* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 8 września 2015

Ewa Madeyska: Okularki

Dwie Siostry, Warszawa 2015.

Pewność siebie

Ten temat obecny jest w literaturze czwartej od dawna i zwykle rozwiązywany w jeden sposób: dzieci, które mają wadę wzroku, muszą nosić okulary. Z drwinami innych poradzą sobie wtedy, gdy nabiorą pewności siebie i nauczą się reagować na zaczepki w sposób pełen wyższości. Ewa Madeyska ten motyw rozwija, uświadamiając małym odbiorcom, że okulary to nie tylko pomoc w patrzeniu.

Dla małej Frani jednak okulary to tragedia. Dziewczynka nie rozumie taty, który ze swoimi okularami w ogóle się nie rozstaje. Sama najchętniej udawałaby, że znienawidzone patrzałki nie istnieją. A tu, jak na złość, wszyscy przypominają, że powinna je nosić. Frania wie, że bez tego sporo ją omija: nie rozróżni na przykład, co kolega ma na kanapce na drugie śniadanie. Chociaż gdyby mocno zmrużyła oczy, widzi całkiem wyraźnie. A nie naraża się na złośliwe docinki Wiktora. Dla Frani okulary są poważnym problemem, bardziej nawet istotnym niż lekka nadwaga (bohaterka ma wszystko „okrągłe”). Ale z nadwagi dzieci się nie śmieją, a z okularów – owszem. Dopiero pewne wydarzenie w domu pozwala Frani pojąć, że okulary może zamienić w atut. Dziewczynka już wie, jak zaakceptować siebie.

W „Okularkach” wada wzroku Frani to nie jedyny problem z oczami. Taki problem ma pani w przedszkolu. Bo nie widzi, jak Wiktor dokucza Frani i nie widzi, że Franię z tego powodu boli brzuch. Dziewczynka ucieka do łazienki – i nawet takiego sygnału przedszkolanka nie zauważa. Madeyska pokazuje dorosłym, że powinni w podobnych sytuacjach interweniować. Frania rozpaczliwie potrzebuje wsparcia, musi uwierzyć w siebie, a nie jest w stanie, gdy funkcjonuje jako ofiara w grupie rówieśników.

Cały tomik podporządkowany jest tematowi okularów przedszkolaka, ale zawiera sporo innych wartościowych spostrzeżeń. Jest tu samoakceptacja: mama nie przejmuje się swoją nadwagą (a przecież eksponuje ją najbardziej jak to tylko możliwe, bo uczy dzieci pływać), nawet jeśli mówi, że jest wielorybem, nie katuje się tym i nie umniejsza własnej wartości. Jest tu wyobraźnia: Frania rysuje na przykład lody biedronkowe: to jeden z tych sygnałów, którymi daje się dzieciom do zrozumienia, że mogą wszystko. Jest tu wreszcie celnie ujęta psychika dziecka: odbiorcy poczują się rozumiani przez autorkę, dzięki czemu jej zaufają. Książka została przygotowana do samodzielnej lektury: dzieci uczące się czytać mają tu ułatwione zadanie: dużą czcionkę i niewielką ilość tekstu na kolejnych stronach. Kasia Matyjaszek ozdabia tekst sympatycznymi grafikami. Postacie nie mają tu swoich konturów, ale za sprawą plam kolorów wyróżniają się z dorysowywanego prostymi kreskami tła. Żeby nie zaburzać percepcji, to, co jest tylko dodatkiem, Matyjaszek szkicuje: w ten sposób kieruje uwagą odbiorców.

W „Okularkach” ciekawe ilustracje łączą się z naprawdę dobrym tekstem. Autorka pisze z wyobraźnią, nie daje się zatrzymać moralizatorskim tonom. Co pewien czas podkreśla humor opowiastki zgrabnymi sformułowaniami. Chociaż to prosta historia o – jak głosi tytuł serii – małych katastrofach, całość wypada ciepło i interesująco dla maluchów. Ewa Madeyska rozwija pomysł tak, żeby poza nadrzędnym tematem zaakcentować elementy codzienności bohaterki. Dzięki dylematom Frani odbiorcy inaczej spojrzą na własne zmartwienia, a być może znajdą też, i to samodzielnie, sposób na dokuczających im rówieśników. „Okularki” powinny stać się lekturą dla uczniów pierwszych klas. To książka ważna ze względu na przesłania, ale do tego też najzwyczajniej w świecie dobrze napisana: najmłodsi znajdą tu zapewne ślady własnych doświadczeń i na pewno polubią bohaterkę.

poniedziałek, 7 września 2015

Jan Wróbel, Ewa Wróbel: Historia Polski 2.0. Polak potrafi, Polka też... czyli o tym, ile świat nam zawdzięcza

Znak, Kraków 2015.

Wykład w slangu

Jan Wróbel i Ewa Wróbel do młodzieży chcą trafić inaczej niż w szkołach i przez standardowe podręczniki. Wiadomo przecież, że młodzi ludzie, o ile już do tego typu książek sięgają, robią to niechętnie i niespecjalnie przyswajają sobie wiadomości. Chłoną za to treści z internetu, bez większego wysiłku zapamiętują anegdoty i strzępki wiadomości z różnych dziedzin. To autorzy wykorzystują i w tomie „Historia Polski 2.0. Polak potrafi, Polka też” proponują nową formę biograficznych szkiców.

Tematem książki są sławni w świecie Polacy (z różnych epok i z różnych dziedzin). Obok matematyka-geniusza Stefana Banacha pojawia się Anna Dymna, Jerzy Owsiak sąsiaduje z Emilią Plater. Pojawiają się nazwiska głośne i takie, które dzisiejszym odbiorcom powiedzą niewiele. Autorzy sięgają do biografii kryptologów od Enigmy, podróżników, wynalazców (w tym… wynalazcy kasownika), reformatorów, sportowców czy artystów. Wyszukują co bardziej interesujące postacie i pokazują, co zawdzięcza im świat. Sam ten pomysł pewnie przyniósłby im uznanie, ale w przypadku serii Historia Polski 2.0 o wiele większą uwagę zwraca forma opowieści.

Autorzy bowiem nie stawiają na standardowe szkice biograficzne, nie uciekają też w sferę felietonu. Wybierają zupełnie nowy w tradycyjnych książkowych publikacjach system gawędy przeplatanej wycinkami z internetowego forum lub portalu społecznościowego. W zwykłym tekście popisują się niespotykanym w książkach popularnonaukowych na tak wielką skalę luzem: pozwalają sobie na ironiczne komentarze, prywatne wstawki i skojarzenia, liczne dowcipy czy wyrażanie emocji (na przykład przez „klask, klask, klask” w wypadku podziwu lub… „sniff, sniff” przy smętnym pociąganiu nosem). To jeden ze sposobów opowiadania. Drugi – to szatkowanie informacji i stylizowanie tekstu na printscreeny z forum. Są tu kolejni użytkownicy, z których każdy przemyca drobną informację, a niektórzy dodatkowo bawią się formą, na przykład tworzą scenariusze filmowe. Czasami do dyskusji włącza się też autor. To rozwiązanie pozwala wzbudzić ciekawość młodych czytelników, niechętnych klasycznym narracjom – nawet jeśli starszym wyda się nienaturalne i zbyt powierzchowne. Ale przecież ta książka nie służy do pogłębiania wiedzy, a do wskazania, o czym warto wiedzieć.

Do tekstowych zabaw dochodzą rysunkowe. Pojawiają się tu liczne komiksy (ukrywające zwykle autentyczne wypowiedzi bohaterów), rysunki satyryczne czy przyciągające wzrok zabawy („Kopernik nie był lamusem” głosi jedno z rysunkowych haseł). Ilustracje Joanny Wójcik mają w sobie elementy karykatury i w założeniu są poważniejsze niż rysunki z dziecięcych tomików. Mają też jedną wadę: brak stylistycznej różnorodności. Ilustratorka poza tym nie zamieni się nagle w satyryka, ale trzeba przyznać, że stara się wyszukiwać potencjał komiczny poszczególnych tematów.

Dla przyzwyczajonych do zwykłych książek tom „Polak potrafi, Polka też” będzie stylistycznym szokiem. Tendencja do rozbawiania, dostarczania rozrywki oraz do trafiania do młodych ludzi sprawia, że autorzy wypadają, jakby chcieli podlizać się swoim odbiorcom. Ich bycie na luzie oznacza posługiwanie się slangiem – tyle że slang bardzo szybko się starzeje. Jednak cenne tu jest wskazanie nowej możliwości edukowania młodzieży: gra formą niedostępną dotąd w literaturze faktu to wabik lekturowy. Do młodych ludzi Jan Wróbel i Ewa Wróbel trafią, pokazując im przy okazji, że nauka nie musi być nudna. Warto całą tę serię potraktować jako udany mariaż podręczników i nowych mediów.

niedziela, 6 września 2015

Adena Halpern: 29

Świat Książki, Warszawa 2015.

Druga młodość

Gdzieś w zamyśle pomysł ociera się o tanią fantastykę, czasem za dużo tu moralizatorskiego filozofowania, a jednak Adena Halpern tworzy cudowną obyczajówkę. „29” daje nadzieję na spełnianie marzeń, czerpie z baśni o Kopciuszku i odwołuje się do kultu młodości wciąż panującego w mediach. Tymczasem Ellie ma siedemdziesiąt pięć lat. Chociaż stara się dbać o siebie i zachowywać klasę (w przeciwieństwie do zrzędliwej i wiecznie zmęczonej przyjaciółki Fridy), odczuwa konsekwencje starzenia się. W dni urodzin podczas zdmuchiwania z tortu świeczek wypowiada w myślach abstrakcyjne życzenie: chciałaby na jeden dzień zamienić się w kobietę przed trzydziestką.

To życzenie się spełnia. Ellie wstaje z łóżka bez typowych dla podeszłego wieku dolegliwości. Ma zachwycające ciało, ale jest bogatsza o dekady przemyśleń i doświadczeń. Nie rozumie wprawdzie, co się stało, lecz zamierza wykorzystać niespodziewany prezent od losu i zrobić sobie wagary od prawdziwego życia. W realizacji szalonych planów pomaga jej wnuczka Lucy, jedyna świadoma metamorfozy babci. Dwie młode i piękne dziewczyny ruszają na podbój świata: Ellie marzy na przykład o seksownej bieliźnie, chciałaby też poznać odpowiedź na nurtujące ją przez całe życie pytanie. Przy okazji zobaczy, na czym polega praca jej wnuczki i… pozna smak namiętności. Bo skoro młode ciało ma tylko na jeden dzień, nie musi się martwić o konsekwencje szaleństw.

Kiedy Ellie zamierza dobrze się bawić, jej despotyczna córka Barbara wyrusza na poszukiwania najwyraźniej zaginionej starej matki – wraz z równie starą tej matki przyjaciółką. Kobiety martwią się o Ellie, ale los płata im sporo figli, tak, żeby nie mogły zakłócić planów bohaterki. Zarówno Barbara jak i Frida mają coś do odkrycia: będą musiały przewartościować swoje życie, a eskapada za nagle niewidzialną Ellie bardzo im w tym pomoże.

To powieść rozrywkowa i bardzo zabawna. Halpern świetnie rozwija fabułę i sprawia, że czytelniczki kibicują Ellie od początku, nawet mimo świadomości zaburzeń realizmu. Bohaterka musi dowiedzieć się czegoś o sobie i o życiu: w „29” pojawia się więc kilka tematów raczej niepotrzebnie dydaktycznych. Autorka przypomina, by cieszyć się życiem, nie uzależniać zanadto od innych czy pozostać sobą – takie porady wstawia w rozbudowane z ich względu monologi postaci. Nie będzie tu jednak olśnień wśród czytelniczek, autorka odwołuje się do powszechnych prawd znanych chyba wszystkim. Jedynie może przypominać o tym, co w życiu ważne i o co warto powalczyć, nie będzie za to traktowana jak mentorka czy przewodniczka, mimo że w temacie radości życia jest bezbłędna.

Mocną stroną tej powieści jest dowcip. Halpern sięga po karykaturę i komizm sytuacyjny, do tego dokłada jeszcze bajkową radość. Ellie może cieszyć się życiem i młodością, ta beztroska i radość wyznaczają siłę narracji. „29” to powieść pisana z przymrużeniem oka. Istotne jest w niej też udane zestawienie młodości i starości. Ellie może zasugerować pokoleniu trzydziestolatków, żeby pamiętało o potrzebach starszych osób: siedemdziesięciolatki też chciałyby się stroić w eleganckich butikach i strzyc u najmodniejszych fryzjerów. W dodatku mają atut w postaci życiowego doświadczenia. Ellie pomaga wnuczce w podpisaniu bardzo korzystnej umowy, dzięki swojej wiedzy i zdolnościom logicznego myślenia. „29” to powieść, która wybrzmiewa jak bajka, ale czyta się ją z przyjemnością i ze wzruszeniem. Jeden dzień z życia siedemdziesięciopięciolatki, która wraca na chwilę do młodości to pomysł na bestseller – a przy tej realizacji to już gwarancja sukcesu.

sobota, 5 września 2015

Mila Rudnik: Miłość przychodzi z deszczem

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Pomyłka

Mila Rudnik wybrała fabułę tyle melodramatyczną, co niemożliwą, pozwala więc sobie na rozwijanie trudnej romansowej historii na przekór wszelkim przesłankom. Jej tom „Miłość przychodzi z deszczem” przypomina fabułą tasiemcowy serial i budzi zastrzeżenia od strony psychologicznej. Równocześnie autorka tak prowadzi akcję, by wtajemniczyć czytelniczki w największe sekrety postaci, a to zapewni jej wierne grono odbiorczyń spragnionych międzyludzkich dramatów.

Jest tu dwóch braci bliźniaków, Marek i Marcin. Obaj szczęśliwie zakochani, zakładają własne rodziny. Marcin jednak nie może dać żonie upragnionego potomka, namawia więc Marka na bardzo odważny krok. Żaden z mężczyzn nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji nonsensownej decyzji i mimo że śmiały plan udaje się zrealizować w stu procentach, żaden nie przypuszcza nawet, co przyniesie najbliższa przyszłość. „Miłość przychodzi z deszczem” to historia dwóch par, Marcina i Doroty oraz Marka i Ani. W wypadku samochodowym ginie jeden z bliźniaków, zabierając do grobu wielką rodzinną tajemnicę. Drugi z braci ma możliwość wprowadzenia tak potrzebnych zmian. Nie stać go tylko na prawdę.

Rudnik przedstawia losy obu kobiet równolegle. Dorota wychowuje dziecko i coraz bardziej oddala się od męża, Anna nie potrafi poukładać sobie życia na nowo, wciąż rozpacza po ukochanym. Teraz fakty zna tylko jeden człowiek, który w dodatku nie może podzielić się wiedzą z najbliższymi. I to milczenie – w założeniu aż do końca życia – staje się największym wyzwaniem. Z bohatera robi marionetkę, człowieka właściwie pozbawionego sumienia. Mila Rudnik pod kątem psychiki postaci budzi wątpliwości: owszem, samej fabule dobrze robią kontrowersyjne decyzje braci. Ale w kontekście późniejszych wydarzeń zimne kalkulacje nie mają już racji bytu i sprawiają, że fabuła okazuje się nieco papierowa.

Autorka opiera tę pozycję na wielkich wstrząsach i uczuciach, z którymi nie da się walczyć. Nie obchodzi jej ani upływ czasu, ani przemiany zachodzące w bohaterach: wszyscy muszą się trzymać raz zaplanowanych postaw. W emocjach ani czas, ani śmierć nie są w stanie namieszać, przez co tom „Miłość przychodzi z deszczem” okazuje się całkiem nierealny. Rudnik dostarcza zgrabnej historii zawieszonej w próżni, to jest pozbawionej kontekstowej podbudowy. Brzmi to tak, jakby autorka nie chciała wsłuchać się w realne potrzeby bohaterów i uciekała od ich charakterów. Funduje odbiorczyniom narrację zgrabną (choć łzawą), ale liczy się dla niej bardziej serialowy efekt podtrzymywania ciekawości niż prawdopodobieństwo.

Z jednej strony można docenić fakt, że Rudnik odchodzi od utartych ścieżek i szuka własnego pomysłu na powieść, z drugiej uderza naiwność tego pomysłu i jego życiowe nieprzystosowanie. Autorka stosuje czasowe przeskoki, żeby pokazać zmiany w rzeczywistości bohaterów, dobrze też rozkłada fabularne tąpnięcia, ale poza książką jej świat nie istnieje. „Miłość przychodzi z deszczem” to publikacja, którą czyta się dla rozwiązania zagadki – tyle że ta zagadka dość późno znajduje miejsce w tekście. Rudnik natomiast unika przegadania i rozmydlania tematu, a to dzięki tworzeniu nowej, niewyeksploatowanej przez modę sytuacji. Międzyludzkie relacje przybierają u niej inny wymiar: moralne oceny pozostawia autorka czytelniczkom.

piątek, 4 września 2015

Małgorzata Czerwińska-Buczek: Powstańcy '44. Bohaterowie i świadkowie. Rozmowy i relacje

Bellona, Warszawa 2015.

Powrót

Najpierw do literatury (w tym i do literatury faktu) trafiały wojenne relacje tych, którzy mieli zacięcie literackie i umiejętność przelewania na papier myśli oraz doświadczeń. A ponieważ rynek wydawniczy jest niezwykle chłonny, zaczęto doceniać również świadectwa „zwykłych” ludzi, prywatne historie i małe dramaty tych, którzy nie zapisaliby się w zbiorowej świadomości nawet tomami wspomnień. Wyścig z czasem prowadzą teraz autorzy wyszukujący ciekawe indywidualne opowieści. Małgorzata Czerwińska-Buczek sięga do relacji uczestników powstania warszawskiego. Po siedmiu dekadach towarzyszy tym, którzy w 1944 roku w Warszawie stanęli do nierównej walki. Przywołuje drobne relacje, ważne ze względu na próbę ocalenia dla potomnych tamtych młodych ludzi. Czerwińska-Buczek spotyka się z żyjącymi uczestnikami powstania, wysłuchuje ich zwierzeń lub namawia na wspomnienia. Przeżywa razem z nimi czasy, które większość zna z podręczników do historii. Pozwala na przywoływanie zabitych narzeczonych, rozbijanych rodzin, wielkich strat, ale i wielkich radości – gdy najbliżsi ocaleją.

„Powstańcy ’44. Bohaterowie i świadkowie. Rozmowy i relacje” to publikacja będąca zestawieniem indywidualnych wynurzeń. Autorka stara się najpierw skrótowo omówić sylwetkę kolejnego rozmówcy (lub postaci, którą przywołuje), a potem oddaje głos swoim bohaterom. Schemat opowieści jest tu przeważnie ten sam: wprowadzenie złożone z dzieciństwa w latach przedwojennych i zwolnienie tempa na czas wojny i okupacji. To zapewnia logiczne wprowadzenie do tematu i pozwala odbiorcom zaprzyjaźnić się z bohaterami (więc i tym silniej przeżywać ich relacje). Różnorodność zapewniana jest przez filtr osobistego spojrzenia. Każdy z rozmówców kładzie nacisk na inne tematy: jedna z kobiet wspomina, jak niosła na plecach rannego kolegę, dla innej ważna będzie rodzinna atmosfera wprowadzana przez matkę rówieśniczki. Ktoś zapamiętuje, dlaczego uniknął śmierci, dla kogoś innego ważny będzie smak wałęsających się po ulicach rannych zwierząt. Raz miłość, raz tajne komplety i matura, raz harcerstwo, raz ucieczka – każdy z bohaterów tej książki ma do powiedzenia coś innego. Dla kogoś liczy się religia i oznaki wiary, ktoś inny angażuje się w pomoc zamkniętym w getcie. Obrazy z samego powstania mieszają się tu z namiastką zwyczajnego życia, rozpaczliwą próbą zyskania odrobiny normalności. Powroty w przeszłość są bardzo trudne, Czerwińska-Buczek wie o tym, ale mimo wszystko decyduje się na formę bezpośredniego zwierzenia. Chce, żeby jej rozmówcy sami opowiadali o sobie i o tym, co tkwi głęboko w ich pamięci. Szuka także zwyczajności, nie sensacji czy podkreślania grozy. Mimo odniesień do wojennych czasów, zachowuje dość spokojny ton, opisuje wszystko bez emocji, jakby takie podejście – uzasadnione czasowym dystansem – było najlepsze także dla czytelników.

„Powstańcy ‘44” to dowód na to, ile ważnych i interesujących nawet wiele lat po wojnie historii bezpowrotnie przepadło. Tu każdy życiorys mógłby być materiałem na filmową opowieść, anonimowi często ludzie mają w zanadrzu jeszcze szereg istotnych uwag i przesłanek. W tej publikacji wielka historia styka się ze zwykłym życiem przeciętnych ludzi i wyzwala w nich pokłady bohaterstwa. Małgorzata Czerwińska-Buczek ocala relacje godne ocalenia, a do tego zwraca uwagę na powstańców dzisiaj, przedstawia ich jako osoby sobie bliskie i wartościowe nie tylko ze względu na wojenne przeżycia. Jeden raz, przy „moździeżach” w śródtytule, chce się tylko pokiwać z politowaniem głową…

czwartek, 3 września 2015

Jerzy Bralczyk: Mój język prywatny

Iskry, Warszawa 2015 (wyd. II).

Słowo-bohater

„To ja mam rządzić słowami, nie one mną” – podkreśla Jerzy Bralczyk w jednej z miniatur zamieszczonych w tomie „Mój język prywatny”. Rzadko się zdarza, żeby książki o tematyce językoznawczej doczekiwały się wznowień, tym bardziej cieszy, że po przeszło dekadzie ten swoisty językowy pamiętnik wraca na księgarskie półki. A ponieważ to rodzaj lektury niestarzejącej się, „Mój język prywatny” cieszyć będzie kolejne pokolenia czytelników. Nawet kiedy już zmiany w sposobie wysławiania się zajdą tak daleko, że pomysły autora stracą rację bytu: bo krótkie teksty z tego tomu da się odczytywać również jako utwory literackie, inteligentne i przewrotne zabawy brzmieniowo-znaczeniowe.

Jerzy Bralczyk z zasobów słownikowych wybiera słowa, których na co dzień się nie analizuje, słowa-podpory i słowa-błahostki. Buduje z nich nowe niby definicje, artykuły hasłowe z uwzględnieniem sensu, barwy znaczeniowej i zawartości emocji. Każdy tekst oparty jest na zwielokrotnieniu wybranego słowa-hasła aż do przesady: do momentu, w którym „bohater” zaczyna dziwić się sobie. Bralczyk z jednej strony rozsmakowuje się w melodii takiego utworu z powtarzającym się refrenem o zmiennych przesłaniach, z drugiej natomiast pokazuje szerokie możliwości stosowania słowa, przykłady użycia. Pamięta o znaczeniach potocznych i o roli intonacji – wszelkie słowne metamorfozy potrafi ująć w zwięzłym i celnym tekście. Mało tego: każdą miniaturkę, każdy mały hołd dla danego słowa opatruje jeszcze prawie satyryczną puentą. Nie dla popisu układa te łamisłówka (chociaż też), a dla dowcipnych klauzul. Zaskoczenia biorą się tu z powtórzeń i z ciągłego przyglądania się językowym możliwościom. Bralczyk bierze słowa pod lupę, sprawdza, jak spisują się pozbawione „ważniejszych” fraz, wyciągane na pierwszy plan. Wynajduje wyrazy, które zwykle ukrywają się przed badawczym spojrzeniem, udają nieważne i maskują swoją rolę w konstrukcjach składniowych.

Wiele w tym tomie zabawy. Bralczykowi radość sprawia eksponowanie pojedynczych słów i układanie z nich całych historii. Trudno sobie wyobrazić lepsze (i pełniejsze) przykłady użycia wybranych haseł, ale w całości chodzi o zabawę właśnie – i to zarówno o zabawę autora, jak i o uśmiech czytelników. Na lingwistycznych popisach nie kończy się jednak zawartość książki. Zwykle językoznawcze minifelietony autor poprzedza krótkim, jednoakapitowym i osobistym wprowadzeniem. Jerzy Bralczyk przedstawia siebie przez słowa: przyznaje się do słownikowych upodobań i słabości, do leksykalnych skojarzeń, cech charakteru i towarzyskich wyborów. Pokazuje rezultaty własnych pasji, dzieli się osobistymi refleksjami, wspomnieniami czy anegdotami. Czasem popada w tony nostalgiczne, o wiele częściej jednak pozostaje żartownisiem, nie tracąc nic ze swojego autorytetu.

Książka „Mój język prywatny” to bliskie spotkanie ze słowami. Jerzy Bralczyk udowadnia nią, że każdą fascynację można przedstawić w sposób atrakcyjny i dla laików. W tym wypadku liczy się też próba przypomnienia odbiorcom o pięknie i smaczkach ojczystego języka – Bralczyk może na nowo budzić zainteresowanie słowami. „Mój język prywatny” to słownikowa rozrywka na wysokim poziomie, nietypowe ujęcie typowych słów. A te słowa, proste i niedoceniane, w roli bohaterów tekstów rozkwitają, stają się imponujące ze względu na bogactwo znaczeniowych odcieni. To nie jest lektura tylko dla polonistów – to wyzwanie dla każdego, kto ciekawy jest niuansów językowych.

środa, 2 września 2015

Anna Moczulska: Bajki, które zdarzyły się naprawdę. Historie słynnych kobiet

Znak, Kraków 2015.

Fabuły

Najciekawsze scenariusze pisze samo życie, Anna Moczulska nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Przygląda się historycznym postaciom, kobietom, które żyły jak w baśniach – i przybliża ich dzieje w krótkich felietonowych opowiastkach. „Bajki, które zdarzyły się naprawdę” to dobry sposób, żeby zainteresować się przeszłością, a i próbą dopingowania historyków do zmian w dziejopisarstwie. Anna Moczulska historykiem nie jest, ale pasjonuje się historią. Prowadzi bloga o kobietach w historii, a tom wydany w Znaku to naturalna konsekwencja jej zainteresowań. A skoro autorka nie musi sztywno trzymać się wyznaczników naukowego dyskursu, za to zachowuje się jak reporterka, która musi zawalczyć o uwagę odbiorców, sięga po filmowe czasem chwyty. Bywa, że kolor oczu czy sukni jest dla niej co najmniej równie ważny jak polityczne decyzje. W kobietach z przeszłości chce widzieć przede wszystkim ludzi z rozmaitymi uczuciami i nadziejami. Proponuje więc własną wizję przeszłości w oparciu o biografie.

Książka dzieli się na części wyodrębniane przez baśnie. W końcu inaczej potoczyły się losy Kopciuszka, inaczej Królewny Śnieżki, a jeszcze inaczej Księżniczki na ziarnku grochu. Baśniowe fabuły są dla Moczulskiej punktem wyjścia do porządkowania życiorysów. W każdym z działów stawiać będzie na inne elementy: cechy charakteru, doświadczenia czy zachowania. Ale jej bohaterki zawsze będą postaciami z krwi i kości. Autorka odwołuje się nie tylko (choć najczęściej) do historii Polski, wydobywając z mroku dziejów sylwetki dziś zapomniane lub modyfikowane przez legendy. Za każdym razem powraca do tematu miłości i szczęścia. Nawet jeśli opowiada o aranżowanych małżeństwach czy różnicach między partnerami, chce wierzyć, że jej bohaterki nie były samotne czy zawiedzione. Szuka baśni także w życiu, sięga po rozmaite pocieszenia. Za każdym też razem podkreśla indywidualizm konkretnej biografii, w jej ujęciu życiorysy nie zlewają się w jeden. Paradoksalnie, dzięki dziecięcemu skojarzeniu z baśniami, sylwetki kobiet w historii nabierają jeszcze większej wyrazistości.

Anna Moczulska nie stroni od prywatnych komentarzy. Chociaż relacjonuje wydarzenia z zamierzchłej przeszłości, bardzo przeżywa losy swoich bohaterek, kibicuje im i wzbiera w dążeniach oraz ironicznie komentuje postawy przeciwników. Bardzo zaangażowana w opowieść, nie zaburza jednak lektury, wręcz przeciwnie – wzbogaca ją o składnik, którego zwykle brakuje w podręcznikach do historii: o namiętność, emocjonalną bliskość z bohaterkami. Moczulska może sobie interpretować dzieje po swojemu, może zamieniać życie w baśń – i tak w popularyzowaniu historii robi bardzo dużo. Jednocześnie pisze książkę dla zwyczajnych odbiorczyń, nieco plotkarską, barwną jak z magazynów dla pań. „Bajki, które zdarzyły się naprawdę” pokazują, dlaczego warto zainteresować się historią – autorka bezbłędnie wydobywa z przeszłości materiał na książkowe lub filmowe fabuły. Dla odbiorczyń będzie to przede wszystkim porcja rozrywki. Anna Moczulska pisze lekko i wie, co chce przekazać. Nie ma ambicji pouczania, za to chętnie dzieli się swoją pasją. Dzięki temu jej książka zdobędzie wierne grono fanek. Tu kobiety z ważnych rodów okazują się takie same jak współczesne czytelniczki: też mają swoje marzenia, też borykają się ze swoimi problemami lub z nieprzychylnym otoczeniem. I chociaż ta książka składa się z krótkich tekstów, czyta się ją jak powieść historyczną i nie da się zdystansować od postaci.