* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 9 października 2015

Anna J. Szepielak: Znów nadejdzie świt

WNK, Warszawa 2015.

Wybory życiowe

Anna J. Szepielak bardzo dobrze odnalazła się w obyczajówkach zakorzenionych w przeszłości – i w wyprawach wstecz sięga coraz dalej. „Znów nadejdzie świt” to już osiągnięcie pisarki dojrzałej i świadomej warsztatu. Na początku kojarzy się z najlepszymi lekturowymi wspomnieniami z „Nad Niemnem” i to zarówno przez ładny styl, jak i temat wiejskiej idylli, którą autorka oferuje bohaterom. Karolina, żona Jędrzeja Florczaka, spodziewa się dziecka. Tę kobietę, gospodarną i mądrą, wybiera sobie pani dziedziczka. Do czego? To już tajemnica Florczakówi dowód wyjątkowej siły Karoliny. Dość powiedzieć, że Florczakowa z dworu wraca nie z jedną, a z dwiema córkami. Bierze na siebie obowiązki, do których nie była przygotowana, ale przyjmuje je z filozoficznym spokojem. To prawdziwa opoka, a przecież nie może już uciec z sieci kłamstw.

Szepielak prowadzi historię przez kilka pokoleń. Najdłużej przygląda się Karolinie i jej córkom, wybiera dość urozmaicone i barwne obyczajowe skandale, dramaty oraz losowe wyzwania. Żadne jednak nie są w stanie zagrozić spokojowi domu Karoliny i Jędrzeja. Kobieta, choć potrafi przywołać do porządku męża, nie szuka konfliktów ani zmartwień: woli przyjmować los z pokorą i godnością jednocześnie, nie zadręcza się przesadnie tym, co być musi. W ten sposób Karolina, dziewiętnastowieczna chłopka, przedstawia najlepsze możliwe podejście do życia. Jej potomkinie miewają burzliwe przygody i stają przed arcytrudnymi wyborami. Ale dopiero w decyzjach Elwiry widać, że taka postawa jest możliwa i dzisiaj – a na pewno ułatwia ocalanie związku. Przed wielkim wyzwaniem staje Elwira – i przypomina sobie zawirowania z przeszłości, czerpiąc stamtąd wskazówki do działania.

„Znów nadejdzie świt” to powieść, która z obyczajowej stopniowo skręca w psychologiczną. Szepielak mogłaby spokojnie prowadzić zajmującą kontynuację „Nad Niemnem”, w końcu wybiera jednak rozbudowywanie międzyludzkich relacji, temat bardziej uniwersalny i bardziej zajmujący dzisiejsze odbiorczynie. Pojawiają się tu dylematy związane z macierzyństwem – i to od momentu poczęcia dziecka po jego wejście w dorosłość, romansowe niesnaski, rodowe sekrety i… lunatykowanie zamienione w rodzaj piętna. Szepielak kusi ostro zarysowanymi charakterami i specyficznym, rzadko w powieściach tego typu spotykanym, dystansem od problemów. Od bohaterek „Znów nadejdzie świt” można się uczyć wyrozumiałości i cierpliwości – oddalenie czasowe na początku pomaga w zaakceptowaniu finałowych wyborów, a autorka zasługuje na brawa, że odważyła się postąpić wbrew oczekiwaniom.

Gdzieś w tej powieści przebija tęsknota za rodziną (i domem) jako azylem. U Szepielak ludzie są silni dzięki więzom rodzinnym i poczuciu wspólnoty zawsze i na przekór trudnościom. Wyzwania cementują rody – zamiast doprowadzać do rozpadu. To tajemnica, którą Szepielak przemyca w fabule. Próbuje tym samym wskazać czytelniczkom, że w każdej sytuacji wykazać się mogą hartem ducha czy wyrozumiałością – i uniknąć zbędnego stresu. „Znów nadejdzie świt” zawiera uwspółcześnioną podróż przez wieki: na początku autorka trochę stylizuje narrację (tak, żeby język nie utrudniał odbioru, ale sugerował „inność” realiów), potem skupia się bardziej na bohaterkach niż na kolorycie lokalnym. Wie jednak, że wybrany przez nią kierunek historii będzie dla odbiorczyń atrakcyjny. Nie bez znaczenia staje się tu realizacja literacka: „Znów nadejdzie świt” to tom apetyczny i napisany z wprawą. Anna J. Szepielak dała się już poznać jako autorka książek ciekawych i zgrabnie wymyślonych – i tą powieścią podtrzymuje swoją pozycję na rynku.

czwartek, 8 października 2015

Ewa Nowak: Rok z kocicą Izabelą

Egmont, Warszawa 2015.

Opieka nad dziećmi

Ewa Nowak pisze tę książeczkę zupełnie jak nie Ewa Nowak, skupia się bowiem nie na psychologii postaci, a na życiu domowych zwierząt i prawach natury. W „Roku z kocicą Izabelą” powraca do tematu prostego, a dla maluchów mimo wszystko magicznego i pięknego. Tu bohaterką jest kocica, a nie Zuzia, jej mała opiekunka. Książka podzielona została na miesiące-rozdziały: w każdym z nich w życiu Izabeli dzieje się coś ważnego. Każda drobna historyjka pomaga też odbiorcom zrozumieć, na czym polega mądre wychowanie i porównać kocie doświadczenia z ludzkimi przeżyciami i emocjami.

Najpierw kocica Izabela bawi się z Zuzią, potem tęsknie wygląda za okno, potem znika – by móc mieć dzieci. Wraca w ciąży, więc kolejne miesiące są dla Zuzi okazją do przyglądania się narodzinom kociąt i opiece nad nimi. Izabela staje się cudowną matką, uczy maluchy higieny, a kiedy boi się, że coś im grozi – przenosi kocięta w pyszczku do nowego miejsca. Zuzia może się dowiedzieć, kiedy i dlaczego kotka przestaje karmić młode – i dlaczego nie żegna się z nimi, kiedy kocięta trafiają już do nowych rodzin. Tata Zuzi zawsze szuka analogii między rzeczywistością dziewczynki a zwyczajami kociąt. Chętnie sięga po albumy ze zdjęciami i porównuje sytuację kilkulatki z małymi kotkami. Ewa Nowak pozwala zrozumieć, że dzieci dorastają i zaczynają własne życie, że nie można nikogo zniewalać w imię uczucia. Chociaż Zuzia uwielbia kotkę, musi zaakceptować fakt, że zwierzę ma swoje potrzeby i sprawy. Nie powinna martwić się, że Izabela będzie tęsknić za dziećmi: rodzice dziewczynki wspominają, że po narodzinach córki też wyprowadzili się od dziadków: to normalne zjawisko, którego nie trzeba się obawiać. Na przykładzie Izabeli Ewa Nowak pokazuje kolej rzeczy. Do tego proponuje dzieciom historyjkę atrakcyjną samą w sobie. Przecież obserwowanie domowych pupili to coś, co maluchy bardzo lubią – tu lektura może im zastąpić prawdziwe obserwacje, bo przecież nie każdy może sobie pozwolić na trzymanie w domu czworonoga. Ewa Nowak w notce o sobie pisze, że miała kiedyś kocicę, przybłąkanego zwierzaka, który urodził kocięta. Historię opiera na tym wspomnieniu i to w narracji widać: autorce udaje się nasycić tę krótką opowieść silnymi emocjami, które nie zaburzają wartości edukacyjnych, ale dostarczają rozrywki.

„Rok z kocicą Izabelą” to tomik przygotowany na trzecim poziomie cyklu Czytam sobie, co oznacza, że kilkulatki mogą po niego sięgać także przy ćwiczeniu sztuki samodzielnego czytania. Temat ułatwi takie treningi: opowieść, chociaż nie bajkowa, okazuje się wciągająca i atrakcyjna dla dzieci. Nowak stawia na krótkie rozdziały, nie zamęcza czytelników nadmiarem tekstu czy rozbudowanymi opisami, a przy tym może być pewna, że koty przyciągną do tomiku każdego malucha. Autorka zgrabnie wplata do tomiku kilka trudniejszych słów, których znaczenie objaśnia w słowniczku. To dobry sposób na poszerzenie słownictwa dzieci – nie dość, że pozwala wzbogacić językowe umiejętności, to jeszcze nie odstrasza od lektury.

Mikołaj Kamler i Zuzanna Orlińska zajmują się stroną graficzną tomiku. Nadają też książeczce bardziej młodzieżowego charakteru. Cieszy zwłaszcza skupienie ilustratorów na bajkowych kotach – to rysunki, które mogą się podobać, bo korespondują z tekstem i pasują do wymowy historyjki. „Rok z kocicą Izabelą” to książeczka, którą warto polecić najmłodszym i to nie tylko jako czytankę, ale też jako lekturę dla przyjemności. Samodzielne jej przeczytanie da dzieciom olbrzymią satysfakcję. Nagrody bardziej wymierne to naklejki i dyplom w tomiku. Jednak zabawa, jaką funduje Ewa Nowak, zasługuje na pochwałę.

środa, 7 października 2015

Kasia Bulicz-Kasprzak: Szlachetne pobudki

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Katalog nieszczęść

Ulica Różana jest przedziwna. Mogłaby się wydawać oazą spokoju, miejscem, w którym jedynie konkurs na najładniejszy ogród wzbudza większe emocje. Tymczasem w każdym domu i w każdej rodzinie pojawiają się tu różnorakie niesnaski i nikt nie może odnaleźć szczęścia w miłości. Mieszkanki po cichu powtarzają sobie, że to efekt klątwy, jaką na domy przy tej ulicy rzucić miała pewna wiekowa dama. To wywołuje mechanizm samospełniającego się proroctwa. Dopóki bohaterowie nie zaakceptują banalnej prawdy przez autorkę wyłożonej pod koniec tomu, będą błądzić i ranić siebie nawzajem. „Szlachetne pobudki” złożone są z zestawu toksycznych relacji lub z postaw płynących z błędnych decyzji.

Kasia Bulicz-Kasprzak w tej serii porzuca klimat pogodnych obyczajówek i jednotorowe schematy fabularne. Przenosi się od mieszkania do mieszkania, lawiruje między młodymi i starymi. Pokazuje, że często marzenia odbiegają od rzeczywistości, a nudna stabilizacja wydaje się lepsza niż gwałtowne porywy uczuć. Rozpoczyna od tematu powodzi, w wyniku której ucierpieli już znani bohaterowie. Teraz autorka nie musi już prezentować charakterów i związków, zajmuje się wydarzeniami, czasem – szarpiącymi nerwy postaci. Bohaterów w tej serii jest wielu i dobrze, że autorka decyduje się na ich spis jeszcze przed właściwą lekturą, inaczej mniej cierpliwym odbiorczyniom nie udałoby się połapać w zagmatwanych sąsiedzkich konfliktach. Bulicz-Kasprzak w każdym pokoleniu znajduje trochę dylematów sercowych, trochę filozofii życia i trochę satyry na świat współczesny. Tworzy bohaterów lekko staroświeckich w swoich poglądach, uparcie broniących swojego stanowiska. Nieprzypadkowo część postaci musi ukrywać własne pragnienia, unieszczęśliwiając się przy tym: mała społeczność nie wybacza żadnych odstępstw od normy. Bulicz-Kasprzak pracuje jak przy wymyślaniu tasiemcowego serialu, porzucając optymistyczne możliwości wyboru. Za każdym razem – za każdą zmianą miejsca – otwiera inną ranę: a to nieudane małżeństwo, a to nieodwzajemniona wielka miłość do męża przyjaciółki, a to niepotrzebne upokorzenia, rozstania, powroty, niechciane ciąże, zawiść i romanse. Właściwie nikt nie może tu podejmować samodzielnych decyzji: na każdego wpływać będą konserwatywni rodzice, wszechwiedzący sąsiedzi lub przypadkowi świadkowie wydarzeń. Bulicz-Kasprzak w tej narracji zmusza do zaakceptowania rozmaitych ułomności ludzi: trzeba się nauczyć, jak z nimi żyć, bo nie ma od nich ucieczki. Bohaterowie rzadko myślą o uczuciach bliźnich. Takie nagromadzenie psychologicznych i międzyludzkich tematów jest w dzisiejszych obyczajówkach rzadkością – tu autorka sama ułatwia sobie zadanie: mnogość postaci oznacza tematyczne przeskoki już z definicji. A że Bulicz-Kasprzak nie chce nikogo kłuć w oczy szczęściem sąsiadów, uniemożliwia w tej książce beztroskę i radość, tworzy antyutopijną historię o małostkowości ludzi i o tym, że najgorsze cechy charakteru uaktywniają się często dopiero w chwili próby. Na próbę mieszkańcy ulicy Różanej wystawiani są bez przerwy, a ta autorka z wyraźnym upodobaniem testuje ich cierpliwość i skłonność do poświęceń. W ten sposób „Szlachetne pobudki” uciekają od życia w stronę podbarwionego serialu – dostarczają czytelniczkom przeglądu potencjalnych trudności i dramatów, o których nawet w maleńkiej społeczności nikt nie może się dowiedzieć.

wtorek, 6 października 2015

Zofia Stanecka: Basia i remont

Egmont, Warszawa 2015.

Robotnicy

Wyżywa się trochę Zofia Stanecka na rozmaitych fachowcach i w tomiku „Basia i remont” robi coś, czego do tej pory w serii trudno było doświadczyć: proponuje drugą płaszczyznę treści, zrozumiałą dla rodziców, a niedostrzegalną dla właściwych odbiorców. Dorośli będą mogli pokiwać głowami nad przygodami rodziny, maluchy zobaczą, że pewne niezrozumiałe dla nich zachowania mamy, taty i budowlańców – pojawiają się i u Basi. Tytuł może być nieco mylący: Basia nie zostanie przecież w remontowanym domu, chociaż trochę zaspokoi ciekawość, odwiedzając raz mieszkanie z mamą. Wtedy też spróbuje swoich sił w malowaniu. I wystarczy. Basia bowiem remont poznaje ze swojej perspektywy, a Zofia Stanecka musi pokazać odbiorcom, co ich przy takiej okazji czeka – nie może zachęcać do udziału w „przygodzie”.

Remont to po pierwsze spory rodziców. Mama Basi od jakiegoś czasu zauważa, że w domu wszystko się psuje, czego z kolei tata Basi nie chce przyjąć do wiadomości. Dopiero mała domowa katastrofa przekonuje go do wezwania fachowców (przy tym tłumaczy Basi, dlaczego nie bierze się za naprawianie wszystkiego sam, tylko szuka „złotej rączki”, co bardzo działa na wyobraźnię dziewczynki). Po drugie remont to wydatki. Chociaż mama chciałaby, żeby w domu wszystko było nowe, piękne i błyszczące, w sklepie traci humor i nie kupuje wszystkiego, co dziwi dziewczynkę. Basia jeszcze nie rozumie, że remont wiąże się z kosztami: gdyby to wiedziała, nie namalowałaby na ścianie nad łóżkiem wielkiego fioletowego żółwia, dokładając rodzicom zmartwienia. Po trzecie remont to nocowanie u babci. Chociaż na początku wydaje się, że to tylko kilka nocy, prace przedłużają się na parę tygodni (a to dlatego, że wezwany fachowiec przyjął w tym czasie jeszcze jedno zlecenie). Po czwarte wreszcie remont to ogromny bałagan: Basia ogląda przy jednej wizycie w domu rozłożone folie, porozrzucane narzędzia, gruz i ślady farby. Jest też remont, mimo że to już osobny temat, związany z obecnością specyficznie wysławiających się panów. Stanecka stosuje tu indywidualizowany język, bo wie, że taki detal również może zaskoczyć maluchy. Przy okazji sama się bawi motywem robotników.

Tomik „Basia i remont” pomaga wytłumaczyć dzieciom, że czasami trzeba zająć się odnawianiem mieszkania i naprawianiem tego, co się zepsuło, a gdy coś się remontuje – nie da się w tym miejscu normalnie mieszkać. Dzięki Basi dzieci łatwo zaakceptują chwilowe zmiany i potraktują remont jak miłe urozmaicenie codzienności. Zrozumieją postawy rodziców i to, że u babci nie wolno bałaganić (i to jeszcze bardziej nie wolno niż w domu), zaakceptują obecność fachowców i ich „dziwactwa” (chociażby siatkowy podkoszulek z „kłaczkami”). „Basia i remont” jest kolejną historyjką z życia wziętą – na uznanie zasługują tu trafne spostrzeżenia autorki, która nie idealizuje rzeczywistości Basi. Kilkulatka ma zupełnie zwyczajną rodzinę. Jej rodzice mogą czasami być zmęczeni czy zdenerwowani, mogą też posprzeczać się o drobiazgi, Basia musi podporządkowywać się ich zasadom. Autorka proponuje normalność jako odpowiedź na rozmaite mody w literaturze czwartej – nieprzypadkowo jej seria jest tak bardzo popularna. Zofia Stanecka stworzyła prawdziwego przedszkolaka, a Basia objaśnia rzeczywistość na własnym, z życia wziętym, przykładzie. To bohaterka, w którą łatwo uwierzyć – przytrafiają się jej sytuacje powtarzające się w prawdziwym życiu. Staje się zatem seria o Basi ogromną pomocą dla rodziców.

poniedziałek, 5 października 2015

Laura i Marie: Warkocze. Przewodnik krok po kroku

Między Słowami, Kraków 2015.

Sploty

Jeśli ma się oryginalny pomysł na zaistnienie w mediach, internet staje się potęgą. Udowadniają to Laura i Marie, dwie nastolatki, które uczą plecenia oryginalnych warkoczy. Poradnik „Warkocze. Przewodnik krok po kroku” będzie się cieszyć powodzeniem zwłaszcza wśród młodych dziewczyn, które szukają wymyślnych fryzur, a nie chcą (lub nie mogą) poświęcać na nie zbyt wiele pieniędzy. Warkocze zaplatać będą mogły przyjaciółkom albo sobie – a mnogość wzorów sprawi, że ta czynność szybko się im nie znudzi. Zwłaszcza że propozycje Laury i Marie są rzeczywiście imponujące.

Tomik wolny jest od niepotrzebnych opisów, a te, które powstały, mieszczą się w pojedynczych akapitach wprowadzających do poszczególnych rozdziałów. Autorki posługują się w ograniczonym zakresie slangiem: piszą o „looku”. Do tego starają się wskazać idealne do fryzur okazje – i tu wychodzi na jaw zakładane przeznaczenie książki. Laura i Marie najchętniej przedstawiają fryzury odpowiednie do szkoły, wygodne na zajęcia sportowe i tańce, a także warkocze uzupełniające imprezowe kreacje. Chociaż po te propozycje sięgać mogą również dorosłe kobiety, autorki kierują tekst do swoich rówieśniczek. W końcu odbiorczyniom, które nie są nastolatkami, nie trzeba już podpowiadać modowych wyborów. Krótkie wstępy stają się też dla Laury i Marie okazją do nawiązania kontaktu z czytelniczkami – piszą w końcu o swoich ulubionych rozwiązaniach i fryzurach.

Układ książki jest przejrzysty: to zestaw podstawowych splotów i wzorów, które później można modyfikować i wykorzystywać w bardziej skomplikowanych uczesaniach. Książka została podzielona na trzy części. W pierwszej pojawiają się warkocze „bazowe”, efektowne same w sobie, a i najczęściej spotykane: to zwłaszcza warkocz francuski i kłos (poza nimi: holender, lina i splot koronkowy). Kiedy już odbiorczynie poznają różnice między tymi warkoczami, mogą przejść do bardziej skomplikowanych plecionych fryzur: autorki albo inspirują się filmowymi kreacjami lub fryzurami aktorek, albo szukają uczesań wygodnych, albo – robiących wrażenie. Proponowane tutaj fryzury szybko się nie znudzą. Trzecia część to już najbardziej wymyślne propozycje upięcia i koki z warkoczami – najlepsze na imprezy, ale też najtrudniejsze do wykonania i wymagające dodatkowych akcesoriów.

Każdy wzór rozpracowywany jest graficznie – dzięki serii zdjęć – i tekstowo, z dokładnie opisanymi kolejnymi krokami. Ważne, że autorki uwzględniają pracę w parach lub plecenie fryzur w pojedynkę: podpowiadają, kiedy pojedyncze pasma przytrzymywać ustami, dlaczego zwracać uwagę na grubość dobieranych pasm włosów i kiedy kończyć splot. Wiedzą, w jakim momencie odbiorczynie mogą napotykać trudności w pracy i zawsze o tym uprzedzają. Wypada to i profesjonalnie, i rzeczowo, a przy tym też lekko i ciekawie: to prawdziwa siła tomu. Laura i Marie trafią do swoich rówieśniczek, a nie odstraszą też użytkowniczek starszych. W dodatku po każdej części wprowadzają jeszcze serię zdjęć z bardziej skomplikowanymi uczesaniami, tematycznymi wariacjami. To zaproszenie do internetu, na instagramowy profil – i najlepsza reklama dla autorek.

„Warkocze” są książką dobrze przygotowaną. Nie ma tu zbędnych tekstów, instrukcje przygotowania fryzur są zawsze przejrzyste. Autorki starannie i trafnie określają poziom trudności, a zdjęcia zachęcają do sprawdzenia podpowiedzi w praktyce. To poradnik dla kobiet, które chcą urozmaicić codzienne fryzury, ale zwłaszcza dla nastolatek szukających zmian w swoim wyglądzie. Siłą tej publikacji, poza dobrze przygotowanymi analizami, są ciekawe uczesania – propozycje, które rzeczywiście można wykorzystać. A jeśli kogoś zainteresują bardziej wymyślne fryzury, kody QR ułatwią nawigację po internecie. Po tym poradniku autorkom przybędzie jeszcze internetowych fanek.

niedziela, 4 października 2015

Tadeusz Januszewski: Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Iskry, Warszawa 2015.

Skandale

O, jest to biografia barwna i bogata w pikantne szczegóły, chyba nikt by się nie spodziewał po Kazimierzu Przerwie-Tetmajerze tego, co Tadeusz Januszewski skrupulatnie odtwarza, przede wszystkim z pozostawionej przez poetę korespondencji. Opowieść dzieli na kolejne lata, dzięki czemu nie musi szukać narracji nadrzędnej i spajającej tematy oraz wydarzenia, a daje rzeczowy przegląd życiorysu Tetmajera ze szczególnym uwzględnieniem dwóch spraw: działalności literackiej oraz kobiet (nawet w odwrotnej kolejności). Mnóstwo faktów czerpie Januszewski z listów do Ferdynanda Hoesicka, najlepszego przyjaciela i powiernika Tetmajera. To Hoesickowi poeta wyznaje rzeczy, których nie zapisałby nigdzie indziej, to dzięki tym wyznaniom Januszewski może dzisiaj stworzyć biografię, która bez względu na dystans czasowy robić będzie ogromne wrażenie.

Przerwa-Tetmajer kojarzony jest aktualnie za sprawą publikowanych w podręcznikach szkolnych erotyków oraz opiewania Tatr. Siłą rzeczy musi się kojarzyć z rutyną, życiową monotonią czy oderwaniem od zwyczajnych spraw. Tymczasem w biografii Januszewskiego niekiedy pojawiają się modne w poprzednim przełomie wieków stany melancholijne, rozmaite młodopolskie bóle duszy i smętki, ale dużo więcej tu podbojów miłosnych, hołdowania cielesności i rubasznych związków, które nijak nie łączą się z filozoficznym wyobcowaniem czy zalążkami depresji. Kazimierz Przerwa-Tetmajer ceni sobie piękne kobiety. Ceni je nie ze względu na eteryczne piękno i bycie muzami, ale, na przykład, za „aksamitne dupy”. Bez skrępowania przyznaje się przyjacielowi do słabości w tej dziedzinie, wciąż szuka partnerki dla siebie, to się zaręcza, to rodzina wybranki zrywa zaręczyny. Tadeusz Januszewski śledzi obecność rozmaitych pań u boku Tetmajera i przedstawia naprawdę burzliwe sercowe przygody. Dopiero teraz znane wszystkim ze szkoły frazy z liryków erotycznych Tetmajera zyskują nowe znaczenie – a autor biografii skrupulatnie łączy je z życiorysem.

Zajmuje się też Januszewski oczywiście twórczością, dla której zawsze wynajduje odpowiedni kontekst. Sprawdza rymy „użytkowe”, to jest stosowane przez poetę dla osiągnięcia konkretnego celu – i próbuje uporządkować chaos twórczy. Sam Tetmajer przyznaje w listach, że kiedy już zacznie coś pisać, przychodzą mu do głowy pomysły na kolejne dzieła, w efekcie posiada mnóstwo tekstów fragmentarycznych i niedokończonych. Januszewski nie rzuca się na każdy dostępny fragment literatury, raczej buduje spójną i sensowną opowieść. Poza wszystkim sporo miejsca poświęca stosunkowi Tetmajera do Wyspiańskiego i Przybyszewskiego, bardzo zgrabnie umieszcza poetę w całym literackim i towarzyskim kontekście.

Chociaż Tadeusz Januszewski obficie czerpie z listów do Hoesicka (widać to zwłaszcza wtedy, gdy źródło „plotek” znienacka wysycha), nie tworzy narracji mozaikowej. Potrafi samodzielnie opowiadać i wyciągać wnioski, jego historia nie pasożytuje na cytatach, owszem, jest nimi ilustrowana, ale bez przesady. Autor zachowuje się tak, jakby chciał nawiązywać do dawnych biografii przygotowywanych w poetyce strukturalizmu, ze zdyscyplinowaną formą i starannie dopracowanym językiem. Jednocześnie przygody bohatera tomu uniemożliwiają mu pisanie nudne i bezpłciowe: Kazimierz Przerwa-Tetmajer okazuje się postacią zbyt barwną i zbyt oryginalną, żeby udało się go opisać w konwencjonalnym tonie. Jest zatem ta biografia bardzo ciekawym uzupełnieniem podręcznikowych wiadomości – nie tylko dla zainteresowanych literaturą modernistyczną.

Astrid Lindgren: Południowa Łąka (audiobook). Czyta Marian Opania

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Sposób na biedę

Ciekawe, z jakimi opiniami od wydawców spotkałaby się Astrid Lindgren dzisiaj, gdyby chciała z „Południową Łąką” wejść na rynek literatury dla dzieci. Tu mali bohaterowie, mimo że ostatecznie chronieni przed złem, żyją w świecie biedy, głodu, chorób i pracy ponad siły. W niemal każdym opowiadaniu punkt wyjścia wymusza na odbiorcach litość lub wzruszanie się losem postaci. Sierotki – braciszek i siostrzyczka z „Południowej Łąki” wiedzą, że dni są szare, a podczas żadnej z pór roku dzieci nie mają szans realizować pomysłów na proste zabawy. Gospodarz, który zajął się rodzeństwem, wykorzystuje je. W końcu sierotki tracą nadzieję i… zaczynają pragnąć śmierci. Opowiadanie „Gra moja lipa, śpiewa mój słowik” zabiera odbiorców do parafialnego przytułku, miejsca schronienia dla biedaków, starców i żebraków. W „Dwa, dwa, dwa” rozszarpane zostaje stado owiec – tylko mała dziewczynka może im pomóc, ale to wymaga od niej stawienia czoła Mrocznym. Z kolei mały Nils z Dąbrowy leży w łóżku, jest ciężko chory i przygotowuje się na to, że nie wydobrzeje. Za każdym razem Astrid Lindgren sięga do tego, co pociągające za sprawą zła. Pamięta autorka ze starych baśni i ludowych przekazów, że dzieci – wbrew temu, co dzisiaj się sądzi – lubią zdrową dawkę strachu i potrzebują goryczy czy żalu w bajkach. Zgodnie z wyznacznikami wynotowanymi skrzętnie przez Bettelheima toczą się te opowieści. Wyostrzenie zła jest tu autorce potrzebne do przełamania – bo nie ma takich dramatów, z których nie znalazłaby się w końcu droga ucieczki. Sierotki mają Południową Łąkę, odkrytą dzięki ptaszkowi krainę umożliwiającą zabawę i wytchnienie od obowiązków. Bohaterka drugiej historii odkrywa potęgę literatury – bajki dają jej życiu sens i pozwalają uwierzyć we własne siły. Dziewczynka od owiec odnosi zwycięstwo w starciu z Mrocznymi (a przy okazji pokazuje potęgę przyjaźni między dziećmi i starcami), a Paź Nils ocala króla dzięki sprytowi, odwadze i pomysłowości. Za każdym razem pojawia się więc możliwość ratunku. W ten sposób Astrid Lindgren nie przygnębia: zawsze dodaje otuchy i wzmacnia wiarę w siebie. Przeciwności losu dają się tu zwalczyć, a im więcej trudności na początku, tym bardziej spektakularne jest zwycięstwo (i większa nagroda). Astrid Lindgren dzieci traktuje bardzo poważnie, o czym świadczy nie tylko dobór tematów, ale i gatunkowe poszukiwania.

W stylu tych opowiadań uderza śpiewność narracji. Raz to biadolenie nad trudnym losem, raz pełne fascynacji i wiary zachwyty. Zawsze jednak autorka stawia na malownicze opisy, podbudowuje je refrenowymi powtórzeniami. Fabuła wciąga – musi, skoro oparta jest na potężnych uczuciach – ale literackość tych tekstów staje się ogromną zaletą. O wiele łatwiej przenieść się w prezentowane krainy i uwierzyć słowom Lindgren, kiedy w warstwie narracji rządzi opisowy liryzm, wyczulenie na znaczące detale i umiejętność precyzyjnego kształtowania atmosfery. Za każdym razem świat przedstawiony uprawomocniają wybierane przez autorkę stylizacje, charakterystyczne dla różnych gatunków. Astrid Lindgren nie spieszy się z opowieściami, rozkoszuje się nimi, co cieszy.

„Południowa Łąka” powraca jako audiobook. Historie klasyczne czyta Marian Opania, aktor, który doskonale wie, jak podkreślać nastroje i znaczenia zawarte w znakomitej literaturze (i dorównującym jej przekładzie). U Opani słowa mają swoją barwę i nasycenie emocjonalne – mrok rzeczywiście będzie mroczny, a piękno – radosne, na wojnie usłyszy się szczęk oręża, a na łące – świergot ptaków. Słychać to w każdej frazie, Opania nigdy nie pozwala sobie na obojętność i proste, mechaniczne czytanie. Jego interpretacje urzekną nie tylko dzieci. Operowanie głosem – umiejętność oczywista dla aktorów starej daty – wydaje się tu niezbędnym składnikiem opowieści. „Południowa Łąka” ze swoimi migotliwymi emocjami i pojedynkami między dobrem i złem w takiej wersji zyskuje idealne dopełnienie. Marian Opania wydobywa z opowiadań Astrid Lindgren głębokie pokłady treści. Uzupełnia literackie arcydzieła o godną – zrównaną jakością – interpretację i sprawia, że mimo zmian w obyczajowości oraz w literaturze czwartej ta publikacja zyska wielu zwolenników. „Południowa Łąka” to nie proste bajeczki, jednopłaszczyznowe, bezpieczne i nudne. To książka, która nie traci na wartości z biegiem lat, a nadaje się dla dzieci tak samo dobrze, jak i dla dorosłych.