* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 13 czerwca 2015

Helen Fielding: Bridget Jones. Szalejąc za facetem

Zysk i S-ka, Poznań 2014.

Prawo do szczęścia

Bridget Jones konsekwentnie zatapia się w swojej niedoskonałości, aby – równie konsekwentnie – przypominać czytelniczkom, że niezależnie od sytuacji mają prawo do szczęścia i powinny o to szczęście zwalczyć. Bohaterka, która jest już w wieku średnim, kilka lat temu została wdową. Musi w końcu pożegnać swoje „dziewictwo z odzysku” i zacząć czerpać z życia to, co najlepsze. Nie będzie to łatwe, bo z wiekiem akceptowanie własnego ciała przychodzi jej z coraz większym trudem. Na początek Bridget musi zrzucić zbędne kilogramy i trochę opanować pracę jelit – choćby po to, żeby nie musieć powstrzymywać bąków na lekcji jogi.

„Bridget Jones. Szalejąc za facetem” to kolejna odsłona przygód tej, która przywraca zakompleksionym czytelniczkom wiarę w siebie. Helen Fielding zmusza Bridget do radykalnych działań, a do najbardziej odważnych pomysłów należy pchnięcie jej w ramiona dwudziestodziewięcioletniego kochanka. Matka dwójki rezolutnych (choć i mocno męczących) dzieci na nowo odkrywa przyjemność z seksu, chociaż spotkania z Roxterem obfitują w nieprzyjemności. Nie dość, że pierwsze randki łączą się z wymiotami (a łóżkowe wyczyny – z pierdzeniem), to jeszcze dzieci przynoszą do domu wszy, a walka z insektami trwać będzie prawie do końca obszernej powieści.

Bridget Jones to mistrzyni gaf. Zalicza kolejne komiczne wpadki, ale odbiorczynie, które nie gustują w humorze skatologicznym, będą czasem znużone powtarzalnością tego rodzaju żartów. Owszem, bohaterka znosi z podniesioną głową liczne upokorzenia po to, by odbiorczynie przestały się przejmować własnymi niedoskonałościami czy kryzysami – ale Fielding funduje tego sporo. Zwłaszcza temat wszy i puszczania bąków wałkuje w nieskończoność ze szczególnym upodobaniem, a żarty typu put-down nie każdemu odpowiadają.

Na uwagę zasługuje forma książki. Fielding towarzyszy swojej bohaterce w każdej chwili, ale dość rzadko wykorzystuje czystą powieściową narrację. Na początku rozdziałów podaje nietypowe statystyki wprowadzane przez bohaterkę, akcję urozmaica jej wpisami twittowymi lub smsami. Czasem też oddaje głos samej Bridget, która co kilka minut dzieli się najbardziej aktualnymi przemyśleniami i zmianami nastrojów. Te zapiski bywają mocno chaotyczne, ale też i mocno emocjonalne, pokazują prawdziwość bohaterki i pozwalają zrozumieć jej stany. To znacznie ciekawsze niż prowadzenie standardowej narracji, a dla czytelniczek jest też sygnałem dynamizmu akcji. Sama Bridget lubi też włączać do opowieści rozbudowane listy działań – to z kolei satyra na poradniki dotyczące organizacji czasu czy samodoskonalenia. Za każdym razem autorka wykorzystuje zastosowane rozwiązania formalne do budzenia śmiechu – w pijackich smsach zawiera desperację i szczerość Bridget, w jej przemyśleniach z kolejnych minut – wahania nastroju. Wszystko to służy budzeniu śmiechu, a i oswajaniu z niecodzienną sytuacją. Bo fakt, że Bridget wiąże się ze znacznie młodszym facetem, nie ma większego znaczenia, dopóki bohaterka jest w tej relacji szczęśliwa. Helen Fielding chce przekonać odbiorczynie, żeby nie zwracały uwagi na pozory i zawsze stawiały na własne szczęście. Chociaż ubiera ten przekaz w nieco naiwną fabułkę, dba z pewnością o rozrywkę masowej publiczności. Bridget nie jest i nie będzie kobietą idealną – ponosi klęski jako matka i jako partnerka – ale po każdym niepowodzeniu staje się silniejsza. To ukryte przesłanie przyda się czytelniczkom. Poza nim przecież Helen Fielding dostarcza prostej rozrywki, chwilami dość niewybrednej – ale można ją cenić za to, że gwarantuje swojej bohaterce pełną swobodę i szansę korzystania z życia. Bridget Jones może zachowywać się głupio i impulsywnie – to w połączeniu z jej przygodami zapewnia autorce poczytność.

piątek, 12 czerwca 2015

Fistaszki zebrane 1973-1974 z gazet codziennych i weekendowych. Kolekcja komiksowych arcydzieł Charlesa M. Schulza

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Snoopy i przyjaciele

Ta seria jest olbrzymia już teraz, choć ukazało się „zaledwie” kilka tomów z planowanej… ćwierci setki. A każdy tom to ponad trzysta stron cudownej zabawy – puent i dowcipów co kilka kadrów. „Fistaszki zebrane 1973-1974”to coś dla fanów komiksowych stripów i dla tych, którzy szukają niebanalnej rozrywki na wysokim poziomie. Zresztą dorośli pamiętają Snoopy’ego i spółkę także z kreskówek, które oglądali w dzieciństwie, a dzieci chętnie przynajmniej część historyjek poznają. Z „Fistaszków” się nie wyrasta – paski komiksowe można znaleźć i w gazetach. „Fistaszki zebrane” pozwalają na zgromadzenie w jednym miejscu esencji humoru Charlesa M. Schulza w cudownym przekładzie Michała Rusinka. To jeden z cykli, który spodoba się każdemu – ze względu na wyczucie komizmu, ironiczny dowcip i wyrazistą kreskę, kreacje bohaterów i wprowadzenie w świat dorosłego dzieciństwa. Najlepsze jest to, że tom można czytać od deski do deski wiele razy, zanim odkryje się wszystkie jego smaczki. „Fistaszki” się nie nudzą. Jednak rozbudzają apetyt na więcej, co oznacza, że krąg fanów serii będzie się stale rozrastał. Wystarczy podarować komuś jeden tom (tak cennej kolekcji lepiej nie pożyczać, istnieje realne niebezpieczeństwo, że książka nie wróci do właściciela, co może skończyć się prywatną wojną), by zarazić miłością do „Fistaszków”. Czytanie tych stripów szybko przeradza się w nałóg i to z kilku powodów. Nasza Księgarnia na okładkach powinna drukować ostrzeżenie przed uzależnieniem…

W tym tomie wszystko – jak zawsze – kręci się wokół Snoopy’ego. Ten zgryźliwy czasem beagle zachowuje się raz jak człowiek-filozof, raz jak prześmiewca, raz jak pies. MA swoje wady, zasady i przyzwyczajenia. Kiedy nikt mu nie przeszkadza, pisze na maszynie opowiadania. Bywa, że zamienia się w trenera sportowego lub powiernika dla Charliego Browna i jego kompanów. Przyjaźni się z Woodstockiem, małym ptaszkiem, którego tylko on jest w stanie zrozumieć. Wokół Snoopy’ego orbitują kilkulatki – Charlie, Lucy, Pepermint Patty, Marcie i inni. Każde z dzieci ma swój wyrazisty charakterek. Tłem dla ich pomysłów staje się podwórko, szkoła lub dom – Schulz nie wychodzi poza naturalne środowisko dzieci, chociaż wprowadza niekiedy elementy absurdu. Część pasków układa się w serie – cyklicznie powracające tematy odsłaniają ogromny potencjał komiczny samych pomysłów autora. Bohaterowie raz po raz zaskakują swoim spojrzeniem na codzienność, twórczymi rozwiązaniami problemów czy po prostu wzajemnymi relacjami. I chociaż każdy pasek jest tu humorystycznym popisem, nie czuje się przymusu rozśmieszania. Między innymi dlatego, że autor stosuje cały szereg chwytów komizmotwórczych na wysokim poziomie.

Charles M. Schulz chce śmieszyć, rozśmieszać i dostarczać materiału do refleksji – te zadania przeplata w różnych historyjkach. Oznacza to, że nie każdy pasek przynosi salwy śmiechu – część skłania do zadumy, inne wywołują pogodny uśmiech. Zawsze jednak pojedynczy strip wiąże się z treścią w jakiś sposób poruszającą odbiorców: nie ma tu komiksów, na które pozostaje się obojętnym. Schulza raz interesują tematy ogólnoludzkie, raz rozterki dzieci. Zmartwienia przenosi też na zwierzęta. Nie zależy mu na bezrefleksyjnym rechocie – więc nie posługuje się dowcipem rubasznym, nie musi też na siłę wywoływać radości. Jego historyjki są lekkie i dynamiczne. Polegają czasem na tworzeniu kolejnych wariantów jednej scenki, a czasem na dowcipie rysunkowym. Zdarza się, że rozczulają lub dziwią, hołdują nonsensowi lub stanowią satyrę na rzeczywistość – ale zwykle poza rozrywką skrywają też drugie dno. Podwórko Chucka jest jak ludzkość w pigułce. Dzieci mogą sobie pozwolić na szczerość pozbawioną dyplomacji, na nieskrępowane reakcje i wyznania, na jakie nie odważyliby się dorośli. Świat dzieciństwa to dla autora okazja, żeby potajemnie scharakteryzować i świat dorosłych.

„Fistaszki” są ciepłe i przepełnione serdecznością. Zdarza się w nich i filozoficzna melancholia – która nie wywoła przygnębienia u odbiorców. Do tej rzeczywistości chce się bez przerwy wracać, zwłaszcza dzięki niezwykłym rozwiązaniom problemów. Autor prowadzi czytelników przez scenki zabawne, a do tego swojskie. Nie ma tu wrażenia podglądactwa obcego sobie świata – każdy z odbiorców natychmiast staje się częścią codzienności „fistaszków”, nie tyle zewnętrznym obserwatorem, co uczestnikiem wydarzeń. Co ciekawe – „Fistaszkami” nie da sie przejeść. Owszem, jest ich dużo – ale – być może też za sprawą różnorodności tematycznej i zmian bohaterów – autor unika monotonii. Pisać o tym tomie można by jeszcze długo, ale lepiej po prostu zacząć go czytać. To inwestycja w dobre samopoczucie przez długi czas.

czwartek, 11 czerwca 2015

Elizabeth Maxwell: Happy end

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Seks z kartek

Elizabeth Maxwell trochę drwi sobie z mody na powieści erotyczne, a trochę ją wykorzystuje, żeby wpasować się w rynek czytadeł dla pań i odrobinę podnieść rangę swojego pomysłu. To ostatnie jest raczej trudnym zadaniem, bo Maxwell bardzo stara się przypodobać odbiorczyniom, a w dodatku do fabuły wplata elementy magii, zamieniając obyczajówkę w bajkę z seksem na pierwszym planie. „Happy end” pod tym względem jest ryzykowny: fanki powieści romansowo-erotycznych cenią sobie przecież zwłaszcza idealizm udający rzeczywistość. Tu o takim udawaniu mowy być nie może od momentu, w którym do akcji wchodzi pewien przystojny mężczyzna.

Sadie, rozwiedziona matka w średnim wieku, zajmuje się pisaniem powieści erotycznych. Doskonale wie, że w tego typu produkcjach fabuła nie ma większego znaczenia, a liczą się tylko orgazmy kolejnych bohaterek – w każdych warunkach i z każdym przystojniakiem. Zresztą pierwsze rozdziały mogą dać odbiorczyniom pojęcie o rodzaju twórczości Sadie – zaczynają się bowiem od fragmentów pisanej przez nią właśnie książki. To zabieg potrzebny nie tylko do scharakteryzowania bohaterki – dość szybko historia się urywa, a Sadie… nie pamięta napisanych słów. Zaraz potem spotyka w hipermarkecie mężczyznę z kart swojej książki. Tak rozpoczyna się przedziwna przygoda, w której dawne i nowe pomysły fabularne Sadie mieszają się ze sobą i wpływają na rzeczywistość bohaterki. W tym wszystkim łatwo przeoczyć „prawdziwy” romans: Sadie spotyka się z Jasonem „na seks” – i żadne z nich nie przewiduje, w jakim kierunku rozwinie się ta relacja.

W „Happy endzie” rzeczywistość książkowa przełamywana jest przez fikcję, którą wprowadza bohaterka. To zapewnia całości dystans do problemów i lekkie odświeżenie konwencji romansu. Maxwell sugeruje, że nie traktuje swoich postaci poważnie, zupełnie jakby chciała też usprawiedliwić siebie przed sięganiem po niskie gatunki literackie. W związku z takim podejściem płomienne namiętności występują przede wszystkim na kartach książek Sadie. W prawdziwym życiu schematy fabularne z romansów zamieniają się w powody do żartów. Maxwell wpatruje się w Bridget Jones – pozwala swojej bohaterce na szereg kompleksów, utrudniające życie uczuciowe dziecko czy kochanka z ogłoszenia. Ma też byłego męża, który okazał się homoseksualistą. Przy takim zestawie doświadczeń logiczne jest, że łóżkowych igraszek nie traktuje poważnie. Ta powieść kręci się wokół seksu na wesoło.

To wszystko, na co nie może sobie pozwolić Sadie, pojawia się na kartach jej romansów. Tu przychodzi czas na wielkie uczucia, buzujące pożądanie i wiarę w przeznaczenie. Tu bohaterowie mogą przy pierwszym spotkaniu rzucić się na siebie i dać upust rozmaitym fantazjom. Są przy tym tak bardzo nieprawdziwi, że z trudem udaje się przeniesienie ich do normalnej codzienności. Także Sadie przekonuje się że ideały z powieści mają swoje wady. Autorka romansów zmuszona do konfrontacji z wymyślonym przez siebie bohaterem może docenić swoje prawdziwe życie.

„Happy end” polega na prostym rozwiązaniu fabularnym. Dzięki przeniesieniu intrygi w świat podwojonej fikcji Elizabeth Maxwell nie musi martwić się o ogólne brzmienie książki. Tworzy czytadło momentami zabawne, a momentami nawet złośliwe, parodiujące bestsellerowe pomysły i niemające pretensji do prawdziwości. Tu bohaterowie mogą sobie pozwolić na wszystko – na magię i nierealne związki – skoro czuwa nad nimi ręka i wyobraźnia autorki. Elizabeth Maxwell nie ma zamiaru tworzyć wielkiej literatury. Szuka rozrywki w mocno eksploatowanym ostatnio temacie seksu i próbuje zapewnić czytelniczkom nowe podejście do popularnego gatunku. „Happy end” to szybka lektura, bez nuty powagi czy głębszych uczuć.

środa, 10 czerwca 2015

Sara Magdalena Woźny: Tajemnice kawy

Zysk i S-ka, Poznań 2015.

Smak ziaren

Czy Sara Magdalena Woźny chce przywrócić kulturę picia kawy, czy zamierza po prostu stworzyć artystyczną monografię – odnosi sukces. Jej „Tajemnice kawy” to książka idealna jako prezent dla kawoszy, zbiór ciekawostek i faktów, o których rzadko się myśli przy codziennej dawce kofeiny. Ta publikacja może stać się przewodnikiem po niezwykłych smakach, bodźcem do poszukiwania najlepszych kaw. Niektórym ułatwi podejmowanie decyzji przy zakupie kawy, innym zdecydowanie ją utrudni, zmuszając do porzucenia dotychczasowych przyzwyczajeń i do testowania konkretnych rodzajów kawy.

Tom składa się z szeregu tekstów publikowanych w piśmie „Filiżanka Smaku” przez różnych autorów (warto by zastanowić się nad przeniesieniem źródeł na początek artykułów: brak takiego wyszczególnienia choćby w spisie treści sprawia, że dopiero pod koniec rozdziału odkrywa się autorstwo) oraz z wypełnienia proponowanego przez Sarę Magdalenę Woźny. To zapewnia spójność tematyczną i ciągłość narracji, nawet jeśli kolejne artykuły dotyczą wąskiego aspektu picia kawy. Autorka prowadzi czytelników przez wszystko, co wiąże się z kawą: od historii i pochodzenia (z uwzględnieniem wpływu czynników natury na smak kawy), przez pierwsze kawiarnie, szczegóły botaniczne i dotyczące upraw, transport, kryteria oceny kawy, sposoby palenia ziaren, zasady przechowywania aż po „narzędzia” niezbędne do przygotowania napoju. Zwraca uwagę także na jakość wody. Pisze o baristach i o kawowych kosmetykach, o wpływie kawy na zdrowie, o przepisach kulinarnych i o „świadomości kawowej” w Polsce. Próbuje wyczerpująco omówić temat – ale poza szeregiem informacji, które mogą jedynie zaspokoić ciekawość czytelników, przytacza też ważne z konsumenckiego punktu widzenia fakty. Można chwilami „Tajemnice kawy” tratować jak przewodnik po różnych dostępnych smakach, bo autorka wyjaśnia między innymi różnice między rodzajami ziaren (i ich wpływ na wrażenia zmysłowe smakoszy) czy sposobami przygotowania. Kawa to dla niej nie tylko temat do stworzenia monografii, ale również filozofia życiowa. Po lekturze tej publikacji czytelnicy z pewnością nabiorą ochoty na kawowe poszukiwania, być może zdecydują się na odejście od swoich przyzwyczajeń i otworzą się na nowinki. Na pewno też nauczą się rozpoznawać i doceniać dobrą kawę dzięki zestawowi wskazówek.

Sara Magdalena Woźny do książki wprowadza także tematyzowane kalendaria: pokazuje w ten sposób ekspansję kawy, historię konsumpcji czy przemiany w zakresie obróbki ziaren kawy, pakowania i przechowywania. Na marginesach wprowadza mniej ważne ciekawostki związane z zagadnieniem, a do tego porządkuje, układa i notuje. Czasem sięga do literatury, żeby podkreślić stałą obecność kawy w sztuce.

Cała książka ma charakter albumowy. Wydana została na grubym kredowym papierze, a do tego jest bogato ozdobiona zdjęciami (na pierwszy rzut oka wydaje się, że strona graficzna ma odwracać uwagę od wybiórczej treści – ale wcale tak nie jest). Część fotografii zyskuje znaczenie informacyjne (zwłaszcza jeśli chodzi o zaprezentowanie różnic w ziarnach kawy czy o przegląd naczyń i narzędzi związanych z przygotowywaniem napoju). Wydaje się przez to niemal, że ta książka pachnie kawą, Woźny wprowadza odbiorców w świat, w którym kawa pozostaje w centrum zainteresowania jeszcze na długo po zakończeniu lektury. „Tajemnice kawy” nie są „kioskową” publikacją z pobieżnie potraktowanym tematem – wprowadzają dokładnie w historię napoju oraz w sposoby najlepszego przygotowywania kawy. To publikacja dla smakoszy i dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, co doceniać w dobrze przyrządzonej kawie.

wtorek, 9 czerwca 2015

Louise Candlish: Od kiedy cię nie ma

W.A.B., Warszawa 2015.

Ucieczka

Louise Candlish dołącza do autorek, które akcentują w swoich powieściach uczucia macierzyńskie i tęsknotę za utraconym dzieckiem. To temat trudny, ale niemal obowiązkowy w pewnym typie obyczajówek. Opowieść rozgrywa się zgodnie ze schematem: bohaterka traci dziecko i nie umie uporać się ze swoimi uczuciami, więc odrzuca dotychczasowe życie i ucieka od trudnej przeszłości. Tą samą drogą podąża Rachel z tomu „Od kiedy cię nie ma”. W tej powieści dramat kobiety potęgowany jest jeszcze przez los przyjaciółek: Jenny i Mariel. Wszystkie trzy w podobnym czasie zachodzą w ciążę i obiecują sobie, że gdyby którejkolwiek coś się stało, pozostałe zaopiekują się jej dzieckiem. Planują również przyjaźń swoich córek, bo nie mają wątpliwości, że kolejne pokolenie także połączy silna zażyłość. Sielanka trwa do momentu tragicznego wypadku: w autokar wiozący dzieci z wycieczki uderza rozpędzony samochód. Ginie tylko jedno dziecko, córka Rachel. Rachel wie, że nie zniesie obecności przyjaciółek – matek, których dzieci wciąż żyją. Ucieka na Santorini i nie chce, żeby ktokolwiek jej tam szukał. Żeby jednak nie tracić z pola widzenia córek Jenny i Mariel, wynajmuje prywatnego detektywa. Przez jedenaście najbliższych lat mężczyzna ma dostarczać na Santorini wiadomości o „obiekcie A” i „obiekcie B”: Rachel chce dyskretnie czuwać nad dziewczynkami i zareagować, gdyby okazało się to konieczne. Sam pomysł wydaje się szalony, ale to jedyny sposób bohaterki na odzyskanie normalności. Mąż i przyjaciółki już się nie liczą. Na Santorini Rachel uczy się żyć na nowo, chociaż od złych wspomnień nie ucieknie nigdy.

Tu bohaterka szuka własnego, dość ekstremalnego sposobu na przeżycie żałoby. Nie pragnie prostego ukojenia, chociaż pobyt na Santorini dostarcza jej wielu zajęć odwracających uwagę od rodzinnego dramatu. Wtapia się w otoczenie wyspy i przy okazji odkrywa rodowe tajemnice. Rachel nie zajmuje się rozpamiętywaniem śmierci córki, ale ten temat co pewien czas do niej powraca. Pozostają jeszcze bliscy, którzy z wypadkiem i decyzjami Rachel muszą radzić sobie inaczej. Nawet prywatny detektyw nie zagwarantuje pełnego obrazu sytuacji. I chociaż życie Rachel zatrzymało się w miejscu, nie wszystko da się zachować w takim stanie, jak na początku.

Candlish operuje tu upływem czasu konsekwentnie, chociaż i dyskretnie. Wie, jak działać będzie na psychikę postaci, potrafi zaakcentować łagodne przeobrażenia. Oddala się od krzepiących obyczajówek, w których wszyscy są chronieni przed złym losem, żeby pokazać, jak przetrwać to, co najtrudniejsze. U tej autorki psychologia staje się dość ważnym składnikiem opowieści – Candlish jest przekonana, że nie udałoby jej się wiernie oddać rozpaczy matki, dlatego też stosuje technikę lustra, wprowadza kontrast w postaci dwóch szczęśliwych kobiet. W ten sposób potęguje dramat i zapewnia bohaterce naprawdę przełomową sytuację. Warto przy lekturze pamiętać, że ten odłam obyczajówek nastawiony jest na uczuciowe rozterki, nie na wydarzenia jako takie – Rachel ma być przede wszystkim interesującym obiektem obserwacji, kobietą, która testuje największe wyzwanie dla rodziny. „Od kiedy cię nie ma” to książka, w której wyciskanie łez oddala się na odległy plan: liczy się to, jak bohaterka poradzi sobie z niecodzienną sytuacją i życiowymi wyzwaniami, wśród których zabrakło definiującego ją dziecka.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Claire Faÿ: Zeszyt do bazgrania dla tych, którzy nudzą się w pracy

Znak, Kraków 2015.

Ćwiczenia

Szybko wybuchła moda na wszelkiego rodzaju kolorowanki dla dorosłych, rysowanki i odstresowywacze. Przeniesienie zwykłych bazgrołów do „prawdziwych” książek nieco bezmyślne gryzmolenie nobilituje: teraz już kreślenie po marginesach nie oznacza infantylności czy nieumiejętności skupiania się. Teraz to oznaka kreatywności i otwartego umysłu. Nic dziwnego, że dorośli chętnie sięgają po rozmaite zeszyty ćwiczeń. Na fali zainteresowania tego typu rozrywkami powstał „Zeszyt do bazgrania dla tych, którzy nudzą się w pracy”: zbiór ćwiczeń i dowcipnych pomysłów na twórcze wykorzystywanie narzędzi znajdujących się w każdym biurze. W ruchu będą nożyczki, dziurkacze i zszywacze, ołówki, długopisy czy tusze. Oczywiście pod warunkiem, że odbiorcy zechcą wykonywać kolejne polecenia. A niektóre są bardzo absurdalne lub satyryczne.

W tym zeszycie wykorzystuje się humor. Claire Faÿ odnosi się do rozmaitych technik rozładowywania stresu. Zdenerwowanie zakończyć się może wbijaniem pinezek w kartkę lub biurowymi rzutkami (zamiast punktów na tarczy wypisane są biurowe polecenia). Czasem trzeba narysować buty szefa i polizać kartkę, innym razem skręcić „papierosa” z narysowanego na kartce liścia marihuany. Poza „dorosłymi żartami autorka odwołuje się do wyobraźni. Zszywacz posłuży do doszywania rybom łusek, nożyczki – do wycinania okazjonalnego konfetti. Wśród propozycji dużo jest humoru słownego (kolorowanie filiżanek aż zacznie się przelewać, opływanie w dostatek i rysowanie, co komu leży na wątrobie. „Zeszyt do bazgrania” jest niewielki objętościowo, ale przyniesie użytkownikom sporo śmiechu – bez względu na to, czy będą oni realizować kolejne polecenia. Zabawa trwa, nawet podczas zwykłego śledzenia pomysłów autorki. Rodzaje humoru odróżniają ten tomik od propozycji dla dzieci. Tutaj dosłowne odczytania frazeologizmów nie mają urozmaicać zadań – bo przecież wypełnianie tych akurat poleceń nie należy do obowiązków odbiorców – sugerują natomiast komiczny potencjał modnego nurtu. Żeby bawić się tą książeczką, nie trzeba mieć talentu plastycznego ani specjalnych narzędzi, wystarczy to, co jest pod ręką w każdym biurze. Zadania mają też dostarczać kojących refleksji – wystarczy zamazać korektorem to, co ma się na głowie, a dorysować sobie słomkowy kapelusz i zrelaksować się, myśląc o wakacjach.

Zabijający nudę tomik działa jak owoc zakazany: do jego posiadania i uzupełniania lepiej nie przyznawać się szefowi – tak sugeruje nawet wydawca. Nic dziwnego, skoro szef jest tu potraktowany bardzo stereotypowo, a lepiej, żeby nie wiedział, czym zajmują się jego podwładni. Tyle tylko, że Claire Faÿ swoim tomikiem robi wiele dobrego. Przypomina dorosłym, jak się bawić, jak czerpać radość z dziecięcych zabaw. Ten niepozorny zeszyt ćwiczeń pozwala rozwinąć kreatywność. Umożliwia zebranie myśli, odstresowywanie się czy chwilę relaksu – o zaowocować może zwiększoną efektywnością w pracy. Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się niepotrzebną rozrywką, jego zalety są niepodważalne. A tym, którym wydaje się infantylny, wystarczy przypomnieć, że bazgranie na marginesach zeszytów lub niepotrzebnych wydruków zawsze towarzyszy namysłowi nad zlecanym zadaniem. Z tego typu niewymagającymi myślenia poleceniami łatwiej o koncentrację nad wyzwaniami.

Sporo można zrobić z „Zeszytem do bazgrania”. To publikacja, która ma przede wszystkim śmieszyć, także przypadkowych czytelników. Autorka sięga tutaj po związane z pracą biurową stereotypy i mechanizmy, pomysłowo wplata je w ćwiczenia, które są parodią ćwiczeń dla dzieci. Dorośli docenią zarówno nonsensowne zadania, jak i próby nadawania głębsego sensu wybranym zabawom. Po takiej lekturze, bez względu na to, czy połączonej z praktyką, nikt już nie będzie mieć problemu z nudą w pracy. Zastanawiać może, kto zechce bezmyślne surfowanie po internecie lub układanie pasjansów zamienić na wertowanie cieniutkiej książeczki – ale „Zeszytem do bazgrania” łatwo się zarazić: jeśli pojawi się w jakimś biurze, szybko zyska status kultowego, a komizm kolejnych ćwiczeń przysporzy autorce fanów. I słusznie: Faÿ dostrzegła niszę (co ciekawe, wpisaną w modę!) i umiejętnie ją zagospodarowała. „Zeszyt do bazgrania” jest jednocześnie czymś w rodzaju dziennika kreatywnego oraz jego dowcipną parodią. To publikacja przypominająca dorosłym, że warto od czasu do czasu pozwolić sobie na odrobinę niepowagi.

niedziela, 7 czerwca 2015

Jacek Fedorowicz: Będąc Kolegą Kierownikiem

Świat Książki, Warszawa 2015.

Radio

Jacek Fedorowicz zasmakował we wspomnieniach i swoją kabaretową drogę zaczyna przedstawiać w odcinkach, z czego zresztą w najnowszej książce zgrabnie się tłumaczy. „Będąc Kolegą Kierownikiem” to analiza jego drogi radiowej – nie tylko dla miłośników satyry. Fedorowicz tematyzuje ten tom, żeby wprowadzić nie tylko chronologiczne uporządkowanie wspomnień – także dla wygody odbiorców, którym – zwłaszcza tym z młodszych pokoleń – wiele rzeczy trzeba już wyjaśniać. Jacek Fedorowicz cierpliwie zatem tłumaczy absurdy minionego systemu i zestawia je z wyzwaniami, jakie napotkał na drodze radiowca. A że chce przede wszystkim dobrej zabawy, pisze lekko. Rezygnuje z felietonowych strzępków wspomnień, próbuje za to stworzyć pełnowartościową książkę podsumowującą radiową działalność.

Radio w tym wypadku to nie tylko zasiadanie przed mikrofonem z gotowym do wygłoszenia na antenie tekstem. Autor wiele miejsca poświęca pracy technicznego – opowiada o realizowaniu słuchowisk, o magnetofonach, na których nagrywał, o pomysłach na zagospodarowanie kilkugodzinnych audycji i o… multiplikowaniu samego siebie. Recepta na uzyskanie pogłosu może dzisiaj wywołać zdumienie. Fedorowicz pokazuje wymyślanie efektów, które obecnie osiągnąć może bez wysiłku każdy dzięki komputerom – ale jego zrodzone z pasji opowieści działają na wyobraźnię i dają przynajmniej trochę świadomości, z jakimi problemami borykali się dawniej twórcy radiowi. Osobną kategorię w tych wspomnieniach stanowi polityka, a raczej – los satyryka, któremu wielu rzeczy nie wolno było powiedzieć. Fedorowicz prezentuje sprawdzające się wówczas gagi, zdradza też kulisy pracy. Od polityki nie ucieka – zdarza mu się nawet oceniać kolegów po fachu, którzy z czasem zamienili satyrę na służenie piórem konkretnym partiom czy opcjom politycznym. Do tego jednak, jakby dla odciążenia tematu, autor proponuje szereg anegdot i zabawnych historii z przeszłości, równoważąc kwestie trudne czy bolesne. Oczywiście nie zabraknie tu i relacji z narodzin Kolegi Kierownika (i jego podwładnych) – bardziej niż na historii kolejnych audycji Fedorowicz skupia się na swoich produkcjach, zupełnie jakby martwił się, że bez tego nie przetrwają w świadomości odbiorców – a przecież, choćby za sprawą radiowej Trójki, nawet archaiczny już nieco Kolega Kierownik nie jest obcy dzisiejszym fanom satyry. Fedorowicz nie musi się bać o los tych postaci.

„Będąc Kolegą Kierownikiem” to książka, w której stosunkowo niewiele jest fragmentów skeczy radiowych czy monologów. Fedorowicz nie chce sztucznie powiększać objętości, zwłaszcza że dobrze radzi sobie z narracją. Przez cały czas pamięta o wygodzie czytelników, buduje z nimi więź i zwraca się do nich, jakby próbował podtrzymywać radiowy kontakt. Potrafi opowiadać zajmująco – wcale nie trzeba uwielbiać akurat Kolegi Kierownika, żeby sięgnąć po tę lekturę i dobrze się przy niej bawić. Jacek Fedorowicz, co ważne, nie pozuje na błazna. Chęć rozśmieszania nie przysłania mu wskazówek gatunkowych: we wspomnieniach może pozwolić sobie na lekki ton, ale nie musi zasypywać odbiorców cudzymi żartami. Wydaje się zresztą, że ta publikacja samemu autorowi jest potrzebna do dokonania przeglądu życiowych osiągnięć, do podzielenia się refleksjami i doświadczeniami. „Będąc Kolegą Kierownikiem” to swoista wizytówka Jacka Fedorowicza, ukłon w stronę życiowej pasji. Autor nie stara się pozować czy zachowywać jak kabareciarz, ale umiejętności satyryka wykorzystuje w przytaczaniu anegdot. Częstuje licznymi ciekawostkami i dlatego tom „Będąc Kolegą Kierownikiem” czyta się dosyć szybko. Na opisy innych estradowych dokonań trzeba poczekać do kolejnej książki.