PWN, Warszawa 2016.
Reklama w sieci
E-marketing rozwija się prężnie i dzisiaj trudno już wyobrazić sobie sprzedawców, którzy nie docenialiby narzędzi oferowanych przez internet w pozyskiwaniu nowych klientów. Grzegorz Błażewicz pokazuje, czym różnią się dzisiejsze strategie marketingowe od tych sprzed kilku lat – niby większy nacisk kładąc na personalizację i gromadzenie danych o kupującym, już nie konsumencie, a prosumencie, który wykorzystuje sieć i urządzenia mobilne do wyszukiwania danych (przede wszystkim recenzji) o produkcie.
Internet rzeczy to u Błażewicza ciągle jeszcze wizja przyszłości, ale poziom zbierania informacji zaczyna już prowadzić do podobnych skutków. Płeć czy imię klienta to absolutnie konieczne wiadomości – poza nimi pojawia się szereg danych ze śladów, które użytkownik pozostawia po sobie w sieci. Do e-marketingu wkraczają coraz to nowe techniki pozyskiwania informacji, a autor tego podręcznika uczy, jak rozsądnie je wykorzystywać. Nawet personalizowanie reklam za sprawą słów-kluczy to już przeżytek. Dziś chodzi o to, żeby poznać potrzeby potencjalnego klienta jeszcze zanim on sobie je uświadomi – i podsunąć mu szereg dostępnych usług i rozwiązań.
Błażewicz pokazuje, jak stworzyć sobie wirtualny profil odbiorcy, sugeruje, w jaki sposób budować bazę danych, chociaż nie zagłębia się w szczegóły w postaci specjalistycznych programów czy rozwiązań na poziomie budowania strony internetowej: to nie należy do zadań marketerów. Za to powinni oni umieć wykorzystywać gromadzone dane – autor podpowiada kilka sposobów na przyciągnięcie uwagi klienta i podaje parę przykładów dobrego z nim kontaktu. Próbuje stworzyć poradnik uniwersalny – z konieczności więc branżę sprzedażową traktuje ogólnikowo. Nie ulega jednak wątpliwości, że podpowiada, jak się poruszać w nowych mediach. Dzieli książkę na przejrzyste rozdziały – w pierwszej części wprowadza definicje haseł, które wprawni marketingowcy powinni już znać – ale warto uporządkować wiedzę i zaproponować wygodny punkt odniesienia do dalszych wywodów. Już na tym etapie wyznacza Błażewicz role nowego marketera, nowego konsumenta oraz nowego sprzedawcy (a czasem i w na razie ekstremalnych sytuacjach – brak sprzedawcy). Drugą część tomu poświęca na zagadnienie tytułowe, czyli rewolucję wprowadzoną przez automatyzowany marketing. To kolejna część teoretyczna. Praktyka to temat trzeciej partii. Tu pojawi się między innymi motyw tworzenia sieci kontaktów, formularze dla klientów, zasady tworzenia i wysyłania coraz bardziej personalizowanych newsletterów, reakcje na „porzucone koszyki”. Tu Grzegorz Błażewicz komentuje zasady budowania „dynamicznych” (personalizowanych) widoków stron internetowych i zatrzymuje się nad programami lojalnościowymi. Przedstawia inne poza marketingiem metody przypominania o ofercie. Nie pomija również tematu mediów społecznościowych, chociaż tu akurat stawia na skróty i uogólnienia (ze wskazaniem na ich dużą rolę social mediów budowaniu wizerunku firmy).
„Rewolucja z marketing automation” to podręcznik napisany fachowo i bez zbędnych elementów. Autor zajmuje się tu możliwościami wciąż jeszcze nie przez wszystkich marketerów dostrzeganymi – a rozwijającymi się błyskawicznie i zmieniającymi oblicze internetowego kanonu. Ale poza grupą zainteresowanych technikami marketingowymi ta książka może przydać się i konsumentom, tym, którzy w codziennych decyzjach i zakupach wspierają się internetem jako najlepszym źródłem informacji i opinii innych. „Rewolucja z marketing automation” jest interesującym przedstawieniem kierunków, w jakich zmierzają zasady reklamowania swoich produktów w sieci. A to zagadnienie, które dotyczy już każdego użytkownika internetu i uniemożliwia odcięcie się od praktyk handlowców.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 14 stycznia 2017
Rafał Witek: Szczurki chwytają życie za ogon
Egmont, Warszawa 2016.
Podróż
Szczurki są bardzo sprytne, miłe i zabawne. Są też szalenie inteligentne i potrafią wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję do nowych odkryć i przeżyć. W tomiku „Szczurki chwytają życie za ogon” bohaterowie wybierają się na prawdziwe wakacje. Przydaje się tu przegląd ofert biur podróży, ale i znaleziony na parkingu przy banku portfel wypchany pieniędzmi. Wyjazd wiąże się z wieloma obowiązkami – trzeba między innymi wyrobić sobie paszporty (a wcześniej zrobić odpowiednie zdjęcia do tych dokumentów), sprawdzić, czy waga bagażu nie przekracza dozwolonej, zmierzyć ogony… Rafał Witek przedstawia małym odbiorcom bardzo ciekawą grupę postaci. Szczurki są indywidualistami, każdego autor charakteryzuje w inny sposób. Mnogość sytuacji, w jakich postacie biorą udział, pozwala jeszcze podkreślić ową różnorodność.
Jednak Rafał Witek nie tylko śmieszy i poucza najmłodszych (śmieszy samymi przygodami szczurków, a poucza dzięki ich „życiowym” perypetiom). To wstęp do zagadek matematycznych. Anna Boboryk rozwija motywy zarysowane w akcji o rzeczywiste łamigłówki. Ta seria przeznaczona jest dla odbiorców starszych niż fani Króla Gromoryka – autorka zadań stawia więc na arytmetykę. Sporo zadań dotyczy pieniędzy – trzeba obliczać promocje, sumować ceny i sprawdzać, na co bohaterowie mogą sobie jeszcze pozwolić. Anna Boboryk wprowadza tez matematyczne „krzyżówki” – przeplatające się działania, które uzupełnia się liczbami, żeby uzyskać określony wynik. Nie są to zagadki trudne, za to pokazują dzieciom, że matematyką można się bawić. Żeby obliczenia nie kojarzyły się ze szkołą, w warstwie graficznej pojawiają się „prawdziwe” prospekty i oferty biur podróży czy banknoty. To przypomina o konkretach – szczurki pozostają blisko prawdziwego życia. Oczywiście są tu również zadania rysunkowe, zagadki pozwalające ćwiczyć logiczne myślenie i dopasowywanie obrazków do podpisów – ale króluje algebra – matematyka nie jest przez to straszna, bo szczurki dobrze się bawią przy wykorzystywaniu wakacyjnej oferty. Ponadto na narzekanie nie ma czasu – trzeba rozwiązywać zadania, żeby dowiedzieć się, co wydarzy się za moment. Szczurki przyzwyczajają do szybkiego tempa oraz do humoru. To ich ogromna zaleta.
Bo Rafał Witek, a w rysunkach również Daniel de Latour, bawią się faktami. Drwią z ludzkiej codzienności, tworzą satyrę na rzeczywistość doskonale znaną dorosłym. Szczurki służą im do zmiany perspektywy, do odświeżającego spojrzenia na to, co zwykle irytujące czy rutynowe. Śmieją się autorzy z wszelkich przymusów, dają bohaterom szansę na poznanie realiów dorosłego życia i równocześnie dystans do nich. Śmiech zachęca do czytania – to bardzo ważny składnik tej opowieści. W końcu tomik proponowany dzieciom przez Rafała Witka to jedna z lektur do ćwiczenia samodzielnego czytania. Maluchy nie tylko będą sprawdzać swoje umiejętności w rachowaniu, ale i śledzić samą fabułkę.
W książeczce do części zadań wykorzystuje się naklejki. Odpowiedzi do kolejnych zadań dzieci wpisywać będą w specjalne kratkowane pola, ale kiedy mają na przykład sprawdzić, ile przedmiotów mieści się w słoju, lepiej będzie użyć naklejkowych podpowiedzi. „Szczurki chwytają życie za ogon” to tomik pomysłowy – dobrze zrealizowany, przyciągający uwagę dzieci, a i wprowadzający odbiorców w świat „trudniejszej” matematyki. Tu już zadania wymagają zwiększonego wysiłku i wykraczania poza podawane w szkole równania. To nauczy maluchy analizowania ofert dostępnych na rynku, pokaże też, że matematyką da się całkiem nieźle bawić.
Podróż
Szczurki są bardzo sprytne, miłe i zabawne. Są też szalenie inteligentne i potrafią wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję do nowych odkryć i przeżyć. W tomiku „Szczurki chwytają życie za ogon” bohaterowie wybierają się na prawdziwe wakacje. Przydaje się tu przegląd ofert biur podróży, ale i znaleziony na parkingu przy banku portfel wypchany pieniędzmi. Wyjazd wiąże się z wieloma obowiązkami – trzeba między innymi wyrobić sobie paszporty (a wcześniej zrobić odpowiednie zdjęcia do tych dokumentów), sprawdzić, czy waga bagażu nie przekracza dozwolonej, zmierzyć ogony… Rafał Witek przedstawia małym odbiorcom bardzo ciekawą grupę postaci. Szczurki są indywidualistami, każdego autor charakteryzuje w inny sposób. Mnogość sytuacji, w jakich postacie biorą udział, pozwala jeszcze podkreślić ową różnorodność.
Jednak Rafał Witek nie tylko śmieszy i poucza najmłodszych (śmieszy samymi przygodami szczurków, a poucza dzięki ich „życiowym” perypetiom). To wstęp do zagadek matematycznych. Anna Boboryk rozwija motywy zarysowane w akcji o rzeczywiste łamigłówki. Ta seria przeznaczona jest dla odbiorców starszych niż fani Króla Gromoryka – autorka zadań stawia więc na arytmetykę. Sporo zadań dotyczy pieniędzy – trzeba obliczać promocje, sumować ceny i sprawdzać, na co bohaterowie mogą sobie jeszcze pozwolić. Anna Boboryk wprowadza tez matematyczne „krzyżówki” – przeplatające się działania, które uzupełnia się liczbami, żeby uzyskać określony wynik. Nie są to zagadki trudne, za to pokazują dzieciom, że matematyką można się bawić. Żeby obliczenia nie kojarzyły się ze szkołą, w warstwie graficznej pojawiają się „prawdziwe” prospekty i oferty biur podróży czy banknoty. To przypomina o konkretach – szczurki pozostają blisko prawdziwego życia. Oczywiście są tu również zadania rysunkowe, zagadki pozwalające ćwiczyć logiczne myślenie i dopasowywanie obrazków do podpisów – ale króluje algebra – matematyka nie jest przez to straszna, bo szczurki dobrze się bawią przy wykorzystywaniu wakacyjnej oferty. Ponadto na narzekanie nie ma czasu – trzeba rozwiązywać zadania, żeby dowiedzieć się, co wydarzy się za moment. Szczurki przyzwyczajają do szybkiego tempa oraz do humoru. To ich ogromna zaleta.
Bo Rafał Witek, a w rysunkach również Daniel de Latour, bawią się faktami. Drwią z ludzkiej codzienności, tworzą satyrę na rzeczywistość doskonale znaną dorosłym. Szczurki służą im do zmiany perspektywy, do odświeżającego spojrzenia na to, co zwykle irytujące czy rutynowe. Śmieją się autorzy z wszelkich przymusów, dają bohaterom szansę na poznanie realiów dorosłego życia i równocześnie dystans do nich. Śmiech zachęca do czytania – to bardzo ważny składnik tej opowieści. W końcu tomik proponowany dzieciom przez Rafała Witka to jedna z lektur do ćwiczenia samodzielnego czytania. Maluchy nie tylko będą sprawdzać swoje umiejętności w rachowaniu, ale i śledzić samą fabułkę.
W książeczce do części zadań wykorzystuje się naklejki. Odpowiedzi do kolejnych zadań dzieci wpisywać będą w specjalne kratkowane pola, ale kiedy mają na przykład sprawdzić, ile przedmiotów mieści się w słoju, lepiej będzie użyć naklejkowych podpowiedzi. „Szczurki chwytają życie za ogon” to tomik pomysłowy – dobrze zrealizowany, przyciągający uwagę dzieci, a i wprowadzający odbiorców w świat „trudniejszej” matematyki. Tu już zadania wymagają zwiększonego wysiłku i wykraczania poza podawane w szkole równania. To nauczy maluchy analizowania ofert dostępnych na rynku, pokaże też, że matematyką da się całkiem nieźle bawić.
piątek, 13 stycznia 2017
Maeve Haran: Najlepsze chwile w życiu
Marginesy, Warszawa 2016.
Starość
Momentami podczas lektury tomu „Najlepsze chwile w życiu” przyjdzie się zastanawiać, czy Maeve Haran tworzy jeszcze literaturę, czy już po prostu odwzorowuje rzeczywistość z jej rozmaitymi koszmarami i społecznymi lękami. „Mieć wszystko” tej autorki poruszało temat godzenia macierzyństwa z pracą zawodową. „Najlepsze chwile w życiu” to przyjrzenie się starości. Pojawiają się tu cztery przyjaciółki, wszystkie zaczynają mierzyć się z problemami właściwymi dla podeszłego wieku – albo z sytuacjami, które malejąca witalność tylko pogarsza. Sal mierzy się z bezrobociem, chorobą nowotworową oraz samotnością. Laura dowiaduje się, że jej mąż odchodzi do innej. Ella zaczyna odkrywać u siebie luki w pamięci. Claudia musi przeprowadzić się na wieś, chociaż kocha miejskie życie. W dodatku dorosłe dzieci wciąż sprawiają problemy, a los bywa wyjątkowo wredny, kiedy chodzi o torpedowanie planów oraz nieśmiałych życzeń. W egzystencję seniorek wcina się konieczność opanowania nowych mediów (jeśli chcą pozostać aktywne zawodowo), choroba afektywna dwubiegunowa (z różnych względów uciążliwa również dla bliskich), ale i nieoczekiwane romanse czy wielkie wzburzenia. Cztery bohaterki tego tomu są ze sobą bardzo związane – jednak o niektórych sprawach nie mogą rozmawiać nawet w najżyczliwszym gronie. Każda na nowo szuka swojej drogi i każda próbuje osiągnąć stabilizację po tym, jak jej uporządkowane życie się rozsypało.
Autorka nie oszczędza swoich bohaterek, sprowadza na nie kolejne ciosy bez względu na dotychczasowe doświadczenia i cierpienia. Pokazuje, jak łatwo w jednej chwili stracić szczęście i wiarę w najbliższych. Przez pewien czas Haran niemal upaja się ogromem dramatów: psuje wszystko, co można zepsuć i tworzy rzeczywistość jak z koszmarnego snu. A przy tym trafia w sedno, trudno odmówić jej racji i spostrzegawczości. Odzwierciedla to, co rzeczywiście przeżywać mogą starsze kobiety nieprzygotowane na bezlitosne prawa rynku czy rodzinne niesnaski. Przekonująco prezentuje i same reakcje otoczenia na niewesołe sytuacje. Zamiast czytania odbiorcy mają więc wrażenie uczestniczenia w egzystencji postaci. Ale literatura obyczajowa w wersji krzepiącej nie może przez cały czas przygnębiać, straszyć czy rejestrować rozczarowania. W związku z tym Haran szuka możliwości naprawienia krzywd. Każda z bohaterek z osobna może doświadczyć cennego pocieszenia. Każdą, nawet najgorszą sytuację autorka odwraca, uświadamiając czytelniczkom albo niewidoczne na pierwszy rzut oka rozwiązanie, albo… lekcję z przygody płynącą (i w konsekwencji siłę do znoszenia kolejnych przeciwności losu). I tu, mimo że opowieść toczy się tak samo (i podobnie brzmi narracja), tom wkracza w sferę pięknej baśni. Okazuje się, że przyjaciele nie zawodzą, a nieokreślone tęsknoty zostają znienacka zaspokojone. Źli dostają nauczkę, dobrzy – swoją nagrodę. Robi się zbyt pięknie, żeby mogło być prawdziwie – ale też po wielu trudnościach takie obrazki wydają się konieczne, żeby lekturę odbierać jednak jako rozrywkową.
„Najlepsze chwile w życiu” na początku są więc rejestrem obaw większej części społeczeństwa – ale wprowadzają też temat ważny w świecie, w którym panuje kult młodości. Autorka przedstawia fakty z perspektywy starszych bohaterek, więc łatwiej zagłębiać się w ich dylematy i prywatne lęki, w ich interpretacje wydarzeń i w ich poglądy na (dosyć stereotypowe) postawy członków rodzin. Maeve Haran rozwija narrację tak, żeby czytanie tomu przyniosło realne korzyści. Nakreśla sytuację starzejących się kobiet – tych, które nagle dla społeczeństwa robią się niewidzialne, i tych, które do końca walczą o niezależność, nie przejmując się opiniami innych. Jest to powieść apetyczna, mocno rozbudowana i w każdym fragmencie trafna. Ponieważ autorka szatkuje relację, dzieli ją między cztery bohaterki (a czasem i ich rodziny), w dodatku zgrabnie mnoży wątki, nie poprzestaje na tych ogólnych, które nadają rytm życiu postaci. „Najlepsze chwile w życiu” to powieść będąca wyzwaniem dla czytelniczek – zestawienie prawdopodobnych katastroficznych scenariuszy i dodających otuchy rozwiązań problemów. To też przede wszystkim tom z wprawą napisany.
Starość
Momentami podczas lektury tomu „Najlepsze chwile w życiu” przyjdzie się zastanawiać, czy Maeve Haran tworzy jeszcze literaturę, czy już po prostu odwzorowuje rzeczywistość z jej rozmaitymi koszmarami i społecznymi lękami. „Mieć wszystko” tej autorki poruszało temat godzenia macierzyństwa z pracą zawodową. „Najlepsze chwile w życiu” to przyjrzenie się starości. Pojawiają się tu cztery przyjaciółki, wszystkie zaczynają mierzyć się z problemami właściwymi dla podeszłego wieku – albo z sytuacjami, które malejąca witalność tylko pogarsza. Sal mierzy się z bezrobociem, chorobą nowotworową oraz samotnością. Laura dowiaduje się, że jej mąż odchodzi do innej. Ella zaczyna odkrywać u siebie luki w pamięci. Claudia musi przeprowadzić się na wieś, chociaż kocha miejskie życie. W dodatku dorosłe dzieci wciąż sprawiają problemy, a los bywa wyjątkowo wredny, kiedy chodzi o torpedowanie planów oraz nieśmiałych życzeń. W egzystencję seniorek wcina się konieczność opanowania nowych mediów (jeśli chcą pozostać aktywne zawodowo), choroba afektywna dwubiegunowa (z różnych względów uciążliwa również dla bliskich), ale i nieoczekiwane romanse czy wielkie wzburzenia. Cztery bohaterki tego tomu są ze sobą bardzo związane – jednak o niektórych sprawach nie mogą rozmawiać nawet w najżyczliwszym gronie. Każda na nowo szuka swojej drogi i każda próbuje osiągnąć stabilizację po tym, jak jej uporządkowane życie się rozsypało.
Autorka nie oszczędza swoich bohaterek, sprowadza na nie kolejne ciosy bez względu na dotychczasowe doświadczenia i cierpienia. Pokazuje, jak łatwo w jednej chwili stracić szczęście i wiarę w najbliższych. Przez pewien czas Haran niemal upaja się ogromem dramatów: psuje wszystko, co można zepsuć i tworzy rzeczywistość jak z koszmarnego snu. A przy tym trafia w sedno, trudno odmówić jej racji i spostrzegawczości. Odzwierciedla to, co rzeczywiście przeżywać mogą starsze kobiety nieprzygotowane na bezlitosne prawa rynku czy rodzinne niesnaski. Przekonująco prezentuje i same reakcje otoczenia na niewesołe sytuacje. Zamiast czytania odbiorcy mają więc wrażenie uczestniczenia w egzystencji postaci. Ale literatura obyczajowa w wersji krzepiącej nie może przez cały czas przygnębiać, straszyć czy rejestrować rozczarowania. W związku z tym Haran szuka możliwości naprawienia krzywd. Każda z bohaterek z osobna może doświadczyć cennego pocieszenia. Każdą, nawet najgorszą sytuację autorka odwraca, uświadamiając czytelniczkom albo niewidoczne na pierwszy rzut oka rozwiązanie, albo… lekcję z przygody płynącą (i w konsekwencji siłę do znoszenia kolejnych przeciwności losu). I tu, mimo że opowieść toczy się tak samo (i podobnie brzmi narracja), tom wkracza w sferę pięknej baśni. Okazuje się, że przyjaciele nie zawodzą, a nieokreślone tęsknoty zostają znienacka zaspokojone. Źli dostają nauczkę, dobrzy – swoją nagrodę. Robi się zbyt pięknie, żeby mogło być prawdziwie – ale też po wielu trudnościach takie obrazki wydają się konieczne, żeby lekturę odbierać jednak jako rozrywkową.
„Najlepsze chwile w życiu” na początku są więc rejestrem obaw większej części społeczeństwa – ale wprowadzają też temat ważny w świecie, w którym panuje kult młodości. Autorka przedstawia fakty z perspektywy starszych bohaterek, więc łatwiej zagłębiać się w ich dylematy i prywatne lęki, w ich interpretacje wydarzeń i w ich poglądy na (dosyć stereotypowe) postawy członków rodzin. Maeve Haran rozwija narrację tak, żeby czytanie tomu przyniosło realne korzyści. Nakreśla sytuację starzejących się kobiet – tych, które nagle dla społeczeństwa robią się niewidzialne, i tych, które do końca walczą o niezależność, nie przejmując się opiniami innych. Jest to powieść apetyczna, mocno rozbudowana i w każdym fragmencie trafna. Ponieważ autorka szatkuje relację, dzieli ją między cztery bohaterki (a czasem i ich rodziny), w dodatku zgrabnie mnoży wątki, nie poprzestaje na tych ogólnych, które nadają rytm życiu postaci. „Najlepsze chwile w życiu” to powieść będąca wyzwaniem dla czytelniczek – zestawienie prawdopodobnych katastroficznych scenariuszy i dodających otuchy rozwiązań problemów. To też przede wszystkim tom z wprawą napisany.
czwartek, 12 stycznia 2017
Monika Bryl: Rynek sztuki w Polsce. Poradnik dla kolekcjonerów i inwestorów
PWN, Warszawa 2016.
Początek kolekcji
Każdy może zostać kolekcjonerem dzieł sztuki: dla niektórych to inwestycja pewniejsza niż bankowe lokaty. Monika Bryl przygotowuje książkę, która pozwoli lepiej orientować się w świecie wytworów artystów – daje podstawy zajmowania się dziełami sztuki i charakteryzuje rynek z kilku perspektyw. Opowiada o pracy antykwariuszy i historyków sztuki, podaje przykładowe ceny prac (nie tylko z dziedziny malarstwa), ale komentuje też działalność fałszerzy. Tłumaczy, czym różni się kopia od repliki, a te od falsyfikatu, wyjaśnia, na jakie elementy zwracać uwagę, gdy chce się sprawdzić autentyczność dzieła. Sięga po cały arsenał chwytów od testów możliwych do wykonania przez niewprawnego amatora po metody fachowe. Mówi też o samym procesie tworzenia: o udziale uczniów artystów w produkowaniu dzieł, o odpowiedziach na zainteresowanie odbiorców. Nie umniejsza roli wyczucia – ale tu już żadne wskazówki nie pomogą. Chociaż momentami autorka sprawia wrażenie, jakby chciała nauczyć wykonywania ekspertyz (i demaskowania fałszerstw), znajduje miejsce i na całkowicie podstawowe komentarze. Uświadamia odbiorcom, jak powinna wyglądać rozmowa z marszandem i jakich błędów nie popełniać, żeby zyskać szansę na udane transakcje w przyszłości. Przeprowadza przez przydatne strony internetowe oraz miejsca o wysokiej renomie. Od czasu do czasu wprowadza też anegdoty ku przestrodze – dowody na to, że w świecie sztuki nie wszystko da się przewidzieć czy stuprocentowo ocenić.
W tomie pojawiają się informacje na temat poszczególnych zawodów związanych z obrotem dzieł sztuki, kwestie prawne obowiązujące na przykład antykwariuszy, ale i wiadomości na temat technik tworzenia (z wykorzystaniem różnych materiałów). Książka może się przydać również ciekawym tajników warsztatu. Wprawdzie wskazywanie na nieudolność czy niedokładność jako podstawowy wyróżnik falsyfikatu nie wydaje się argumentem do końca przekonującym, ale Monika Bryl w trakcie wywodu dość dokładnie analizuje rozmaite wpadki fałszerzy – niewłaściwy dobór materiałów lub nieodpowiednie do epoki wykończenia, a nawet nieumiejętne patynowanie. To wszystko może nie wychowa pokolenia znawców na pierwszy rzut oka właściwie oceniających wartość dzieła, ale pozwoli zainteresowanym tematem przynajmniej wejść w świat rynku sztuki. Oczywiście w książce jest też mowa o dokumentacjach i ekspertyzach – ale nie do wszystkich dzieł odnosi się to w podobnym stopniu. Monika Bryl podpowiada, jak zostać kolekcjonerem, ale nauczy też odpowiednich działań tych, którzy chcieliby sprzedać posiadane obrazy czy przedmioty. Ta autorka do tematu rynku sztuki w Polsce podchodzi kompleksowo. Z jednej strony zaspokaja ciekawość zwykłych obserwatorów (tym najbardziej spodoba się rozdział z astronomicznymi cenami za niektóre dzieła), z drugiej – przekazuje i od razu pogłębia wiedzę na temat przedmiotów z przeszłości. Co ciekawe, nie ceni sztuki współczesnej (albo jako znak naszych czasów pokazuje tandetę i kicz), zajmuje się tym, co już uznane. Ta książka staje się podręcznikiem dla muzealników i antykwariuszy, a i dla prywatnych kolekcjonerów, może być też ciekawym uzupełnieniem dla tych, którzy zaczynają zajmować się sztuką. W aneksie pojawia się kilka fotograficznych przykładów dzieł i ich kopii z zaznaczeniem, na co zwrócić uwagę przy ocenianiu przedmiotu – i to również element cenny dla czytelników, zgrabnie podsumowujący wskazówki z książki. Monika Bryl chce zapełnić lukę w pisaniu o rynku sztuki – proponuje czytelnikom potężny i dobrze przygotowany tom, który przyniesie odpowiedzi na wiele pytań. Ta autorka budzi zaufanie, może więc wprowadzić odbiorców w mechanizmy handlu dziełami sztuki. Robi to fachowo i z uwzględnieniem sporej dawki smakowitych historii.
Początek kolekcji
Każdy może zostać kolekcjonerem dzieł sztuki: dla niektórych to inwestycja pewniejsza niż bankowe lokaty. Monika Bryl przygotowuje książkę, która pozwoli lepiej orientować się w świecie wytworów artystów – daje podstawy zajmowania się dziełami sztuki i charakteryzuje rynek z kilku perspektyw. Opowiada o pracy antykwariuszy i historyków sztuki, podaje przykładowe ceny prac (nie tylko z dziedziny malarstwa), ale komentuje też działalność fałszerzy. Tłumaczy, czym różni się kopia od repliki, a te od falsyfikatu, wyjaśnia, na jakie elementy zwracać uwagę, gdy chce się sprawdzić autentyczność dzieła. Sięga po cały arsenał chwytów od testów możliwych do wykonania przez niewprawnego amatora po metody fachowe. Mówi też o samym procesie tworzenia: o udziale uczniów artystów w produkowaniu dzieł, o odpowiedziach na zainteresowanie odbiorców. Nie umniejsza roli wyczucia – ale tu już żadne wskazówki nie pomogą. Chociaż momentami autorka sprawia wrażenie, jakby chciała nauczyć wykonywania ekspertyz (i demaskowania fałszerstw), znajduje miejsce i na całkowicie podstawowe komentarze. Uświadamia odbiorcom, jak powinna wyglądać rozmowa z marszandem i jakich błędów nie popełniać, żeby zyskać szansę na udane transakcje w przyszłości. Przeprowadza przez przydatne strony internetowe oraz miejsca o wysokiej renomie. Od czasu do czasu wprowadza też anegdoty ku przestrodze – dowody na to, że w świecie sztuki nie wszystko da się przewidzieć czy stuprocentowo ocenić.
W tomie pojawiają się informacje na temat poszczególnych zawodów związanych z obrotem dzieł sztuki, kwestie prawne obowiązujące na przykład antykwariuszy, ale i wiadomości na temat technik tworzenia (z wykorzystaniem różnych materiałów). Książka może się przydać również ciekawym tajników warsztatu. Wprawdzie wskazywanie na nieudolność czy niedokładność jako podstawowy wyróżnik falsyfikatu nie wydaje się argumentem do końca przekonującym, ale Monika Bryl w trakcie wywodu dość dokładnie analizuje rozmaite wpadki fałszerzy – niewłaściwy dobór materiałów lub nieodpowiednie do epoki wykończenia, a nawet nieumiejętne patynowanie. To wszystko może nie wychowa pokolenia znawców na pierwszy rzut oka właściwie oceniających wartość dzieła, ale pozwoli zainteresowanym tematem przynajmniej wejść w świat rynku sztuki. Oczywiście w książce jest też mowa o dokumentacjach i ekspertyzach – ale nie do wszystkich dzieł odnosi się to w podobnym stopniu. Monika Bryl podpowiada, jak zostać kolekcjonerem, ale nauczy też odpowiednich działań tych, którzy chcieliby sprzedać posiadane obrazy czy przedmioty. Ta autorka do tematu rynku sztuki w Polsce podchodzi kompleksowo. Z jednej strony zaspokaja ciekawość zwykłych obserwatorów (tym najbardziej spodoba się rozdział z astronomicznymi cenami za niektóre dzieła), z drugiej – przekazuje i od razu pogłębia wiedzę na temat przedmiotów z przeszłości. Co ciekawe, nie ceni sztuki współczesnej (albo jako znak naszych czasów pokazuje tandetę i kicz), zajmuje się tym, co już uznane. Ta książka staje się podręcznikiem dla muzealników i antykwariuszy, a i dla prywatnych kolekcjonerów, może być też ciekawym uzupełnieniem dla tych, którzy zaczynają zajmować się sztuką. W aneksie pojawia się kilka fotograficznych przykładów dzieł i ich kopii z zaznaczeniem, na co zwrócić uwagę przy ocenianiu przedmiotu – i to również element cenny dla czytelników, zgrabnie podsumowujący wskazówki z książki. Monika Bryl chce zapełnić lukę w pisaniu o rynku sztuki – proponuje czytelnikom potężny i dobrze przygotowany tom, który przyniesie odpowiedzi na wiele pytań. Ta autorka budzi zaufanie, może więc wprowadzić odbiorców w mechanizmy handlu dziełami sztuki. Robi to fachowo i z uwzględnieniem sporej dawki smakowitych historii.
środa, 11 stycznia 2017
Dorota Masłowska: Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną
Noir sur Blanc, Warszawa 2016.
Dojrzewanie
Ta książka na początku XXI wieku zrobiła furorę na polskim rynku wydawniczym i sprawiła, że jedni Dorotę Masłowską pokochali natychmiast i trwale, a drudzy od razu i ostatecznie przekreślili. Jedni w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” się zaczytywali, inni odkładali tom po kilku stronach, zniechęceni formą (i tematyką). „Wojna polsko-ruska” z przymrużeniem oka zamieniła się w potężną wojnę czytelników. O tym, co Masłowska, pisało wielu (zwłaszcza młodych zbuntowanych lub pozujących na takich), ale tak jak tej autorce nikomu nie udało się przedstawić świata – widzianego przez spisanych na straty młodych degeneratów.
To Silny, czyli Robakoski Andrzej, prowadzi tę relację, pełną zawirowań i prywatnych dramatów. Silny dowiaduje się o ciąży swojej dziewczyny, a że niezwykle łatwo wyprowadzić go z równowagi – znajduje sobie inne partnerki, równie pokaleczone przez życie jak on sam. Bo Silny, chociaż niczego jeszcze w życiu nie dokonał (i raczej nie ma szans dokonać), ból istnienia przeżywa dotkliwie. Zagłusza go narkotykami i alkoholem, przez co nikt nie ma do niego dostępu. To w głowie Silnego rozgrywają się najwyraźniej wszelkie możliwe scenariusze. Silny nie wyrwie się ze swojego świata, a inni będą co najwyżej potwierdzać, że innej rzeczywistości nie ma. To świat ludzi przegranych na starcie – definiowanych wyłącznie przez imprezy, używki, przypadkowy seks, niechciane ciąże, przekleństwa i językową niechlujność. Bo to, co dzieje się w ramach fabuły, to w zasadzie tylko przykrywka, ograny schemat znany i z literatury, i z życia. Międzyludzkie relacje Masłowska wyostrza, ale tu tylko naśladuje blokową codzienność. Zupełnie inaczej jest w warstwie narracji, w tym monologu wewnętrznym, którego Silny nie zaprezentuje światu. W tej kwestii nawet budzący odrazę bohaterowie potrafią zaskoczyć filozoficzną analizą egzystencji lub poetyckim spostrzeżeniem. I oni przecież przeżywają, nawet jeśli uczucia uzewnętrzniać mogą jedynie w sposób nieakceptowany przez społeczeństwo.
Język jest najważniejszym bohaterem książki Doroty Masłowskiej, nawet jeśli ona sama w autoironicznym portrecie przewijać się będzie przez część historii. Robakoski Andrzej nie potrzebuje przestrzegać reguł gramatyki (czy poprawnej wymowy), żeby został zrozumiany. Silny nie tylko wplata w swoje wywody najczęstsze (najbardziej wyśmiewane, rażące, ale i tak powszechne) błędy językowe. On opowiada w specyficznym rytmie, stylu, który dobrze go definiuje, a jednocześnie maskuje marazm. Dzisiaj już wiadomo, że każdą kolejną książkę Masłowska tworzy w innej stylistyce, gra z czytelnikami i zmusza ich do ciągłego weryfikowania poglądów. Już samym doborem fraz coś ogłasza, definiuje bohatera i ocenia go jednocześnie, ale bez opowiadania się po jakiejkolwiek stronie. Silny wygrywa szczerością, chociaż bywa wulgarny, dostrzega to, co umknie „zwyczajnym” ludziom. Teraz „Wojna polsko-ruska” wraca na rynek w wydaniu bardziej ekskluzywnym (i w innym wydawnictwie). To już publikacja dla koneserów, dla tych, którzy Masłowskiej uwierzyli w jej kreacje rzeczywistości. Świadectwo czasów, wyobraźni i językowych możliwości, ale też ciekawostka socjologiczna. Widać, jak niewiele ze slangu wykorzystała autorka i jak bawiła się intertekstualiami (spis inspiracji znalazł się pod koniec książki) – tu efekt uzyskuje się przez sposób cięcia fraz, bohaterowie mówią niemal jednym głosem – i jest to automatycznie i parodia, i odzwierciedlenie języka pewnej części społeczeństwa. Tak ujawnia się i wielowymiarowość „Wojny polsko-ruskiej”. Dorota Masłowska pisze dojrzale – unika naiwności i banałów przy prezentowaniu oceny młodego pokolenia, proponuje ostrą satyrę, ale wobec postaci z tego tomu potrafi być bardzo wyrozumiała. Dobrze, że ta książka powraca teraz na rynek: Masłowska nie rozpieszcza swoich fanów zbyt częstymi publikacjami, a warto sięgnąć po ten tom z perspektywy czasu – bez emocji i nawiązań do okołoliterackich dyskusji.
Dojrzewanie
Ta książka na początku XXI wieku zrobiła furorę na polskim rynku wydawniczym i sprawiła, że jedni Dorotę Masłowską pokochali natychmiast i trwale, a drudzy od razu i ostatecznie przekreślili. Jedni w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” się zaczytywali, inni odkładali tom po kilku stronach, zniechęceni formą (i tematyką). „Wojna polsko-ruska” z przymrużeniem oka zamieniła się w potężną wojnę czytelników. O tym, co Masłowska, pisało wielu (zwłaszcza młodych zbuntowanych lub pozujących na takich), ale tak jak tej autorce nikomu nie udało się przedstawić świata – widzianego przez spisanych na straty młodych degeneratów.
To Silny, czyli Robakoski Andrzej, prowadzi tę relację, pełną zawirowań i prywatnych dramatów. Silny dowiaduje się o ciąży swojej dziewczyny, a że niezwykle łatwo wyprowadzić go z równowagi – znajduje sobie inne partnerki, równie pokaleczone przez życie jak on sam. Bo Silny, chociaż niczego jeszcze w życiu nie dokonał (i raczej nie ma szans dokonać), ból istnienia przeżywa dotkliwie. Zagłusza go narkotykami i alkoholem, przez co nikt nie ma do niego dostępu. To w głowie Silnego rozgrywają się najwyraźniej wszelkie możliwe scenariusze. Silny nie wyrwie się ze swojego świata, a inni będą co najwyżej potwierdzać, że innej rzeczywistości nie ma. To świat ludzi przegranych na starcie – definiowanych wyłącznie przez imprezy, używki, przypadkowy seks, niechciane ciąże, przekleństwa i językową niechlujność. Bo to, co dzieje się w ramach fabuły, to w zasadzie tylko przykrywka, ograny schemat znany i z literatury, i z życia. Międzyludzkie relacje Masłowska wyostrza, ale tu tylko naśladuje blokową codzienność. Zupełnie inaczej jest w warstwie narracji, w tym monologu wewnętrznym, którego Silny nie zaprezentuje światu. W tej kwestii nawet budzący odrazę bohaterowie potrafią zaskoczyć filozoficzną analizą egzystencji lub poetyckim spostrzeżeniem. I oni przecież przeżywają, nawet jeśli uczucia uzewnętrzniać mogą jedynie w sposób nieakceptowany przez społeczeństwo.
Język jest najważniejszym bohaterem książki Doroty Masłowskiej, nawet jeśli ona sama w autoironicznym portrecie przewijać się będzie przez część historii. Robakoski Andrzej nie potrzebuje przestrzegać reguł gramatyki (czy poprawnej wymowy), żeby został zrozumiany. Silny nie tylko wplata w swoje wywody najczęstsze (najbardziej wyśmiewane, rażące, ale i tak powszechne) błędy językowe. On opowiada w specyficznym rytmie, stylu, który dobrze go definiuje, a jednocześnie maskuje marazm. Dzisiaj już wiadomo, że każdą kolejną książkę Masłowska tworzy w innej stylistyce, gra z czytelnikami i zmusza ich do ciągłego weryfikowania poglądów. Już samym doborem fraz coś ogłasza, definiuje bohatera i ocenia go jednocześnie, ale bez opowiadania się po jakiejkolwiek stronie. Silny wygrywa szczerością, chociaż bywa wulgarny, dostrzega to, co umknie „zwyczajnym” ludziom. Teraz „Wojna polsko-ruska” wraca na rynek w wydaniu bardziej ekskluzywnym (i w innym wydawnictwie). To już publikacja dla koneserów, dla tych, którzy Masłowskiej uwierzyli w jej kreacje rzeczywistości. Świadectwo czasów, wyobraźni i językowych możliwości, ale też ciekawostka socjologiczna. Widać, jak niewiele ze slangu wykorzystała autorka i jak bawiła się intertekstualiami (spis inspiracji znalazł się pod koniec książki) – tu efekt uzyskuje się przez sposób cięcia fraz, bohaterowie mówią niemal jednym głosem – i jest to automatycznie i parodia, i odzwierciedlenie języka pewnej części społeczeństwa. Tak ujawnia się i wielowymiarowość „Wojny polsko-ruskiej”. Dorota Masłowska pisze dojrzale – unika naiwności i banałów przy prezentowaniu oceny młodego pokolenia, proponuje ostrą satyrę, ale wobec postaci z tego tomu potrafi być bardzo wyrozumiała. Dobrze, że ta książka powraca teraz na rynek: Masłowska nie rozpieszcza swoich fanów zbyt częstymi publikacjami, a warto sięgnąć po ten tom z perspektywy czasu – bez emocji i nawiązań do okołoliterackich dyskusji.
wtorek, 10 stycznia 2017
Laurence Yep: Poradnik dla smoków. Żywienie i wychowanie ludzi
IUVI, Kraków 2016.
Przyjaźń
„Poradnik dla smoków. Żywienie i wychowanie ludzi” zakłada, że tym razem to baśniowe stwory podporządkują sobie przedstawicieli homo sapiens i potraktują jak domowe zwierzątka. Smoczyca, panna Drake, jest zresztą przekonana o swojej wyższości nad każdym człowiekiem, ale już wie, że do takich pupili też można się przywiązać. Chociaż inne smoki wyśmiałyby ją za to, panna Drake przeżywa właśnie żałobę po śmierci Kudłatej. Wyjątkowo inteligentna człowieczka została jej przyjaciółką, jej rola nie sprowadzała się tylko do zapewniania rozrywki. Ale teraz Kudłatej już nie ma i nikt nie zrozumie żalu po niej. Nikt poza Winnie. Kudłata – w ludzkim świecie Amelia – była cioteczną babką Winnie i mała dziewczynka poznała jej sekrety. Otrzymała także klucz do mieszkania panny Drake i szereg wskazówek co do zachowywania się wobec smoka. Kudłata wiedziała, że i panna Drake, i Winnie będą za nią tęsknić – i dała im szansę zawarcia nowej, cennej przyjaźni. Tylko że to wyjątkowo trudne, skoro Winnie jest wścibska i nachalna, a panna Drake nie przywykła do ustępowania podopiecznym.
Laurence Yep tworzy przewrotną bajkę o prawdziwie silnym uczuciu. Stara smoczyca i dziesięciolatka to mieszanka wybuchowa – a jednak mimo pozorów surowości (panna Drake) i bezczelności (Winnie) udaje się bohaterkom nawiązać kontakt. Stopniowo stają się dla siebie ważne, wzruszająca jest też troska, jaką się wzajemnie darzą. To już nie relacja właścicielki „zwierzątka” i pupila, a coraz wyraźniejsze przymierze. Yep bawi się kontrastem między postaciami, dba o to, żeby podkreślić różnice w charakterze i w podejściu do codzienności. Bohaterki mogą się wzajemnie inspirować lub uczyć czegoś od siebie, kiedy są razem, nie boją się żadnych wyzwań. Dla obu to pouczające doświadczenie, które pomaga oswoić smutek po rozstaniu z Kudłatą-Amelią. I chociaż tytuł zapowiada inną formę, dzieciom przypadnie do gustu przejście w świat powieści-bajki.
Trochę Laurence Yep szuka rozwiązań w warstwie fabularnej. Przede wszystkim nie ma lepszego pomysłu na cel działań postaci – doprowadza do ich spotkania i musi się trochę wysilić, żeby zmotywować do wspólnej pracy. Rozrabia, jak łatwo się domyślić, Winnie: w magicznym szkicowniku rysuje wiele stworów, które ożyją i rozbiegną się po okolicy. Trzeba je wyłapać, zanim stanie się coś złego. Ale dziewczynka, choć świadoma powagi sytuacji, nie do wszystkich przewinień chce się przyznać, zmusi więc pannę Drake do nieustannego improwizowania i szukania ratunku nie tylko w magii. Oś fabularna wydaje się tu zbyt prosta, ale też sama powieść utrzymana jest w rytmie pop i nie potrzebuje rozbudowanej siatki motywów, Yep i tak zbierze wyrazy uznania za odwrócenie perspektywy.
Narrację prowadzi w tomie stara i doświadczona smoczyca, która na dziecku może robić wrażenie surowej, ale w rzeczywistości jest po prostu mądra. W dodatku panna Drake nie stroni od ironii – na tym szkicuje się zresztą jej charakter – prezentuje również zaskoczenie wyczynami Winnie. Podstawowym środkiem tworzącym klimat książki staje się humor płynący z przeciwieństw i odwrócenia ról. Zwykle w historiach z literatury czwartej to dziecko musi udowodnić swój spryt czy dojrzeć do odwagi. Tutaj dziecko od początku jest rezolutne i nie zna lęku, za to do defensywy zepchnięta zostanie smoczyca. Laurence Yep sprawia wrażenie, jakby doskonale się bawił opowieścią już na etapie zetknięcia ze sobą dwóch sprzecznych charakterów. W efekcie może zaproponować odbiorcom niewymagającą zbytniego wysiłku opowieść, prostą historię o niezwykłej przyjaźni. W pakiecie czytelnicy dostaną mnóstwo żartów, ale też i sporo wzruszeń. Otwarte pozostaje pytanie, kto kogo w tym świecie wychowuje – bo i panna Drake, i Winnie znajdą swoich zwolenników wyjątkowo łatwo. Ta książka to przedstawienie jednej wyjątkowej przygody z ciekawego – bo nieoczywistego – punktu widzenia.
Przyjaźń
„Poradnik dla smoków. Żywienie i wychowanie ludzi” zakłada, że tym razem to baśniowe stwory podporządkują sobie przedstawicieli homo sapiens i potraktują jak domowe zwierzątka. Smoczyca, panna Drake, jest zresztą przekonana o swojej wyższości nad każdym człowiekiem, ale już wie, że do takich pupili też można się przywiązać. Chociaż inne smoki wyśmiałyby ją za to, panna Drake przeżywa właśnie żałobę po śmierci Kudłatej. Wyjątkowo inteligentna człowieczka została jej przyjaciółką, jej rola nie sprowadzała się tylko do zapewniania rozrywki. Ale teraz Kudłatej już nie ma i nikt nie zrozumie żalu po niej. Nikt poza Winnie. Kudłata – w ludzkim świecie Amelia – była cioteczną babką Winnie i mała dziewczynka poznała jej sekrety. Otrzymała także klucz do mieszkania panny Drake i szereg wskazówek co do zachowywania się wobec smoka. Kudłata wiedziała, że i panna Drake, i Winnie będą za nią tęsknić – i dała im szansę zawarcia nowej, cennej przyjaźni. Tylko że to wyjątkowo trudne, skoro Winnie jest wścibska i nachalna, a panna Drake nie przywykła do ustępowania podopiecznym.
Laurence Yep tworzy przewrotną bajkę o prawdziwie silnym uczuciu. Stara smoczyca i dziesięciolatka to mieszanka wybuchowa – a jednak mimo pozorów surowości (panna Drake) i bezczelności (Winnie) udaje się bohaterkom nawiązać kontakt. Stopniowo stają się dla siebie ważne, wzruszająca jest też troska, jaką się wzajemnie darzą. To już nie relacja właścicielki „zwierzątka” i pupila, a coraz wyraźniejsze przymierze. Yep bawi się kontrastem między postaciami, dba o to, żeby podkreślić różnice w charakterze i w podejściu do codzienności. Bohaterki mogą się wzajemnie inspirować lub uczyć czegoś od siebie, kiedy są razem, nie boją się żadnych wyzwań. Dla obu to pouczające doświadczenie, które pomaga oswoić smutek po rozstaniu z Kudłatą-Amelią. I chociaż tytuł zapowiada inną formę, dzieciom przypadnie do gustu przejście w świat powieści-bajki.
Trochę Laurence Yep szuka rozwiązań w warstwie fabularnej. Przede wszystkim nie ma lepszego pomysłu na cel działań postaci – doprowadza do ich spotkania i musi się trochę wysilić, żeby zmotywować do wspólnej pracy. Rozrabia, jak łatwo się domyślić, Winnie: w magicznym szkicowniku rysuje wiele stworów, które ożyją i rozbiegną się po okolicy. Trzeba je wyłapać, zanim stanie się coś złego. Ale dziewczynka, choć świadoma powagi sytuacji, nie do wszystkich przewinień chce się przyznać, zmusi więc pannę Drake do nieustannego improwizowania i szukania ratunku nie tylko w magii. Oś fabularna wydaje się tu zbyt prosta, ale też sama powieść utrzymana jest w rytmie pop i nie potrzebuje rozbudowanej siatki motywów, Yep i tak zbierze wyrazy uznania za odwrócenie perspektywy.
Narrację prowadzi w tomie stara i doświadczona smoczyca, która na dziecku może robić wrażenie surowej, ale w rzeczywistości jest po prostu mądra. W dodatku panna Drake nie stroni od ironii – na tym szkicuje się zresztą jej charakter – prezentuje również zaskoczenie wyczynami Winnie. Podstawowym środkiem tworzącym klimat książki staje się humor płynący z przeciwieństw i odwrócenia ról. Zwykle w historiach z literatury czwartej to dziecko musi udowodnić swój spryt czy dojrzeć do odwagi. Tutaj dziecko od początku jest rezolutne i nie zna lęku, za to do defensywy zepchnięta zostanie smoczyca. Laurence Yep sprawia wrażenie, jakby doskonale się bawił opowieścią już na etapie zetknięcia ze sobą dwóch sprzecznych charakterów. W efekcie może zaproponować odbiorcom niewymagającą zbytniego wysiłku opowieść, prostą historię o niezwykłej przyjaźni. W pakiecie czytelnicy dostaną mnóstwo żartów, ale też i sporo wzruszeń. Otwarte pozostaje pytanie, kto kogo w tym świecie wychowuje – bo i panna Drake, i Winnie znajdą swoich zwolenników wyjątkowo łatwo. Ta książka to przedstawienie jednej wyjątkowej przygody z ciekawego – bo nieoczywistego – punktu widzenia.
poniedziałek, 9 stycznia 2017
Disney: Vaiana. Skarb oceanu
Egmont, Warszawa 2016.
Legenda
„Vaiana. Skarb oceanu” to publikacja, która fanom filmu przypomni szereg zabawnych scenek i gagów, a tym, którzy filmu nie widzieli, uświadomi urok wesołych historii. Vaiana to nastoletnia córka wodza i kolejna niezłomna bohaterka, która wiele poświęci, by realizować marzenia. Jest niezwykła ze względu na swoją wrażliwość i odwagę, ale ma też dar porozumiewania się z oceanem. Matunui, jej rodzinna wyspa, przez ojca nazywana jest rajem – ale Vaiana wie, że dzieje się coraz gorzej i ludowi, którym w przyszłości powinna rządzić, przyda się pomoc. Trzeba w tym celu odzyskać serce wyspy, a umożliwi to wsparcie wytatuowanego półboga, narcystycznego i niezbyt rozgarniętego Maui. Vaiana i Maui ruszają na niebezpieczną, pełną przygód wyprawę – a „Skarb oceanu” jest relacją z ich podróży. W trakcie tej eskapady bohaterowie będą walczyć z kokosowymi piratami i wielkim krabem, ale też z własnymi słabościami i wzajemnymi uprzedzeniami. Bo skoro to Disney i misja musi zakończyć się sukcesem, ważne, żeby droga do celu była jak najbardziej urozmaicona, a do tego oczywiście komiczna.
Wszystko, co przekazywane w legendach, jest prawdziwe. Tatuaże na ciele Maui ożywają i stanowią coś w rodzaju ekranu – lub sarkastycznego komentarza do działań. Sytuację ubarwiają też zabrane w podróż zwierzęta (kogut, który w zasadzie nie powinien w ogóle dożyć tego momentu!), a i chimeryczny ocean, zachowujący własne zdanie w różnych okolicznościach. Towarzystwo zostało dobrane idealnie tak, by podczas samotniczej wyprawy nikomu nie brakowało towarzystwa.
Książka stworzona została nawet nie na bazie scenariusza, a gotowego obrazu filmowego – czytelnicy otrzymają zatem szereg opisów humorystycznych i umiejętnie przekazujących dowcipy sytuacyjne. Nie giną w narracji detale, które zapewniają śmiech publiczności – nawet najdrobniejsze żarty zyskują tu mocne podkreślenie. W efekcie „Skarb oceanu” nie musi funkcjonować jako lektura wtórna, mniej wartościowa niż film – przynosi sporo rozrywki. Adaptacja ma oczywiście też swoje wady, ale w tym wypadku jedyną i słabo przez dzieci wyczuwaną będzie dość swobodny stosunek do czasów w opisach akcji (przeszły, standardowy dla przezroczystej narracji zmienia się nieoczekiwanie w teraźniejszy, kiedy należy podkreślić dynamizm wydarzeń czy „dramaty” w co bardziej żywiołowych scenach). Tu każdy jest po coś i nawet gdy da się przewidzieć puentę żartu, nie odczuwa się tego jako przykrości. „Vaiana” to historia, która toczy się lekko i skonstruowana została dla rozrywki (bez względu na morały dla najmłodszych odbiorców).
Krótka to książka, ale dość zgrabna. Stworzona z myślą o dobrej zabawie czytelników. Udowadnia, że można przenieść scenariusz filmowy (z opracowywanymi jako obrazy śmiesznymi sytuacjami) bez strat komizmu, a i zaproponować opowieść wolną od schematów fabularnych. Wprawdzie charaktery odnoszą się do lubianych przez publiczność typów postaci, ale nie narzuca się to jako wada podczas czytania. Z jednej strony pojawia się w tomiku akcja tradycyjna – zagrożenia i pułapki w drodze do celu, z drugiej – istnieje stały konflikt między parą bohaterów. Humor przywoływany na wielu płaszczyznach to gwarancja, że dzieciom spodoba się ta publikacja. Vaiana niesie w sobie klasyczne cechy odważnej bohaterki, która pokona zarówno opór rodziców, jak i przeszkody, z którymi nikt sobie nie poradzi – jako taka pomaga dzieciom uwierzyć w siebie. Maui z kolei przeciwstawiany jest bystrości i odwadze dziewczyny, ale sprawdza się jako wierny kompan podróży. Wiele w tej książce motywów znanych lub rozpoznawalnych – ale składają się one na ciekawą całość.
Legenda
„Vaiana. Skarb oceanu” to publikacja, która fanom filmu przypomni szereg zabawnych scenek i gagów, a tym, którzy filmu nie widzieli, uświadomi urok wesołych historii. Vaiana to nastoletnia córka wodza i kolejna niezłomna bohaterka, która wiele poświęci, by realizować marzenia. Jest niezwykła ze względu na swoją wrażliwość i odwagę, ale ma też dar porozumiewania się z oceanem. Matunui, jej rodzinna wyspa, przez ojca nazywana jest rajem – ale Vaiana wie, że dzieje się coraz gorzej i ludowi, którym w przyszłości powinna rządzić, przyda się pomoc. Trzeba w tym celu odzyskać serce wyspy, a umożliwi to wsparcie wytatuowanego półboga, narcystycznego i niezbyt rozgarniętego Maui. Vaiana i Maui ruszają na niebezpieczną, pełną przygód wyprawę – a „Skarb oceanu” jest relacją z ich podróży. W trakcie tej eskapady bohaterowie będą walczyć z kokosowymi piratami i wielkim krabem, ale też z własnymi słabościami i wzajemnymi uprzedzeniami. Bo skoro to Disney i misja musi zakończyć się sukcesem, ważne, żeby droga do celu była jak najbardziej urozmaicona, a do tego oczywiście komiczna.
Wszystko, co przekazywane w legendach, jest prawdziwe. Tatuaże na ciele Maui ożywają i stanowią coś w rodzaju ekranu – lub sarkastycznego komentarza do działań. Sytuację ubarwiają też zabrane w podróż zwierzęta (kogut, który w zasadzie nie powinien w ogóle dożyć tego momentu!), a i chimeryczny ocean, zachowujący własne zdanie w różnych okolicznościach. Towarzystwo zostało dobrane idealnie tak, by podczas samotniczej wyprawy nikomu nie brakowało towarzystwa.
Książka stworzona została nawet nie na bazie scenariusza, a gotowego obrazu filmowego – czytelnicy otrzymają zatem szereg opisów humorystycznych i umiejętnie przekazujących dowcipy sytuacyjne. Nie giną w narracji detale, które zapewniają śmiech publiczności – nawet najdrobniejsze żarty zyskują tu mocne podkreślenie. W efekcie „Skarb oceanu” nie musi funkcjonować jako lektura wtórna, mniej wartościowa niż film – przynosi sporo rozrywki. Adaptacja ma oczywiście też swoje wady, ale w tym wypadku jedyną i słabo przez dzieci wyczuwaną będzie dość swobodny stosunek do czasów w opisach akcji (przeszły, standardowy dla przezroczystej narracji zmienia się nieoczekiwanie w teraźniejszy, kiedy należy podkreślić dynamizm wydarzeń czy „dramaty” w co bardziej żywiołowych scenach). Tu każdy jest po coś i nawet gdy da się przewidzieć puentę żartu, nie odczuwa się tego jako przykrości. „Vaiana” to historia, która toczy się lekko i skonstruowana została dla rozrywki (bez względu na morały dla najmłodszych odbiorców).
Krótka to książka, ale dość zgrabna. Stworzona z myślą o dobrej zabawie czytelników. Udowadnia, że można przenieść scenariusz filmowy (z opracowywanymi jako obrazy śmiesznymi sytuacjami) bez strat komizmu, a i zaproponować opowieść wolną od schematów fabularnych. Wprawdzie charaktery odnoszą się do lubianych przez publiczność typów postaci, ale nie narzuca się to jako wada podczas czytania. Z jednej strony pojawia się w tomiku akcja tradycyjna – zagrożenia i pułapki w drodze do celu, z drugiej – istnieje stały konflikt między parą bohaterów. Humor przywoływany na wielu płaszczyznach to gwarancja, że dzieciom spodoba się ta publikacja. Vaiana niesie w sobie klasyczne cechy odważnej bohaterki, która pokona zarówno opór rodziców, jak i przeszkody, z którymi nikt sobie nie poradzi – jako taka pomaga dzieciom uwierzyć w siebie. Maui z kolei przeciwstawiany jest bystrości i odwadze dziewczyny, ale sprawdza się jako wierny kompan podróży. Wiele w tej książce motywów znanych lub rozpoznawalnych – ale składają się one na ciekawą całość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






