Jaguar, Warszawa 2015.
Walka
Soman Chainani z wielką pewnością siebie wkracza do świata baśni i, wykazując głębokie zrozumienie dla konstrukcji klasycznych opowieści, proponuje młodym odbiorcom bezkompromisową historię. „Akademia Dobra i Zła”, obszerny pierwszy tom zapowiadanej serii, nie jest lekturą dla grzecznych dzieci. Tutaj odwieczna baśniowa walka dobra ze złem zyskuje nowy wymiar i potężną moc.
Co pewien czas dwoje dzieci z miasteczka zostaje porwanych przez tajemnicze siły. Jedno trafia do Akademii Dobra, drugie do Akademii Zła. Władze Akademii są nieomylne, a dzieci potrzebują do baśni. Najlepsi uczniowie staną się po procesie edukacji najważniejszymi bohaterami baśni, najgorsi mogą się przydać w roli dalszoplanowych postaci, zwierząt lub roślin. Akademia Dobra wychowuje małe księżniczki, Akademia Zła tworzy potwory. Wszystko opiera się na naturalnych predyspozycjach dziecka. Do tej przestrzeni niedługo trafią dwie dziewczynki, Sofia i Agata. Sofia całymi dniami pielęgnuje swoją urodę, ale nie jest zbyt sympatyczna. Przekonana, że trafi do Akademii Dobra, uczy się, jak być księżniczką. Agata, jej jedyna przyjaciółka, to raczej mroczna istota: pociąga ją czerń i cmentarze. Agata nie marzy o nauce w Akademii Zła, ale sądzi, że mogłaby się tam odnaleźć. Pasuje do Akademii Zła choćby za sprawą „gotyckiego” stroju i ponurego wyglądu. W pozabaśniowym świecie Sofia i Agata prawie przyjaźnią się ze sobą. Tolerują swoją obecność, wiedząc, że ich drogi w przyszłości raczej się nie skrzyżują. Ale podróż do akademii zmienia wszystko: odtąd dziewczyny będą mogły liczyć wyłącznie na siebie, a to – mimo różnic charakteru – scementuje ich znajomość.
Tylko że Chainani nie pozwala na przewidywalne koleje losu. Sofia, zamiast do szkoły dla księżniczek, trafia do Akademii Zła. Agata – do Akademii Dobra. Nie dość, że bohaterki nie pojmują takiego rozwoju sytuacji i uważają ją za przykrą pomyłkę, to jeszcze automatycznie zostają odrzucone przez rówieśników. Agata zapewnia szereg wstrząsów pustym pięknościom, Sofia przez przyszłe potwory uważana jest za odrażającą i dziwaczną. Pierwszy tom baśniowej serii oznacza zatem rozpaczliwą walkę o przywrócenie pożądanego ładu. Nastolatki odkrywają prawa rządzące Akademią i… zdobywają wciąż nowych wrogów. Uczą się współpracować i wykorzystywać z trudem nabyte umiejętności we własnych celach, sprzecznych z ideami wykładowców, władz i – kolegów. Jednocześnie wciąż walczą o przetrwanie, a to nie jest zbyt proste w tak dziwnym środowisku.
Soman Chainani stawia na filmową fabułę: dużo tu akcji i brawury, widowiskowych ucieczek, walk i zagrożeń. Krew czasem leje się strumieniami, a na terenie Akademii łatwo stracić życie. To powrót do baśni, o których pisał Bettelheim, pozbawionych cenzury obyczajowej, często brutalnych. W „Akademii Dobra i Zła” nie ma taryfy ulgowej dla postaci – tu zdarzyć się może absolutnie wszystko. Autor w związku z tym do literackich opowieści dodaje też trochę rubaszności. Uniegrzecznia relację tak, żeby zderzyć opowieść z oczekiwaniami odbiorców. To nie jest prosta historia dla dziewczyn. Udaje się do tego autorowi wpleść w tekst tradycyjne pytania o rolę i granice dobra i zła. Porusza niby mimochodem tematy, które pojawiają się obowiązkowo i w prostej wersji w baśniach oraz ludowych przekazach – odpowiedzi u niego nie są oczywiste. Lektura dostarczy zatem również etycznych refleksji: to cenna wartość poppowieści. Chainani wychodzi naprzeciw czytelnikom, którzy cenią sobie fabuły fantasy, ale proponuje im nawiązanie do dawnych schematów w bajkowej wersji. Potrafi komplikować kreskówkowe podziały, więc „Akademia Dobra i Zła” będzie dla odbiorców testem wyobraźni.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 16 maja 2015
piątek, 15 maja 2015
Małgorzata Warda: 5 sekund do Io
Media Rodzina, Poznań 2015.
Gra w zabijanie
Małgorzata Warda w tomie „5 sekund do Io” bardzo zgrabnie podchwytuje motyw, który co pewien czas powraca w publicystycznych i społecznych dyskusjach: temat przemocy w grach komputerowych i wpływu na psychikę młodych ludzi. Siedemnastoletnia Mika należy do graczy zafascynowanych nowymi możliwościami i technologiami, bierze nawet udział w konkursach na szczeblu krajowym. W wirtualnej rzeczywistości czuje się lepiej niż na jawie. W prawdziwym życiu straciła ojca (zginął w wypadku samochodowym), a jej młodsza siostra ma trafić do rodziny adopcyjnej. Nic dziwnego, że Mika ucieka do gier. Od zwykłych ludzi się dystansuje, jest samotna, ale nie szuka przyjaciół. Nawet tego nie potrafi: zostaje sama z problemami, tymczasem w przestrzeni wirtualnej może zapomnieć o realnych troskach. Tu toczy się walka na śmierć i życie – walka, która ma olbrzymi atut: nie jest prawdziwa. Dlatego Mika uczy się zabijać czyhające na nią zombie oraz… ludzi. Doskonali się we władaniu bronią i może wyłączyć empatię przynajmniej na chwilę. Gry zapewniają jej wytchnienie – ale nie tylko.
Dziewczyna przeżywa masakrę w liceum: rozpoznaje nastolatka, który z bronią wtargnął do szkoły, a ten… puszcza ją wolno. Odtąd do serii koszmarów Miki dochodzą policyjne przesłuchania ciągnące się w nieskończoność. Bohaterka łapie pierwszą okazję do zmiany egzystencji: może przeprowadzić się do Gdyni i występować tam pod nowym nazwiskiem. Ma chodzić do szkoły, a po godzinach – grać na konsoli najnowszej generacji. W grze na księżycu Io powinna zbierać informacje o podejrzanych bohaterach i sytuacjach. Na Io Mika poznaje kilka avatarów, które zastępują jej przyjaciół i zapewniają silne uczucia.
Małgorzata Warda nie oskarża nastolatków, które szukają akceptacji w nieprawdziwym świecie. Pokazuje ogrom emocji targających graczami pod wpływem wirtualnych scenariuszy. Tu łatwo zrozumieć ekstremalne decyzje i zachowania odbiegające od normy. Podłączeni do konsoli gracze na długie godziny tracą kontakt z rzeczywistością, uzależniają się od gier – przy tej powieści można bez trudu pojąć, dlaczego. To świat Io okazuje się pełny i bogaty w silne przeżycia. Nie zawsze pozytywne – ale to tylko wzbogaca doznania dziewczyny. Poza potężną dawką wzruszeń Mika może wytropić ślad kryminalnej afery, a do tego wyszukiwać powiązania z realnym życiem. W końcu avatary, z którymi działa w grze, mają też swoje ludzkie odpowiedniki gdzieś na świecie. W „5 sekund do Io” przekraczanie granic zyskuje nową oprawę i znaczenie.
Małgorzata Warda operuje tu dwiema narracjami. Inaczej pisze o codzienności Miki (nawet kiedy ta codzienność obfituje w sceny rodem z filmów sensacyjnych), inaczej o życiu na Io. To nie jest opowiadanie o grze – autorka pozwala czytelnikom tę grę bardzo przeżywać, uczestniczyć w niej na prawach literackiej fikcji. Wiele motywów, które normalnie należałyby po prostu do świata fantastyki, tu zyskuje lepsze uzasadnienie – lektura przekona sceptycznie nastawionych do książkowych fabuł młodych ludzi. Zwłaszcza że Warda nie unika tematów przykrych. Sięga też po modny wśród nastolatków wątek samotności i odrzucenia – uzasadnia go tak, by odbiorcy uwierzyli bohaterce. „5 sekund do Io” to powieść dopracowana pod kątem literackim, scenariuszowym oraz psychologicznym. Bogata w wyraziste przygody i pozbawiona bolesnych banałów jest ta brawurowa historia. Spodoba się nastolatkom ceniącym wyzwania. Autorka wkroczyła tu w świat nieczęsto pojawiający się w literaturze czwartej, zrealizowała swój pomysł w sposób godny podziwu. Dwie strefy konkurują w tej książce ze sobą: obie angażują czytelników w równym stopniu. Warda nie zadręcza zwyczajnością – sięga po ekstrema, ale w samym tonie powieści mimo wszystko unika przesady i pozostawia szczerość.
Gra w zabijanie
Małgorzata Warda w tomie „5 sekund do Io” bardzo zgrabnie podchwytuje motyw, który co pewien czas powraca w publicystycznych i społecznych dyskusjach: temat przemocy w grach komputerowych i wpływu na psychikę młodych ludzi. Siedemnastoletnia Mika należy do graczy zafascynowanych nowymi możliwościami i technologiami, bierze nawet udział w konkursach na szczeblu krajowym. W wirtualnej rzeczywistości czuje się lepiej niż na jawie. W prawdziwym życiu straciła ojca (zginął w wypadku samochodowym), a jej młodsza siostra ma trafić do rodziny adopcyjnej. Nic dziwnego, że Mika ucieka do gier. Od zwykłych ludzi się dystansuje, jest samotna, ale nie szuka przyjaciół. Nawet tego nie potrafi: zostaje sama z problemami, tymczasem w przestrzeni wirtualnej może zapomnieć o realnych troskach. Tu toczy się walka na śmierć i życie – walka, która ma olbrzymi atut: nie jest prawdziwa. Dlatego Mika uczy się zabijać czyhające na nią zombie oraz… ludzi. Doskonali się we władaniu bronią i może wyłączyć empatię przynajmniej na chwilę. Gry zapewniają jej wytchnienie – ale nie tylko.
Dziewczyna przeżywa masakrę w liceum: rozpoznaje nastolatka, który z bronią wtargnął do szkoły, a ten… puszcza ją wolno. Odtąd do serii koszmarów Miki dochodzą policyjne przesłuchania ciągnące się w nieskończoność. Bohaterka łapie pierwszą okazję do zmiany egzystencji: może przeprowadzić się do Gdyni i występować tam pod nowym nazwiskiem. Ma chodzić do szkoły, a po godzinach – grać na konsoli najnowszej generacji. W grze na księżycu Io powinna zbierać informacje o podejrzanych bohaterach i sytuacjach. Na Io Mika poznaje kilka avatarów, które zastępują jej przyjaciół i zapewniają silne uczucia.
Małgorzata Warda nie oskarża nastolatków, które szukają akceptacji w nieprawdziwym świecie. Pokazuje ogrom emocji targających graczami pod wpływem wirtualnych scenariuszy. Tu łatwo zrozumieć ekstremalne decyzje i zachowania odbiegające od normy. Podłączeni do konsoli gracze na długie godziny tracą kontakt z rzeczywistością, uzależniają się od gier – przy tej powieści można bez trudu pojąć, dlaczego. To świat Io okazuje się pełny i bogaty w silne przeżycia. Nie zawsze pozytywne – ale to tylko wzbogaca doznania dziewczyny. Poza potężną dawką wzruszeń Mika może wytropić ślad kryminalnej afery, a do tego wyszukiwać powiązania z realnym życiem. W końcu avatary, z którymi działa w grze, mają też swoje ludzkie odpowiedniki gdzieś na świecie. W „5 sekund do Io” przekraczanie granic zyskuje nową oprawę i znaczenie.
Małgorzata Warda operuje tu dwiema narracjami. Inaczej pisze o codzienności Miki (nawet kiedy ta codzienność obfituje w sceny rodem z filmów sensacyjnych), inaczej o życiu na Io. To nie jest opowiadanie o grze – autorka pozwala czytelnikom tę grę bardzo przeżywać, uczestniczyć w niej na prawach literackiej fikcji. Wiele motywów, które normalnie należałyby po prostu do świata fantastyki, tu zyskuje lepsze uzasadnienie – lektura przekona sceptycznie nastawionych do książkowych fabuł młodych ludzi. Zwłaszcza że Warda nie unika tematów przykrych. Sięga też po modny wśród nastolatków wątek samotności i odrzucenia – uzasadnia go tak, by odbiorcy uwierzyli bohaterce. „5 sekund do Io” to powieść dopracowana pod kątem literackim, scenariuszowym oraz psychologicznym. Bogata w wyraziste przygody i pozbawiona bolesnych banałów jest ta brawurowa historia. Spodoba się nastolatkom ceniącym wyzwania. Autorka wkroczyła tu w świat nieczęsto pojawiający się w literaturze czwartej, zrealizowała swój pomysł w sposób godny podziwu. Dwie strefy konkurują w tej książce ze sobą: obie angażują czytelników w równym stopniu. Warda nie zadręcza zwyczajnością – sięga po ekstrema, ale w samym tonie powieści mimo wszystko unika przesady i pozostawia szczerość.
czwartek, 14 maja 2015
Nele Neuhaus: Elena. Tajemnica stadniny
Media Rodzina, Poznań 2015.
Wakacje w siodle
Elena poważnie opuszcza się w nauce, grozi jej nawet pozostanie na drugi rok w tej samej klasie, zrozumiałe więc, że w takiej sytuacji rodzice ograniczają jej możliwości pracy z końmi, łącznie ze startami w zawodach. Kiedy więc bohaterka dostaje zaproszenie z USA i mogłaby spędzić wakacje w stadninie, bierze się porządnie do pracy. Szybko nadrabia zaległości w nauce i przekonuje rodziców, że zasługuje na zaufanie. Z dala od ukochanego Tima, za to z przyjaciółką, poznaje nowych ludzi kochających konie – i opiekuje się nowymi zwierzętami. Ale Nele Neuhaus nie poprzestaje na „końskiej” obyczajówce. Do tego motywu dochodzi jeszcze potężna afera kryminalna.
W Stanach Elena uczy się nowego stylu jazdy, stylu western. Dowiaduje się, jaki obowiązuje w nim strój i jakie są zasady, poznaje też nowe specjalistyczne słownictwo. Dla Nele Neuhaus (oraz dla niezrównanych tłumaczy jej serii) to okazja do przekazania odbiorczyniom zaawansowanych wiadomości i zainteresowania kolejnym tematem. W ten sposób autorka może rozwijać hobby odbiorczyń i zachęcać je do poszukiwania najlepszych dla siebie rozwiązań. Przy tym unika monotonii – profesjonalizacja opowieści o koniach sprawia, że książki z serii nie są do siebie zbyt podobne i przydają się również jako źródło fachowych ciekawostek.
Elena zna się na koniach. Do tego ma niezwykły dar: potrafi wyczuć miejsce kontuzji lub chorobę zwierzęcia nawet wtedy, gdy nie widać jeszcze objawów. I ten talent przydaje jej się w tomie „Elena. Tajemnica stadniny”. U gościnnej Brendy dzieje się coś dziwnego. Konie zachowują się nienaturalnie, a Elena wykrywa u jednego z nich poważną chorobę, która powinna już być widoczna nawet dla niewprawnych obserwatorów. Do odkrycia prawdy jeszcze daleka i wyboista droga – a efekty śledztwa będą szokujące nie tylko dla miłośników koni. Na szczęście Elena nie boi się ryzyka – kiedy trzeba przyjść z pomocą zwierzętom, nie waha się ani przez moment. Nawet wtedy, gdy w okrutny proceder zaangażowanych jest wielu niebezpiecznych ludzi. Elena to dziewczynka, która nie zastanawia się nad konsekwencjami brawury – dzięki temu historie o niej są tak rozchwytywane przez czytelniczki.
Zmiana otoczenia przydaje się autorce. Elena i Melike poznają różnice kulturowe, by za chwilę móc wrócić do „swojskiego” otoczenia. Wkraczają do wielkiego świata, tu wszystko przerasta ich wyobrażenia. W dodatku wszędzie natykają się na tajemnice – na przykład tę, dlaczego syn gospodyni jest częściowo sparaliżowany i porusza się na wózku inwalidzkim, a o jego wypadku nikt nie chce mówić. Autorka zadbała o to, żeby wakacje Eleny obfitowały w silne przeżycia. Bohaterka może też po raz kolejny udowodnić swoją miłość do koni.
Elena i Melike nie mogą narzekać na brak zainteresowania ze strony gospodarzy: wpadają w wir ich obowiązków i rozrywek, testują nowe rodzaje treningów, a nawet biorą udział w zawodach. Konie są całym ich życiem – więc kiedy potrzebują pomocy, nie ma mowy o strachu. Jednak bohaterki biorą udział w groźnych wydarzeniach i narażają się na ogromne niebezpieczeństwa – w Nele Neuhaus odzywa się autorka kryminałów. Dzięki temu do powieści Neuhaus przyciągnie nie tylko czytelniczki zafascynowane końmi, rozszerzy krąg odbiorców także na tych, którzy poza obyczajowymi perypetiami nastolatek i ich (stosunkowo modnym) hobby szukają w literaturze rozrywkowej silnych wstrząsów. Elena i tym razem nie waha się przed wprowadzaniem zmian na lepsze – chociaż jest tylko nastolatką, podejmuje się zadań, które czasem przerastają nawet dorosłych. „Tajemnica stadniny” to książka pełna mrocznych sekretów i przerażających odkryć: dostarczy czytelniczkom mocnych wrażeń.

Wakacje w siodle
Elena poważnie opuszcza się w nauce, grozi jej nawet pozostanie na drugi rok w tej samej klasie, zrozumiałe więc, że w takiej sytuacji rodzice ograniczają jej możliwości pracy z końmi, łącznie ze startami w zawodach. Kiedy więc bohaterka dostaje zaproszenie z USA i mogłaby spędzić wakacje w stadninie, bierze się porządnie do pracy. Szybko nadrabia zaległości w nauce i przekonuje rodziców, że zasługuje na zaufanie. Z dala od ukochanego Tima, za to z przyjaciółką, poznaje nowych ludzi kochających konie – i opiekuje się nowymi zwierzętami. Ale Nele Neuhaus nie poprzestaje na „końskiej” obyczajówce. Do tego motywu dochodzi jeszcze potężna afera kryminalna.
W Stanach Elena uczy się nowego stylu jazdy, stylu western. Dowiaduje się, jaki obowiązuje w nim strój i jakie są zasady, poznaje też nowe specjalistyczne słownictwo. Dla Nele Neuhaus (oraz dla niezrównanych tłumaczy jej serii) to okazja do przekazania odbiorczyniom zaawansowanych wiadomości i zainteresowania kolejnym tematem. W ten sposób autorka może rozwijać hobby odbiorczyń i zachęcać je do poszukiwania najlepszych dla siebie rozwiązań. Przy tym unika monotonii – profesjonalizacja opowieści o koniach sprawia, że książki z serii nie są do siebie zbyt podobne i przydają się również jako źródło fachowych ciekawostek.
Elena zna się na koniach. Do tego ma niezwykły dar: potrafi wyczuć miejsce kontuzji lub chorobę zwierzęcia nawet wtedy, gdy nie widać jeszcze objawów. I ten talent przydaje jej się w tomie „Elena. Tajemnica stadniny”. U gościnnej Brendy dzieje się coś dziwnego. Konie zachowują się nienaturalnie, a Elena wykrywa u jednego z nich poważną chorobę, która powinna już być widoczna nawet dla niewprawnych obserwatorów. Do odkrycia prawdy jeszcze daleka i wyboista droga – a efekty śledztwa będą szokujące nie tylko dla miłośników koni. Na szczęście Elena nie boi się ryzyka – kiedy trzeba przyjść z pomocą zwierzętom, nie waha się ani przez moment. Nawet wtedy, gdy w okrutny proceder zaangażowanych jest wielu niebezpiecznych ludzi. Elena to dziewczynka, która nie zastanawia się nad konsekwencjami brawury – dzięki temu historie o niej są tak rozchwytywane przez czytelniczki.
Zmiana otoczenia przydaje się autorce. Elena i Melike poznają różnice kulturowe, by za chwilę móc wrócić do „swojskiego” otoczenia. Wkraczają do wielkiego świata, tu wszystko przerasta ich wyobrażenia. W dodatku wszędzie natykają się na tajemnice – na przykład tę, dlaczego syn gospodyni jest częściowo sparaliżowany i porusza się na wózku inwalidzkim, a o jego wypadku nikt nie chce mówić. Autorka zadbała o to, żeby wakacje Eleny obfitowały w silne przeżycia. Bohaterka może też po raz kolejny udowodnić swoją miłość do koni.
Elena i Melike nie mogą narzekać na brak zainteresowania ze strony gospodarzy: wpadają w wir ich obowiązków i rozrywek, testują nowe rodzaje treningów, a nawet biorą udział w zawodach. Konie są całym ich życiem – więc kiedy potrzebują pomocy, nie ma mowy o strachu. Jednak bohaterki biorą udział w groźnych wydarzeniach i narażają się na ogromne niebezpieczeństwa – w Nele Neuhaus odzywa się autorka kryminałów. Dzięki temu do powieści Neuhaus przyciągnie nie tylko czytelniczki zafascynowane końmi, rozszerzy krąg odbiorców także na tych, którzy poza obyczajowymi perypetiami nastolatek i ich (stosunkowo modnym) hobby szukają w literaturze rozrywkowej silnych wstrząsów. Elena i tym razem nie waha się przed wprowadzaniem zmian na lepsze – chociaż jest tylko nastolatką, podejmuje się zadań, które czasem przerastają nawet dorosłych. „Tajemnica stadniny” to książka pełna mrocznych sekretów i przerażających odkryć: dostarczy czytelniczkom mocnych wrażeń.
środa, 13 maja 2015
Weronika Kurosz: Skarby leśnych braci
Zysk i S-ka, Poznań 2015.
Przy puszczy
Braci jest dwóch i jeden za drugiego skoczyłby w ogień. Oczywiście Bazyli i Marcepan czasem się biją, czasem kłócą, a czasem sobie dokuczają, jak to bracia, ale w sytuacjach kryzysowych mogą na siebie liczyć. To ważne, bo mieszkają tuż przy puszczy, i to takiej, w której dzieją się niezwykłe rzeczy. Bazyli i Marcepan raz po raz wpadają na trop wspaniałych przygód – a korzystają z każdej okazji, żeby przeżyć coś niezwykłego. W tomie „Skarby leśnych braci”, drugim zbiorku opowieści o Bazylim i Marcepanie, Weronika Kurosz bardzo poprawia i narrację, i wyobraźnię.
Cztery rozbudowane opowiadania proponuje dzieciom autorka. W pierwszym Bazyli i Marcepan spotkają się z niedobrymi ryjczakami i dowiedzą się czegoś o jeleniach i ich porożu. W drugim budują tratwę i trafiają do domku Baryłki, staruszki, która wyraźnie ukrywa swoje prawdziwe zamiary. Brat cioteczny Bazylego i Marcepana, dzieciak nieznośny i posługujący się specyficzną gramatyką, przynosi trzecią przygodę. W czwartej historyjce poważna kłótnia rodzeństwa prowadzi aż do ucieczki Marcepana z domu. Weronika Kurosz zwykle wychodzi od normalnej scenki obyczajowej, pozwala maluchom uruchomić wyobraźnię w kreatywnym podejściu do nudy, by zaraz za progiem domu wtrącić bohaterów w baśniowy i niezbyt realny świat. Tu już mogą dziać się rzeczy najbardziej zdumiewające. Autorka sięga do skarbnicy baśni, czerpie z motywów ludowych i sylwetek od zawsze obecnych w rozmaitych bajaniach. Lubuje się w imitujących stare opowieściach – kiedy tylko może, wprowadza do akcji zapośredniczone historie zaczerpnięte z odległych wierzeń i przekazów. Zamienia się w opowiadacza bajek w bajkach – tym samym sugerując odbiorcom gatunkowe zróżnicowanie tekstu. Nawiązuje do literackich tradycji, ale zachowuje też odrębność stylistyczną. To w „Skarbach leśnych braci” jest bardzo wyraźne – i pasuje do wyobraźni autorki, która najchętniej wykorzystuje wątki edukacyjno-pedagogiczne.
Jest też Kurosz blisko swoich postaci. Zna dobrze pomysły i motywacje małych chłopców, rozumie ich uczucia i stara się przekonująco odzwierciedlać je w tekście. Nie zmusza chłopców do dobrego zachowywania się w imię pedagogicznych zapędów: bohaterowie wypadają bardzo naturalnie jako dzieci. W związku z tym nawet najbardziej bajkowe przygody będą dla maluchów ważne. Dzieci tym razem zagłębią się w świat marzeń i odkryją sens rozmaitych uczuć. Tematy przyrodnicze pojawiać się będą niejako przy okazji, teraz autorka odważniej sięga do fantazji. Nie próbuje na siłę pouczać, za to w tajemniczy sposób przywiązuje do leśnych braci, odbiorcom pozwala włączyć się do przeżywania. Weronika Kurosz wybiera wyczuwalną staroświeckość historii, celowo odsuwa braci od technologicznych wyzwań i wrzuca w bardziej „naturalne”, to jest – powiązane z przyrodą – wypadki. Chce, żeby mali odbiorcy zatęsknili za swobodą, przestrzenią i możliwościami, jakie daje zabawa na świeżym powietrzu.
„Skarby leśnych braci” to dodatkowo książka przepięknie wydana. Ze względu na duży druk dzieci mogą czytać ją samodzielnie, ale nawet jeśli przysłuchiwałyby się bajkom czytanym przez dorosłych (a czytaniu na głos sprzyja też rytm tekstów), będą przyglądać się ciekawym ilustracjom Aleksandry Michalskiej-Szwagierczak. Twarda okładka, gruby papier i nietypowy format sprawiają, że łatwiej znaleźć ten tom na półce. Weronika Kurosz tym razem stawia na dynamikę. Dużo w tej historii energii i stylistycznej pewności. Autorka wie, jakie przygody chce opowiedzieć. Proponuje dzieciom narracje mniejsze niż powieściowe, za to większe niż standardowe opowiadania, chce zatem zanurzyć odbiorców w krainie znanej leśnym braciom. To książka nawiązująca do klasyki – dobra dla tych, którzy cenią tradycję.
Przy puszczy
Braci jest dwóch i jeden za drugiego skoczyłby w ogień. Oczywiście Bazyli i Marcepan czasem się biją, czasem kłócą, a czasem sobie dokuczają, jak to bracia, ale w sytuacjach kryzysowych mogą na siebie liczyć. To ważne, bo mieszkają tuż przy puszczy, i to takiej, w której dzieją się niezwykłe rzeczy. Bazyli i Marcepan raz po raz wpadają na trop wspaniałych przygód – a korzystają z każdej okazji, żeby przeżyć coś niezwykłego. W tomie „Skarby leśnych braci”, drugim zbiorku opowieści o Bazylim i Marcepanie, Weronika Kurosz bardzo poprawia i narrację, i wyobraźnię.
Cztery rozbudowane opowiadania proponuje dzieciom autorka. W pierwszym Bazyli i Marcepan spotkają się z niedobrymi ryjczakami i dowiedzą się czegoś o jeleniach i ich porożu. W drugim budują tratwę i trafiają do domku Baryłki, staruszki, która wyraźnie ukrywa swoje prawdziwe zamiary. Brat cioteczny Bazylego i Marcepana, dzieciak nieznośny i posługujący się specyficzną gramatyką, przynosi trzecią przygodę. W czwartej historyjce poważna kłótnia rodzeństwa prowadzi aż do ucieczki Marcepana z domu. Weronika Kurosz zwykle wychodzi od normalnej scenki obyczajowej, pozwala maluchom uruchomić wyobraźnię w kreatywnym podejściu do nudy, by zaraz za progiem domu wtrącić bohaterów w baśniowy i niezbyt realny świat. Tu już mogą dziać się rzeczy najbardziej zdumiewające. Autorka sięga do skarbnicy baśni, czerpie z motywów ludowych i sylwetek od zawsze obecnych w rozmaitych bajaniach. Lubuje się w imitujących stare opowieściach – kiedy tylko może, wprowadza do akcji zapośredniczone historie zaczerpnięte z odległych wierzeń i przekazów. Zamienia się w opowiadacza bajek w bajkach – tym samym sugerując odbiorcom gatunkowe zróżnicowanie tekstu. Nawiązuje do literackich tradycji, ale zachowuje też odrębność stylistyczną. To w „Skarbach leśnych braci” jest bardzo wyraźne – i pasuje do wyobraźni autorki, która najchętniej wykorzystuje wątki edukacyjno-pedagogiczne.
Jest też Kurosz blisko swoich postaci. Zna dobrze pomysły i motywacje małych chłopców, rozumie ich uczucia i stara się przekonująco odzwierciedlać je w tekście. Nie zmusza chłopców do dobrego zachowywania się w imię pedagogicznych zapędów: bohaterowie wypadają bardzo naturalnie jako dzieci. W związku z tym nawet najbardziej bajkowe przygody będą dla maluchów ważne. Dzieci tym razem zagłębią się w świat marzeń i odkryją sens rozmaitych uczuć. Tematy przyrodnicze pojawiać się będą niejako przy okazji, teraz autorka odważniej sięga do fantazji. Nie próbuje na siłę pouczać, za to w tajemniczy sposób przywiązuje do leśnych braci, odbiorcom pozwala włączyć się do przeżywania. Weronika Kurosz wybiera wyczuwalną staroświeckość historii, celowo odsuwa braci od technologicznych wyzwań i wrzuca w bardziej „naturalne”, to jest – powiązane z przyrodą – wypadki. Chce, żeby mali odbiorcy zatęsknili za swobodą, przestrzenią i możliwościami, jakie daje zabawa na świeżym powietrzu.
„Skarby leśnych braci” to dodatkowo książka przepięknie wydana. Ze względu na duży druk dzieci mogą czytać ją samodzielnie, ale nawet jeśli przysłuchiwałyby się bajkom czytanym przez dorosłych (a czytaniu na głos sprzyja też rytm tekstów), będą przyglądać się ciekawym ilustracjom Aleksandry Michalskiej-Szwagierczak. Twarda okładka, gruby papier i nietypowy format sprawiają, że łatwiej znaleźć ten tom na półce. Weronika Kurosz tym razem stawia na dynamikę. Dużo w tej historii energii i stylistycznej pewności. Autorka wie, jakie przygody chce opowiedzieć. Proponuje dzieciom narracje mniejsze niż powieściowe, za to większe niż standardowe opowiadania, chce zatem zanurzyć odbiorców w krainie znanej leśnym braciom. To książka nawiązująca do klasyki – dobra dla tych, którzy cenią tradycję.
wtorek, 12 maja 2015
Nele Neuhaus: Charlotte i koń marzeń
Media Rodzina, Poznań 2015.
Przy stadninie
Nele Neuhaus uwielbia konie i tworzy kolejną końską serię dla nastoletnich odbiorczyń, trochę młodszych niż fanki serii o Elenie. „Charlotte i koń marzeń” dobrze pokazuje założenia cyklu. Nieletnia bohaterka uwielbia konie. Pomaga w stadninie, żeby móc spędzać ze zwierzętami jak najwięcej czasu – to wskazówka dla czytelniczek, których rodzice posługują się argumentami finansowymi. Charlotte ciężko pracuje przy koniach i spotyka ją za to nagroda: może opiekować się jednym z nich, nieco zaniedbywanym przez właściciela. Tyle że koń pewnego dnia zostaje sprzedany, a Charlotte z rodzicami wyjeżdża na wakacje. Rozstanie ze stadniną wydaje się dziewczynce końcem świata. I kto wie, jak potoczyłyby się losy Charlotte, gdyby nie znalazła sposobu na doskonalenie swoich jeździeckich umiejętności z dala od domu.
Bohaterka na początku przeżywa serię gorzkich rozczarowań. Wyjazd na wakacje wszystko zmienia. Tu, w nowym środowisku, dziewczynka zdobędzie umiejętności, o jakich nawet nie śniła. Zamiast grzecznego jeżdżenia w kółko po placu czekają ją niekoniecznie bezpieczne wyprawy na końskim grzbiecie, wypadki i wyzwania, a nawet… oswajanie nieufnego zwierzęcia. Przed Charlotte otwiera się zupełnie inny świat – i chociaż bohaterka stara się najlepiej jak może wypełniać swoje obowiązki, nie zapobiegnie wszystkim przykrościom. „Charlotte i koń marzeń” to historia, w której miłość do koni wybija się na pierwszy plan. Relacje międzyludzkie stanowią tło dla niezwykłych wydarzeń ze stadnin. Charlotte stara się też przede wszystkim rozwiązywać problemy związane z końmi, ludzie obchodzą ją znacznie mniej.
Nele Neuhaus zanurza się zatem w świat amatorów jazdy konnej. Przybliża odbiorcom wyzwania związane z takim hobby, krok po kroku przedstawia trudy pracy w stadninie i wyzwania podczas wycieczek. Doskonale wie o tym, że konie mają swoje charaktery i lęki – i nie zawsze chcą się podporządkowywać jeźdźcowi. Nakreśla w tomie wiele scenek, które niezdecydowanych raczej zniechęcą: tu zamiast idylli i wielokrotnie podkreślanego uczucia wolności pojawiają się trudności, zmęczenie a nawet bezradność. Miłość do koni jest silniejsza niż wszelkie niedogodności – ale Neuhaus nie upiększa egzystencji bohaterki. Jednak Charlotte naprawdę kocha konie, a w związku z tym nie poddaje się nigdy. To cenna lekcja dla odbiorczyń, cenniejsza nawet niż fachowe porady autorki.
„Charlotte i koń marzeń” to powieść o tym, jak dążyć do realizowania pragnień mimo rozmaitych przeciwności losu. Charlotte ogranicza brak pieniędzy na lekcje oraz stanowczość rodziców. Wyjazd pozwala jej poznać nowe metody szkoleń, zrobić znaczne postępy dzięki nietypowym wyzwaniom i przekonać się o własnej sile w kilku stresujących przypadkach. Ta bohaterka wie, czym jest determinacja i kreatywność w walce o spełnianie marzeń. Nie istnieją dla niej żadne przeszkody – a nagrodą jest możliwość przebywania z końmi. Nele Neuhaus oczywiście nie ogranicza przygód Charlotte do tego jednego wątku, wprowadza też tematy „towarzyskie” – ale na rynku wydawniczym wyróżnia ją właśnie zamiłowanie do koni i mocne tematyzowanie książek. W narracji seria o Charlotte wydaje się prostsza niż cykl o Elenie, to zatem dobry sposób na zaangażowanie się w „końską” literaturę. Nele Neuhaus wychodzi naprzeciw oczekiwaniom młodzieży – sięga po temat modny również w sferze pozaliterackiej, a przy jego realizacji wykorzystuje życiowe doświadczenia. Dzięki temu mimo nastawienia na konkretne hobby Neuhaus może zyskiwać sobie uznanie odbiorczyń. „Charlotte i koń marzeń” to książka z prostą fabułą – ale pełna podpowiedzi dla czytelniczek. W temacie koni – jedna z bardziej szczegółowych dostępnych na rynku opowieści.
Przy stadninie
Nele Neuhaus uwielbia konie i tworzy kolejną końską serię dla nastoletnich odbiorczyń, trochę młodszych niż fanki serii o Elenie. „Charlotte i koń marzeń” dobrze pokazuje założenia cyklu. Nieletnia bohaterka uwielbia konie. Pomaga w stadninie, żeby móc spędzać ze zwierzętami jak najwięcej czasu – to wskazówka dla czytelniczek, których rodzice posługują się argumentami finansowymi. Charlotte ciężko pracuje przy koniach i spotyka ją za to nagroda: może opiekować się jednym z nich, nieco zaniedbywanym przez właściciela. Tyle że koń pewnego dnia zostaje sprzedany, a Charlotte z rodzicami wyjeżdża na wakacje. Rozstanie ze stadniną wydaje się dziewczynce końcem świata. I kto wie, jak potoczyłyby się losy Charlotte, gdyby nie znalazła sposobu na doskonalenie swoich jeździeckich umiejętności z dala od domu.
Bohaterka na początku przeżywa serię gorzkich rozczarowań. Wyjazd na wakacje wszystko zmienia. Tu, w nowym środowisku, dziewczynka zdobędzie umiejętności, o jakich nawet nie śniła. Zamiast grzecznego jeżdżenia w kółko po placu czekają ją niekoniecznie bezpieczne wyprawy na końskim grzbiecie, wypadki i wyzwania, a nawet… oswajanie nieufnego zwierzęcia. Przed Charlotte otwiera się zupełnie inny świat – i chociaż bohaterka stara się najlepiej jak może wypełniać swoje obowiązki, nie zapobiegnie wszystkim przykrościom. „Charlotte i koń marzeń” to historia, w której miłość do koni wybija się na pierwszy plan. Relacje międzyludzkie stanowią tło dla niezwykłych wydarzeń ze stadnin. Charlotte stara się też przede wszystkim rozwiązywać problemy związane z końmi, ludzie obchodzą ją znacznie mniej.
Nele Neuhaus zanurza się zatem w świat amatorów jazdy konnej. Przybliża odbiorcom wyzwania związane z takim hobby, krok po kroku przedstawia trudy pracy w stadninie i wyzwania podczas wycieczek. Doskonale wie o tym, że konie mają swoje charaktery i lęki – i nie zawsze chcą się podporządkowywać jeźdźcowi. Nakreśla w tomie wiele scenek, które niezdecydowanych raczej zniechęcą: tu zamiast idylli i wielokrotnie podkreślanego uczucia wolności pojawiają się trudności, zmęczenie a nawet bezradność. Miłość do koni jest silniejsza niż wszelkie niedogodności – ale Neuhaus nie upiększa egzystencji bohaterki. Jednak Charlotte naprawdę kocha konie, a w związku z tym nie poddaje się nigdy. To cenna lekcja dla odbiorczyń, cenniejsza nawet niż fachowe porady autorki.
„Charlotte i koń marzeń” to powieść o tym, jak dążyć do realizowania pragnień mimo rozmaitych przeciwności losu. Charlotte ogranicza brak pieniędzy na lekcje oraz stanowczość rodziców. Wyjazd pozwala jej poznać nowe metody szkoleń, zrobić znaczne postępy dzięki nietypowym wyzwaniom i przekonać się o własnej sile w kilku stresujących przypadkach. Ta bohaterka wie, czym jest determinacja i kreatywność w walce o spełnianie marzeń. Nie istnieją dla niej żadne przeszkody – a nagrodą jest możliwość przebywania z końmi. Nele Neuhaus oczywiście nie ogranicza przygód Charlotte do tego jednego wątku, wprowadza też tematy „towarzyskie” – ale na rynku wydawniczym wyróżnia ją właśnie zamiłowanie do koni i mocne tematyzowanie książek. W narracji seria o Charlotte wydaje się prostsza niż cykl o Elenie, to zatem dobry sposób na zaangażowanie się w „końską” literaturę. Nele Neuhaus wychodzi naprzeciw oczekiwaniom młodzieży – sięga po temat modny również w sferze pozaliterackiej, a przy jego realizacji wykorzystuje życiowe doświadczenia. Dzięki temu mimo nastawienia na konkretne hobby Neuhaus może zyskiwać sobie uznanie odbiorczyń. „Charlotte i koń marzeń” to książka z prostą fabułą – ale pełna podpowiedzi dla czytelniczek. W temacie koni – jedna z bardziej szczegółowych dostępnych na rynku opowieści.
poniedziałek, 11 maja 2015
Paulina Młynarska: Na błędach. Poradnik - odradnik
Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Walka
Paulina Młynarska swoją książką chce walczyć. Walczyć o prawo do prywatności, ale i… do feminizmu. Proponuje czytelnikom zestaw własnych wspomnień, tych dobrych i tych gorszych, czasami wkłada kij w mrowisko, wygłaszając mało popularne lub po prostu kontrowersyjne poglądy. „Na błędach. Poradnik – odradnik” to wybiórcza spowiedź kobiety po czterech rozwodach, szczęśliwej matki, podróżniczki i prezenterki telewizyjnej. Paulina Młynarska nie ma zamiaru przybierać tu cukierkowych póz i podporządkowywać się społecznej presji. Jej „Na błędach” to wyraz buntu. Autorka nie wstydzi się swoich decyzji, nie usprawiedliwia się i odrzuca tłumaczenia postaw. Pisze bezkompromisowo, a dotyka różnych kwestii.
Książkę czyta się jako „poradnik” – zestaw pozytywnych refleksji i jako „odradnik” – opowieści o dokonaniach, które nie mogą przynieść chluby. Sama Paulina Młynarska rezygnuje z kreacji na kobietę delikatną i empatyczną. Nie ukrywa złości ani ostrych reakcji wtedy, gdy nie zgadza się z poglądami rozmówców, potrafi też uzasadnić postawy niezbyt popularne. Cały tom „Na błędach” składa się z serii życiowych doświadczeń przefiltrowanych przez własne przemyślenia. Powraca pamięcią do domu rodzinnego, gdy usiłuje pokazać, co miało wpływ na jej wybory, dzieciństwo i młodość traktuje też jako punkt wyjścia niezbędny do kolejnych szaleństw. Akcentuje spontaniczność i samodzielność, uczy odbiorczynie zdrowego egoizmu, imponuje też siłą. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych – czy chodzi o zaangażowanie się w związek z Australijczykiem, czy o przeżycie bez pieniędzy i pracy. Po kolejnych ciosach od losu podnosi się i walczy dalej. Tylko czasem dopada ją depresja, konsekwencja zawodowego wypalenia. Ale i tu Paulina Młynarska wie, kiedy zareagować i udać się do lekarza po pomoc. Każdy rozdział tej książki, bez względu na to, czy z części poradnikowej, czy odradnikowej, odsłania inne fakty z życia autorki – i inne przeciwności losu, które niejedną czytelniczkę by załamały. Ale ta lektura wymusza działanie. Paulina Młynarska nie pozwoli użalać się nad sobą, zamyka też usta plotkarzom. Głośno mówi o tym, co wielu na jej miejscu wolałoby przemilczeć.
Sporo miejsca w „Na błędach” zajmuje kwestia kobiet. Młynarska na początku nawołuje do feminizmu, poświęca mu osobny tekst. Ale zdaje sobie też sprawę, że szybciej dotrze do odbiorczyń bez tego typu etykietek (i zwalczania ich negatywnych konotacji). Przekonuje zatem czytelniczki, że powinny zachować niezależność finansową w związkach, że nie mogą dać sobie wmówić, że są gorsze czy słabsze od mężczyzn, że jeśli mają ochotę podróżować w pojedynkę, nie wolno im słuchać przestróg bliskich. Pisze o prawie do aborcji, tworzy listę typowych facetów i odróżnia dziewczyny od kobiet. Trochę w tym tonu plotkarstwa, trochę felietonu, dużo zwierzeń podbarwionych goryczą, ale też i sporo otuchy. Paulina Młynarska udowadnia, że nie trzeba podążać utartymi ścieżkami, żeby osiągnąć sukces. Kreuje się na osobę odważną, silną i zdecydowaną, w tym tomie rzadko kiedy pozwala sobie na chwilę słabości. „Na błędach” nie może być przez to tomem traktowanym jako klasyczny zbiór felietonów. To zestaw osobistych tekstów, które momentami stanowią bodziec do wprowadzania zmian w życiu. Paulina Młynarska może też zaspokajać ciekawość tych wszystkich, którzy śledzą fakty z życia znanych ludzi. Nie zamierza przyjmować roli ofiary, wiele razy w tomie podkreśla swoją siłę. „Na błędach” to książka, która skłania w równym stopniu do refleksji co do polemik. Porusza tematy niewygodne i kontrowersyjne, a do tego nie uwzględnia kompromisów. To nie lektura przynosząca relaks i spokój – Paulina Młynarska znacznie lepiej czuje się w roli wojownika.
Walka
Paulina Młynarska swoją książką chce walczyć. Walczyć o prawo do prywatności, ale i… do feminizmu. Proponuje czytelnikom zestaw własnych wspomnień, tych dobrych i tych gorszych, czasami wkłada kij w mrowisko, wygłaszając mało popularne lub po prostu kontrowersyjne poglądy. „Na błędach. Poradnik – odradnik” to wybiórcza spowiedź kobiety po czterech rozwodach, szczęśliwej matki, podróżniczki i prezenterki telewizyjnej. Paulina Młynarska nie ma zamiaru przybierać tu cukierkowych póz i podporządkowywać się społecznej presji. Jej „Na błędach” to wyraz buntu. Autorka nie wstydzi się swoich decyzji, nie usprawiedliwia się i odrzuca tłumaczenia postaw. Pisze bezkompromisowo, a dotyka różnych kwestii.
Książkę czyta się jako „poradnik” – zestaw pozytywnych refleksji i jako „odradnik” – opowieści o dokonaniach, które nie mogą przynieść chluby. Sama Paulina Młynarska rezygnuje z kreacji na kobietę delikatną i empatyczną. Nie ukrywa złości ani ostrych reakcji wtedy, gdy nie zgadza się z poglądami rozmówców, potrafi też uzasadnić postawy niezbyt popularne. Cały tom „Na błędach” składa się z serii życiowych doświadczeń przefiltrowanych przez własne przemyślenia. Powraca pamięcią do domu rodzinnego, gdy usiłuje pokazać, co miało wpływ na jej wybory, dzieciństwo i młodość traktuje też jako punkt wyjścia niezbędny do kolejnych szaleństw. Akcentuje spontaniczność i samodzielność, uczy odbiorczynie zdrowego egoizmu, imponuje też siłą. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych – czy chodzi o zaangażowanie się w związek z Australijczykiem, czy o przeżycie bez pieniędzy i pracy. Po kolejnych ciosach od losu podnosi się i walczy dalej. Tylko czasem dopada ją depresja, konsekwencja zawodowego wypalenia. Ale i tu Paulina Młynarska wie, kiedy zareagować i udać się do lekarza po pomoc. Każdy rozdział tej książki, bez względu na to, czy z części poradnikowej, czy odradnikowej, odsłania inne fakty z życia autorki – i inne przeciwności losu, które niejedną czytelniczkę by załamały. Ale ta lektura wymusza działanie. Paulina Młynarska nie pozwoli użalać się nad sobą, zamyka też usta plotkarzom. Głośno mówi o tym, co wielu na jej miejscu wolałoby przemilczeć.
Sporo miejsca w „Na błędach” zajmuje kwestia kobiet. Młynarska na początku nawołuje do feminizmu, poświęca mu osobny tekst. Ale zdaje sobie też sprawę, że szybciej dotrze do odbiorczyń bez tego typu etykietek (i zwalczania ich negatywnych konotacji). Przekonuje zatem czytelniczki, że powinny zachować niezależność finansową w związkach, że nie mogą dać sobie wmówić, że są gorsze czy słabsze od mężczyzn, że jeśli mają ochotę podróżować w pojedynkę, nie wolno im słuchać przestróg bliskich. Pisze o prawie do aborcji, tworzy listę typowych facetów i odróżnia dziewczyny od kobiet. Trochę w tym tonu plotkarstwa, trochę felietonu, dużo zwierzeń podbarwionych goryczą, ale też i sporo otuchy. Paulina Młynarska udowadnia, że nie trzeba podążać utartymi ścieżkami, żeby osiągnąć sukces. Kreuje się na osobę odważną, silną i zdecydowaną, w tym tomie rzadko kiedy pozwala sobie na chwilę słabości. „Na błędach” nie może być przez to tomem traktowanym jako klasyczny zbiór felietonów. To zestaw osobistych tekstów, które momentami stanowią bodziec do wprowadzania zmian w życiu. Paulina Młynarska może też zaspokajać ciekawość tych wszystkich, którzy śledzą fakty z życia znanych ludzi. Nie zamierza przyjmować roli ofiary, wiele razy w tomie podkreśla swoją siłę. „Na błędach” to książka, która skłania w równym stopniu do refleksji co do polemik. Porusza tematy niewygodne i kontrowersyjne, a do tego nie uwzględnia kompromisów. To nie lektura przynosząca relaks i spokój – Paulina Młynarska znacznie lepiej czuje się w roli wojownika.
niedziela, 10 maja 2015
Ewa Kozyra-Pawlak: Liczypieski
Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.
Materiały do liczenia
Obok Elżbiety Wasiuczyńskiej to Ewa Kozyra-Pawlak cieszy jako autorka „materiałowych” ilustracji do bajek. Po nagrodzonym tomiku „Ja, Bobik” przyszła kolej na równie olśniewające „Liczypieski” – książkę, od której trudno oderwać wzrok. Tyle że „Liczypieski” poza literaturą dziecięcą i prezentem dla psiarzy plasują się również w kategorii literatury edukacyjnej, pomagają bowiem dzieciom opanować sztukę liczenia. Niemal mimochodem, bo przecież każdy chce sprawdzić, czy autorka ma rację w kwestii krążących po ulicach piesków – i czy nie pomyliła się w swoich rachunkach. Do tego Ewa Kozyra-Pawlak dokłada wzruszającą i zgrabnie zrymowaną historię.
Samotny starszy pan wiesza na płocie ogłoszenie, że przygarnie psa (lub psy dwa). Na to ogłoszenie reagują psy różnych ras i kundelki, nieszczęśliwe z różnych powodów. Wykorzystują rozmaite środki lokomocji, żeby dotrzeć pod wskazany adres. Chcą znaleźć azyl i człowieka, który je pokocha. Co drugą zwrotkę do opowiastki dołącza kolejny pies, a ich liczbę autorka skrupulatnie odnotowuje w klauzuli ostatniego wersu. Wprawdzie w ten sposób czasami musi odwołać się do rymów banalnych (jeść – sześć), ale daje wyraźny sygnał, gdzie można się zatrzymać i przeliczyć zwierzęta. Sam wierszyk, miejscami naiwny, miejscami z trudem zrymowany, sprawdza się bardzo dobrze. Nie ma w nim męczących schematów, a rytm wygładza współbrzmienia. Dzieci chcą też dowiedzieć się, jak potoczy się historia, a Kozyra-Pawlak nie męczy ich przesadną opisowością. Autorka dba o to, żeby w „Liczypieskach” mali odbiorcy zawsze znajdowali się w centrum wydarzeń. Tu ich uwaga nie ucieka – cały czas skupia się na sympatycznych psich bohaterach i ich zamiarach.
Największe wrażenie w „Liczypieskach” robi jednak strona graficzna. Lewą stronę rozkładówki zajmuje przeważnie plan Psopotu ze specjalnie „psimi” nazwami ulic. To plan misternie wycięty z kawałków materiału, z maleńkimi domkami, dźwigami czy statkami, ze skwerkami i nawet z przykościelnym cmentarzem. a tym planie pojawia się aktualna liczba piesków oraz… sami bohaterowie. Powtarzalność tej części rozkładówki nie przeszkadza, bo prezentowane na niej psy przemieszczają się po ulicach i trzeba czasami ich poszukać. Zdarza się, że błądzą, wjeżdżając w nieodpowiednie uliczki i zawracają – to motyw, którego w tekście nie ma, a który staje się niezawodny w procesie bawienia najmłodszych. Nie mówiąc już o tym, że maleńkie pieski budzą zachwyt.
Prawa strona rozkładówki to miejsce na kolejne zwrotki wierszyka, ale i na powiększenia kadrów. Tu większe pieski pojawiają się w ciekawym otoczeniu – jeżdżą na hulajnogach i rowerach przy lasach, śmietnikach i placach budowy. Oczywiście całe tło – podobnie jak bohaterowie – zrobione jest z rozmaitych tkanin, czasami z wyszytym fragmentem. Ewa Kozyra-Pawlak zachowuje przy tym prawdziwość przestrzeni i postaci – jej pieski mają charakter, jej tła nie są przypadkowymi i standardowymi obrazkami z miast. Tu jest się czemu przyglądać i jest co podziwiać. Cieszy zwłaszcza dopracowanie detali, elementów, na które nawet rysownik nie zawsze zwróciłby uwagę. Ta autorka imponuje nie tylko pomysłami, ale również ich realizacją. Wydaje się, że każdy mógłby układać takie kolaże ze ścinków materiału – jednak u Kozyry-Pawlak wszystko idealnie do siebie pasuje i składa się na pełny prawdziwy świat.
Wzruszające przesłanie samej historyjki sprawia, że książkę docenia się i ze względu na literackie opracowanie, i ze względu na oszałamiającą stronę graficzną. „Liczypieski” mają pomóc maluchom w nauce liczenia. Ale kierowane są do dużo szerszego grona odbiorców – przypadną do gustu dzieciom i dorosłym, stanowią przeciwieństwo bylejakości i banału. Ewa Kozyra-Pawlak po raz kolejny może zaimponować odbiorcom. Wypracowuje sobie ważne miejsce w literaturze czwartej i pokazuje, w jaką stronę mogą iść graficzne poszukiwania.
Materiały do liczenia
Obok Elżbiety Wasiuczyńskiej to Ewa Kozyra-Pawlak cieszy jako autorka „materiałowych” ilustracji do bajek. Po nagrodzonym tomiku „Ja, Bobik” przyszła kolej na równie olśniewające „Liczypieski” – książkę, od której trudno oderwać wzrok. Tyle że „Liczypieski” poza literaturą dziecięcą i prezentem dla psiarzy plasują się również w kategorii literatury edukacyjnej, pomagają bowiem dzieciom opanować sztukę liczenia. Niemal mimochodem, bo przecież każdy chce sprawdzić, czy autorka ma rację w kwestii krążących po ulicach piesków – i czy nie pomyliła się w swoich rachunkach. Do tego Ewa Kozyra-Pawlak dokłada wzruszającą i zgrabnie zrymowaną historię.
Samotny starszy pan wiesza na płocie ogłoszenie, że przygarnie psa (lub psy dwa). Na to ogłoszenie reagują psy różnych ras i kundelki, nieszczęśliwe z różnych powodów. Wykorzystują rozmaite środki lokomocji, żeby dotrzeć pod wskazany adres. Chcą znaleźć azyl i człowieka, który je pokocha. Co drugą zwrotkę do opowiastki dołącza kolejny pies, a ich liczbę autorka skrupulatnie odnotowuje w klauzuli ostatniego wersu. Wprawdzie w ten sposób czasami musi odwołać się do rymów banalnych (jeść – sześć), ale daje wyraźny sygnał, gdzie można się zatrzymać i przeliczyć zwierzęta. Sam wierszyk, miejscami naiwny, miejscami z trudem zrymowany, sprawdza się bardzo dobrze. Nie ma w nim męczących schematów, a rytm wygładza współbrzmienia. Dzieci chcą też dowiedzieć się, jak potoczy się historia, a Kozyra-Pawlak nie męczy ich przesadną opisowością. Autorka dba o to, żeby w „Liczypieskach” mali odbiorcy zawsze znajdowali się w centrum wydarzeń. Tu ich uwaga nie ucieka – cały czas skupia się na sympatycznych psich bohaterach i ich zamiarach.
Największe wrażenie w „Liczypieskach” robi jednak strona graficzna. Lewą stronę rozkładówki zajmuje przeważnie plan Psopotu ze specjalnie „psimi” nazwami ulic. To plan misternie wycięty z kawałków materiału, z maleńkimi domkami, dźwigami czy statkami, ze skwerkami i nawet z przykościelnym cmentarzem. a tym planie pojawia się aktualna liczba piesków oraz… sami bohaterowie. Powtarzalność tej części rozkładówki nie przeszkadza, bo prezentowane na niej psy przemieszczają się po ulicach i trzeba czasami ich poszukać. Zdarza się, że błądzą, wjeżdżając w nieodpowiednie uliczki i zawracają – to motyw, którego w tekście nie ma, a który staje się niezawodny w procesie bawienia najmłodszych. Nie mówiąc już o tym, że maleńkie pieski budzą zachwyt.
Prawa strona rozkładówki to miejsce na kolejne zwrotki wierszyka, ale i na powiększenia kadrów. Tu większe pieski pojawiają się w ciekawym otoczeniu – jeżdżą na hulajnogach i rowerach przy lasach, śmietnikach i placach budowy. Oczywiście całe tło – podobnie jak bohaterowie – zrobione jest z rozmaitych tkanin, czasami z wyszytym fragmentem. Ewa Kozyra-Pawlak zachowuje przy tym prawdziwość przestrzeni i postaci – jej pieski mają charakter, jej tła nie są przypadkowymi i standardowymi obrazkami z miast. Tu jest się czemu przyglądać i jest co podziwiać. Cieszy zwłaszcza dopracowanie detali, elementów, na które nawet rysownik nie zawsze zwróciłby uwagę. Ta autorka imponuje nie tylko pomysłami, ale również ich realizacją. Wydaje się, że każdy mógłby układać takie kolaże ze ścinków materiału – jednak u Kozyry-Pawlak wszystko idealnie do siebie pasuje i składa się na pełny prawdziwy świat.
Wzruszające przesłanie samej historyjki sprawia, że książkę docenia się i ze względu na literackie opracowanie, i ze względu na oszałamiającą stronę graficzną. „Liczypieski” mają pomóc maluchom w nauce liczenia. Ale kierowane są do dużo szerszego grona odbiorców – przypadną do gustu dzieciom i dorosłym, stanowią przeciwieństwo bylejakości i banału. Ewa Kozyra-Pawlak po raz kolejny może zaimponować odbiorcom. Wypracowuje sobie ważne miejsce w literaturze czwartej i pokazuje, w jaką stronę mogą iść graficzne poszukiwania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






