Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Powrót
Nie ma jak opisać tomu wspomnień piwnicznych Leszka Długosza „Pod Baranami. Ten szczęsny czas”, skoro najlepszą autorecenzję proponuje sam autor, zamykając książkę. Na potrzeby odmalowania atmosfery Piwnicy pod Baranami musi zrezygnować ze skrupulatnych kronikarskich wyliczeń, z odnotowywania krok po kroku, kto, co i w jaki sposób. Matematyczne podejście, choć może przydatne kolejnemu pokoleniu badaczy, to zabieg nie do przyjęcia dla trzonu Piwniczan. Ponadto memuary rządzą się swoimi prawami – i artystyczne uwagi bardziej się tu sprawdzają. Leszek Długosz decyduje się na impresje, gdzieniegdzie przetykane anegdotą lub piosenką. Powraca myślami do chwil spędzanych w Piwnicy i doskonale wie, że mimo starań nie uda się tego przełożyć na opisy obiektywne i zrozumiałe dla postronnych. Wybiera zatem zanurzenie się w klimacie Piwnicy, przedstawia sylwetki najbardziej kojarzonych twórców i w lekko onirycznym, gawędziarsko-poetyckim wywodzie jeszcze raz przenosi się w najlepsze czasy Piwnicy pod Baranami. Bez pouczania potomnych, bez rzetelnego przeszukiwania archiwów. Stawia na własne wrażenia, wiedząc, że podobne świadectwo uczestnika wydarzeń artystycznych będzie równie cenne co „mędrca szkiełko i oko”. Czytelnikom zapewnia natomiast przedziwną podróż w czasie.
Owa podróż w czasie zaczyna się na planie języka. Leszek Długosz posługuje się piękną literacką polszczyzną, która w zalewie bylejakości i kolokwializmów wybrzmiewa wręcz nierealnie. Nie boi się złożonych konstrukcji zdaniowych, potrafi stosować imiesłowy, a jego tekst ma swoją charakterystyczną melodię – jeśli do tego dodać jeszcze specyficzną manierę, która nakazuje upiększać rzeczy trywialne, otrzymujemy opowieść nietransparentną. Kuszącą z jednej strony archaicznością, z drugiej natomiast – konceptem. Długosz potrafi bowiem prezentować anegdoty obyczajowe z wyczuciem puenty. Tekstowa elegancja wyklucza ostre rozwiązywanie konfliktów, nawet w motywach, które wywołują niezgodę autora, zwycięża klasa. O ile kilka dekad wstecz takie rozwiązania narracyjne nikogo nie mogły dziwić, o tyle dzisiaj stanowią już niemal ewenement i to nie tylko w pisarstwie memuarowym.
Leszek Długosz przywołuje postacie z Piwnicy, tworząc ich migotliwe i szybkie charakterystyki, zawsze życzliwie i z nutą nostalgii. Nie pisze przecież o postaciach anonimowych (chociaż interesują go również ci, którzy poza sceną dbali o Piwnicę). Przedstawia oczywiście Piotra (zwanego Skrzynią, rzadko w pisaniu o Skrzyneckim się to spotyka), Ewę Demarczyk, Dymnego, Krzysztofa Litwina czy Krystynę Zachwatowicz – i wielu innych. Odnotowuje adresy, składniki kabaretu, czasem wyzwania, czasem sztuczki na pozbycie się złych nawyków wykonawców. Przytacza fragmenty utworów i reakcje widowni. Wszystko nie po to, żeby stworzyć monografię Piwnicy pod Baranami, od tego Długosz jest jak najdalszy. Wprowadza jednak (i to po raz drugi, bo książka raz już ujrzała światło dzienne, chociaż nie w dużym wydawnictwie) własne obrazki, Piwnicę subiektywnie. Tylko takie pisanie może mieć sens, jeśli nie chce się zatonąć w zestawie dat i faktów. To, na czym Leszkowi Długoszowi zależy, to uchwycenie istoty zjawiska przez metaforyczną narrację. Momentami tom zamienia się w zbiór wspomnień o kolegach, którzy już odeszli, ale w „Pod Baranami” króluje jednak pogodny uśmiech, chęć ocalenia towarzyskich – i artystycznych – korzyści z nietypowego działania. Leszek Długosz świetnie zdaje sobie sprawę, że pokazuje wyimek Piwnicy, ale to jego własne spojrzenie i dlatego cenne.
Wspomnienia bogato zdobione są zdjęciami ocalonymi z wydarzeń, a czasami i z różnych prywatnych albumów. Bez tego trudno sobie wyobrazić malowniczą podróż po niezwykłym kabarecie. Leszek Długosz nie jest pierwszym, który pisze o swojej (i innych) działalności w Piwnicy – ale stawia na indywidualizm i świadomie wybiera sposób kreowania memuarów. „Pod Baranami. Ten szczęsny czas” to publikacja próbująca uchwycić istotę Piwnicy.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 11 października 2016
poniedziałek, 10 października 2016
Małgorzata Strękowska-Zaremba: Wakacje z krową, czołgiem i przestępcą
Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Podstępy
W przygodach Kuby na pierwszy plan wysuwają się zmartwienia – i to nie problemy budzące śmiech odbiorcy, ale rzeczywiste troski dużego kalibru. Przekuwają się one w ciekawe doświadczenia i przyczyniają do pozytywnych zmian, ale dopiero z czasem. Powodów do stałej radości Kuba na pewno nie ma. Tak było w pierwszym tomie („Bery, gangster i góra kłopotów”), tak jest i w „Wakacjach z krową, czołgiem i przestępcą”. Małgorzata Strękowska-Zaremba nie boi się trudnych tematów, które mali odbiorcy czasami zaobserwują we własnym otoczeniu – i do których nie uzyskają właściwego komentarza dorosłych. Tym razem dziadek bohatera traci chęć do życia, czuje się bezużyteczny i nawet szuka sobie miejsca na cmentarzu. Na taką postawę receptą może być tylko większe zaangażowanie seniora w domowe obowiązki – do czego mama Kuby nie ma cierpliwości. Dziadek, niczym kolejne dziecko, to jedna z przyczyn wakacyjnej katastrofy. Kuba bowiem nie pojedzie na obóz. Miał to obiecane, cieszył się na wakacje, tymczasem rodzice postanawiają wysłać go tylko do ciotki na wieś. Wprawdzie razem z przyjaciółmi i dziadkiem, ale to przecież nie może się nawet równać z atrakcjami, na jakie bohater czekał.
Wyjazd poprzedza kilka zwariowanych pomysłów dzieci, które – jak zawsze – potrafią być kreatywne, byle tylko pokrzyżować niechciane plany. Pojawi się tu więc i niezawodny środek na przeczyszczenie (jako efekt przypadkowego połknięcia klucza), i wizyta w domu dyrektora szkoły, i próba zarażenia się świnką w gabinecie doktora Zarazka. A kiedy nadchodzą wakacje na wsi, Kuba, Wojtek i Aśka ani przez chwilę nie będą się nudzić, co zresztą było oczywiste dla wszystkich poza nimi. Tu krowa umie gwizdać i całuje na zawołanie, na pobliskim poligonie stoi prawdziwy czołg, a doktor Zarazek ma przypadkiem takie samo nazwisko jak Wojtek, taką samą fryzurę i takie samo znamię. Dzieci angażują się w śledztwo i obserwują też przemianę dziadka. Autorka piętrzy wydarzenia, tak, aby lektura przebiegała przyjemnie.
W „Wakacjach z krową, czołgiem i przestępcą” Strękowska-Zaremba stosuje krótkie rozdziały, przesycone przygodami dzieci. Te przygody czasami przełamuje dorosłymi sprawami, których maluchy nie zrozumieją (dlaczego nieobecny tata Wojtka to zdaniem mamy łobuz), ale przed którym nie da się ich ochronić. Autorka filtruje dorosłe sprawy przez spojrzenie Kuby, wie, że i tak nie wszystko uda się jej wytłumaczyć – ale nie może udawać, że w świecie dorosłych panuje sielanka. Zresztą całkiem nieźle sobie radzi z wyrażaniem niewyrażalnego, przez co wypada w narracji przekonująco, a nie jak pedagog. Przy okazji sprawia, że część zjawisk dzieci mogą zrozumieć szybciej niż starsze pokolenie.
Autorka jest tu bardzo wyczulona na pomysły kilkulatków, pokazuje, jak próba uniknięcia jednych tarapatów może wpędzić w znacznie poważniejsze – oraz jaką rolę w strachu przed konkretnymi sytuacjami odgrywa zbyt bujna wyobraźnia. Tu bohaterowie nie należą do grzecznych i posłusznych, więc historia szybko nabierze tempa. „Wakacje z krową, czołgiem i przestępcą” to też ciągłe rozbudzanie ciekawości – bo w puentach krótkich rozdziałów Kuba zawsze zapowiada jeszcze większe kataklizmy. Nie będzie tu zatem nudnych wakacji u cioci i żaden obóz nie dałby bohaterowi tylu urozmaiconych wrażeń. Mimo stałej obecności melancholii i smutku w egzystencji Kuby, autorka pisze z humorem, zachowując lekki dystans do prezentowanych sytuacji. Zapewnia najmłodszym wakacyjną przygodówkę w klasycznym stylu, ale wzbogaconą o trafne oceny dzisiejszego świata dorosłych. Podążanie za tym bohaterem to gwarancja zabawy.
Podstępy
W przygodach Kuby na pierwszy plan wysuwają się zmartwienia – i to nie problemy budzące śmiech odbiorcy, ale rzeczywiste troski dużego kalibru. Przekuwają się one w ciekawe doświadczenia i przyczyniają do pozytywnych zmian, ale dopiero z czasem. Powodów do stałej radości Kuba na pewno nie ma. Tak było w pierwszym tomie („Bery, gangster i góra kłopotów”), tak jest i w „Wakacjach z krową, czołgiem i przestępcą”. Małgorzata Strękowska-Zaremba nie boi się trudnych tematów, które mali odbiorcy czasami zaobserwują we własnym otoczeniu – i do których nie uzyskają właściwego komentarza dorosłych. Tym razem dziadek bohatera traci chęć do życia, czuje się bezużyteczny i nawet szuka sobie miejsca na cmentarzu. Na taką postawę receptą może być tylko większe zaangażowanie seniora w domowe obowiązki – do czego mama Kuby nie ma cierpliwości. Dziadek, niczym kolejne dziecko, to jedna z przyczyn wakacyjnej katastrofy. Kuba bowiem nie pojedzie na obóz. Miał to obiecane, cieszył się na wakacje, tymczasem rodzice postanawiają wysłać go tylko do ciotki na wieś. Wprawdzie razem z przyjaciółmi i dziadkiem, ale to przecież nie może się nawet równać z atrakcjami, na jakie bohater czekał.
Wyjazd poprzedza kilka zwariowanych pomysłów dzieci, które – jak zawsze – potrafią być kreatywne, byle tylko pokrzyżować niechciane plany. Pojawi się tu więc i niezawodny środek na przeczyszczenie (jako efekt przypadkowego połknięcia klucza), i wizyta w domu dyrektora szkoły, i próba zarażenia się świnką w gabinecie doktora Zarazka. A kiedy nadchodzą wakacje na wsi, Kuba, Wojtek i Aśka ani przez chwilę nie będą się nudzić, co zresztą było oczywiste dla wszystkich poza nimi. Tu krowa umie gwizdać i całuje na zawołanie, na pobliskim poligonie stoi prawdziwy czołg, a doktor Zarazek ma przypadkiem takie samo nazwisko jak Wojtek, taką samą fryzurę i takie samo znamię. Dzieci angażują się w śledztwo i obserwują też przemianę dziadka. Autorka piętrzy wydarzenia, tak, aby lektura przebiegała przyjemnie.
W „Wakacjach z krową, czołgiem i przestępcą” Strękowska-Zaremba stosuje krótkie rozdziały, przesycone przygodami dzieci. Te przygody czasami przełamuje dorosłymi sprawami, których maluchy nie zrozumieją (dlaczego nieobecny tata Wojtka to zdaniem mamy łobuz), ale przed którym nie da się ich ochronić. Autorka filtruje dorosłe sprawy przez spojrzenie Kuby, wie, że i tak nie wszystko uda się jej wytłumaczyć – ale nie może udawać, że w świecie dorosłych panuje sielanka. Zresztą całkiem nieźle sobie radzi z wyrażaniem niewyrażalnego, przez co wypada w narracji przekonująco, a nie jak pedagog. Przy okazji sprawia, że część zjawisk dzieci mogą zrozumieć szybciej niż starsze pokolenie.
Autorka jest tu bardzo wyczulona na pomysły kilkulatków, pokazuje, jak próba uniknięcia jednych tarapatów może wpędzić w znacznie poważniejsze – oraz jaką rolę w strachu przed konkretnymi sytuacjami odgrywa zbyt bujna wyobraźnia. Tu bohaterowie nie należą do grzecznych i posłusznych, więc historia szybko nabierze tempa. „Wakacje z krową, czołgiem i przestępcą” to też ciągłe rozbudzanie ciekawości – bo w puentach krótkich rozdziałów Kuba zawsze zapowiada jeszcze większe kataklizmy. Nie będzie tu zatem nudnych wakacji u cioci i żaden obóz nie dałby bohaterowi tylu urozmaiconych wrażeń. Mimo stałej obecności melancholii i smutku w egzystencji Kuby, autorka pisze z humorem, zachowując lekki dystans do prezentowanych sytuacji. Zapewnia najmłodszym wakacyjną przygodówkę w klasycznym stylu, ale wzbogaconą o trafne oceny dzisiejszego świata dorosłych. Podążanie za tym bohaterem to gwarancja zabawy.
niedziela, 9 października 2016
Ewa Nowak: Sekretnik. Tylko dla dziewczyn!
Egmont, Warszawa 2016.
Porady
Jeśli połączyć rubrykę listów do redakcji młodzieżowego pisma z poradami życzliwej i rozsądnej przyjaciółki, powstanie „Sekretnik”: Ewa Nowak stworzyła tę książkę – z zaznaczeniem, że jest tylko dla dziewczyn – w oparciu o najbardziej powszechne, a i najtrudniejsze problemy wieku dojrzewania związane z przyjaźniami, miłościami i rodzicami. Czym różni się ta książka od typowych porad psychologa? Nastawieniem na dobro nastolatki. O ile czasem w podpowiedziach dorosłych wygrywa poprawność polityczna – świadomość, że ważniejsze są dalekosiężne cele, a nie wizerunek dziewczyny w oczach rówieśników – o tyle w „Sekretniku” znajdują się podpowiedzi doskonałe. A konstrukcja tego tomu przypomina szczerą rozmowę, czasem bolesną, ale pozbawioną fałszywych nadziei i ukazującą problem z różnych perspektyw.
Konstrukcja tomu jest przejrzysta: najpierw list od zrozpaczonej nastolatki, czyli szybkie i dokładne nakreślenie problemu. Zaraz potem rada opatrzona dobrym porównaniem do łatwiejszej sytuacji o tych samych mechanizmach. Ewa Nowak zamienia się tu w przyjaciółkę perswadującą rozwiązania, nie ucieka w ogólniki i banały lub bezpieczne uwagi coachów. Zmusza czytelniczkę do zastanowienia się nad konkretną sytuacją, ale inaczej niż do tej pory – ze znajomością nowych faktów. Taka kategoryczność naturalnie musi obudzić sprzeciw nastolatek i Ewa Nowak to wie, dlatego jej kolejnym krokiem jest stworzenie szeregu pytań, które mogą zadać odbiorczynie – oraz wątpliwości, jakie na pewno będą mieć. Trafność przewidywań w tym zakresie jest jednym z motywów zapewniających „Sekretnikowi” uznanie czytelniczek. Autorka dość szybko rozprawia się z krytycznymi uwagami, cały czas w odniesieniu do określonego na początku rozdziału problemu. Wskazuje też inne (może mniej dramatyczne, za to równie irytujące) sceny o podobnym schemacie, co sprawia, że czytelniczki – już same – będą mogły przełożyć sobie wskazówki na inny temat i zyskać dalsze wsparcie. Czasami Ewa Nowak pokazuje zalety i wady przedstawionej metody (zalety stanowią argument za jej przyjęciem, wady… najczęściej też), lub przedstawia inne rozwiązania, jeśli w danym momencie są możliwe. Na sprawy spogląda z różnych stron, ale jej podstawowym celem jest to, żeby nastolatki nie popełniały błędów, których potem będą żałować. To ich dobro się tu liczy, nawet gdyby w niedalekiej perspektywie miało być gorzej. Nowak potrafi przedstawiać konsekwencje tak, żeby przekonać do swoich racji. Jej atutem jest wprowadzanie przejrzystych schematów i dobre przewidywanie reakcji odbiorczyń- dzięki temu łatwo zyska zaufanie.
Dodatkiem do rzeczowych porad z różnych zakresów jest tu humor. Przejawia się on na ilustracjach do wywodów: rysunki zamienione są w rysunki satyryczne i stanowią komiczne hiperbolizowanie wydarzeń z tekstu. Wprawdzie Agata Dębicka-Zabłocka nie ma satyrycznej kreski, ale pomysły na teksty w dymkach wynagradzają styl rysowania. Humor to również „rady starej żółwicy” – esencje wskazówek w jednozdaniowych komentarzach.
W „Sekretniku” autorka tłumaczy, jak poradzić sobie z toksycznym chłopakiem, z rodzicami, którzy wszystkiego zabraniają, z kompleksami i samotnością czy z zauroczeniem chłopakiem przyjaciółki, jak podejmować decyzje, jak flirtować, jak naprawiać błędy – podejmuje też najtrudniejsze tematy, kwestię „złego dotyku”, czy sytuacji, gdy rodzice stosują kary cielesne. Co ciekawe, Ewa Nowak nie mówi tego, co należy w takim wypadku powiedzieć, ale prezentuje życiowe porady, to, co na pewno się sprawdzi – i nie wymaga długiego planowania ani wielkiego wysiłku. Proces analizowania skuteczności (w pakiecie z wizją przyszłości) przeprowadza sama – naprawdę dużo nastolatkom ułatwi.
Porady
Jeśli połączyć rubrykę listów do redakcji młodzieżowego pisma z poradami życzliwej i rozsądnej przyjaciółki, powstanie „Sekretnik”: Ewa Nowak stworzyła tę książkę – z zaznaczeniem, że jest tylko dla dziewczyn – w oparciu o najbardziej powszechne, a i najtrudniejsze problemy wieku dojrzewania związane z przyjaźniami, miłościami i rodzicami. Czym różni się ta książka od typowych porad psychologa? Nastawieniem na dobro nastolatki. O ile czasem w podpowiedziach dorosłych wygrywa poprawność polityczna – świadomość, że ważniejsze są dalekosiężne cele, a nie wizerunek dziewczyny w oczach rówieśników – o tyle w „Sekretniku” znajdują się podpowiedzi doskonałe. A konstrukcja tego tomu przypomina szczerą rozmowę, czasem bolesną, ale pozbawioną fałszywych nadziei i ukazującą problem z różnych perspektyw.
Konstrukcja tomu jest przejrzysta: najpierw list od zrozpaczonej nastolatki, czyli szybkie i dokładne nakreślenie problemu. Zaraz potem rada opatrzona dobrym porównaniem do łatwiejszej sytuacji o tych samych mechanizmach. Ewa Nowak zamienia się tu w przyjaciółkę perswadującą rozwiązania, nie ucieka w ogólniki i banały lub bezpieczne uwagi coachów. Zmusza czytelniczkę do zastanowienia się nad konkretną sytuacją, ale inaczej niż do tej pory – ze znajomością nowych faktów. Taka kategoryczność naturalnie musi obudzić sprzeciw nastolatek i Ewa Nowak to wie, dlatego jej kolejnym krokiem jest stworzenie szeregu pytań, które mogą zadać odbiorczynie – oraz wątpliwości, jakie na pewno będą mieć. Trafność przewidywań w tym zakresie jest jednym z motywów zapewniających „Sekretnikowi” uznanie czytelniczek. Autorka dość szybko rozprawia się z krytycznymi uwagami, cały czas w odniesieniu do określonego na początku rozdziału problemu. Wskazuje też inne (może mniej dramatyczne, za to równie irytujące) sceny o podobnym schemacie, co sprawia, że czytelniczki – już same – będą mogły przełożyć sobie wskazówki na inny temat i zyskać dalsze wsparcie. Czasami Ewa Nowak pokazuje zalety i wady przedstawionej metody (zalety stanowią argument za jej przyjęciem, wady… najczęściej też), lub przedstawia inne rozwiązania, jeśli w danym momencie są możliwe. Na sprawy spogląda z różnych stron, ale jej podstawowym celem jest to, żeby nastolatki nie popełniały błędów, których potem będą żałować. To ich dobro się tu liczy, nawet gdyby w niedalekiej perspektywie miało być gorzej. Nowak potrafi przedstawiać konsekwencje tak, żeby przekonać do swoich racji. Jej atutem jest wprowadzanie przejrzystych schematów i dobre przewidywanie reakcji odbiorczyń- dzięki temu łatwo zyska zaufanie.
Dodatkiem do rzeczowych porad z różnych zakresów jest tu humor. Przejawia się on na ilustracjach do wywodów: rysunki zamienione są w rysunki satyryczne i stanowią komiczne hiperbolizowanie wydarzeń z tekstu. Wprawdzie Agata Dębicka-Zabłocka nie ma satyrycznej kreski, ale pomysły na teksty w dymkach wynagradzają styl rysowania. Humor to również „rady starej żółwicy” – esencje wskazówek w jednozdaniowych komentarzach.
W „Sekretniku” autorka tłumaczy, jak poradzić sobie z toksycznym chłopakiem, z rodzicami, którzy wszystkiego zabraniają, z kompleksami i samotnością czy z zauroczeniem chłopakiem przyjaciółki, jak podejmować decyzje, jak flirtować, jak naprawiać błędy – podejmuje też najtrudniejsze tematy, kwestię „złego dotyku”, czy sytuacji, gdy rodzice stosują kary cielesne. Co ciekawe, Ewa Nowak nie mówi tego, co należy w takim wypadku powiedzieć, ale prezentuje życiowe porady, to, co na pewno się sprawdzi – i nie wymaga długiego planowania ani wielkiego wysiłku. Proces analizowania skuteczności (w pakiecie z wizją przyszłości) przeprowadza sama – naprawdę dużo nastolatkom ułatwi.
Roberta Edwards: Kim był Neil Armstrong?
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
W kosmosie
Dzieci otrzymują już ósmy tomik z serii Wielcy i sławni, tym razem poświęcony Neilowi Armstrongowi. Tę historię ponownie przygotowała Roberta Edwards, niezrównana poszukiwaczka ciekawostek dla najmłodszych. Z jej krótką i rzeczową opowiastką maluchy będą mogły snuć proste marzenia o dalekich kosmicznych wyprawach – i przeżywać to samo, co bohater tomiku. „Kim był Neil Armstrong” to przede wszystkim odsłanianie sekretów wyprawy na Księżyc (plus, oczywiście, całych przygotowań), z drobną dawką wiadomości o życiu prywatnym nietuzinkowej postaci. Autorka, zgodnie z wymogami serii, wzbogaca też tomik o dodatkowe informacje w ramkach: to dane stanowiące kontekst dla opowieści. Nie rozbijają narracji, a sporo dzieciom objaśniają. Tym razem owych ramek-rozkładówek jest bardzo dużo, czemu trudno się dziwić: w końcu opowieść o lotach kosmicznych jest zagęszczona faktami. I tak ta autorka znakomicie sobie radzi z przedstawianiem sytuacji.
Pierwsza scena to start rakiety. Obserwują to – wśród tłumów ludzi – dwaj mali synowie Armstronga i jego żona. Nie wiadomo jeszcze, czy misja Apollo 11 się powiedzie, czy zamieni się w spektakularną katastrofę, przynajmniej nie w warstwie narracji. W tym miejscu Edwards urywa – i cofa się w czasie. Z dzieciństwem Neila Armstronga tym razem autorka rozprawia się szybko, kładąc nacisk na marzenia o lataniu i fascynację modelami samolotów. To zaledwie jeden krótki rozdział – później przychodzi czas na opisy realizacji śmiałego marzenia – lekcje pilotażu, wypadki czy udział w wojnie. Tu akcja toczy się bardzo szybko, między innymi dlatego, że autorka wyraźnie nie chce wchodzić w nieciekawe z punktu widzenia dziecka szczegóły. I tak musi poświęcić trochę miejsca na kosmiczny „wyścig” między Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim. Powraca też od czasu do czasu do prywatności Neila Armstronga: zwłaszcza do śmierci jego malutkiej córeczki. To wydarzenie przyćmić może jedynie właściwy temat tomiku, czyli wyprawa w kosmos. Dzieci z pewnością nie zdawały sobie sprawy z zakresu przygotowań do tego przedsięwzięcia. To, że astronauci mogli przećwiczyć stan nieważkości w spadającym samolocie (co trwało… trzydzieści sekund), jeszcze wydaje się zrozumiałe. Ale już obozy przetrwania w dżungli to ciekawostka, na którą mało kto by wpadł. Autorka przywołuje takie smaczki i sprawia, że dzieci zechcą pozostać przy lekturze. Przekonają się również, że nie wszyscy astronauci z misji mogli stanąć na Księżycu. Od startu rakiety Edwards towarzyszy im non stop i nie pomija nawet tak błahych szczegółów jak… śniadanie. Tłumaczy, jak rakieta działała, pokazuje historyczne momenty i sprawdza, co czuli astronauci. Zbiera informacje techniczne, na których będzie zależało małym czytelnikom, ale nie zamienia bohaterów w roboty – pamięta o ich przeżyciach. Po locie na Księżyc znów następuje przyspieszenie opowieści – przecież w oczach najmłodszych nic już nie przebije epokowego wydarzenia. Roberta Edwards tworzy zatem opowieść z wyczuciem, pamięta o dziecięcych marzeniach i wie, co spotka się z największym uznaniem. Dba o aspekt edukacyjny: przygotowywane do tomiku ramki daleko wykraczają poza to, czego dzieci dowiedzieć się mogą w szkole, a przygotowane zostały tak, żeby zaspokajać ciekawość. Tu omawia się między innymi konstrukcję rakiety i statku kosmicznego (na dokładnych rysunkach), czy sylwetki innych pilotów lub astronautów, tu pojawia się też temat niebezpieczeństw płynących z lotów kosmicznych.
Tomik zawiera mnóstwo czarno-białych ilustracji (ilustratorem jest tu Stephen Marchesi), imitujących realistyczne szkice (i zdecydowanie bardziej udanych niż obrazek okładkowy). Są to dodatkowe komentarze, łatwiej dzięki nim wyobrażać sobie omawiane scenki. Sprawiają też, że Neil Armstrong nie jest jedynym bohaterem tej publikacji: owszem, ważnym i intrygującym, ale – zgodnie zresztą z jego poglądami – tylko składnikiem większej całości. „Kim był Neil Armstrong” pokazuje, że seria rozwija się w dobrym kierunku – przynosi dzieciom wiedzę i zaspokaja ciekawość.
W kosmosie
Dzieci otrzymują już ósmy tomik z serii Wielcy i sławni, tym razem poświęcony Neilowi Armstrongowi. Tę historię ponownie przygotowała Roberta Edwards, niezrównana poszukiwaczka ciekawostek dla najmłodszych. Z jej krótką i rzeczową opowiastką maluchy będą mogły snuć proste marzenia o dalekich kosmicznych wyprawach – i przeżywać to samo, co bohater tomiku. „Kim był Neil Armstrong” to przede wszystkim odsłanianie sekretów wyprawy na Księżyc (plus, oczywiście, całych przygotowań), z drobną dawką wiadomości o życiu prywatnym nietuzinkowej postaci. Autorka, zgodnie z wymogami serii, wzbogaca też tomik o dodatkowe informacje w ramkach: to dane stanowiące kontekst dla opowieści. Nie rozbijają narracji, a sporo dzieciom objaśniają. Tym razem owych ramek-rozkładówek jest bardzo dużo, czemu trudno się dziwić: w końcu opowieść o lotach kosmicznych jest zagęszczona faktami. I tak ta autorka znakomicie sobie radzi z przedstawianiem sytuacji.
Pierwsza scena to start rakiety. Obserwują to – wśród tłumów ludzi – dwaj mali synowie Armstronga i jego żona. Nie wiadomo jeszcze, czy misja Apollo 11 się powiedzie, czy zamieni się w spektakularną katastrofę, przynajmniej nie w warstwie narracji. W tym miejscu Edwards urywa – i cofa się w czasie. Z dzieciństwem Neila Armstronga tym razem autorka rozprawia się szybko, kładąc nacisk na marzenia o lataniu i fascynację modelami samolotów. To zaledwie jeden krótki rozdział – później przychodzi czas na opisy realizacji śmiałego marzenia – lekcje pilotażu, wypadki czy udział w wojnie. Tu akcja toczy się bardzo szybko, między innymi dlatego, że autorka wyraźnie nie chce wchodzić w nieciekawe z punktu widzenia dziecka szczegóły. I tak musi poświęcić trochę miejsca na kosmiczny „wyścig” między Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim. Powraca też od czasu do czasu do prywatności Neila Armstronga: zwłaszcza do śmierci jego malutkiej córeczki. To wydarzenie przyćmić może jedynie właściwy temat tomiku, czyli wyprawa w kosmos. Dzieci z pewnością nie zdawały sobie sprawy z zakresu przygotowań do tego przedsięwzięcia. To, że astronauci mogli przećwiczyć stan nieważkości w spadającym samolocie (co trwało… trzydzieści sekund), jeszcze wydaje się zrozumiałe. Ale już obozy przetrwania w dżungli to ciekawostka, na którą mało kto by wpadł. Autorka przywołuje takie smaczki i sprawia, że dzieci zechcą pozostać przy lekturze. Przekonają się również, że nie wszyscy astronauci z misji mogli stanąć na Księżycu. Od startu rakiety Edwards towarzyszy im non stop i nie pomija nawet tak błahych szczegółów jak… śniadanie. Tłumaczy, jak rakieta działała, pokazuje historyczne momenty i sprawdza, co czuli astronauci. Zbiera informacje techniczne, na których będzie zależało małym czytelnikom, ale nie zamienia bohaterów w roboty – pamięta o ich przeżyciach. Po locie na Księżyc znów następuje przyspieszenie opowieści – przecież w oczach najmłodszych nic już nie przebije epokowego wydarzenia. Roberta Edwards tworzy zatem opowieść z wyczuciem, pamięta o dziecięcych marzeniach i wie, co spotka się z największym uznaniem. Dba o aspekt edukacyjny: przygotowywane do tomiku ramki daleko wykraczają poza to, czego dzieci dowiedzieć się mogą w szkole, a przygotowane zostały tak, żeby zaspokajać ciekawość. Tu omawia się między innymi konstrukcję rakiety i statku kosmicznego (na dokładnych rysunkach), czy sylwetki innych pilotów lub astronautów, tu pojawia się też temat niebezpieczeństw płynących z lotów kosmicznych.
Tomik zawiera mnóstwo czarno-białych ilustracji (ilustratorem jest tu Stephen Marchesi), imitujących realistyczne szkice (i zdecydowanie bardziej udanych niż obrazek okładkowy). Są to dodatkowe komentarze, łatwiej dzięki nim wyobrażać sobie omawiane scenki. Sprawiają też, że Neil Armstrong nie jest jedynym bohaterem tej publikacji: owszem, ważnym i intrygującym, ale – zgodnie zresztą z jego poglądami – tylko składnikiem większej całości. „Kim był Neil Armstrong” pokazuje, że seria rozwija się w dobrym kierunku – przynosi dzieciom wiedzę i zaspokaja ciekawość.
sobota, 8 października 2016
Leszek Orłowski: Barca. Złota dekada
SQN, Kraków 2016.
Sukcesy
"Barca. Złota dekada” to prezent dla fanów. Klub, który stał się już kultowym wśród kibiców, doczekał się całkiem sporej liczby opracowań. Za wyjaśnianie fenomenu FC Barcelony – z ostatnich dziesięciu lat – wziął się Leszek Orłowski, dziennikarz sportowy i komentator. Jego „Barca. Złota dekada” to próba dokonania analiz kolejnych posunięć szkoleniowców – i znalezienia recepty na wielki sukces. Orłowski z konieczności pisze z dystansu, jego pozycja różni się od zachodnich monografii sportowych. Ten autor wypracowuje sobie własny styl mówienia o zespole – ale też stawia na rzetelność, przynajmniej w ramach dostępnych informacji. Śledzi publikacje na temat drużyny, ale w książce zachowuje indywidualny punkt widzenia, a i indywidualny sposób prowadzenia narracji.
Zwłaszcza w pierwszych rozdziałach odznacza się tendencja do rozbijania faktów, rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze i analizowania krok po kroku. Sprawdza autor powody porażek i zwycięstw, ocenia kolejnych piłkarzy, teorie czy pomysły szkoleniowców. Wybiera konkrety: odnosi się do kwestii transferowych, relacji w szatni, treningowych podpowiedzi, wizerunku gwiazd w oczach innych zawodników. Bardzo rzadko łączy życie piłkarzy z ich prywatnymi sprawami – tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne i ma wyraźny wpływ na grę. Równocześnie jednak chętnie odnosi się do anegdot i smaczków spoza sfery sportu. Lubi drobiazgi, które sprowadzają na ziemię (żeby wpłynąć na piłkarza, trener odbywa poważną rozmowę z jego rodzicami). Takimi wstawkami Orłowski wzbogaca tom. Nie chce, żeby czytelnicy przedzierali się wyłącznie przez zbiory danych. Co ciekawe, nie zamienia się też w statystyka, wygodniej mu szukać tematów w wizjach trenerów i w relacjach między piłkarzami. Nie rozpatruje, jak to często robią zachodni autorzy, konkretnych spotkań minuta po minucie, w tej dziedzinie stara się o ogląd całościowy: co najwyżej wybiera pojedyncze akcje, które odbiły się echem na sytuacji w drużynie i na przykład pozwoliły zbudować porozumienie między zawodnikami. Chociaż Orłowski odnosi się do „złotej dekady”, liczą się dla niego ludzie, nie punkty. Czasami przytacza schematy ustawień (dla laików bardziej przekonujące niż tłumaczenia), czasami wskazuje przyczyny porażki. Opowiada bardziej szczegółowo o transferach. Nie ma w tej publikacji za to rozbudowanych wypowiedzi samych bohaterów (czy wielkich cytatów z opracowań o Barcelonie). Orłowski tropi raczej jednozdaniowe chwytliwe hasła, sięga – jeśli już bardzo tego potrzebuje – po podsumowania na gorąco. Ale ogólnie takich ilustracji nie szuka – pasowałyby bardziej do reporterskiego obrazka, a tu autor jest obserwatorem z zewnątrz.
W samej warstwie tekstowej Leszek Orłowski przybiera dwojaką postać. Jest fachowcem, który ma własne zdanie – gdy opisuje losy klubu. Ale bardzo potrzebuje ogólnikowych rozbiegówek niemal na początku każdego rozdziału. Tu wychodzi zwykle albo od truizmów, albo od prywatnych skojarzeń, albo od scenek, które później już nie wrócą, by zamknąć całość – i to przywodzi na myśl porady z kursów kreatywnego pisania czy tworzenia dziennikarskich tekstów mających zaintrygować czytelników. Nie byłoby nic złego w tym, że autor portretuje babcię jednego z piłkarzy, która w szpitalu przeżywa mecz – gdyby ta urocza historyjka miała jakiekolwiek odniesienie gdzieś dalej. Słaby jest za każdym razem punkt spojenia potrzebnych tylko Orłowskiemu wstępików z późniejszymi konkretami. Zrozumiałe, że robi to dla dobra książki, że chce zatrzymać czytelników – ale tą publikacją trafi i tak tylko do fanów Barceolny, więc nie musi się martwić, że oni nie wytrwają. Skusi ich jednak coś innego: skłonność autora do analizowania sukcesów i porażek, umiejętność wyciągania wniosków – i wyczulenie na wewnętrzne „sekrety” klubu. Orłowski nie próbuje swoich czytelników okłamywać czy zwodzić, prowadzi ich przez kawałek pięknej historii drużyny jako komentator sportowy.
Sukcesy
"Barca. Złota dekada” to prezent dla fanów. Klub, który stał się już kultowym wśród kibiców, doczekał się całkiem sporej liczby opracowań. Za wyjaśnianie fenomenu FC Barcelony – z ostatnich dziesięciu lat – wziął się Leszek Orłowski, dziennikarz sportowy i komentator. Jego „Barca. Złota dekada” to próba dokonania analiz kolejnych posunięć szkoleniowców – i znalezienia recepty na wielki sukces. Orłowski z konieczności pisze z dystansu, jego pozycja różni się od zachodnich monografii sportowych. Ten autor wypracowuje sobie własny styl mówienia o zespole – ale też stawia na rzetelność, przynajmniej w ramach dostępnych informacji. Śledzi publikacje na temat drużyny, ale w książce zachowuje indywidualny punkt widzenia, a i indywidualny sposób prowadzenia narracji.
Zwłaszcza w pierwszych rozdziałach odznacza się tendencja do rozbijania faktów, rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze i analizowania krok po kroku. Sprawdza autor powody porażek i zwycięstw, ocenia kolejnych piłkarzy, teorie czy pomysły szkoleniowców. Wybiera konkrety: odnosi się do kwestii transferowych, relacji w szatni, treningowych podpowiedzi, wizerunku gwiazd w oczach innych zawodników. Bardzo rzadko łączy życie piłkarzy z ich prywatnymi sprawami – tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne i ma wyraźny wpływ na grę. Równocześnie jednak chętnie odnosi się do anegdot i smaczków spoza sfery sportu. Lubi drobiazgi, które sprowadzają na ziemię (żeby wpłynąć na piłkarza, trener odbywa poważną rozmowę z jego rodzicami). Takimi wstawkami Orłowski wzbogaca tom. Nie chce, żeby czytelnicy przedzierali się wyłącznie przez zbiory danych. Co ciekawe, nie zamienia się też w statystyka, wygodniej mu szukać tematów w wizjach trenerów i w relacjach między piłkarzami. Nie rozpatruje, jak to często robią zachodni autorzy, konkretnych spotkań minuta po minucie, w tej dziedzinie stara się o ogląd całościowy: co najwyżej wybiera pojedyncze akcje, które odbiły się echem na sytuacji w drużynie i na przykład pozwoliły zbudować porozumienie między zawodnikami. Chociaż Orłowski odnosi się do „złotej dekady”, liczą się dla niego ludzie, nie punkty. Czasami przytacza schematy ustawień (dla laików bardziej przekonujące niż tłumaczenia), czasami wskazuje przyczyny porażki. Opowiada bardziej szczegółowo o transferach. Nie ma w tej publikacji za to rozbudowanych wypowiedzi samych bohaterów (czy wielkich cytatów z opracowań o Barcelonie). Orłowski tropi raczej jednozdaniowe chwytliwe hasła, sięga – jeśli już bardzo tego potrzebuje – po podsumowania na gorąco. Ale ogólnie takich ilustracji nie szuka – pasowałyby bardziej do reporterskiego obrazka, a tu autor jest obserwatorem z zewnątrz.
W samej warstwie tekstowej Leszek Orłowski przybiera dwojaką postać. Jest fachowcem, który ma własne zdanie – gdy opisuje losy klubu. Ale bardzo potrzebuje ogólnikowych rozbiegówek niemal na początku każdego rozdziału. Tu wychodzi zwykle albo od truizmów, albo od prywatnych skojarzeń, albo od scenek, które później już nie wrócą, by zamknąć całość – i to przywodzi na myśl porady z kursów kreatywnego pisania czy tworzenia dziennikarskich tekstów mających zaintrygować czytelników. Nie byłoby nic złego w tym, że autor portretuje babcię jednego z piłkarzy, która w szpitalu przeżywa mecz – gdyby ta urocza historyjka miała jakiekolwiek odniesienie gdzieś dalej. Słaby jest za każdym razem punkt spojenia potrzebnych tylko Orłowskiemu wstępików z późniejszymi konkretami. Zrozumiałe, że robi to dla dobra książki, że chce zatrzymać czytelników – ale tą publikacją trafi i tak tylko do fanów Barceolny, więc nie musi się martwić, że oni nie wytrwają. Skusi ich jednak coś innego: skłonność autora do analizowania sukcesów i porażek, umiejętność wyciągania wniosków – i wyczulenie na wewnętrzne „sekrety” klubu. Orłowski nie próbuje swoich czytelników okłamywać czy zwodzić, prowadzi ich przez kawałek pięknej historii drużyny jako komentator sportowy.
Ramona Bădescu: Pomelo podróżuje
Zakamarki, Poznań 2016.
Wyprawa
Słoń Pomelo zna tylko najbliższe otoczenie. A że jest malutki, jego świat ogranicza się do pojedynczych zjawisk, dmuchawca, snów, ścieżki wśród grządek. Słoń Pomelo nie wyobraża sobie nawet, że gdzieś może być inaczej – w jego myślach w ogóle nie ma na to miejsca. I oto niespodziewanie nawet dla samego siebie Pomelo wygląda spod dmuchawca-kaktusa i dostrzega Nieznane, które kusi tajemniczością. Bohater jest już gotowy do odbycia wielkiej przygody, czuje to całym sobą. Nie wzbrania się przed podróżą, robi po prostu pierwszy krok – i kolejne, tak, by znaleźć się w innym otoczeniu. Uważnie wszystko ogląda, wszystkiemu się też dziwi i już staje się jasne, że podróż każdy przeżywa inaczej, w zależności od własnych doświadczeń i wiedzy. Bo to, co Pomelo na swojej drodze odkrywa, dla ludzi nie byłoby nawet warte wzmianki. Bohater podróżuje przez kuchnię, spada na dywan, przedostaje się do dziecięcego pokoju, aż w końcu ląduje na polu wśród kartofli, które mówią innym językiem i dziwią się wyglądowi przybysza. Tyle że to wszystko, czego doświadcza Pomelo, pozbawione zostało rzeczowych wyjaśnień. Ilustracje dopowiedzą, co staje się z bohaterem, gdy ten „ześlizguje się po skórce świata”, albo jak udaje mu się latać. W warstwie tekstowej widać tylko poetyckie zachwyty i niedookreśloność – ilustracje przynoszą konkret i zrozumienie.
Ramona Bădescu jak zwykle pisze o Pomelo z fantastycznym wyczuciem. W słowach koncentruje się na przekazywaniu emocji bohatera, związanych z każdą pierwszą podróżą. Nie przejmuje się tym, co jest prawdą, bo prawda dla Pomelo nie ma żadnego znaczenia, a już na pewno nie zastąpi radości odkrywania tajemnic miejsca. Pomelo ma dziecięcą wyobraźnię, naiwną i niezmanierowaną wiedzą, może zatem znaleźć słońca na sznurku i tunel, który prowadzi donikąd. Autorka raz podpiera się metaforami, raz – zmianami perspektywy i jest w tym bardzo przekonująca. Pomelo jako odkrywca silnie przeżywa każdą nową rzecz. Podpiera się pierwszym dostępnym skojarzeniem, wolnym od domowych konotacji. W efekcie odbiorcy inaczej spojrzą na to, co oczywiste i zrutynizowane. Ten kontrast między świadomością rzeczywistych doświadczeń Pomelo a jego przygodami to zasadnicza treść tomiku. Autorka przynosi tu też kilka uniwersalnych spostrzeżeń o istocie przeżywania. Pokazuje piękno różnic i sens wzajemnego zrozumienia. Ale przede wszystkim udowadnia dzieciom, że prawdziwą przygodę da się przeżyć wszędzie, wystarczy tylko oderwać się od starych i wygodnych przyzwyczajeń.
Benjamin Chaud jest ilustratorem przygód słonia Pomelo i doskonale rozumie teksty w książeczce. Wie, kiedy powinien zaproponować dzieciom zderzenie z dosłownością, a kiedy wybrać jedną z możliwych i wcale nie najoczywistszych interpretacji. Pomelo na rysunkach bywa zabawny, Chaud lubi zwłaszcza operować zaskoczonymi minami przy dziwnych zachowaniach. Uwielbia sygnalizować to, co zrozumiałe dla dzieci, przez drobne przedmioty, z całkowitym usunięciem szczegółów tła: zawęża wtedy przestrzeń do percepcji Pomelo, uzyskuje też miłą ascezę sprzyjającą budowaniu całych platform dowcipu.
Pomelo to bohater, który na uznanie maluchów i ich rodziców zasłużył już dawno. Wyróżnia się w świecie książeczek obrazkowych specyficznym podwojeniem narracji: tekst zwraca uwagę na co innego, a ilustracje na co innego, chociaż przygoda jest jedna i dość przyziemna. „Pomelo podróżuje” to książeczka, która nie zawiedzie oczekiwań fanów – Pomelo nadal pomaga w przyglądaniu się światu i nadal uwypukla mniej oczywiste jego cechy. Tą lekturą zachwycać się będą także dorośli.
Wyprawa
Słoń Pomelo zna tylko najbliższe otoczenie. A że jest malutki, jego świat ogranicza się do pojedynczych zjawisk, dmuchawca, snów, ścieżki wśród grządek. Słoń Pomelo nie wyobraża sobie nawet, że gdzieś może być inaczej – w jego myślach w ogóle nie ma na to miejsca. I oto niespodziewanie nawet dla samego siebie Pomelo wygląda spod dmuchawca-kaktusa i dostrzega Nieznane, które kusi tajemniczością. Bohater jest już gotowy do odbycia wielkiej przygody, czuje to całym sobą. Nie wzbrania się przed podróżą, robi po prostu pierwszy krok – i kolejne, tak, by znaleźć się w innym otoczeniu. Uważnie wszystko ogląda, wszystkiemu się też dziwi i już staje się jasne, że podróż każdy przeżywa inaczej, w zależności od własnych doświadczeń i wiedzy. Bo to, co Pomelo na swojej drodze odkrywa, dla ludzi nie byłoby nawet warte wzmianki. Bohater podróżuje przez kuchnię, spada na dywan, przedostaje się do dziecięcego pokoju, aż w końcu ląduje na polu wśród kartofli, które mówią innym językiem i dziwią się wyglądowi przybysza. Tyle że to wszystko, czego doświadcza Pomelo, pozbawione zostało rzeczowych wyjaśnień. Ilustracje dopowiedzą, co staje się z bohaterem, gdy ten „ześlizguje się po skórce świata”, albo jak udaje mu się latać. W warstwie tekstowej widać tylko poetyckie zachwyty i niedookreśloność – ilustracje przynoszą konkret i zrozumienie.
Ramona Bădescu jak zwykle pisze o Pomelo z fantastycznym wyczuciem. W słowach koncentruje się na przekazywaniu emocji bohatera, związanych z każdą pierwszą podróżą. Nie przejmuje się tym, co jest prawdą, bo prawda dla Pomelo nie ma żadnego znaczenia, a już na pewno nie zastąpi radości odkrywania tajemnic miejsca. Pomelo ma dziecięcą wyobraźnię, naiwną i niezmanierowaną wiedzą, może zatem znaleźć słońca na sznurku i tunel, który prowadzi donikąd. Autorka raz podpiera się metaforami, raz – zmianami perspektywy i jest w tym bardzo przekonująca. Pomelo jako odkrywca silnie przeżywa każdą nową rzecz. Podpiera się pierwszym dostępnym skojarzeniem, wolnym od domowych konotacji. W efekcie odbiorcy inaczej spojrzą na to, co oczywiste i zrutynizowane. Ten kontrast między świadomością rzeczywistych doświadczeń Pomelo a jego przygodami to zasadnicza treść tomiku. Autorka przynosi tu też kilka uniwersalnych spostrzeżeń o istocie przeżywania. Pokazuje piękno różnic i sens wzajemnego zrozumienia. Ale przede wszystkim udowadnia dzieciom, że prawdziwą przygodę da się przeżyć wszędzie, wystarczy tylko oderwać się od starych i wygodnych przyzwyczajeń.
Benjamin Chaud jest ilustratorem przygód słonia Pomelo i doskonale rozumie teksty w książeczce. Wie, kiedy powinien zaproponować dzieciom zderzenie z dosłownością, a kiedy wybrać jedną z możliwych i wcale nie najoczywistszych interpretacji. Pomelo na rysunkach bywa zabawny, Chaud lubi zwłaszcza operować zaskoczonymi minami przy dziwnych zachowaniach. Uwielbia sygnalizować to, co zrozumiałe dla dzieci, przez drobne przedmioty, z całkowitym usunięciem szczegółów tła: zawęża wtedy przestrzeń do percepcji Pomelo, uzyskuje też miłą ascezę sprzyjającą budowaniu całych platform dowcipu.
Pomelo to bohater, który na uznanie maluchów i ich rodziców zasłużył już dawno. Wyróżnia się w świecie książeczek obrazkowych specyficznym podwojeniem narracji: tekst zwraca uwagę na co innego, a ilustracje na co innego, chociaż przygoda jest jedna i dość przyziemna. „Pomelo podróżuje” to książeczka, która nie zawiedzie oczekiwań fanów – Pomelo nadal pomaga w przyglądaniu się światu i nadal uwypukla mniej oczywiste jego cechy. Tą lekturą zachwycać się będą także dorośli.
piątek, 7 października 2016
Anna Klara Majewska: Melanżeria
Wielka Litera, Warszawa 2016.
Przyjaźń
„Melanżeria” rozgrywa się bardzo szybko i trochę niepokojąco, a mimo skrótowej fabuły to chyba najlepsza książka Anny Klary Majewskiej. Autorka przedstawia tu troje ludzi, którzy szukają pomysłu na siebie poza schematami. Bezustannie walczą z rzeczywistością, nie chcą powielać błędów popełnionych przez rodziców, ani żyć tak jak oni. Iza robi wszystko, żeby wyrwać się z prowincji i zacząć wieść egzystencję na światowym poziomie. Na razie jednak jej matka nie może się doczekać zięcia – a to kolejny punkt zapalny i wyraz mentalnego zacofania. Anita jest przebojowa i zachłanna. Nie czeka, aż świat jej coś podaruje, sama wyciąga ręce po wszystko, na co ma ochotę. Tomek w dzieciństwie strojony w dziewczęce sukienki dość szybko odkrywa, że dziewczyny są obrzydliwe. Jako gej szuka swojego idealnego partnera, chociaż obce są mu zasady wierności (podobnie zresztą, jak jego kochankom). Anna Klara Majewska pokazuje losy tej trójki w urywkowych notatkach od lat 70. XX wieku do roku 2015. Zamiast budować przesadnie szczegółowe narracje, skupia się na drobiazgach, wycinkach rzeczywistości, na tyle wymownych, że da się wokół nich domyślać brakujące fragmenty.
Migawki z życia przerywane są smsową rozmową, której bohaterowie troszczą się o siebie i darzą ciepłym (choć platonicznym) uczuciem. W serdecznej przyjaźni widać bezwzględną akceptację dla wszelkich wybryków. Wsparcie, jakiego żyjący po swojemu nie mogą uzyskać od starszego pokolenia, matek-tradycjonalistek, dają sobie sami, nawzajem. Ta przyjaźń pełna jest drobnych żartów, ale i zaangażowania i troski. Wydaje się krzepiąca i wspaniała. Gdyby tylko mogła trwać bez wystawiania na próbę. Coś złego dzieje się z jednym z bohaterów. Trafia do szpitala i przechodzi przez koszmar kolejnych badań. W smsach cały czas otrzymuje wsparcie, znacznie gorzej zaczyna być z osobistymi kontaktami. Ale przyjaźń nie może tak po prostu się skończyć, nie w książce. W klasycznej narracji autorka prowadzi zwykłą opowieść, wciela się w rolę wszystkowiedzącego opowiadacza i nie ma przed nią żadnych tajemnic. W narracji smsowej ma do dyspozycji wyłącznie wiadomości przekazywane przez dwoje bliskich sobie ludzi – o ograniczonej liczbie znaków. Tu szalenie wymowne są sposoby dialogowania, a nawet same literówki. Anna Klara Majewska w pełni wykorzystuje możliwości gatunku, nie ma tu mowy o zwykłym urozmaiceniu historii – dzięki smsowym wyznaniom uruchamia emocje wręcz niemożliwe do uzyskania w inny sposób w takim natężeniu. To właśnie wyczulenie na sprawy międzyludzkie nadaje ton całej powieści i sprawia, że trudno będzie o niej zapomnieć. Nawet kiedy autorka do portretów postaci dodaje stereotypy lub oczywistości, nawet kiedy nie zastanawia się nad sensem wprowadzania wygodnych uproszczeń, jest szczera i przekonuje do siebie.
Jest „Melanżeria” bardzo gorzką analizą konserwatywnego społeczeństwa i ceny za życie po swojemu. Płynie stąd też bardzo ładny – krzepiący mimo wszystko – obraz przyjaźni ponad sztucznymi podziałami. To, co nie udałoby się o pokolenie wcześniej w „zwyczajnych” (żeby nie powiedzieć „normalnych”) rodzinach, teraz staje się najcenniejszym skarbem. Anna Klara Majewska pisze tak, by uciec od niepotrzebnych sentymentów, a przecież mimo wszystko wzrusza. Zapewnia historię daleką od schematów z poczytnych obyczajówek, odrzuca wręcz filmowe popularne scenariusze. Ma do opowiedzenia specjalną historię. Ujmuje ją w telegraficznym skrócie smsów – bo prawdziwe rozdziały są tu tylko dodatkiem, by móc bardziej zagłębić się w dylematy postaci i poznać ich nieprzyjazne otoczenie. „Melanżeria” pod pozorami standardowego buntu i życia według własnych reguł pokazuje głęboko wartościowe relacje. Poza mocnym tematem atutem tej powieści staje się udana narracja, ładnie zmieniana w zależności od sytuacji i bohatera. To książka do przeczytania w jeden wieczór – i do długich przemyśleń.
Przyjaźń
„Melanżeria” rozgrywa się bardzo szybko i trochę niepokojąco, a mimo skrótowej fabuły to chyba najlepsza książka Anny Klary Majewskiej. Autorka przedstawia tu troje ludzi, którzy szukają pomysłu na siebie poza schematami. Bezustannie walczą z rzeczywistością, nie chcą powielać błędów popełnionych przez rodziców, ani żyć tak jak oni. Iza robi wszystko, żeby wyrwać się z prowincji i zacząć wieść egzystencję na światowym poziomie. Na razie jednak jej matka nie może się doczekać zięcia – a to kolejny punkt zapalny i wyraz mentalnego zacofania. Anita jest przebojowa i zachłanna. Nie czeka, aż świat jej coś podaruje, sama wyciąga ręce po wszystko, na co ma ochotę. Tomek w dzieciństwie strojony w dziewczęce sukienki dość szybko odkrywa, że dziewczyny są obrzydliwe. Jako gej szuka swojego idealnego partnera, chociaż obce są mu zasady wierności (podobnie zresztą, jak jego kochankom). Anna Klara Majewska pokazuje losy tej trójki w urywkowych notatkach od lat 70. XX wieku do roku 2015. Zamiast budować przesadnie szczegółowe narracje, skupia się na drobiazgach, wycinkach rzeczywistości, na tyle wymownych, że da się wokół nich domyślać brakujące fragmenty.
Migawki z życia przerywane są smsową rozmową, której bohaterowie troszczą się o siebie i darzą ciepłym (choć platonicznym) uczuciem. W serdecznej przyjaźni widać bezwzględną akceptację dla wszelkich wybryków. Wsparcie, jakiego żyjący po swojemu nie mogą uzyskać od starszego pokolenia, matek-tradycjonalistek, dają sobie sami, nawzajem. Ta przyjaźń pełna jest drobnych żartów, ale i zaangażowania i troski. Wydaje się krzepiąca i wspaniała. Gdyby tylko mogła trwać bez wystawiania na próbę. Coś złego dzieje się z jednym z bohaterów. Trafia do szpitala i przechodzi przez koszmar kolejnych badań. W smsach cały czas otrzymuje wsparcie, znacznie gorzej zaczyna być z osobistymi kontaktami. Ale przyjaźń nie może tak po prostu się skończyć, nie w książce. W klasycznej narracji autorka prowadzi zwykłą opowieść, wciela się w rolę wszystkowiedzącego opowiadacza i nie ma przed nią żadnych tajemnic. W narracji smsowej ma do dyspozycji wyłącznie wiadomości przekazywane przez dwoje bliskich sobie ludzi – o ograniczonej liczbie znaków. Tu szalenie wymowne są sposoby dialogowania, a nawet same literówki. Anna Klara Majewska w pełni wykorzystuje możliwości gatunku, nie ma tu mowy o zwykłym urozmaiceniu historii – dzięki smsowym wyznaniom uruchamia emocje wręcz niemożliwe do uzyskania w inny sposób w takim natężeniu. To właśnie wyczulenie na sprawy międzyludzkie nadaje ton całej powieści i sprawia, że trudno będzie o niej zapomnieć. Nawet kiedy autorka do portretów postaci dodaje stereotypy lub oczywistości, nawet kiedy nie zastanawia się nad sensem wprowadzania wygodnych uproszczeń, jest szczera i przekonuje do siebie.
Jest „Melanżeria” bardzo gorzką analizą konserwatywnego społeczeństwa i ceny za życie po swojemu. Płynie stąd też bardzo ładny – krzepiący mimo wszystko – obraz przyjaźni ponad sztucznymi podziałami. To, co nie udałoby się o pokolenie wcześniej w „zwyczajnych” (żeby nie powiedzieć „normalnych”) rodzinach, teraz staje się najcenniejszym skarbem. Anna Klara Majewska pisze tak, by uciec od niepotrzebnych sentymentów, a przecież mimo wszystko wzrusza. Zapewnia historię daleką od schematów z poczytnych obyczajówek, odrzuca wręcz filmowe popularne scenariusze. Ma do opowiedzenia specjalną historię. Ujmuje ją w telegraficznym skrócie smsów – bo prawdziwe rozdziały są tu tylko dodatkiem, by móc bardziej zagłębić się w dylematy postaci i poznać ich nieprzyjazne otoczenie. „Melanżeria” pod pozorami standardowego buntu i życia według własnych reguł pokazuje głęboko wartościowe relacje. Poza mocnym tematem atutem tej powieści staje się udana narracja, ładnie zmieniana w zależności od sytuacji i bohatera. To książka do przeczytania w jeden wieczór – i do długich przemyśleń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






