* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 6 stycznia 2016

Joanna Olech: Tarantula, Klops i Herkules

Wilga, Warszawa 2015 (wydanie II).

Skarb

Jest ich czworo, a każde żyje w swoim świecie, zamykając się na innych i nie próbując integrować się z rówieśnikami. Siostrzenica burmistrza, Tula, to dziwna gotka, inteligentna i bystra – ale o tych cechach nie wie nikt, kto ocenia po wyglądzie. Karol Klops to mały informatyczny geniusz odstręczający innych sposobem wysławiania się (zbyt erudycyjnym i kwiecistym) oraz strojem (przesadnie „schludnym”, za to kompletnie niemłodzieżowym). Belka to typ barbie z lekką nadwagą – wydaje się bezmyślną dziewczyną, której tylko chłopcy w głowie – nikt nie wie o jej pamięci fotograficznej i o miłości do koni. Skład uzupełnia Mietek, z początku jeden z wandali, w rzeczywistości pokrzywdzony syn alkoholika. Tę czwórkę łączy skarb, który według prasowego artykułu ma znajdować się gdzieś w Witkowicach. Młodzież jest na miejscu i do tej pory raczej się nudziła, może więc równie dobrze spędzać czas na rozwiązywaniu zagadki detektywistyczno-kryminalnej. Do miasteczka zjeżdżają się licznie dorośli poszukiwacze drogocenności – oni próbują się maskować i udawać, że skarb ich nie interesuje.

„Tarantula, Klops i Herkules” to wakacyjna powieść przygodowo-detektywistyczna w starym stylu. Joanna Olech uruchamia w niej motywy rozpalające wyobraźnię odbiorców: ukryty skarb, tajemnica z przeszłości, niebezpieczeństwa czyhające na poszukiwaczy, rywale i cały szereg zagadek do rozwiązania. To warstwa należąca do powieściowej intrygi i sprawiająca, że słusznie książka doczekała się drugiego wydania. Ale jest i sfera obyczajowa. Tu Bella przekonuje się, że nie warto uganiać się za chłopakiem, Tula sprytnie pomaga Karolowi przedzierzgnąć się w zwyczajnego nastolatka (metamorfoza nie wymaga wysiłku ani wielkich kosztów, jest za to bardzo skuteczna), a Mietek na własnym przykładzie przekonuje się, jak ciężko być dzieckiem alkoholika. Można w obrazie przyjaźni na przekór wszystkiemu iść jeszcze dalej: piękny jest obrazek porozumienia Tuli z wujem, Bella dowiaduje się sporo o cukrzycy i cukrzykach i nawet na miejscowych zbirów znajdzie się sposób. Joanna Olech tworzy wyraziste postacie także na drugim planie – w jej ujęciu każdy dorosły może być podejrzany, warto więc się im uważnie przyglądać, bo nigdy nie wiadomo, kiedy i czym się zdadzą. W grę wchodzi naprawdę wartościowy skarb, a jego obecność w małym miasteczku została dobrze przez autorkę umotywowana. Przez to zabawa w poszukiwanie skarbu okazuje się wielkim wyzwaniem, także pod kątem rozpracowywania nowych technologii. Ale nie należy zapominać o metodach tradycyjnych: więzieniu przeciwników czy utrudnianiu im życia. Kto chce odnaleźć skarb, musi zaakceptować ryzyko – nie może bać się ani przestępców, ani policji.

„Tarantula, Klops i Herkules” to powieść bardzo dobrze skomponowana i pozbawiona wszelkich oznak dziecinności. Joanna Olech, która sprawdza się między innymi w powieściach dla dzieci, tu świadomie kształtuje historię dla myślącej młodzieży. I fabuła, i narracja charakteryzują się wysoką jakością: bohaterom można zaufać, bo nie zawiodą. Miło obserwować, jak nieufne wobec siebie nastolatki o różnych doświadczeniach i różnych poglądach stopniowo otwierają się na siebie i bez zbytecznych komentarzy zaczynają współpracę, która obejmuje nie tylko nadrzędne śledztwo w sprawie skarbu. W tej powieści dzieje się dużo więcej niż zmieściłoby się w streszczeniu, autorka podkreśla różne aspekty dojrzewania i odmalowuje interesującą przyjaźń. W jej wydaniu poszukiwanie skarbu to tylko jedna z licznych atrakcji małego miasteczka. „Tarantulę, Klopsa i Herkulesa” podsunąć można nastolatkom, które nie lubią prostych pophistoryjek, za to marzą o wielkiej przygodzie i chcą, żeby w literaturze dużo się działo. To również propozycja dla miłośników powieści detektywistycznych z drugiej połowy XX wieku – uwspółcześniona i trafna. W tym wydaniu bohaterowie przedstawieni są na ilustracjach samej autorki!

wtorek, 5 stycznia 2016

Artur Nowicki: Samolotowy blok rysunkowy. Pomyśl, narysuj, pomaluj

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

W powietrzu

Jeśli jakiegoś malucha interesują (a dziwne by było, gdyby nie interesowały) wszelkiego rodzaju maszyny latające, balony, samoloty, helikoptery, drony, a nawet wehikuły, które zostały już wprawdzie wymyślone, ale nie wprowadzone do masowej produkcji – musi sięgnąć po „Samolotowy blok rysunkowy”, kolejny tomik uzupełniający cykl Opowiem ci, mamo – i stanowiący element zestawu zeszytów ćwiczeń. „Samolotowy blok rysunkowy” to rysunkowy popis Artura Nowickiego (ilustratora tomiku „Opowiem ci, mamo… co robią samoloty”). Tym razem chodzi o zaktywizowanie maluchów i o dołączenie do ich rozrywek ćwiczeń manualnych. Pojawią się tu zatem samoloty do rysowania (według wzorów) i kolorowania (według własnego uznania), samoloty błądzące w powietrznych labiryntach, samoloty podobne i zgubione w tłoku, klucze samolotów, samolotowe puzzle i połącz kropki. Pojawią się samoloty puszczające latawce, smugi za samolotami (układające się w szlaczek), samoloty goszczące w hangarze ptaki. Będzie pilot, który naśmiecił w kabinie i mechanik, który nie zdążył zbudować konstrukcji. Każdemu trzeba pomóc – a różnorodność poleceń będzie dla dzieci bardzo miłym urozmaiceniem pracy i także najlepszą motywacją do podejmowania wysiłku. Jedną stronę rozkładówek zajmują takie właśnie zabawowe polecenia. Druga to zwykle ilustracje w miniaturce i miejsce na przerysowanie ich – bez dodatkowych wskazówek, czyli coś dla bardziej zaawansowanych. Zadania zostały zatem dobrane tak, żeby nie zniechęcić – jest tu coś dla młodszych i starszych dzieci. Warto zwrócić uwagę na motywy rozwijające wyobraźnię: wymyślanie, co mieści się w środku ogromnego samolotu, czy – co przewozi inny w powietrzu. Można zaprojektować nawet własny wehikuł. Na rysunkach jednak zadania się nie kończą: Nowicki wyszukuje rozmaite ciekawostki związane z samolotami – fakty z historii czy dane techniczne, które rzadko trafiają do dziecięcych lektur. Nowicki pisze o dawnych wynalazkach i o tym, co dziś dzieci zaobserwować mogą na niebie, nie zależy mu na samych samolotach – udowadnia, że kwestie ruchu lotniczego mogą mieć wiele wymiarów, a do tego także pobudzać wyobraźnię.

Tomik utrzymany jest w stylu bloku rysunkowego – białe kartki swoją fakturą i grubością zachęcają do tworzenia. Dołączona do niego gruba tektura sprawdza się idealnie jako podkładka – dzięki niej dzieci mogą pracować w każdych warunkach, bez konieczności organizowania im biurek czy stolików. To oznacza, że „Samolotowy blok rysunkowy” można zabrać także w plener i połączyć oglądanie samolotów na niebie ze śledzeniem bajkowych rysunków.

Artur Nowicki i tutaj wybiera prostotę. Samoloty zyskują u niego ludzkie miny i dość proste kształty – nie będą więc zbyt trudne do narysowania, za to wzbudzą sympatię. Są jednocześnie na tyle bajkowe, żeby nie zniechęcić dzieci i na tyle „techniczne”, że wyzwolą zainteresowanie. „Samolotowy blok rysunkowy” przygotowany został tak, by dostarczyć małym odbiorcom jak najwięcej uciechy, a i pomysłów na zabawy. Równocześnie staje się pouczającą lekturą – dużo łatwiej będzie zapamiętać zgromadzone tu ciekawostki, gdy przyswajać się je będzie stopniowo, w niewielkich porcjach. Dla dzieci „Samolotowy blok rysunkowy” to fantastyczna rozrywka – nie dość, że będą mogły dowiedzieć się czegoś o latających maszynach, to jeszcze ten motyw połączy się z ich ulubionym zajęciem – rysowaniem. Zadania z tego tomiku przygotowane zostały tak, by kilkulatki nie zorientowały się, że to wstęp do szkolnych wyzwań. Ten tomik wystarcza na długie godziny, a mniej utalentowanym rysunkowo maluchom pomoże uwierzyć we własne możliwości. Artur Nowicki wprowadza wszystkich w świat samolotów z humorem.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Christophe Cazenove, William Maury: Sisters. Będzie zabawa

Egmont, Warszawa 2015.

Spory na wesoło

Sisters są jeszcze dziećmi, więc też dziecinne są ich codzienne kłótnie. Dziewczyny rywalizują o wszystko – o dostęp do komputera po odrobieniu lekcji, o kosmetyki, o to, która wymyśli lepszy prezent na Dzień Matki. Nie szczędzą sobie bijatyk. Mają też podobny stosunek do sprzątania, zdrowej żywności czy mody. Młodsza, Marine, zwykle chce naśladować Wendy – co starszą sister często irytuje. W efekcie krótkie komiksy o codziennych przygodach tych dwóch bohaterek są śmieszne, dynamiczne i… bardzo prawdziwe.

Decydując się na dwie postacie, nastolatkę i kilkulatkę, autorzy cyklu zyskali podwojoną płaszczyznę stereotypów do wykorzystania i wyśmiania. Nastolatka to „światowe” przyjaciółki, hołdowanie modzie, pryszcze i pierwsze miłości. Kilkulatka bawi się jeszcze zabawkami (chociaż dzięki starszej siostrze interesuje się urodą). Obie są dziećmi – dochodzi zatem obowiązkowo konflikt z rodzicami (niemal stały składnik historyjek, najlepiej warunkuje bowiem siostrzane porozumienie – wiele razy sisters będą zawierać ze sobą sojusze czy chwilowe zawieszenia broni dla uniknięcia kary lub gniewu dorosłych). Autorzy dołączają tu jeszcze temat przewijający się w tle: szkoła sprawia, że rozbrykane dziewczyny mają i wspólne „problemy” (w postaci zadań do odrobienia). W cyklu Sisters jest zawsze wesoło, zawsze energicznie i zawsze bardzo prawdziwie, mimo że sylwetki bohaterek stanowią literackie karykatury. To zresztą spora pomoc w budzeniu śmiechu – autorzy przekonują do siebie autentycznością i rozmachem w kreowaniu codzienności sióstr.

Kiedy Wendy i Marine tworzą wspólny front przeciwko rodzicom, pomagają sobie nawzajem gdy trzeba – ale są dwiema indywidualnościami z silnymi charakterami. Tym zabawniej obserwować ich perypetie. Nie ma w tym komiksie spraw wielkich i politycznych – jak u Mafaldy, nie ma filozofii życia jak w Fistaszkach. Autorzy koncentrują się na detalach znanych wszystkim niezależnie od wieku, więc też ich komiks bardziej niż inne nadaje się dla małych czytelników. Nie da się jednak stwierdzić, że wyłącznie dla nich, bo i dorośli ubawią się, śledząc przygody bohaterek. Rozszerzaniu kręgu odbiorców sprzyja tu krótkość komiksów – to wypadkowa z gazetowych stripów oraz typowych komiksowych historyjek: żaden motyw nie przekracza tu jednej strony A4 (od czasu do czasu to pojedyncze kadry na całą stronę). Dzieci nie zmęczą się lekturą dającą się podzielić na małe porcje, dorośli docenią tempo i liczne puenty. O te Cazenove i William Maury bardzo dbają – bo śmiech ma stanowić podstawowy walor serii. W „Będzie zabawa” nie ma co do tego żadnych wątpliwości. A jest to śmiech różnych gatunków: raz pochodzi z beztroskiej dziecięcej radości, naiwności i swobody, raz z szyderstwa i zastawianych na siebie pułapek. Siostry czasami przewidują najbliższą przyszłość (wiedzą, jakie będą konsekwencje ich czynów, mogą bez trudu odgadnąć reakcję sister na wybryk).

Autorzy odrzucają tu poprawność polityczną i aspekty wychowawcze: siostry nie stanowią podręcznikowo grzecznego rodzeństwa, często się biją, a gdy są wściekłe, ich twarze wykrzywiają się w nienaturalnych grymasach. Nie jest to więc komiks pod względem graficznym przesłodzony: „dziecięcym” akcentem są tu kolory – ale tylko z nimi można w pełni docenić bogate w szczegóły kadry. Styl ilustrowania jest bliski kreskówkom, ale jakość humoru nie pozostaje bez znaczenia w czytelniczych wyborach. Sisters doskonale pokazują odwieczne mechanizmy i relacje między młodszymi członkami rodzin. Autorzy zgrabnie wykorzystują stereotypowe sytuacje i scenki, jakie zaobserwować można w każdym domu. Wyostrzają je śmiechem i sprawiają, że wszyscy mogą potraktować cykl Sisters jako lekturę o rozrywkowym charakterze, a i celnych spostrzeżeniach. Uwaga: łatwo się do tych przygód przywiązać.

niedziela, 3 stycznia 2016

Charles M. Schulz: Fistaszki zebrane z gazet codziennych i weekendowych 1967-1968

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Życie w paskach

„Moje zmartwienia mają swoje zmartwienia” – reflektuje się w pewnym momencie Charlie Brown, bohater Fistaszków. Powodów do zmartwienia zresztą ma mnóstwo: jest najgorszym kapitanem najgorszej drużyny bejsbolowej, kelnerem swojego psa i nie może zwrócić na siebie uwagi małej rudej dziewczynki. Jedno z drzew stale pożera jego latawce, a przyjaciele traktują Charliego jako obiekt drwin. Nawet Snoopy jest psem używanym: przed bohaterem należał do pewnej Lily. Nic dziwnego, że Charlie spędza czas na wzdychaniu i ponurych refleksjach. Co innego Snoopy. Ten nigdy się nie nudzi: jeździ na łyżwach, zamienia się w asa lotnictwa z czasów pierwszej wojny światowej, paraduje z rozmaitymi tabliczkami, żeby zdobyć głosy wyborców… Zresztą bohaterowie Fistaszków, tak dobrze znani odbiorcom, mają swoje upodobania i dziwactwa. Lucy czeka, by udzielić komuś porady psychiatrycznej lub namawia Schroedera do małżeństwa, Linus wierzy w Wielką Dynię, a Sally często irytuje brata. Życie toczy się swoim przewidywalnym, więc też bardzo miłym, trybem.

Charles M. Schulz pozostaje z bohaterami w ich codziennych zabawach, troskach i wyzwaniach. Tworzy stripy układające się w serie lub kontynuacje wcześniejszych pasków. Seria oznacza powrót do jednego motywu w lejnych odsłonach, kontynuacja przedstawia konsekwencje pojedynczych decyzji. Autor spaja też historyjki drobnymi motywami, choćby kwestią psiej miski, dla niektórych najcenniejszego skarbu.

Tom obejmujący lata 1967–1968 jest przesycony dowcipem oraz melancholią. Tu często rysunki nie prowadzą do wybuchów śmiechu, ale do refleksji nad trafnością prostych – bo dziecięcych – obserwacji. Bohaterowie nie chcą zafałszowanego obrazu rzeczywistości i nie rozpraszają się też na sprawach istotnych tylko dla dorosłych: liczy się dla nich tu i teraz (z rzadka też najbliższa przyszłość). Poza „jutro” ich myśli nie sięgają, brakuje tu i aktualnych odniesień. Dzięki takiemu zamknięciu w pozornie beztroskim świecie dzieciństwa Schulz osiągnął najczystszy poziom uniwersalności. Fistaszki nie mogą się zestarzeć, bo ogólnoludzkie obserwacje ukryte w niewinnych zabawach dzieci wciąż są prawdziwe. To dlatego te komiksy łączą pokolenia. Schulz zapewnia rozrywkę na wysokim poziomie dorosłym, którzy mogą w Fistaszkach znajdować prawdy o egzystencji i celne spostrzeżenia – ale proponuje też bajkę dzieciom. Fistaszki mogą jako lektura dojrzewać razem z odbiorcami. Stopniowo nawet w doskonale poznanych frazach dzieci będą odkrywać kolejne znaczenia. Dlatego ta kolekcja – wydana w piękny sposób – to prawdziwa inwestycja Spotkanie nie tylko z klasyką komiksu i humoru, ale i z niebanalnymi analizami życia jako takiego. Schulz doprowadza do śmiechu na różne sposoby, ale często zamiast radości ów śmiech przynosi zastanowienie nad prezentowaną sytuacją. W świecie Fistaszków nie ma miejsca na sprawy nieważne, tu nawet niewinne i proste wygłupy czemuś służą. Dlatego też książki nie da się przeczytać jednym tchem ani potraktować jako prostej lektury. Schulz zapewnia odbiorcom coś, czego próżno by szukać w dzisiejszych wytworach kultury masowej – inteligentną rozmowę o człowieku. To, że przy okazji tworzy też klasykę komiksu prasowego i wyznacza standardy kolejnym pokoleniom rysowników, wydaje się już niewarte wspomnienia: nawet kiedy odbiorcy bawią się minami czy „przewrotkami” postaci, motyw kreski wydaje się wtórny wobec atrakcyjności samych pomysłów.

Katie Cook, Andy Price: My Little Pony: Przyjaźń to magia. Tom 3

Egmont, Warszawa 2015.

Rozrywka

W trzecim tomiku serii My Little Pony: Przyjaźń to magia mieszczą się dwie historyjki o zaczarowanych kucykach we wszystkich kolorach tęczy. Przy czym scenarzystka Katie Cook wybiera „męską” perspektywę i takie też dylematy. Grono przyjaciółek schodzi na dalszy plan, liczy się to, co czują ich partnerzy, przyjaciele lub krewni. W pierwszej opowieści kucyk Big McIntosh ma naprawić skrzypiącą deskę w altanie: nalega na to seniorka rodu. Tyle tylko że kucyk nigdzie nie może znaleźć gwoździ. Wyrusza do sklepu żelaznego po zakupy, ale po drodze ma festyn z rozbrykanymi mieszkańcami. Grupa przyjaciółek bez przerwy przypadkiem odpala całe zapasy fajerwerków. McIntosh wygrywa niechciane fanty, panuje ogólny chaos, a zamieszanie potęgują jeszcze towarzyskie relacje. Minie sporo czasu zanim bohater dotrze do sklepu – a i to nie oznacza powodzenia misji. Jednak naprawy w altanie dokonać trzeba i wszyscy o tym wiedzą. Druga historia to sentymentalna podróż w przeszłość – odbiorczynie dowiedzą się, jak Shining Armor wpadł w oko księżniczce Candance i jak pokonał rywali do jej kopytka. Romantyczna relacja rozpalająca wyobraźnię młodszego pokolenia to szereg retrospekcji ze szkolnych czasów kucyków. O piękną księżniczkę stara się najlepszy w roczniku ogier, koń z kwadratową szczęką, wspaniały sportowiec, który bez trudu bije na łeb wszystkich rywali. Shining Armor tymczasem należy do grupy najbardziej pogardzanych kucyków – jego przyjaciele wzbudzają co najwyżej śmiech lub politowanie. Tu nikt nie może się mierzyć z Buckiem. A jednak bohater nie poddaje się i staje do walki o najpiękniejszą klaczkę. „Rżenie serca” to romantyczna opowieść o przeznaczeniu i nieśmiałości, o tym, że nigdy nie należy się poddawać i że życie potrafi zaskakiwać. Tu klasowe niedorajdy mogą utrzeć nosa najdumniejszemu koledze i nabrać wiary we własne możliwości. Wiadomo, jak skończyła się ta przygoda, skoro Shining Armor i Candance wspólnie relacjonują ją dzieciom – zabawa polegać więc będzie na śledzeniu retrospekcji, nie na przewidywaniu rozwoju sytuacji.

Trzeci tomik komiksów o kucykach zawiera spore pokłady humoru. Wprawdzie to dowcipy kierowane – jak cały komiks – do dzieci, więc łatwe czasem do przewidzenia, ale liczne i dobrej jakości. Pojawiają się tu gry słowne, żarty sytuacyjne, karykatury i przenoszenie ludzkich stereotypów w świat kucyków. Śmieszą tu naiwne koniki i rysunki ulicznych artystów, niedopowiedzenia i pomysły (muzeum marchwi). Momentami autorzy zamieniają komiks o kucykach w satyrę na kucyki. Kucyki, które mówią z pełnymi pyskami, trzeba dodatkowo tłumaczyć, ale śmieszą też ich spory czy przyzwyczajenia. Niektóre kucyki są wyjątkowo inteligentne, inne – bardzo naiwne. W trzecim tomie śmiech odgrywa bardzo ważną rolę. Owszem, małe fanki kucyków znajdą tu zajmujące dla siebie fabuły i historyjki – ale część odbiorców dostrzeże też potencjał komiczny płynący z kreacji i rejestru wydarzeń. Te kucyki nie nudzą – bo poza oczywistym torem opowieści, łatwym do przewidzenia i jednokierunkowym, pojawia się sporo niespodzianek dla uważnych czytelników.

Kucyki nie mogłyby się obejść bez feerii barw i cukierkowego, a wręcz przesłodzonego stylu ilustracji. I tutaj roi się od słodkich stworzonek w pięknych kolorach – ale ponieważ bohaterowie przełamują typy idealnych postaci i pokazują rozmaite słabości, wykorzystywanie landrynkowości w warstwie graficznej nie razi. Czytelniczki skupią się raczej na tropieniu ukrytych w tekście informacji czy na odczytywaniu dialogów dla wygody umieszczonych w pojedynczych kadrach z rozbudowanymi i rozbijanymi na części dymkami. Kucyki z trzeciej części serii nie wydają się już obiektem drwin krytyków – mogą nawet budzić ciekawość. Tym razem pomysł na komiksy wymyka się banałowi, za to zaczyna imponować ze względu na poziom humoru. W ten sposób do kucyków dałoby się przekonać, przynoszą rozrywkę.

sobota, 2 stycznia 2016

Kiera Cass: Królowa i faworytka

Jaguar, Warszawa 2015.

Miłość

Pojedyncze opowiadania dopełniające serię Rywalki świetnie się sprawdzają jako przerywniki w oczekiwaniu na dalsze powieściowe historie, są też szansą na lepsze poznanie dalszoplanowych a ciekawych bohaterek. Kiera Cass proponuje fankom cyklu tom „Królowa i faworytka”, kolejny po „Księciu i gwardziście” zestaw małych historii, wątków rozbudowanych do wielkości opowiadań. Próbuje tu podsuwać odpowiedzi na ważne pytania zrodzone w trakcie lektury, uczy też pełniejszego spojrzenia na sprawy dworu w Illei. Może uciec od idealizowanego uczucia Ami i Maxona – ta historia zamknęła się w planowanej początkowo trylogii i teraz funkcjonować może jako tło.

Nie ulega wątpliwości, że „Królowa i faworytka” pomoże złagodzić żal po rozstaniu z kilkoma bohaterkami. Królową jest tu matka księcia Maxona, jeszcze za panieńskich czasów: bierze udział w Eliminacjach i niezbyt dobrze czuje się wśród lepiej urodzonych kandydatek. Zainteresowanie przyszłego króla objawia się w dość dziwny sposób, ale Amberly próbuje wykorzystać swoją szansę na lepsze życie. To opowiadanie jest również ważne dla trzonu serii Rywalki: czytelniczki wiedzą, co w relacjach Maxona z ojcem wybrzmiewało najbardziej groźnie i teraz mają okazję, by przekonać się, skąd wszystko się wzięło i kiedy zaczął się problem. Niby autorka nikogo nie usprawiedliwia, a jednak pokazuje różne oblicza miłości (także tej toksycznej). Opowiadanie wypada tym silniej, że odbiorczynie wiedzą, jak król zmieni się w przyszłości.

Z jednej strony fragment życiowej przygody królowej, z drugiej – faworytki. Faworytką jest tu Marlee, jedna z rywalek. Chociaż w samej powieści nie była zbytnio akcentowana, zarówno jako konkurentka Ami w drodze do tronu, jak i jako jej przyjaciółka, stała się postacią ważną po okrutnej karze. Przewinieniem Marlee było zakochanie się w gwardziście, sytuacja analogiczna do sercowych perypetii Ami. Tyle że Marlee była pewna, że dla swojej miłości zrezygnuje z walki o tron. Tę dziewczynę i jej historię autorka przybliża w „Faworytce”. Pokazuje chwile przed wykonaniem kary i po niej – i uspokaja czytelniczki co do losów tej – lubianej powszechnie – bohaterki. Ale na dwóch opowiadaniach się nie kończy. Cass przedstawia jeszcze Celeste (żeby wynagrodzić jej trochę jednoznacznie złą opinię z cyklu), Lucy – ukochaną Aspena oraz… Ami tuż po Eliminacjach. Dodaje też aneks, w którym prezentuje – w postaci biogramów – losy niektórych Rywalek. W ten sposób odpowiada na oczekiwania i pytania czytelniczek i jeszcze bardziej przywiązuje je do serii. Niewielki tomik kończy się rozmową z autorką – na temat tworzonych przez nią postaci.

„Królowa i faworytka” to tomik dla fanek serii. Ale Kiera Cass udowadnia w nim, jak dobrze czuje się w wykreowanej przez siebie rzeczywistości. Uruchamia motywy wcześniej z konieczności upraszczane, buduje kolejną płaszczyznę swoich książek. „Królowa i faworytka” przynosi zróżnicowane historie miłosne, to dowód na wyobraźnię Cass, a i na umiejętne wykorzystywanie marketingowego szaleństwa: seria Rywalki reklamuje się już sama, a Kiera Cass podsyca zainteresowanie nią. Warto też zaznaczyć, że stara się unikać banałów, chociaż idealizuje miłość i to ją czyni podstawowym tematem fabuł.

Kiera Cass ma łatwość tworzenia pełnowymiarowych relacji i świata bohaterów nawet wtedy, gdy prezentuje nikłą cząstkę ich doświadczeń. Dlatego też jej opowiadania czyta się równie dobrze jak powieści, i dlatego ta autorka podbija rynek wydawniczy. Serię Rywalki kieruje do młodzieży, ale zaczytywać się w niej będzie każdy, kto lubi baśniowe narracje i gęste fabuły obyczajowe. W Illei równowaga między kwestiami towarzyskimi i politycznymi zostaje zwykle zachowana, jednak w opowiadaniach autorka kładzie nacisk na pierwszy z tematów.

piątek, 1 stycznia 2016

A. U. Mielech: Jaga Czekolada i baszta czarownic

Wilga, Warszawa 2015.

Słodkie czary

Jaga Czekolada (czyli Jagoda Nugat) wiedzie całkiem zwyczajne życie, nawet nieco nudne. Nie ma koleżanek, w szkole zwraca na nią uwagę tylko Maks, a mama zabrania jeść ukochane słodycze. Dobrze chociaż, że jest Pralinka, młoda niania Jagi, która zaprasza czasami dziewczynkę do cukierni. Ale pewnego dnia Pralinka rzuca pracę i rusza w podróż, a Jaga zostaje sama. Z ćwiczeniami gry na pianinie (których akurat nie znosi). Na szczęście do sąsiedniego domu wprowadza się Lukrecja z mamą, Mirellą. Te dwie bohaterki przybyły ze świata czarownic, ale o tym nikt nie może się dowiedzieć. Zamierzają prowadzić kawiarenkę z ręcznie robionymi słodkościami. Jaga bardzo chce się zaprzyjaźnić ze swoją rówieśniczką i przypadkowo odkrywa też jej tajemnicę.

Tomik „Jaga Czekolada i baszta czarownic” to powieść dla dzieci zafascynowanych w równym stopniu magią co słodyczami. Istnieje tu oczywiście groźny przeciwnik Mirelli i Lukrecji oraz przeszkoda w postaci sceptycznie nastawionych do wywrotowych pomysłów rodziców. Jaga pragnie wielu rzeczy, ale nie wszystkie uda jej się zrealizować. Agnieszka Mielech w tej książce próbuje także przemycić kilka ważnych dla najmłodszych tematów, między innymi kilka razy przekonuje dzięki postaciom z książki Jagę, że nie powinna zarzucać gry na pianinie, a rozwijać swój talent, bo doceni to dopiero w przyszłości. Udowadnia też, że z odejściem ukochanej opiekunki świat się nie kończy, a prawdziwe przygody mogą czaić się w pobliżu. Czasami Jaga dowiaduje się ciekawych rzeczy (na przykład – skąd wzięła się nazwa metra). Mielech szuka oryginalnych motywów, żeby ubarwić „magiczny” schemat – to dlatego Lu ma iguanę (w charakterze domowego zwierzątka).

Autorka jednak sporo miejsca poświęca na opisywanie dwóch tematów raczej rzadkich w literaturze dla dzieci: zjawisk pogodowych i cukiernianego menu. Potrafi naprawdę długo analizować warunki atmosferyczne (co w pewien sposób powiązane jest z nadnaturalnymi zdolnościami bohaterek), rozkoszuje się też omawianiem rozmaitych deserów, rozbudzając apetyty na czekoladowe przysmaki (to akurat metoda na oderwanie Jagi od zdania mamy zabraniającej przejadania się słodyczami). Mielech dzięki temu uzyskuje nietypowy klimat książki i nieco odróżnia ją od innych lektur, ale też wypełnia miejsce w narracji, odwleka to, co ma się zdarzyć i na co postacie będą czekać. Po tych autorskich decyzjach widać, że chce się trochę oderwać od stylistyki pop i wzbogacić swoją opowieść – ale nie zwiększa tym samym tempa akcji.

„Jaga Czekolada i baszta czarownic” to opowieść o nietypowym spotkaniu na granicy światów. Autorka wykorzystuje tu i tajemnicę, i przyjaźń małych dziewczynek, i czary, i niezwykłe smaki. Książkę zdobią komputerowe czarno-białe ilustracje, trochę zbyt ugrzecznione i wygładzone jak na temat powieści. Momentami „Jaga Czekolada” porywa, czasami bywa jednak niepotrzebnym powrotem do rzeczywistości. To obszerniejsza niż typowe poppowieści historia wprowadzająca modne dziś w literaturze czwartej motywy w „żeńskiej” wersji. Mielech usiłuje zachęcić dzieci do czytania na różne sposoby – fabułą, czarami, relacją małych bohaterek, tajemnicą czy zwykłymi codziennymi troskami Jagody. Nie bez znaczenia pozostanie tu czekolada i tworzone z niej przysmaki. Cała książka daje się dość szybko przeczytać i nie wyklucza ciągu dalszego. Kto przywiąże się do Jagi i jej świata, będzie czekać na kolejne części cyklu.