.
Ślady
Tosia jest kolejną komiksową bohaterką, która ma trafić do najmłodszych. Marta Falkowska tworzy postać małej i szczerbatej rezolutnej dziewczynki, która nie boi się przygód, a za towarzysza ma Pana Precla, odrobinę tylko tchórzliwego gadającego kota. Pan Precel zresztą w tomiku powinien być głosem rozsądku, co nie zawsze się udaje. Autorka buduje prostą rozrywkową historyjkę, która nie wyjdzie poza grupę docelową czytelników, a ponadto momentami sprawia wrażenie nieobmyślonej do końca – jednak maluchom to wystarczy. Minęły w końcu czasy, kiedy dzieci rzucało się na głęboką wodę, wskazując im od początku komiksy Janusza Christy, patrona konkursu.
Tosia najpierw wynajduje coś, co nie do końca wiadomo, do czego mogłoby się przydać, a potem rusza na wielką wyprawę, by znaleźć Pietrostwora. O jego obecności w pobliżu świadczy odcisk wielkiej łapy przed domem i porozrzucane tu i ówdzie liście pietruszki. Bohaterka nie bierze sobie do serca przestróg mamy, trafia do ciemnego lasu, znajduje jezioro wielorybie i daje się porwać dziwnym różowym stworom – by w końcu wpaść na wielką i groźną bestię. Pan Precel, chociaż bez zachwytu, towarzyszy jej w wyprawie i czasami spieszy z pomocą, a czasami dodaje otuchy, mimo że brakuje mu odwagi. Akcja w komiksie została bardzo uproszczona, nie wiadomo ani skąd w zwykłym lesie plemię Snotów (ani – dlaczego członkowie są tak niedopracowani i w efekcie nijacy), ani – skąd wyłania się Pietrostwór. Autorka trochę za bardzo zdaje się na przypadek, zarzuca ciąg przyczynowo-skutkowy, a tym samym udowadnia małym czytelnikom, że może zrobić wszystko i nie musi nic uzasadniać. Tworzy liniową opowieść, więc w efekcie nie ma do zaoferowania wiele. Rezygnuje z cech charakterystycznych, Tosia nie zapada w pamięć, kot ma tylko powiedzenie „O, Bonifacy”, które stosuje jako westchnienie, modlitwę i przekleństwo w jednym. Zupełnie jakby Marta Falkowska chciała przedstawić komiks dla wszystkich i nie zrazić do siebie żadnej grupy odbiorców.
Objętość jest tu sztucznie rozdmuchiwana przez wielkość kadrów, a te kadry zostają pozbawione szczegółów. Często Falkowska posługuje się rozbijaniem obrazkowej narracji na szereg kolejnych naświetlanych detali – steruje w ten sposób uwagą dzieci, ale też wypełnia miejsce bez zbędnych wysiłków. Chce się popisywać kreskówkowym widzeniem świata, ale przesadza z wykluczaniem drobiazgów z tła, często prezentuje w kadrze samą postać – a przecież gdy od czasu do czasu zdecyduje się na narysowanie kontekstu, od razu zmienia się klimat opowieści. Stanowczo za często ta autorka idzie na łatwiznę i upraszcza zawartość kadrów – wiadomo, że tworzy dla dzieci, którym takie rozwiązanie przeszkadzać nie będzie – ale pozostawia przez to niedosyt. Wszystko wydaje się tu infantylizowane – i rysunki, w których brakuje wyrazistości, i fabuła pozbawiona łączników. Humor w wersji szczątkowej przekona dzieci, ale też nie na tyle, żeby na długo zatrzymać je przy lekturze. A przecież Oto Tosia ma być nową serią komiksową dla maluchów. Dobrze, że rynek komiksów dziecięcych zaczyna się stopniowo rozrastać, ale warto byłoby jeszcze zwrócić uwagę na jakość pomysłów. Pietrostwór nie może się zdecydować, czy straszyć, czy się przyjaźnić – a nie da się realizować obu sprzecznych celów w pełnowymiarowej historii.
Ślady
Tosia jest kolejną komiksową bohaterką, która ma trafić do najmłodszych. Marta Falkowska tworzy postać małej i szczerbatej rezolutnej dziewczynki, która nie boi się przygód, a za towarzysza ma Pana Precla, odrobinę tylko tchórzliwego gadającego kota. Pan Precel zresztą w tomiku powinien być głosem rozsądku, co nie zawsze się udaje. Autorka buduje prostą rozrywkową historyjkę, która nie wyjdzie poza grupę docelową czytelników, a ponadto momentami sprawia wrażenie nieobmyślonej do końca – jednak maluchom to wystarczy. Minęły w końcu czasy, kiedy dzieci rzucało się na głęboką wodę, wskazując im od początku komiksy Janusza Christy, patrona konkursu.
Tosia najpierw wynajduje coś, co nie do końca wiadomo, do czego mogłoby się przydać, a potem rusza na wielką wyprawę, by znaleźć Pietrostwora. O jego obecności w pobliżu świadczy odcisk wielkiej łapy przed domem i porozrzucane tu i ówdzie liście pietruszki. Bohaterka nie bierze sobie do serca przestróg mamy, trafia do ciemnego lasu, znajduje jezioro wielorybie i daje się porwać dziwnym różowym stworom – by w końcu wpaść na wielką i groźną bestię. Pan Precel, chociaż bez zachwytu, towarzyszy jej w wyprawie i czasami spieszy z pomocą, a czasami dodaje otuchy, mimo że brakuje mu odwagi. Akcja w komiksie została bardzo uproszczona, nie wiadomo ani skąd w zwykłym lesie plemię Snotów (ani – dlaczego członkowie są tak niedopracowani i w efekcie nijacy), ani – skąd wyłania się Pietrostwór. Autorka trochę za bardzo zdaje się na przypadek, zarzuca ciąg przyczynowo-skutkowy, a tym samym udowadnia małym czytelnikom, że może zrobić wszystko i nie musi nic uzasadniać. Tworzy liniową opowieść, więc w efekcie nie ma do zaoferowania wiele. Rezygnuje z cech charakterystycznych, Tosia nie zapada w pamięć, kot ma tylko powiedzenie „O, Bonifacy”, które stosuje jako westchnienie, modlitwę i przekleństwo w jednym. Zupełnie jakby Marta Falkowska chciała przedstawić komiks dla wszystkich i nie zrazić do siebie żadnej grupy odbiorców.
Objętość jest tu sztucznie rozdmuchiwana przez wielkość kadrów, a te kadry zostają pozbawione szczegółów. Często Falkowska posługuje się rozbijaniem obrazkowej narracji na szereg kolejnych naświetlanych detali – steruje w ten sposób uwagą dzieci, ale też wypełnia miejsce bez zbędnych wysiłków. Chce się popisywać kreskówkowym widzeniem świata, ale przesadza z wykluczaniem drobiazgów z tła, często prezentuje w kadrze samą postać – a przecież gdy od czasu do czasu zdecyduje się na narysowanie kontekstu, od razu zmienia się klimat opowieści. Stanowczo za często ta autorka idzie na łatwiznę i upraszcza zawartość kadrów – wiadomo, że tworzy dla dzieci, którym takie rozwiązanie przeszkadzać nie będzie – ale pozostawia przez to niedosyt. Wszystko wydaje się tu infantylizowane – i rysunki, w których brakuje wyrazistości, i fabuła pozbawiona łączników. Humor w wersji szczątkowej przekona dzieci, ale też nie na tyle, żeby na długo zatrzymać je przy lekturze. A przecież Oto Tosia ma być nową serią komiksową dla maluchów. Dobrze, że rynek komiksów dziecięcych zaczyna się stopniowo rozrastać, ale warto byłoby jeszcze zwrócić uwagę na jakość pomysłów. Pietrostwór nie może się zdecydować, czy straszyć, czy się przyjaźnić – a nie da się realizować obu sprzecznych celów w pełnowymiarowej historii.
środa, 3 stycznia 2018
Magdalena Niedźwiedzka: Diana
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Zakazane uczucie
Na dworze królewskim nic się nie zmienia, mimo że zmienia się wszystko. Ale Magdalena Niedźwiedzka operuje tą samą narracją co w pierwszym tomie i w efekcie odrobinę usypia czujność czytelników. Bo, na dobrą sprawę, co z tego, że Diana zaczyna zdradzać dziennikarzom sekrety rodziny królewskiej i coraz bardziej otwarcie występuje przeciwko monarchii. Co z tego, że rzuca się w ramiona kolejnych kochanków i żąda od męża rozwodu. Co z tego, że rozmowy, jakie przeprowadza z Karolem królowa, nie przynoszą efektu. Nic nie ma znaczenia, skoro trwała jest miłość Karola i Camilli. On nie potrafi zdobyć się na odwagę i zawalczyć o deklarowane wciąż marzenia. Ona dla niego poświęca wszystko, łącznie z własną rodziną. Cierpi w milczeniu, bo ataki Diany uderzają w nią. Zachowuje jednak klasę.
„Diana”, czyli druga część trylogii o wydarzeniach na królewskim dworze wcale nie stawia młodej księżnej Walii na pierwszym miejscu. Autorka raczej niechętnie – oczami innych postaci – przyznaje Dianie umiejętność kreowania wizerunku królowej ludzkich serc, delikatnej i wrażliwej ofiary sytuacji. Sama prezentuje znacznie chętniej ciemne strony działań księżnej. To histeryczka, zdolna do wszystkiego, nieobliczalna, nastawiająca dzieci przeciwko ojcu. Pozbawiona skrupułów, nierozumiejąca powinności i nieobeznana z dworską etykietą. Ta Diana jest bezapelacyjnie najczarniejszym charakterem drugiego już tomu. Niedźwiedzka rzadko w ogóle pozwala się zastanowić nad jej potrzebami – skupia się na Camilli. Diana to przeszkoda na jej drodze do szczęścia. Społeczeństwo jednak tworzy sobie jej wizerunek na bazie fałszywych przesłanek i staje murem za Dianą, oskarżając pozbawionego charyzmy Karola.
Cała powieść jest obserwowaniem działań Camilli – jednak ta, która do tej pory wydawała się niezłomna, coraz bardziej ma dość. Przestaje się godzić ze swoją rolą w życiu księcia, skazuje na potępienie ze strony bliskich. Nie może żądać radykalnych rozwiązań ani nawet sugerować ich ukochanemu, popada więc w apatię. Camillę w wersji Magdaleny Niedźwiedzkiej można lubić, można jej też kibicować. Ta postać nie chce władzy ani zaszczytów, zależy jej wyłącznie na miłości. Tylko narracją autorka sprawia, że chce się śledzić jej sercowe dylematy, bo w samej książce znów dużo się nie dzieje. Ale Niedźwiedzka jest wyczulona na uczucia i wie, jak zaangażować odbiorczynie w historię. Odchodzi od medialnych doniesień, skupia się na najbardziej prywatnych spotkaniach, tych, przy których nie ma świadków. Pozwala w ten sposób odbiorczyniom przeżywać wielkie uczucie bohaterów. Nawiązania do rzeczywistości tylko podsycają zainteresowanie historią. Magdalena Niedźwiedzka nie ma prawie żadnego pomysłu na fabułę, nawet upływu czasu nie akcentuje tak, by sugerował logiczny rozwój sytuacji – ot, po prostu postacie robią się coraz starsze, a o Dianie nie można już mówić „nastolatka”. Ale opowieść cały czas stoi w miejscu. Czynnikiem, który pcha do lektury, jest oczywiście zmysłowa relacja – w kwestii uczuć Niedźwiedzka staje się niekwestionowanym autorytetem. Opisuje zakazany związek jak najcenniejszy skarb, nawet w chwilach załamania i rozpaczy jednej ze stron, chociaż kryzysów tu nie brakuje, żaden z czytelników nawet na moment nie zwątpi w zakochaną parę. W związku z tym nie ma w opowieści żadnych zaskoczeń, a i punkty kulminacyjne automatycznie się tonują. Dobra proza wystarcza jako rozrywka – zafascynowani pierwszym tomem i tutaj będą uważnie śledzić losy księcia Walii i jego kochanki. „Diana” jest przedłużeniem pierwszego tomu, nie odrębną historią.
Zakazane uczucie
Na dworze królewskim nic się nie zmienia, mimo że zmienia się wszystko. Ale Magdalena Niedźwiedzka operuje tą samą narracją co w pierwszym tomie i w efekcie odrobinę usypia czujność czytelników. Bo, na dobrą sprawę, co z tego, że Diana zaczyna zdradzać dziennikarzom sekrety rodziny królewskiej i coraz bardziej otwarcie występuje przeciwko monarchii. Co z tego, że rzuca się w ramiona kolejnych kochanków i żąda od męża rozwodu. Co z tego, że rozmowy, jakie przeprowadza z Karolem królowa, nie przynoszą efektu. Nic nie ma znaczenia, skoro trwała jest miłość Karola i Camilli. On nie potrafi zdobyć się na odwagę i zawalczyć o deklarowane wciąż marzenia. Ona dla niego poświęca wszystko, łącznie z własną rodziną. Cierpi w milczeniu, bo ataki Diany uderzają w nią. Zachowuje jednak klasę.
„Diana”, czyli druga część trylogii o wydarzeniach na królewskim dworze wcale nie stawia młodej księżnej Walii na pierwszym miejscu. Autorka raczej niechętnie – oczami innych postaci – przyznaje Dianie umiejętność kreowania wizerunku królowej ludzkich serc, delikatnej i wrażliwej ofiary sytuacji. Sama prezentuje znacznie chętniej ciemne strony działań księżnej. To histeryczka, zdolna do wszystkiego, nieobliczalna, nastawiająca dzieci przeciwko ojcu. Pozbawiona skrupułów, nierozumiejąca powinności i nieobeznana z dworską etykietą. Ta Diana jest bezapelacyjnie najczarniejszym charakterem drugiego już tomu. Niedźwiedzka rzadko w ogóle pozwala się zastanowić nad jej potrzebami – skupia się na Camilli. Diana to przeszkoda na jej drodze do szczęścia. Społeczeństwo jednak tworzy sobie jej wizerunek na bazie fałszywych przesłanek i staje murem za Dianą, oskarżając pozbawionego charyzmy Karola.
Cała powieść jest obserwowaniem działań Camilli – jednak ta, która do tej pory wydawała się niezłomna, coraz bardziej ma dość. Przestaje się godzić ze swoją rolą w życiu księcia, skazuje na potępienie ze strony bliskich. Nie może żądać radykalnych rozwiązań ani nawet sugerować ich ukochanemu, popada więc w apatię. Camillę w wersji Magdaleny Niedźwiedzkiej można lubić, można jej też kibicować. Ta postać nie chce władzy ani zaszczytów, zależy jej wyłącznie na miłości. Tylko narracją autorka sprawia, że chce się śledzić jej sercowe dylematy, bo w samej książce znów dużo się nie dzieje. Ale Niedźwiedzka jest wyczulona na uczucia i wie, jak zaangażować odbiorczynie w historię. Odchodzi od medialnych doniesień, skupia się na najbardziej prywatnych spotkaniach, tych, przy których nie ma świadków. Pozwala w ten sposób odbiorczyniom przeżywać wielkie uczucie bohaterów. Nawiązania do rzeczywistości tylko podsycają zainteresowanie historią. Magdalena Niedźwiedzka nie ma prawie żadnego pomysłu na fabułę, nawet upływu czasu nie akcentuje tak, by sugerował logiczny rozwój sytuacji – ot, po prostu postacie robią się coraz starsze, a o Dianie nie można już mówić „nastolatka”. Ale opowieść cały czas stoi w miejscu. Czynnikiem, który pcha do lektury, jest oczywiście zmysłowa relacja – w kwestii uczuć Niedźwiedzka staje się niekwestionowanym autorytetem. Opisuje zakazany związek jak najcenniejszy skarb, nawet w chwilach załamania i rozpaczy jednej ze stron, chociaż kryzysów tu nie brakuje, żaden z czytelników nawet na moment nie zwątpi w zakochaną parę. W związku z tym nie ma w opowieści żadnych zaskoczeń, a i punkty kulminacyjne automatycznie się tonują. Dobra proza wystarcza jako rozrywka – zafascynowani pierwszym tomem i tutaj będą uważnie śledzić losy księcia Walii i jego kochanki. „Diana” jest przedłużeniem pierwszego tomu, nie odrębną historią.
wtorek, 2 stycznia 2018
Jurdic Manuro: Łzy bogini Nuwy
Foksal, Warszawa 2017.
Wcielanie się w postać
„Łzy bogini Nuwy” to komiks interaktywny, historia, której fabułę tworzą sami czytelnicy w momencie pierwszej lektury – lub, w przypadku kolejnych odczytań – budowania strategii odmiennej od pierwotnego podejścia. Do zabawy odbiorcy przystępują z określonym zestawem artefaktów czy porcji życiodajnego eliksiru: precyzyjne i bardzo rozłożyste wskazówki zajmują pierwszą kartkę i wyklejkę książki. Sami odbiorcy przy okazji zmienią się w sędziów sprawdzających poprawność wykonywania zadań – lub zliczających punkty, bo sama opowieść to nie wszystko. Ma ona przecież określony cel.
W tym wypadku chodzi o łzy bogini, specyficzny skarb: życiodajne pędy zapewniające prawidłowe funkcjonowanie całej okolicy. Zostały skradzione z pilnie strzeżonej świątyni, a ich strażnicy potrafią podać wiele szczegółów na temat rabusiów. Liczą na to, że stratę nadrobi łowczyni nagród, specjalnie w tym celu wezwana. Owa łowczyni – która ma swój graficzny wizerunek w komiksie – staje się alter ego odbiorcy – ma rozwiązać zagadkę i wziąć udział w burzliwej akcji, ale sterowana jest decyzjami czytelnika. W końcu to on będzie wybierać drogi, więc pośrednio, bo nieświadomie, także przygody bohaterki. Może się tak zdarzyć, że skończą się „życia”, lub zabraknie potrzebnych magicznych rekwizytów – wtedy trzeba podejść do lektury jeszcze raz.
Początek jest wspólny dla wszystkich. Po regułach i „karcie postaci”, wyodrębnionych również graficznie, zaczyna się właściwa opowieść. Łowczyni nagród przybywa na wezwanie i wysłuchuje skarg i utyskiwań zleceniodawców. Zadaje pytania i ustala zasady wynagrodzenia – a potrafi walczyć o swoje. Jest tu nakreślony kontrast między bohaterką – ideałem i bezradnymi rozmówcami, więc czytelnicy mogą być usatysfakcjonowani tym, że wcielają się w kogoś najlepszego w historii. Autor doprowadza relację do bram miasta, bo poszukiwania można zacząć z jednej z trzech stron. Na rysunku każda z nich oznaczona jest innym numerem, wtopionym w obraz. Od tego punktu komiksu kolejne kadry zyskują numer porządkowy. Tu też zaczyna się komputerowa praca odbiorców. Wybór drogi to wybór numeru kadru – a w każdym wybranym kadrze znajduje się osobny problem (atak, potyczka, starcie albo detektywistyczna zagadka). Czasami odbiorcy zostają poinformowani o decyzjach bohaterki lub o jej motywacjach pobocznych – wszystko dlatego, że zaraz będą zastanawiać się nad następnymi możliwościami (które, automatycznie, znów wskażą kolejne adresy). Zabawa będzie trwać albo do zakończenia misji, albo do przegranej – a potem może zacząć się na nowo.
Skoro kolejne wydarzenia to kwestia skrótowego opisu w pojedynczym obrazku, zgrabnie zaakcentowane są dynamiczne rozwiązania. Sprawdzają się najbardziej widowiskowe przestrzenie, ciemne zaułki i elementy pasujące do atmosfery zagrożenia, jednoznaczne i wyraziste. Często w samym kadrze nie ma ani miejsca na dialogi (pojawiają się wówczas jedynie onomatopeje), ani na tworzenie relacji emocjonalnych między bohaterami. To wyłącznie z opisu czytelnicy dowiedzą się, co się stało – i co się jeszcze stać może. Tu liczy się bardziej umiejętność logicznego myślenia, przewidywania konsekwencji wcielania się w innych, czyli skłonność do empatii w najczystszej postaci. Ogólny cel znika, a raczej przykrywa się pojedynczymi wątkami i wysiłkiem potrzebnym do przechodzenia dróg. „Łzy bogini Nuwy” to tomik, którego nie da się czytać linearnie, tradycyjna lektura jest tu wykluczona – gdyby ktoś chciał takiej opowieści, otrzymałby zestaw niepowiązanych ze sobą scenek.
Nie można zatem książki oceniać w tradycyjny sposób, to jest ze względu na literackie walory artystyczne (chociaż strona graficzna imponuje), raczej – z uwagi na przełamywanie klasycznych rozwiązań, połączenie książki – twórczości rozrywkowej z grą komputerową, czyli gatunkiem stosunkowo nowym. Jest to sposób na przekonanie czytelników do lektur, a i możliwość pokazania zwłaszcza zdeklarowanym graczom, że istnieje świat wirtualny poza elektronicznymi gadżetami. „Łzy bogini Nuwy” są ciekawostką, w której liczą się pomysły na rozwijanie akcji – i na sprawne przedstawianie możliwości. To drobna książka, ale z uwagi na liczbę kombinacji fabularnych – może zająć odbiorców na dość długo.
Wcielanie się w postać
„Łzy bogini Nuwy” to komiks interaktywny, historia, której fabułę tworzą sami czytelnicy w momencie pierwszej lektury – lub, w przypadku kolejnych odczytań – budowania strategii odmiennej od pierwotnego podejścia. Do zabawy odbiorcy przystępują z określonym zestawem artefaktów czy porcji życiodajnego eliksiru: precyzyjne i bardzo rozłożyste wskazówki zajmują pierwszą kartkę i wyklejkę książki. Sami odbiorcy przy okazji zmienią się w sędziów sprawdzających poprawność wykonywania zadań – lub zliczających punkty, bo sama opowieść to nie wszystko. Ma ona przecież określony cel.
W tym wypadku chodzi o łzy bogini, specyficzny skarb: życiodajne pędy zapewniające prawidłowe funkcjonowanie całej okolicy. Zostały skradzione z pilnie strzeżonej świątyni, a ich strażnicy potrafią podać wiele szczegółów na temat rabusiów. Liczą na to, że stratę nadrobi łowczyni nagród, specjalnie w tym celu wezwana. Owa łowczyni – która ma swój graficzny wizerunek w komiksie – staje się alter ego odbiorcy – ma rozwiązać zagadkę i wziąć udział w burzliwej akcji, ale sterowana jest decyzjami czytelnika. W końcu to on będzie wybierać drogi, więc pośrednio, bo nieświadomie, także przygody bohaterki. Może się tak zdarzyć, że skończą się „życia”, lub zabraknie potrzebnych magicznych rekwizytów – wtedy trzeba podejść do lektury jeszcze raz.
Początek jest wspólny dla wszystkich. Po regułach i „karcie postaci”, wyodrębnionych również graficznie, zaczyna się właściwa opowieść. Łowczyni nagród przybywa na wezwanie i wysłuchuje skarg i utyskiwań zleceniodawców. Zadaje pytania i ustala zasady wynagrodzenia – a potrafi walczyć o swoje. Jest tu nakreślony kontrast między bohaterką – ideałem i bezradnymi rozmówcami, więc czytelnicy mogą być usatysfakcjonowani tym, że wcielają się w kogoś najlepszego w historii. Autor doprowadza relację do bram miasta, bo poszukiwania można zacząć z jednej z trzech stron. Na rysunku każda z nich oznaczona jest innym numerem, wtopionym w obraz. Od tego punktu komiksu kolejne kadry zyskują numer porządkowy. Tu też zaczyna się komputerowa praca odbiorców. Wybór drogi to wybór numeru kadru – a w każdym wybranym kadrze znajduje się osobny problem (atak, potyczka, starcie albo detektywistyczna zagadka). Czasami odbiorcy zostają poinformowani o decyzjach bohaterki lub o jej motywacjach pobocznych – wszystko dlatego, że zaraz będą zastanawiać się nad następnymi możliwościami (które, automatycznie, znów wskażą kolejne adresy). Zabawa będzie trwać albo do zakończenia misji, albo do przegranej – a potem może zacząć się na nowo.
Skoro kolejne wydarzenia to kwestia skrótowego opisu w pojedynczym obrazku, zgrabnie zaakcentowane są dynamiczne rozwiązania. Sprawdzają się najbardziej widowiskowe przestrzenie, ciemne zaułki i elementy pasujące do atmosfery zagrożenia, jednoznaczne i wyraziste. Często w samym kadrze nie ma ani miejsca na dialogi (pojawiają się wówczas jedynie onomatopeje), ani na tworzenie relacji emocjonalnych między bohaterami. To wyłącznie z opisu czytelnicy dowiedzą się, co się stało – i co się jeszcze stać może. Tu liczy się bardziej umiejętność logicznego myślenia, przewidywania konsekwencji wcielania się w innych, czyli skłonność do empatii w najczystszej postaci. Ogólny cel znika, a raczej przykrywa się pojedynczymi wątkami i wysiłkiem potrzebnym do przechodzenia dróg. „Łzy bogini Nuwy” to tomik, którego nie da się czytać linearnie, tradycyjna lektura jest tu wykluczona – gdyby ktoś chciał takiej opowieści, otrzymałby zestaw niepowiązanych ze sobą scenek.
Nie można zatem książki oceniać w tradycyjny sposób, to jest ze względu na literackie walory artystyczne (chociaż strona graficzna imponuje), raczej – z uwagi na przełamywanie klasycznych rozwiązań, połączenie książki – twórczości rozrywkowej z grą komputerową, czyli gatunkiem stosunkowo nowym. Jest to sposób na przekonanie czytelników do lektur, a i możliwość pokazania zwłaszcza zdeklarowanym graczom, że istnieje świat wirtualny poza elektronicznymi gadżetami. „Łzy bogini Nuwy” są ciekawostką, w której liczą się pomysły na rozwijanie akcji – i na sprawne przedstawianie możliwości. To drobna książka, ale z uwagi na liczbę kombinacji fabularnych – może zająć odbiorców na dość długo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






