* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 10 kwietnia 2016

Grażyna Bąkiewicz: Kazimierzu, skąd ta forsa?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Śledztwo w przeszłości

Grażyna Bąkiewicz potrafi zadawać pytania. Kiedy wciela się w Cebulę, nauczyciela historii z odległej przyszłości, wymyśla zadania budzące ciekawość nie tylko najmłodszych. Dzieci mają tu jednak do dyspozycji rozwinięte technologie umożliwiające podróże w czasie – zamiast czytać nudne podręczniki, mogą odwiedzać dawne epoki, obserwować, wyciągać wnioski i… przeżywać przygody w obcym sobie środowisku. Tak można się uczyć historii bez wstrętu, nawet w wersji zapośredniczonej – przez rozrywkową lekturę. Drugi tomik w serii Ale historia… wydawnictwa Nasza Księgarnia pokazuje, że pomysł był strzałem w dziesiątkę – a cykl powinno poznać każde dziecko.

Tym razem o wyprawie w przeszłość opowiada Zuza, koleżanka z klasy Aleksa. Dziewczynka udaje się w czasy Kazimierza Wielkiego, żeby dowiedzieć się, jak król zdobywał pieniądze na rozwój miast i wsi. Pierwszy, próbny skok w czasie pokazuje, że alchemicy próbowali fałszować monety. Ale przecież to nie może być źródłem dochodów. Zuzka w średniowieczu pozostaje dość długo. Chce zapewnić fałszerzowi monet uczciwe i intratne zajęcie – i rozwiązać zagadkę. W dodatku poznaje tu Marynię, córkę alchemika, która marzy o tym, by móc się uczyć. Tymczasem w kraju dzieje się wiele: drogi powoli oczyszczane są ze zbójców, miasta powstają jak grzyby po deszczu i zyskują różne prawa, a król Kazimierz wizytuje swoich poddanych, przekonując się, jak działa kraj. Na marginesie pozostaje pytanie, dlaczego Polskę ominęła dżuma – Zuzkę zaprzątają teraz inne kwestie.

„Kazimierzu, skąd ta forsa?” to dynamiczna powieść komiksowa. Bohaterka dowiaduje się czegoś o średniowiecznych zwyczajach i obyczajowości, na własne oczy ogląda tworzenie miast. Spotyka się też z chwalonym powszechnie królem, więc przeżyć będzie dostarczać sporo. Niemal wszystko, co Zuzka stopniowo odkrywa, znajduje powtórzenie lub rozwinięcie w komiksowych paskach satyrycznych. Tutaj „średniowieczni” bohaterowie wymieniają się sarkastycznymi uwagami i komentarzami, które zapadają w pamięć ze względu na komizm. Geneza tych komiksów kryć się może w dziecięcych rysunkach z zeszytów, próbach przerobienia podręcznikowych wiadomości na zabawę. Trzeba autorom przyznać, że realizują ten pomysł idealnie: tak przekazywane informacje szybko zapadają w pamięć i dostarczają mnóstwa śmiechu. Udowadniają najmłodszym, że i w szkole jest miejsce na zabawę, nie trzeba z powagą podchodzić do zadań – odrobina humoru sprawi, że nie będą nudne czy męczące. Mnemotechniczne sztuczki stanowią dodatkową zaletę cyklu. Ponadto Grażyna Bąkiewicz uczy dzieci samodzielnego myślenia. Nie podsuwa gotowych rozwiązań (w tym przypadku listy potencjalnych zarobków). Każe Zuzce – a i odbiorcom – dokładnie obserwować otoczenie i szukać wyjaśnień mniej oczywistych, a potem wyciągać wnioski. To rodzaj detektywistycznej zabawy, który uprzyjemni lekturę.

Przygoda i humor to dwa elementy, które u Bąkiewicz wydają się niezbędne w poznawaniu przeszłości. Takich publikacji inne rynki mogą nam pozazdrościć. Grażyna Bąkiewicz w tekstach i Artur Nowicki w ilustracjach zapewniają dzieciom szereg ważnych informacji i świetną zabawę. Nawiązują do mody na powieści komiksowe, ale tworzą ich nowe odgałęzienie. Po takich lekturach nawet niechętne lekcjom historii dzieci mogą chcieć poznawać inne szczegóły z przeszłości – lub porównywać informacje z książek z tą opowieścią. „Kazimierzu, skąd ta forsa” to publikacja, która potwierdza wysoki poziom serii i rewelacyjny pomysł. Autorka uczy, jak przyglądać się przeszłości i udowadnia, że można ją traktować jako źródło zabawy. Po takich historiach nikt już nie będzie mieć wątpliwości, że nauka może sprawiać przyjemność.

sobota, 9 kwietnia 2016

Małgorzata Karolina Piekarska: Tropiciele

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Tajemnicze zadanie

„Tropicielami” Małgorzata Karolina Piekarska przypomina niemodne dzisiaj idee harcerskich zbiórek, rozrywek i obowiązków. Zapewnia sobie tym samym łączność z klasyką literatury czwartej i oryginalność wobec mód powieściowych. Czytelnikom daje gwarancję nietypowej rozrywki i tłumaczy fabularne wyzwania. Bo gdyby nie harcerstwo, Kuba (sceptycznie zresztą do tej idei nastawiony) nie zainteresowałby się przeszłością rodziny i nie dokonałby kilku atrakcyjnych odkryć. Chociaż możliwość znalezienia skarbu odpada już na początku, domową tajemnicę warto rozwikłać – zwłaszcza że i dorośli interesują się sprawą.

Wszystko zaczyna się od przeprowadzki, na skutek której Kuba musi rozstać się z kolegami (i marzeniem o pięknej koleżance). Saska Kępa w oczach chłopaka nie wypada zbyt ciekawie, choćby przez to, że nie jest Żoliborzem. Ale skoro nie da się dyskutować z decyzją rodziców, Kuba próbuje się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Przypadkowo trafia na zbiórkę harcerską, a tu kusi go zapowiedź przygody… i pewna blondynka. „Tropiciele” to powieść przygodowa z posmakiem kryminalnym, dowcipna i ciekawa także pod kątem lokalnych atrakcji i historii miejsca. Na strychu w domu po dziadku Kuba znajduje kolekcję portrecików, dowiaduje się, że malarz ukrył na nich zaszyfrowane wiadomości – czego więcej trzeba dla podgrzania atmosfery? Może złodziei, czających się na łatwy łup. Małgorzata Karolina Piekarska starannie wzbogaca swoją książkę o kolejne elementy niezbędne w młodzieżowych powieściach i sprawia, że rzeczywistości Kuby nie chce się opuszczać aż do rozwiązania zagadki.

Równie kuszącym tematem staje się tu przyjaźń. Co ciekawe, u Piekarskiej następuje powrót do dawnych wartości, autorka nadaje na nowo rangę tematowi honoru czy szczerości. Rafał nie chce zdradzić przyjaciela i pokazuje, jak powinno się zachować w chwili prawdziwej próby. Kuba z kolei wie, jak pomóc ubogiemu rówieśnikowi, by ten nie czuł wstydu. Małgorzata Karolina Piekarska sugeruje, że zawsze i z najtrudniejszych sytuacji jest jakieś wyjście, trzeba tylko pomyśleć i nie bać się rozmów. Wizja przyjaźni Kuby i Rafała to jeden z cenniejszych składników książki, przydaje się równie mocno jak przygodowa fabuła.

Piekarska odświeża temat, który wydawał się już anachroniczny, po to, żeby zapewnić odbiorcom niebanalną rozrywkę. Podpowiada, że warto zainteresować się historią, choćby w mikroskali, przypomina, że przeprowadzka nie musi być końcem świata. Zapewnia bohaterom zajęcie kreatywne i wymagające wspólnego działania, a przy tym ułatwiające aklimatyzację. „Tropiciele” są powieścią, którą bardzo przyjemnie się czyta – autorka odnosi się do ważnych dla młodych ludzi tematów, ale całej akcji nadaje lekkości. Wprowadza elementy kryminału i powieści detektywistycznej, nawiązuje do dawnych przygodówek, ale nie zapomina i o kwestiach obyczajowych istotnych przez cały czas. W tomiku znajdą się motywy satyryczne, a nawet trochę rubaszne – autorka nie zamierza tylko wychowywać, chce też rozbawiać czytelników i doskonale wie, czym do nich bez problemu dotrze. Nastawienie na cięty dowcip sprawia, że Piekarska łatwiej znajdzie wspólny język z odbiorcami. Nie okłamuje ich, za to bawi się razem z nimi. Nic dziwnego, że „Tropicielami” Piekarska powraca teraz na rynek wydawniczy. Cieszy, że taka książka może się dziś znaleźć wśród młodzieżowych lektur.

Małgorzata Karolina Piekarska udowadnia młodzieży, że można sięgać po książki dla rozrywki – kwestie wychowawcze, chociaż obecne, nie są tu natrętne i nie przeszkadzają podczas przeżywania przygód bohaterów. Autorka dyskretnie podpowiada również sposoby zapobiegania ewentualnym konfliktom (lub rozwiązywania ich, gdy już zaistnieją), staje po stronie nastolatków w zwykłych sprawach i przypomina, że nie zawsze życie układa się według planów. Zapewnia młodym odbiorcom lekturę pełną wrażeń i atrakcyjną fabularnie, a do tego niemęczącą językowo. „Tropicieli” warto podsuwać nawet tym, którzy nie doceniają klasycznych historii.

Megan McDonald: Hania Humorek. Najfajniejsza na świecie Humorkowa Księga Kolorowanek i innych zabaw

Egmont, Warszawa 2016.

Zabawa z Hanią

Sporo jest haniowohumorkowych zabaw, a to naturalna konsekwencja otwarcia się rynku na książki-gadżety, zbiory łamigłówek dla najmłodszych odbiorców. Duży zeszyt ćwiczeń uzupełniający cykl przygód Hani Humorek to, jak głosi podtytuł, „Najfajniejsza na świecie Humorkowa Księga Kolorowanek i innych zabaw”. Przede wszystkim jest to pozycja dla fanów serii – kilka zadań w książeczce odnosi się do charakterystyki Hani i bohaterów z jej najbliższego otoczenia, kilka innych nawiązań, chociaż zbędnych w rozwiązywaniu zagadek, ładnie się przez zewnętrzne lektury tłumaczy. W ten sposób księga zadań może być naturalną reklamą serii i przekonać maluchy do zwariowanego świata Hani Humorek.

Tomik jest czarno-biały, bo w całości pełnić może funkcję kolorowanki – rysunki zostały przygotowane w dużym formacie. To o tyle ważne, że autorzy nie proponują ilustracji typowo kolorowankowych – z jednolitymi, zamkniętymi konturami, a kreską znaną z tomików o Hani – czasami zatem kolorowanie będzie wiązać się z pewnymi wyzwaniami (gdzie jest granica fryzury bohaterki czy co dalej z kolorem, gdy kontur urywa się, zanim dotrze do kolejnego elementu obrazka). Ale kolorowanie to nie najważniejsza funkcja, jaką Megan McDonald i Peter H. Reynolds proponują dzieciom. W pierwszej kolejności bowiem wyznaczają im zadania do wykonania. Dużo jest tu literowych diagramów i wykreślanek, co automatycznie wskazuje na grupę docelową: odbiorcy muszą już umieć czytać. Nie ma w tym niespodzianki, bo w końcu cały cykl o Hani kierowany jest do kilkulatków chodzących do szkoły. Autorka urozmaica zadania w przedziwny sposób: raz na przykład trzeba wykreślić „studenckie” określenia (podane pod tabelką) – to również nawiązanie do jednej z historyjek. Poza literowymi zgadywankami są tu klasyczne labirynty, połącz kropki, szyfrowane wiadomości i napisy na koszulkach. Autorzy zachęcają odbiorców do kreatywności: trzeba zaprojektować wzory na plasterkach, stworzyć wyklejankę o sobie czy narysować swoich znajomych. Pojawiają się zadania edukacyjne: dzieci mają sprawdzić, gdzie leżą kraje z wykreślanki, dowiedzą się czegoś z geografii czy literatury (napiszą własny wiersz i stworzą wróżby z chińskich ciasteczek) – a najważniejsze, że spędzą więcej czasu ze swoją ulubioną bohaterką. Hania Humorek to osóbka, która nie pozwala sobie i innym ani na moment nudy – i teraz zapewnia sporo rozrywki. Dzieci będą też mogły sprawdzić odpowiedzi w kluczu, ale zabaw w szyfrowanie czy kolorowanie rysunków nikt im nie odbierze.

Niemal każda licząca się na rynku wydawniczym seria z zakresu literatury czwartej doczekuje się wcześniej czy później kreatywnego zeszytu ćwiczeń (w przypadku dzieci zwanego księgą zabaw, w przypadku młodzieży – dziennikiem kreatywnym). Tak można wykorzystać oryginalną strategię promocyjną, przywiązanie odbiorców do postaci i… dawny patent na zabawy odświeżony przez tematyczne poszukiwania. Hania Humorek jest bohaterką, która zaskarbiła sobie już uznanie dzieci i może zmusić je do pracy kojarzonej z rozrywką – więc zestaw ćwiczeń sygnowanych jej obecnością cieszyć się może na rynku dużym powodzeniem. To także dobry przerywnik w oczekiwaniu na kolejne książeczki z przygodami tej bohaterki.

piątek, 8 kwietnia 2016

Maciejka Mazan: Pina, zrób coś!

WNK, Warszawa 2016.

Teatr

Maciejka Mazan na początku tworzy szaloną grupę oryginałów, indywidualistów i dziwaków akceptujących wzajemnie swoje wady i połączonych wielką przyjaźnią oraz niecodzienną skłonnością do poświęceń. Wbrew obawom w tej grupie szybko można wyodrębnić kolejne barwne postacie i przywiązać się do nich, a także kibicować im w wielkim wyzwaniu. Nawet jeśli bohaterowie są niepoprawnymi idealistami i wierzą w możliwość zarobienia wielkich pieniędzy na amatorskim teatrze. Bo grupa, w której prym wiedzie Pina, musi szybko zasilić konto bankowe. Cel jest szczytny: chodzi o uratowanie siostry Moni przed amputacją nogi. Przyjaciele chwytają się różnych metod zaistnienia na scenach. Jeśli będą wygrywać konkursy i przeglądy, jeśli udadzą się do telewizyjnego konkursu talentów, jeśli zrobią szum wokół sprawy – osiągną sukces. W związku z tym nie dopuszczają do siebie myśli, że coś mogłoby się nie udać, rzucają się na wszystkie dostępne chałtury, dzielnie walczą z tremą i z technicznymi trudnościami, a przy okazji przeżywają swoją wielką przygodę. Siostra Moni schodzi na dalszy plan, była potrzebna jako impuls do działania. Teraz na scenie bryluje piękny Jacuś i ogromna Waltrauta, a Pina staje się obiektem wyrafinowanej gry w obmyślanie skomplikowanej zemsty po zakończeniu misji.

„Pina, zrób coś” to opowieść, która w pierwszej kolejności rozgrywa się na płaszczyźnie kwiecistego języka. Maciejka Mazan jak tylko może ubarwia rzeczywistość – w ironicznej narracji kryje się spora część żartów, na szczęście autorka dobrze sobie radzi z barokowym stylem i nie sprawia wrażenia cierpiącej na grafomańską logoreję, a jest świadoma warsztatu, powieściowej rzeczywistości i twórczych ograniczeń. Zresztą taki rytm opowieści pasuje do bohaterów i ich przygód, równie kreatywnych jak narracja. Mazan konsekwentnie buduje swoją rzeczywistość, której trudno się oprzeć.

Druga płaszczyzna żartów to sama akcja. Kolejne amatorskie występy obfitują w przedziwne niespodzianki, życiowe miniskecze i przekonania. W gronie przyjaciół Piny liczą się błyskotliwe riposty i ironiczne komentarze, tu nikt nie powstrzymuje się z dowcipnymi reakcjami na kolejne wydarzenia. Owszem, nie brakuje scenek dramatycznych (przynajmniej w oczach postaci), ale sposoby wybrnięcia z nich są zwykle zabawne, podobnie jak sam sposób przedstawiania sytuacji. Pina-narratorka nie szczędzi kąśliwych uwag, ale i cały zespół osiąga w tym niezłe wyniki. Efekt to czysta rozrywka dla odbiorców.

Stawia Maciejka Mazan na charaktery niepopularne wśród zwykłych zjadaczy chleba, przepuszczone przez filtr teatru. Śmiechem przyciąga do siebie czytelników i zapewnia im historię wolną od banałów. Tu tematy znane z poczytnych obyczajówek zostają zepchnięte do tła, a autorka eksponuje doświadczenia mniej wyeksploatowane. Od razu przesyca je nienaturalną dawką ironii, tworząc świat dziwny, ale i kuszący, przede wszystkim ze względu na serialową przyjaźń.

Mikroscenki tworzone przez Maciejkę Mazan zyskują za każdym razem udane puenty – trochę to przypomina skarykaturalizowaną Joannę Chmielewską z bestsellerowych czasów, chociaż Mazan poza obyczajówkę nie wychodzi. Spora część tej książki opiera się na odpowiednio uchwyconych relacjach towarzyskich i atmosferze szalonej zabawy – niewielu twórców chce i potrafi uzyskać taki efekt (w ostatnich latach zabłysnęła tak Marta Madera). „Pina, zrób coś” to książka dla tych, którzy cenią książki niepoważne, odważne przez brak patosu i ubolewania nad trudną codziennością. Bo u Maciejki Mazan im trudniej tym lepiej – ta autorka zabłysnęła w świecie powieści obyczajowych.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Joshua Ferris: Wstać znowu o ludzkiej porze

Czarna Owca, Warszawa 2016.

Stomatolog

Czasem największe życiowe zmiany zaczynają się niepostrzeżenie. Jak w przypadku Paula O’Rourke. Ten bohater, dentysta uwielbiający rutynę, pracuje całymi dniami i pozwala sobie tylko na drobne przyjemności (między innymi bycie kibicem Red Soxów – dopóki nie zauważy, że zabiera mu to zbyt wiele czasu). Niekiedy też staje się „zakładnikiem cipki” – wówczas zadręcza swoje partnerki przedwczesnymi wyznaniami miłości i zniechęca je do siebie. Dlatego woli poświęcić się pracy, praca zapewnia mu bezpieczeństwo, mimo że często bywa obrzydliwa. Tyle że pewnego dnia ktoś zakłada stronę internetową jego firmy i publikuje w biogramach prawdziwe informacje, które znał tylko Paul. We wpisach pojawiają się też preparowane cytaty z Biblii, co skłania bohatera – zdeklarowanego ateistę – do weryfikowania poglądów na chrześcijaństwo i judaizm. Paul czuje się coraz bardziej osaczony przez niespodzianki ze świata wirtualnego, nie umie wyzwolić się z pułapki zastawionej przez nieznanego i groźnego przeciwnika. Usiłuje uporządkować swoje życie, ale kiepsko mu to wychodzi. Nie może jednak zająć się stomatologią, kiedy ktoś wyciąga na światło dzienne jego sekrety.

„Wstać znowu o ludzkiej porze” to powieść, która przeplata strumienie świadomości elementami o charakterze pseudokaznodziejskim, a w to wszystko wcina jeszcze perypetie z nieudanymi związkami. Czego by o sobie nie myślał Paul O’Rourke, jest nieudacznikiem i nudziarzem. We własnych oczach urasta jednak do rangi superbohatera. Nie dostrzega licznych kompleksów i fobii, które czynią z niego socjopatę. Joshua Ferris tworzy dla Paula oryginalne więzienie – stworzone z jego własnych poglądów i z odkryć narzucanych przez tajemniczego rozmówcę. Ponieważ korespondent przedstawia się personaliami dentysty, wszyscy wokół podejrzewać mogą u niego rozdwojenie jaźni. Tylko ci, którzy mają dostęp do myśli prawdziwego Paula zrozumieją, że takiej charakterystyki powielić się nie da.

Ferris każe swojemu bohaterowi lawirować między praktyką stomatologiczną i obserwacjami najbardziej nietypowych przypadków medycznych, a zawiłościami teologicznymi. Celowo porusza wszystkie czułe struny – odnosi się do stanu higieny (zdrowia i dbałości o własne życie), do seksu (niemożności spełnienia) i do religii (jako poszukiwania własnego ja w sieci przypowieści i interpretacji), by pokazać słabość bohatera. Paul silny może być jedynie we własnym umyśle, w rzeczywistości to ofiara, a naraża się na coraz większą śmieszność z uwagi na bierną postawę.

Śmieszność, a nie satyra. Bohater tej powieści jest marionetką i nawet kiedy podejmuje jakieś działania, nie ma na nie wpływu. To kłóci się z jego przekonaniem o samostanowieniu. Joshua Ferris nawet nie próbuje rozśmieszać, oddala czysty komizm – zależy mu za to na prowokowaniu i przełamywaniu granic. Żeby się wyróżnić, wybiera bohaterowi oryginalny jak na powieść obyczajową zawód i zmusza go do snucia niekończących się monologów. Rozbija konstrukcję postaci przez sprzeczności między głoszonymi przez nią poglądami – a działaniami podejmowanymi natychmiast potem. Paul O’Rourke to antyteza idealizmu, gorzka ocena człowieka, którego zdanie nie liczy się w zderzeniu z wielkimi ideologiami. „Wstać znowu o ludzkiej porze” wymaga zatem lektury świadomej mechanizmów ironii, zarówno w warstwie treści, jak i formy – wielostronicowe i quasi-religijne rozważania są tu jedynie próbą wzburzenia czytelników, wytrącenia ich z wygodnego i bezpiecznego świata. Wiele tu neuroz i traum, wiele eskapizmu – codzienne życie bohatera nie jest godne pozazdroszczenia i w żadnym momencie nie przypomina scenariuszy z typowych powieści obyczajowych.

środa, 6 kwietnia 2016

Thomas Montasser: Wyjątkowy rok

Świat Książki, Warszawa 2016.

Na regałach

„Wyjątkowy rok” to książka dla miłośników książek, dla tych, którzy uwielbiają klimatyczne księgarnie i antykwariaty, kochają zapach papieru i rozkoszują się odkrywaniem coraz to nowych historii. Thomas Montasser chce zebrać w jednym miejscu bibliofilskie środowisko – tworzy książkę o książkach, dość prostą historię z małą księgarnią i wielką tajemnicą. Akcja, chociaż chwilami podrasowana przez magię i przedziwne zbiegi okoliczności, jest zwyczajna, ale pokazuje, jak marzenia wygrywają z pragmatyzmem, a to ucieszy humanistów i ludzi zwykle bujających w obłokach w okolicy regałów z książkami.

Terenem akcji jest Ringelnatz & Co – zapomniana księgarnia, którą Valerie, siostrzenica właścicielki, musi doprowadzić do porządku. Charlotte, dotąd prowadząca książkowy biznes, zniknęła bez śladu, więc opieka nad tym miejscem staje się również kluczem do rozwiązania zagadki. Valerie ma energię i zapał do pracy, umie też przygotować odpowiedni plan działania: istnieje szansa, że uratuje to miejsce i zbliży się do ciotki. Podczas gdy ona zajmuje się ratowaniem księgarni, księgarnia zajmuje się ratowaniem jej jałowej egzystencji. To odpowiednio dobierane lektury wskazują bohaterce drogi postępowania, uświadamiają bezsensowność niektórych wyborów. Bo czy można spędzić życie z chłopakiem, którego z książek interesuje wyłącznie „Kamasutra”? Montasser przysyła do księgarni różnych klientów, którzy pozwalają Valerie odkryć siebie i przewartościować codzienność. Kobieta poznaje także rodzinne tajemnice. Z kolei o magii książek dowiaduje się z samych lektur – trafia zwykle na odpowiednie przekonujące fragmenty. Książka nie jest tylko sumą liter – to stwierdzenie towarzyszy i autorowi, i bohaterom.

„Wyjątkowy rok” jest powieścią bardzo krótką pod względem objętości, bo autor zamierza skoncentrować w niej sens czytania i miłości do książek bez wielkich historii czy dosłownych morałów. Co ciekawe, również do codzienności zagląda przez filtr z książek. Nie szuka materiału na wielką fabułę, funduje bohaterce jednoroczną podróż, która wiele zmieni – ale to od czytelników zależeć będzie, jak potoczą się dalsze losy postaci. Montasser wprowadza konkretną osobę, przedstawia ją i zakorzenia – przez bliskość odczuć – w umysłach czytelników. Dalej działać ma wyobraźnia. Nie jest to podejście charakterystyczne dla obyczajówek, ale pasuje do przyjętej konwencji i sprawdza się w tej minipowieści także jako element przeniesiony z literackiej rzeczywistości.

Jest w „Wyjątkowym roku” przypomnienie o korzyściach płynących z lektury. Valerie nie ma wątpliwości, że książki mogą być drogowskazem, najciekawszych znajomych zdobywa właśnie w księgarni ciotki i dzięki wiele mówiącym wyborom czytelniczym. Autor w nieco sentymentalny sposób powraca zatem do kwestii bliskości poglądów czy fascynacji. Posiłkuje się oczywistymi metaforami, ale porozumienie z gronem czytelników zyskuje za sprawą niemodnej miłości do literatury. Valerie już przez samą chęć ocalenia księgarni ciotki zasługuje na sympatię i uznanie – nie musi dodatkowo dokonywać innych ważnych czynów.

„Wyjątkowy rok” także w formie szykowany jest na pozycję, która ukryje się w starych księgarniach i znienacka dotrze do odbiorców, zupełnie jak powieść z fabuły, otwierając ich na zmiany. Thomas Montasser przypomina sobie o przyjemnościach odkrywanych podczas wyszukiwania co ciekawszych tytułów – mole książkowe bez trudu pojmą ten punkt widzenia i szybko zadomowią się w świecie bohaterki.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Dorota Gąsiorowska: Primabalerina

Między Słowami, Kraków 2016.

Podróż

Dorota Gąsiorowska w „Primabalerinie” rozszerza typowe dla bohaterek obyczajówek życiowe zmiany, wysyłając Ninę aż do Lwowa. Nie odwołuje się jednak do wątków ważnych dla Kresowiaków, chociaż jej Lwów przesycony jest polskością. Podróż na Ukrainę dotyczy w tym wypadku rodzinnego sekretu, stałego motywu kobiecych historii, który autorka na swój sposób – i dość naiwnie – przerabia. Wszystko zaczyna się od spadku. Umiera pani Irma, pensjonariuszka z domu spokojnej starości. Swój majątek – z wyjątkiem kilku książek – przekazuje młodej i sympatycznej księgowej, Ninie, która poświęca się pracy i nie ma nawet ochoty na organizowanie sobie życia prywatnego. Nina wychowywała się u zakonnic – znaleziona przez nie jako noworodek. Nic o swoich rodzicach nie wie, ale też nie czuje potrzeby, by się dowiadywać. Zresztą kobieta nie przepada za zmianami i nawet spadek nie jest dla niej interesujący. Na Ukrainę jednak wyjeżdża, razem ze swoim przyjacielem. To początek wielkich zmian i przedziwnych znajomości.

W „Primabalerinie” ścierają się dwa wielkie (uczuciowo) tematy. Jednym z nich jest romans: poznany we Lwowie Michaił od początku wpada bohaterce w oko, z wzajemnością. Pożądanie po obu stronach jest tak silne, że czytelniczek autorka nie nabierze kolejnymi utrudnieniami na drodze do szczęścia. Pierwszy mężczyzna na horyzoncie musi stać się tym jedynym. Drugim tematem jest przeszłość Niny. Aby rozwiązać zagadkę dotyczącą rodziny, posłuży się kilkoma czytelnymi symbolami. Odrobinę „magii” wplata Gąsiorowska i w znaki – losy przedmiotów dziwnie łączą się z losami ludzi. Najciekawszy z tego wszystkiego, bo mniej oczywisty, staje się wątek homoseksualnego przyjaciela Niny, Igora – ale i tu autorka wprowadziła(zupełnie niepotrzebnie) kilka morałów i wręcz szkolnych argumentów na temat tolerancji. Najciekawsze rzeczy rozgrywają się daleko od Niny, a Gąsiorowska nie zawsze ma czas, żeby się im przyjrzeć.

Wadą tej powieści jest przewidywalność. Owszem, w obyczajówkach najczęściej realizuje się podobne optymistyczne scenariusze, ale tu autorka nie korzysta z półtonów i drobiazgów. Jeśli uczucie – to wielkie i silne, jeśli zdrada – to natychmiast przekreślająca znajomość. Bohaterowie nie potrafią się porozumieć, nawet jeśli rozmawiają cały czas. Komponowanie relacji z oczywistości nie cieszy nawet podczas rozrywkowej lektury, bo co z tego, że odbiorczynie dowiedzą się czegoś, co od początku podejrzewały. Drugim, bardziej technicznym niż kreatywnym mankamentem jest u Gąsiorowskiej nadmierna tendencja do wprowadzania „didaskaliów”. Kiedy bohater coś mówi, ogrom emocji czy intencji zawiera się już w jego słowach, nie trzeba dodatkowo tłumaczyć tego czytelnikom. Dorota Gąsiorowska lubuje się jednak w takich dopowiedzeniach, które, podobnie jak partie dialogowe, nasyca nienaturalną literackością. Pomaga to w zwiększeniu objętości tekstu, ale niekoniecznie nastroi pozytywnie odbiorców – bo nikt nie chce być traktowany jak niedomyślny. W „Primabalerinie” autorka ułatwia sobie słowami zadanie: nie pokazuje przemiany postaci, tylko mówi o niej – a przecież powinno być tak, że odbiorczynie same dostrzegą metamorfozy i wyciągną na ich podstawie wnioski. Gąsiorowska nie daje na to szans, nie przez zagadanie, a przez brak pomysłu na prezentowanie psychologicznych konstrukcji. W efekcie „Primabalerina” trwa dość długo, ale nie syci, jakby autorka nie potrafiła zagłębiać się w niuanse wymyślonej historii i podpierała się jedynie prostymi fabularnymi schematami. „Primabalerina” jest lepsza niż dwa tomy przygód Łucji – ale i tak oparta na papierowych postaciach.