Świat Książki, Warszawa 2014.
Kobiety szczęśliwe
Eugenia Herzyk dostrzega podobieństwa między Dorosłymi Dziećmi Alkoholików i Dorosłymi Dziewczynkami z rodzin Dysfunkcyjnych, dostrzega też niebezpieczeństwa płynące z uogólnień, bo doskonale wie, że nie ma ludzi idealnych i uznanie kogoś za DDD może być jedynie kwestią interpretacji. A skoro i tak już posługuje się mechanizmem generalizowania, opiera na nim całą publikację. W końcu ogólniki pomogą większej liczbie odbiorczyń, jeśli nie w pracy nad sobą, to przynajmniej w uświadomieniu sobie swojego stanu. Autorka jest również psychoterapeutką – końcową część tomu poświęca informacjom o znalezieniu skutecznego psychoterapeuty oraz możliwościom wyboru spośród różnych ofert. W zasadniczej części książki chce czytelniczkom pomóc sama. Mimo to rezygnuje ze standardowych form poradnika i koncentruje się bardziej na opisach sytuacji.
Przede wszystkim autorka dzieli Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych na dwie grupy – kobiety dominujące i kobiety uległe. Za każdym razem kolejne spostrzeżenia rozbijać będzie na dwie postawy – akcentując różnice w problemach u DDD z obu grup. Takie rozdzielenie ma pomóc w lepszym samopoznaniu, a i ułatwić określenie źródła własnych problemów. Trzeba przyznać, że klasyfikacja zaproponowana przez Herzyk wydaje się na tyle precyzyjna, że wiele odbiorczyń rzeczywiście dostrzeże w niej ślady swoich postaw i problemów. Stąd już prosta droga do szukania rozwiązań. A i tych w publikacji nie zabraknie.
Poczucie bezpieczeństwa, kobiecości, własnej wartości i miłości – to elementy, które, zdaniem autorki, najczęściej ulegają zachwianiu u DDD, a co za tym idzie, stają się bezpośrednią przyczyną kłopotów. Autorka pisze między innymi o wstydzie, lęku, złości i smutku, starając się uzdrowić postrzeganie tych emocji. Każda część tomu podzielona jest na trzy rozdziały, w których Herzyk charakteryzuje wybraną emocję i pokazuje konsekwencje jej deficytu lub nadmiaru. Nie chodzi tu jednak o zasadę złotego środka bądź uśrednienie przeżywania, a o wskazanie doświadczeń odbiorczyń i źródeł ich postaw. Herzyk nawiązuje do zachowań, które uniemożliwiają budowanie dojrzałych relacji z innymi, więc i w konsekwencji wykluczają poczucie szczęścia. Jej analizy pozwalają łatwo odnaleźć się w precyzyjnych klasyfikacjach – a ponieważ Eugenia Herzyk proponuje również sposoby zminimalizowania problemu, może stać się dla części odbiorczyń prawdziwą wyrocznią. Autorka raczej unika bezpośrednich wskazówek i tonów rodem z poradników samorozwoju, woli nakreślać sytuację, a wnioski pozostawiać czytelniczkom – ale wskazówki bardzo łatwo jest z tekstu wyłuskać, bo konsekwentnie Herzyk stosuje niemal matematyczny styl porządkowania tekstu. Pomocne okażą się też wszelkie ramki, streszczenia i wytłuszczenia ważnych fragmentów, autorce wyraźnie zależy na dokładności i uniknięciu nieporozumień.
„DDD” to poradnik w treści a nie w formie. Jest ciekawą lekturą dla wszystkich pań, bez względu na stopień „dysfunkcyjności” i uświadamiania sobie tego. Pozwala lepiej poznać motywacje i działania innych, a także dążyć do samodoskonalenia. Daje solidne podstawy do pracy nad sobą, a przy tym nie rozmywa się w serii niepotrzebnych lub niekonkretnych dywagacji. To książka zajmująca i wolna od moralizatorskich tonów, w sam raz dla odbiorczyń, które samodzielne myślenie przedkładają nad proste podpowiedzi.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 9 marca 2014
sobota, 8 marca 2014
Valerie Lawson: To ona napisała Mary Poppins. Życie P. L. Travers
Marginesy, Warszawa 2014.
Opowieść o autorce
Mary Poppins w Polsce nie osiągnęła chyba nigdy takiej popularności, jak w krajach anglojęzycznych, jednak teraz wraca do łask wraz z modą na klasykę literatury czwartej. Tymczasem wydawnictwo Marginesy kontynuuje swoją serię imponujących biografii przywołaniem sylwetki P. L. Travers, Pameli Lyndon Goff, autorki, która powołała do istnienia Mary Poppins i… zniknęła z powszechnej świadomości. Travers nie chciała, by tworzono jej biografię i sprzeciwiała się takiemu pomysłowi, jednak pozostawiła po sobie doskonale uporządkowane archiwum, co przez Valerie Lawson zostało potraktowane jako rzeczywista zgoda na opowieść o życiu. Lawson podeszła do zadania rzetelnie – prowadzi czytelników przez historię bogatą w mało istotne detale. Nad wszystkim unosi się wspomnienie o Mary Poppins, prawdziwym celu biograficznych poszukiwań – bez Mary Poppins nie byłoby P. L. Travers.
„To ona napisała Mary Poppins” to biografia, w której opowieści o życiu pisarki nie zakłócają rozbudowane interpretacje. Dla Valerie Lawson ważne stają się nawet anegdotki rodzinne i odtwarzane codzienne dialogi – wszystko po to, by opowieść ukazywała osobę z krwi i kości, a nie zamieniała się w schematyczną notkę. Zwłaszcza że autorka przyjmuje naturalny porządek relacji i tu posługuje się już sprawdzoną formą. Często sięga do pozostawionych przez Travers dokumentów, by ozdobić wywód oryginalnym cytatem. Stara się przybliżać także wydarzenia z dzieciństwa i szczegóły, które mogły wpłynąć na literacką wyobraźnię Lyndon. To wszystko pomoże w literackich analizach – ale poza tym składa się też na całkiem barwny i nadspodziewanie ciekawy portret.
Valerie Lawson dba o to, by nie zmęczyć swoich odbiorców refleksjami metatekstowymi. Wszelkie uwagi i poglądy Travers na temat pisania zgrabnie ukrywa w swojej opowieści, stara się ich nie powtarzać i zbytnio nie eksponować. Podobnie ma się rzecz z krótkimi streszczeniami pomysłów na kolejne książki – takie opisy funkcjonują tylko przy informacjach o publikacji i nie zabierają zbyt dużo miejsca. Za to Lawson wybiera nieco dłuższe wyjaśnienia, gdy w grę wchodzi okołoksiążkowa współpraca – na przykład z ilustratorką, córką Ernesta H. Sheparda. Zawsze ludzie są dla niej ważniejsi niż literatura.
Do tego stopnia, że kilka razy znika jej z oczu na kilka stron bohaterka tomu. Kiedy Valerie Lawson przygląda się kolejnym etapom kariery Travers, poznaje jej mentorów i artystów, którzy mieli wpływ na kształt życiowej drogi pisarki, przerzuca się na ich charakterystyki, dzięki czemu może łatwiej wyjaśnić niektóre decyzje. Stara się też zachować równowagę między życiem prywatnym i zawodowym – zajmuje się między innymi perypetiami adoptowanego syna Travers oraz umowami z wytwórnią Walta Disneya, która nadała filmowy kształt książkom o Mary Poppins, niezupełnie zresztą zgodny z intencjami pisarskimi.
Nie ma tu mowy o zmianach stylu w obrębie książki, Lawson od początku do końca pisze w ten sam sposób, jakby obserwowała swoją bohaterkę i towarzyszyła jej dzień po dniu, notując ciekawostki i ważne fakty, emocje i przemyślenia. Przez całą książkę narracja jest gęsta i mocno zakorzeniona w faktografii, a do tego poprowadzona jak w powieści. Valerie Lawson potrafi zgromadzonym materiałom nadać atrakcyjną formę – pisze tak, by zaspokoić ciekawość fanów, zresztą do tych, którzy pokochali Mary Poppins swój tom przede wszystkim kieruje. „To ona napisała Mary Poppins” jest typową klasyczną biografią fascynującą dzięki historii życia P. L. Travers – a i dzięki dobremu stylowi prowadzenia opowieści. Jedna z poczytniejszych klasycznych pisarek zgrabnie umieszczona została w nurcie popkultury.
Opowieść o autorce
Mary Poppins w Polsce nie osiągnęła chyba nigdy takiej popularności, jak w krajach anglojęzycznych, jednak teraz wraca do łask wraz z modą na klasykę literatury czwartej. Tymczasem wydawnictwo Marginesy kontynuuje swoją serię imponujących biografii przywołaniem sylwetki P. L. Travers, Pameli Lyndon Goff, autorki, która powołała do istnienia Mary Poppins i… zniknęła z powszechnej świadomości. Travers nie chciała, by tworzono jej biografię i sprzeciwiała się takiemu pomysłowi, jednak pozostawiła po sobie doskonale uporządkowane archiwum, co przez Valerie Lawson zostało potraktowane jako rzeczywista zgoda na opowieść o życiu. Lawson podeszła do zadania rzetelnie – prowadzi czytelników przez historię bogatą w mało istotne detale. Nad wszystkim unosi się wspomnienie o Mary Poppins, prawdziwym celu biograficznych poszukiwań – bez Mary Poppins nie byłoby P. L. Travers.
„To ona napisała Mary Poppins” to biografia, w której opowieści o życiu pisarki nie zakłócają rozbudowane interpretacje. Dla Valerie Lawson ważne stają się nawet anegdotki rodzinne i odtwarzane codzienne dialogi – wszystko po to, by opowieść ukazywała osobę z krwi i kości, a nie zamieniała się w schematyczną notkę. Zwłaszcza że autorka przyjmuje naturalny porządek relacji i tu posługuje się już sprawdzoną formą. Często sięga do pozostawionych przez Travers dokumentów, by ozdobić wywód oryginalnym cytatem. Stara się przybliżać także wydarzenia z dzieciństwa i szczegóły, które mogły wpłynąć na literacką wyobraźnię Lyndon. To wszystko pomoże w literackich analizach – ale poza tym składa się też na całkiem barwny i nadspodziewanie ciekawy portret.
Valerie Lawson dba o to, by nie zmęczyć swoich odbiorców refleksjami metatekstowymi. Wszelkie uwagi i poglądy Travers na temat pisania zgrabnie ukrywa w swojej opowieści, stara się ich nie powtarzać i zbytnio nie eksponować. Podobnie ma się rzecz z krótkimi streszczeniami pomysłów na kolejne książki – takie opisy funkcjonują tylko przy informacjach o publikacji i nie zabierają zbyt dużo miejsca. Za to Lawson wybiera nieco dłuższe wyjaśnienia, gdy w grę wchodzi okołoksiążkowa współpraca – na przykład z ilustratorką, córką Ernesta H. Sheparda. Zawsze ludzie są dla niej ważniejsi niż literatura.
Do tego stopnia, że kilka razy znika jej z oczu na kilka stron bohaterka tomu. Kiedy Valerie Lawson przygląda się kolejnym etapom kariery Travers, poznaje jej mentorów i artystów, którzy mieli wpływ na kształt życiowej drogi pisarki, przerzuca się na ich charakterystyki, dzięki czemu może łatwiej wyjaśnić niektóre decyzje. Stara się też zachować równowagę między życiem prywatnym i zawodowym – zajmuje się między innymi perypetiami adoptowanego syna Travers oraz umowami z wytwórnią Walta Disneya, która nadała filmowy kształt książkom o Mary Poppins, niezupełnie zresztą zgodny z intencjami pisarskimi.
Nie ma tu mowy o zmianach stylu w obrębie książki, Lawson od początku do końca pisze w ten sam sposób, jakby obserwowała swoją bohaterkę i towarzyszyła jej dzień po dniu, notując ciekawostki i ważne fakty, emocje i przemyślenia. Przez całą książkę narracja jest gęsta i mocno zakorzeniona w faktografii, a do tego poprowadzona jak w powieści. Valerie Lawson potrafi zgromadzonym materiałom nadać atrakcyjną formę – pisze tak, by zaspokoić ciekawość fanów, zresztą do tych, którzy pokochali Mary Poppins swój tom przede wszystkim kieruje. „To ona napisała Mary Poppins” jest typową klasyczną biografią fascynującą dzięki historii życia P. L. Travers – a i dzięki dobremu stylowi prowadzenia opowieści. Jedna z poczytniejszych klasycznych pisarek zgrabnie umieszczona została w nurcie popkultury.
piątek, 7 marca 2014
Jonathan Lee: Joy
Muza, Warszawa 2014.
Korporacyjna śmierć
Korporacyjna codzienność trafia do powieści obyczajowych raczej rzadko – i przede wszystkim, jako punkt wyjścia do zmian w życiu bohaterów. W tomie „Joy” do końca istnieje w roli tła dla egzystencji postaci – chociaż to nie firma ma tu znaczenie a psychika Joy, prawniczki, która nie wytrzymała tempa życia i spróbowała właśnie popełnić samobójstwo.
Narracja jest tutaj dwutorowa. Odbiorcy przyglądają się ostatnim godzinom z życia Joy – od momentu nakrycia przez nią męża z prostytutką przez coraz bardziej absurdalne wypadki i doświadczenia. Towarzyszą Joy w kolejnych decyzjach – mimo że ta najważniejsza, o rozstaniu z życiem, została już podjęta. Bohaterka lawiruje między próbami zachowywania się zgodnie z rytmem codzienności i świadomością bliskiego końca. Część rozwiązań ocenia przez pryzmat własnej rychłej śmierci, inne stają się pretekstem do powracania do koszmarnej momentami przeszłości. Joy nie tylko godziła się na upokorzenia ze strony najbliższych, ale obwiniała się też o rodzinne tragedie. Problemy nawarstwiały się i wydawały się kłopotami nie do przejścia. Tylko że Joy nie liczy się już jako postać zdolna do podejmowania decyzji czy działań. Samobójcza próba rzutuje nawet na ocenianie jej dawnych postaw: Joy to niemal marionetka, bohaterka bezwolna i niezbyt aktywna. Takie jej odczytywanie narzuca rytm powieści.
Jeśli jedną warstwę narracji zapewnia obserwowanie dnia Joy, drugą stanowią monologi jej znajomych. Mąż i koledzy z pracy zwierzają się terapeucie ze swoich relacji z Joy, próbują poradzić sobie z traumą, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że każda z przesłuchiwanych osób o Joy zapomina szybko i woli skupiać się na własnych problemach. W tych opowieściach zamykają się pojedyncze i ekscentryczne doświadczenia, lekko tylko powiązane z Joy. Prywatne opowieści stają się też mimowolnymi portretami postaci – styl wpływa na kreowanie wizerunku i pozwala autorowi unikać pośrednich ocen. Nagle okazuje się przerażająco oczywista samotność Joy i droga do tragedii. Bohaterka, wielka nieobecna zwierzeń, zaczyna budzić współczucie.
Jonathan Lee nie zajmuje się typowymi aspektami korporacyjnego życia, właściwie do końca interesują go tryby machiny wielkich firm. Zamiast koncentrować się na zewnętrznych przejawach organizacji struktur pracowniczych, stara się poznać typy pracowników – i stereotypowe sytuacje, w jakie ci są włączani. Czy chodzi o romans w pracy, czy o bufonadę, czy o lęk przed utratą stanowiska – Lee zachowuje bezlitosną ostrość spojrzenia. Dokładnie oddaje charaktery ludzi – służalczość czy zarozumialstwo, Joy portretuje dopiero, gdy rozprawi się z bezdusznością w jej otoczeniu. Przez obojętność wobec bohaterki w narracji unika obojętności wśród odbiorców. W rozrywkowej formie porusza poważny temat – i zostanie wysłuchany.
Książkę przesyca trudny humor. Przede wszystkim Jonathan Lee odwołuje się do żartów poniżających, typowych dla amerykańskiego stand-upu i put-down humoru. Rubaszność i seksualne skojarzenia chce przysłaniać ironią, igra z czarnym humorem i wcale nie próbuje wzbudzać śmiechu. Dość dokładnie widać momenty, w których autor zamierza rozbawić szeroką publiczność – ale że nie przestrzega przy tym zasady oddalania współczucia, będzie mu trudno uruchomić komizm. Zresztą „Joy” nie jest książką o radości – to przewrotna ocena aktualnych czasów i problemów, prezentowana w nieco przewrotny sposób. Autor przesadza, ale taki styl pisania jest mu potrzebny do celnego puentowania faktów. Oddala się od optymistycznych fabuł, ale też nie pozwala na jednoznaczną ocenę przedstawianych wydarzeń. Akcja w „Joy” jest bezlitosna i przypomina o samotności współczesnego człowieka wśród innych, którzy dbają tylko o własne interesy i za nic mają szczęście czy choćby zadowolenie bliskich.
Korporacyjna śmierć
Korporacyjna codzienność trafia do powieści obyczajowych raczej rzadko – i przede wszystkim, jako punkt wyjścia do zmian w życiu bohaterów. W tomie „Joy” do końca istnieje w roli tła dla egzystencji postaci – chociaż to nie firma ma tu znaczenie a psychika Joy, prawniczki, która nie wytrzymała tempa życia i spróbowała właśnie popełnić samobójstwo.
Narracja jest tutaj dwutorowa. Odbiorcy przyglądają się ostatnim godzinom z życia Joy – od momentu nakrycia przez nią męża z prostytutką przez coraz bardziej absurdalne wypadki i doświadczenia. Towarzyszą Joy w kolejnych decyzjach – mimo że ta najważniejsza, o rozstaniu z życiem, została już podjęta. Bohaterka lawiruje między próbami zachowywania się zgodnie z rytmem codzienności i świadomością bliskiego końca. Część rozwiązań ocenia przez pryzmat własnej rychłej śmierci, inne stają się pretekstem do powracania do koszmarnej momentami przeszłości. Joy nie tylko godziła się na upokorzenia ze strony najbliższych, ale obwiniała się też o rodzinne tragedie. Problemy nawarstwiały się i wydawały się kłopotami nie do przejścia. Tylko że Joy nie liczy się już jako postać zdolna do podejmowania decyzji czy działań. Samobójcza próba rzutuje nawet na ocenianie jej dawnych postaw: Joy to niemal marionetka, bohaterka bezwolna i niezbyt aktywna. Takie jej odczytywanie narzuca rytm powieści.
Jeśli jedną warstwę narracji zapewnia obserwowanie dnia Joy, drugą stanowią monologi jej znajomych. Mąż i koledzy z pracy zwierzają się terapeucie ze swoich relacji z Joy, próbują poradzić sobie z traumą, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że każda z przesłuchiwanych osób o Joy zapomina szybko i woli skupiać się na własnych problemach. W tych opowieściach zamykają się pojedyncze i ekscentryczne doświadczenia, lekko tylko powiązane z Joy. Prywatne opowieści stają się też mimowolnymi portretami postaci – styl wpływa na kreowanie wizerunku i pozwala autorowi unikać pośrednich ocen. Nagle okazuje się przerażająco oczywista samotność Joy i droga do tragedii. Bohaterka, wielka nieobecna zwierzeń, zaczyna budzić współczucie.
Jonathan Lee nie zajmuje się typowymi aspektami korporacyjnego życia, właściwie do końca interesują go tryby machiny wielkich firm. Zamiast koncentrować się na zewnętrznych przejawach organizacji struktur pracowniczych, stara się poznać typy pracowników – i stereotypowe sytuacje, w jakie ci są włączani. Czy chodzi o romans w pracy, czy o bufonadę, czy o lęk przed utratą stanowiska – Lee zachowuje bezlitosną ostrość spojrzenia. Dokładnie oddaje charaktery ludzi – służalczość czy zarozumialstwo, Joy portretuje dopiero, gdy rozprawi się z bezdusznością w jej otoczeniu. Przez obojętność wobec bohaterki w narracji unika obojętności wśród odbiorców. W rozrywkowej formie porusza poważny temat – i zostanie wysłuchany.
Książkę przesyca trudny humor. Przede wszystkim Jonathan Lee odwołuje się do żartów poniżających, typowych dla amerykańskiego stand-upu i put-down humoru. Rubaszność i seksualne skojarzenia chce przysłaniać ironią, igra z czarnym humorem i wcale nie próbuje wzbudzać śmiechu. Dość dokładnie widać momenty, w których autor zamierza rozbawić szeroką publiczność – ale że nie przestrzega przy tym zasady oddalania współczucia, będzie mu trudno uruchomić komizm. Zresztą „Joy” nie jest książką o radości – to przewrotna ocena aktualnych czasów i problemów, prezentowana w nieco przewrotny sposób. Autor przesadza, ale taki styl pisania jest mu potrzebny do celnego puentowania faktów. Oddala się od optymistycznych fabuł, ale też nie pozwala na jednoznaczną ocenę przedstawianych wydarzeń. Akcja w „Joy” jest bezlitosna i przypomina o samotności współczesnego człowieka wśród innych, którzy dbają tylko o własne interesy i za nic mają szczęście czy choćby zadowolenie bliskich.
czwartek, 6 marca 2014
Holly Webb: Czekoladowy piesek
Znak, Kraków 2014.
Siostry
Holly Webb, autorka serii pop dla najmłodszych, sprytnie wykorzystuje mody literackie, by trafiać do przekonania odbiorcom. W Przyjaciołach, cyklu minipowieści dla kilkulatków, przywołuje domowe zwierzęta po raz kolejny – teraz potrzebne jej są do uzupełnienia doświadczeń maluchów. Sugestia, że bajka dotyczy sympatycznego czworonoga, staje się wystarczającym wabikiem. Raz wciągnięte w lekturę dzieci trafią natomiast do świata, w którym ważne są ich własne zmartwienia. Z tego też powodu tomik znakomicie nadaje się jako lektura dla trochę starszych dzieci - i one znajdą w serii ważne dla siebie tematy.
„Czekoladowy piesek” jest domowym pupilem dwóch sióstr. Amy i Lara niedługo będą miały rodzeństwo i muszą nauczyć się panować nad zazdrością. Pojawienie się w rodzinie kolejnego dziecka oznacza wielkie zmiany – Amy jeszcze pamięta, jak czuła się, gdy przyszła na świat Lara – i wie, co je czeka. Ale najpierw obie siostry muszą rozwiązać znacznie ważniejszy problem: ograniczenie własnych swobód. Rodzice bowiem zdecydowali, że dziewczynki zamieszkają w jednym pokoju. Dla Amy nawet tydzień to wielkie wyzwanie, o czym przekonuje się podczas wakacji. Nagle zgodne dotychczas siostry zaczynają się kłócić i każda mówi rzeczy, których potem się wstydzi. Wreszcie znajdują rozwiązanie, a Amy dodatkowo pomaga Larze oswoić stres i zapobiec przykrym wspomnieniom: narodziny dziecka zbiegają się w czasie z przyjęciem urodzinowym, o którym mała bohaterka marzyła.
Jest w tym wszystkim czekoladowy piesek, Czoko – towarzyszy on siostrom w trudnych chwilach, rozśmiesza i pomaga. A jednak to dalszoplanowy bohater, bo nie jego bezpośrednio dotyczą rozterki dziewczynek. Czoko ma za zadanie odwracać uwagę czytelników od niekorzystnego dla bohaterek rozwiązania. Pełni zresztą taką samą funkcję jak wyjazdy na wakacje i obóz harcerski – oznacza przygody nie wszystkim dostępne, ale zawsze obiecujące i ciekawe. Czoko łagodzi wymowę książki i przypomina, że zawsze jest jakiś powód do radości – tego siostrom bardzo potrzeba.
A „Czekoladowy piesek” dotyczy też umiejętności dzielenia się. Amy i Lara muszą wypracować zasady wspólnego mieszkania i nauczyć się współpracy. Każda ma swoje przyzwyczajenia i potrzeby, które dla drugiej strony mogą okazać się irytujące. Ale Amy na obozie przekonuje się, że mieszkanie z siostrą nie musi być przykre: czasem bywa zabawnie i miło. Holly Webb przemyca w tomiku sporo rodzicielskich uwag, w żaden sposób nie pozwala myśleć, że może to dzieci mają rację: tyle że tego podstępu odbiorcy nie wykryją.
Holly Webb uczy, jak podejść do trudnej dla wszystkich sytuacji, a stawia na życiowy motyw. Jednak nie proponuje maluchom bajki psychologicznej a barwną opowieść o żywej akcji. Dzieje się tu sporo, a Webb wciąż zmienia miejsca i sytuacje – nie wałkuje jednej kwestii przez całą książkę, za to pozwala z różnych scenek wyciągać wnioski. Naświetla dzieciom różne strony problemu, poza tym pokazuje im, jak cenna jest przyjaźń między rodzeństwem. Nie karci i nie ocenia nikogo, wnioski pozostawiając maluchom. Konflikt Amy i Lary to zjawisko znane wielu dzieciom – ale przygody, w jakich dziewczynki uczestniczą, to już lekturowa atrakcja dla kilkulatków. Holly Webb po raz kolejny udowadnia, że poza tworzeniem oryginalnych fabuł dla dzieci, jest w stanie zgrabnie nawiązać i do mód w literaturze czwartej, i do spraw trudnych dla najmłodszych. „Czekoladowy piesek” może być dobrym pretekstem do rozmów z maluchami o rodzeństwie i o konieczności dzielenia się. Z Amy i Larą wyjaśnienia wydadzą się dużo łatwiejsze i powinny przynieść lepszy skutek.
Kod rabatowy od Znaku: http://www.znak.com.pl/specjalna,oferta,landing_tu_czytam
Siostry
Holly Webb, autorka serii pop dla najmłodszych, sprytnie wykorzystuje mody literackie, by trafiać do przekonania odbiorcom. W Przyjaciołach, cyklu minipowieści dla kilkulatków, przywołuje domowe zwierzęta po raz kolejny – teraz potrzebne jej są do uzupełnienia doświadczeń maluchów. Sugestia, że bajka dotyczy sympatycznego czworonoga, staje się wystarczającym wabikiem. Raz wciągnięte w lekturę dzieci trafią natomiast do świata, w którym ważne są ich własne zmartwienia. Z tego też powodu tomik znakomicie nadaje się jako lektura dla trochę starszych dzieci - i one znajdą w serii ważne dla siebie tematy.
„Czekoladowy piesek” jest domowym pupilem dwóch sióstr. Amy i Lara niedługo będą miały rodzeństwo i muszą nauczyć się panować nad zazdrością. Pojawienie się w rodzinie kolejnego dziecka oznacza wielkie zmiany – Amy jeszcze pamięta, jak czuła się, gdy przyszła na świat Lara – i wie, co je czeka. Ale najpierw obie siostry muszą rozwiązać znacznie ważniejszy problem: ograniczenie własnych swobód. Rodzice bowiem zdecydowali, że dziewczynki zamieszkają w jednym pokoju. Dla Amy nawet tydzień to wielkie wyzwanie, o czym przekonuje się podczas wakacji. Nagle zgodne dotychczas siostry zaczynają się kłócić i każda mówi rzeczy, których potem się wstydzi. Wreszcie znajdują rozwiązanie, a Amy dodatkowo pomaga Larze oswoić stres i zapobiec przykrym wspomnieniom: narodziny dziecka zbiegają się w czasie z przyjęciem urodzinowym, o którym mała bohaterka marzyła.
Jest w tym wszystkim czekoladowy piesek, Czoko – towarzyszy on siostrom w trudnych chwilach, rozśmiesza i pomaga. A jednak to dalszoplanowy bohater, bo nie jego bezpośrednio dotyczą rozterki dziewczynek. Czoko ma za zadanie odwracać uwagę czytelników od niekorzystnego dla bohaterek rozwiązania. Pełni zresztą taką samą funkcję jak wyjazdy na wakacje i obóz harcerski – oznacza przygody nie wszystkim dostępne, ale zawsze obiecujące i ciekawe. Czoko łagodzi wymowę książki i przypomina, że zawsze jest jakiś powód do radości – tego siostrom bardzo potrzeba.
A „Czekoladowy piesek” dotyczy też umiejętności dzielenia się. Amy i Lara muszą wypracować zasady wspólnego mieszkania i nauczyć się współpracy. Każda ma swoje przyzwyczajenia i potrzeby, które dla drugiej strony mogą okazać się irytujące. Ale Amy na obozie przekonuje się, że mieszkanie z siostrą nie musi być przykre: czasem bywa zabawnie i miło. Holly Webb przemyca w tomiku sporo rodzicielskich uwag, w żaden sposób nie pozwala myśleć, że może to dzieci mają rację: tyle że tego podstępu odbiorcy nie wykryją.
Holly Webb uczy, jak podejść do trudnej dla wszystkich sytuacji, a stawia na życiowy motyw. Jednak nie proponuje maluchom bajki psychologicznej a barwną opowieść o żywej akcji. Dzieje się tu sporo, a Webb wciąż zmienia miejsca i sytuacje – nie wałkuje jednej kwestii przez całą książkę, za to pozwala z różnych scenek wyciągać wnioski. Naświetla dzieciom różne strony problemu, poza tym pokazuje im, jak cenna jest przyjaźń między rodzeństwem. Nie karci i nie ocenia nikogo, wnioski pozostawiając maluchom. Konflikt Amy i Lary to zjawisko znane wielu dzieciom – ale przygody, w jakich dziewczynki uczestniczą, to już lekturowa atrakcja dla kilkulatków. Holly Webb po raz kolejny udowadnia, że poza tworzeniem oryginalnych fabuł dla dzieci, jest w stanie zgrabnie nawiązać i do mód w literaturze czwartej, i do spraw trudnych dla najmłodszych. „Czekoladowy piesek” może być dobrym pretekstem do rozmów z maluchami o rodzeństwie i o konieczności dzielenia się. Z Amy i Larą wyjaśnienia wydadzą się dużo łatwiejsze i powinny przynieść lepszy skutek.
Kod rabatowy od Znaku: http://www.znak.com.pl/specjalna,oferta,landing_tu_czytam
Zofia Stanecka: Basia i upał w zoo
Egmont, Warszawa 2011 (wyd. II).
Spacer po zoo
Basia jest małą dziewczynką. Niczym nie różni się od innych małych dziewczynek, czytelniczek serii. Ma swoje humory i swoje marzenia, zresztą – typowe dla kilkulatków. Wie, jak uzyskać zgodę rodziców na coś, czego bardzo chce, chociaż czasami musi sporo się natrudzić, by dorośli ustąpili. Basia nie wyróżnia się niczym, jest zupełnie zwyczajna. Nie przeżywa wielkich przygód, ale jej doświadczenia wystarczają do wzbudzenia ciekawości najmłodszych. Bo to, co Basia poznaje, prędzej czy później poznają też jej mali odbiorcy. Zofia Stanecka postarała się przedstawić Basię jak najbardziej typowo. Dziewczynka ma brata, z którym często się kłóci, ma mamę w ciąży i sympatycznego tatę. Bardzo chciałaby też mieć zwierzątko – jak każdy maluch. Ale posiadanie zwierzęcia to zestaw obowiązków i utrudnień, więc mama wyraża sprzeciw. Na szczęście pozostaje jeszcze zoo.
„Basia i upał w zoo” to jedna z książeczek popularnej serii o kilkulatce. Dziewczynka namawia tatę na wycieczkę, która jest atrakcyjna dla wszystkich maluchów. Do zwiedzania zoo dochodzą jeszcze inne przyjemności. Ale Basia najbardziej lubi oglądać zwierzęta – chodzi więc z tatą od wybiegu do wybiegu, pozdrawiając kolejnych mieszkańców ogrodu zoologicznego. W ten sposób Stanecka zapewnia też odbiorcom elementy edukacyjne i rozrywkowe w jednej historii – dzieci poznają różne gatunki zwierząt i niemal na równi z Basią cieszyć się będą miłą wyprawą. Nie wszystkie zwierzęta w trakcie upalnego dnia są skore do zabawy, co z kolei wywołuje gniew dziewczynki. A jednak wizyta w zoo będzie miała dla Basi ważne skutki.
Zofia Stanecka próbuje książeczkę o wymowie edukacyjnej rozbudować o atrakcyjne dla odbiorców wydarzenia. Zamierza powiązać ich emocjonalnie z bohaterką i zachęcić do przeżywania uczuć Basi. W tym celu stosuje nieprzewidziane rozwiązania i zmiany w „zwykłych” obrazkach, umożliwia też swojej bohaterce zdradzanie się z różnymi przeżyciami. „Basia i upał w zoo” to z jednej strony podpowiedzi, jak uzyskać zgodę rodziców na posiadanie zwierzątka, a z drugiej – cały przegląd uczuć. Basia bywa rozczarowana i zła, bywa zbuntowana i obrażona, ale bywa też szczęśliwa i pełna zachwytu. Każdy stan emocjonalny odpowiednio wyraża i szuka dla niego dodatkowych wyjaśnień – kiedy na przykład jest zdenerwowana z powodu ukrywających się przed upałem zwierząt, stara się też zrozumieć ich los i pomyśleć, jak sama czułaby się podczas upału zamknięta w klatce (i jeszcze pokryta futrem). Tego rodzaju zabiegi mogą ułatwić maluchom pracę nad sobą, a w szczególności panowanie nad emocjami. Zresztą same emocje są w tomie zaznaczane innym krojem, kolorem i składem czcionki, więc łatwiej będzie je akcentować podczas lektury.
Marianna Oklejak tworzy sylwetkę Basi z różowych konturów i prostych kształtów. Stawia na rysunki bajkowe, upraszczane na potrzeby historyjki – chociaż dzięki wizycie bohaterki w zoo, może pobawić się pomysłami na oddawanie różnych faktur. Dzieciom spodoba się w tej książeczce i obecność rozmaitych zwierząt, i dowcip ilustracji, i brak rozpraszających detali. „Basia i upał w zoo” to dla najmłodszych okazja do lekturowego, niemal świątecznego spaceru – i ciekawych doświadczeń. Mała bohaterka trafi im do przekonania, bo sama jest jak najbardziej prawdziwym dzieckiem, pełnym wad i zawiedzionych oczekiwań, nieidealnym, więc i budzącym zaufanie.
Spacer po zoo
Basia jest małą dziewczynką. Niczym nie różni się od innych małych dziewczynek, czytelniczek serii. Ma swoje humory i swoje marzenia, zresztą – typowe dla kilkulatków. Wie, jak uzyskać zgodę rodziców na coś, czego bardzo chce, chociaż czasami musi sporo się natrudzić, by dorośli ustąpili. Basia nie wyróżnia się niczym, jest zupełnie zwyczajna. Nie przeżywa wielkich przygód, ale jej doświadczenia wystarczają do wzbudzenia ciekawości najmłodszych. Bo to, co Basia poznaje, prędzej czy później poznają też jej mali odbiorcy. Zofia Stanecka postarała się przedstawić Basię jak najbardziej typowo. Dziewczynka ma brata, z którym często się kłóci, ma mamę w ciąży i sympatycznego tatę. Bardzo chciałaby też mieć zwierzątko – jak każdy maluch. Ale posiadanie zwierzęcia to zestaw obowiązków i utrudnień, więc mama wyraża sprzeciw. Na szczęście pozostaje jeszcze zoo.
„Basia i upał w zoo” to jedna z książeczek popularnej serii o kilkulatce. Dziewczynka namawia tatę na wycieczkę, która jest atrakcyjna dla wszystkich maluchów. Do zwiedzania zoo dochodzą jeszcze inne przyjemności. Ale Basia najbardziej lubi oglądać zwierzęta – chodzi więc z tatą od wybiegu do wybiegu, pozdrawiając kolejnych mieszkańców ogrodu zoologicznego. W ten sposób Stanecka zapewnia też odbiorcom elementy edukacyjne i rozrywkowe w jednej historii – dzieci poznają różne gatunki zwierząt i niemal na równi z Basią cieszyć się będą miłą wyprawą. Nie wszystkie zwierzęta w trakcie upalnego dnia są skore do zabawy, co z kolei wywołuje gniew dziewczynki. A jednak wizyta w zoo będzie miała dla Basi ważne skutki.
Zofia Stanecka próbuje książeczkę o wymowie edukacyjnej rozbudować o atrakcyjne dla odbiorców wydarzenia. Zamierza powiązać ich emocjonalnie z bohaterką i zachęcić do przeżywania uczuć Basi. W tym celu stosuje nieprzewidziane rozwiązania i zmiany w „zwykłych” obrazkach, umożliwia też swojej bohaterce zdradzanie się z różnymi przeżyciami. „Basia i upał w zoo” to z jednej strony podpowiedzi, jak uzyskać zgodę rodziców na posiadanie zwierzątka, a z drugiej – cały przegląd uczuć. Basia bywa rozczarowana i zła, bywa zbuntowana i obrażona, ale bywa też szczęśliwa i pełna zachwytu. Każdy stan emocjonalny odpowiednio wyraża i szuka dla niego dodatkowych wyjaśnień – kiedy na przykład jest zdenerwowana z powodu ukrywających się przed upałem zwierząt, stara się też zrozumieć ich los i pomyśleć, jak sama czułaby się podczas upału zamknięta w klatce (i jeszcze pokryta futrem). Tego rodzaju zabiegi mogą ułatwić maluchom pracę nad sobą, a w szczególności panowanie nad emocjami. Zresztą same emocje są w tomie zaznaczane innym krojem, kolorem i składem czcionki, więc łatwiej będzie je akcentować podczas lektury.
Marianna Oklejak tworzy sylwetkę Basi z różowych konturów i prostych kształtów. Stawia na rysunki bajkowe, upraszczane na potrzeby historyjki – chociaż dzięki wizycie bohaterki w zoo, może pobawić się pomysłami na oddawanie różnych faktur. Dzieciom spodoba się w tej książeczce i obecność rozmaitych zwierząt, i dowcip ilustracji, i brak rozpraszających detali. „Basia i upał w zoo” to dla najmłodszych okazja do lekturowego, niemal świątecznego spaceru – i ciekawych doświadczeń. Mała bohaterka trafi im do przekonania, bo sama jest jak najbardziej prawdziwym dzieckiem, pełnym wad i zawiedzionych oczekiwań, nieidealnym, więc i budzącym zaufanie.
środa, 5 marca 2014
Barbara Rose Brooker: Singielka/seniorka (niepotrzebne skreślić)
WNK, Warszawa 2014.
Miłość po sześćdziesiątce
W powieściach obyczajowych przeważnie młode kobiety mają prawo do miłości, szczęścia i budowania nowych związków, jeśli w starych się nie układa. Jeżeli nowe życie zaczyna czterdziestoparolatka, to już najczęściej ekstrawagancja grożąca wypadnięciem z mainstreamu. Barbara Rose Brooker decyduje się więc wydać wojnę stereotypom i w książce „Singielka/seniorka (niepotrzebne skreślić)” przedstawia miłosne podboje bohaterki po sześćdziesiątce.
Anny to felietonistka, której samotna egzystencja nie przypadła do gustu. Kobieta zamierza poszukać idealnego partnera w internecie. Trafia na faceta doskonałego – kulturalnego, obytego, przystojnego, bogatego i świetnego w łóżku: ale na tym cudzie zaczyna szybko zauważać rysy. Marv jest tajemniczy i najwyraźniej coś przed Anny ukrywa. Spotkania z nim są jednak inspirujące – Anny tworzy postać Pana X, którego czyni bohaterem felietonów o życiu uczuciowym i erotycznym kobiet po sześćdziesiątce. Pan X prezentuje zalety i wady Marva, a chociaż spotyka się ze sporym odzewem ze strony czytelników, nie pomaga w rozwiązywaniu doraźnych problemów. Anny z goryczą ocenia kolejnych starszych mężczyzn, wydobywa na światło dzienne ich słabostki, a czasem bezlitośnie wyśmiewa. W końcu walczy o swoje prawo do szczęścia.
Brooker postawiła na odwrócony schemat. Jej Anny jest pewna siebie, seksowna i pozbawiona kompleksów związanych ze starzeniem się. Jako narratorka bardzo dużo uwagi poświęca opisom strojów i zmysłowemu odbieraniu świata: to literatura mocno kobieca, ale też mocno nakierowana na powiązane ze zmysłami bodźce. Anny nie chce przecież przeżywać przygód intelektualnych, nie szuka też przyjaźni – bo to zapewnia jej Ryan. Kobieta po sześćdziesiątce dla lepszego samopoczucia potrzebuje kochanka. Mężczyźni w tym wieku nie bywają jednak skorzy do miłosnych podbojów.
Anny ma walczyć ze stereotypami i zachęcić odbiorczynie do walki o swoje pragnienia. Nie tylko przystępuje do działania zamiast zdać się na los – upublicznia jeszcze swoje doświadczenia i wystawia się na surowe oceny innych. Wśród oponentów ma anonimowych czytelników, ale i własną rodzinę. Brooker jednak nie dopuszcza do zwątpienia. Anny umie śmiać się z porażek i nie dotykają jej niepowodzenia. Udowadnia czytelniczkom, że każda może zawalczyć o miłość i o cielesne przyjemności – nawet jeśli taka walka wymagać będzie wyrzeczeń lub odporności na klęski. Zresztą Brooker podporządkowuje powieściową historię jednemu pragnieniu. Anny mniej koncentruje się na swojej pracy (którą może stracić w wyniku chwiejności rynku), córce czy codzienności. Zajmują ją spotkania z Marvem, a pomiędzy nimi – próby odpowiedzi na pytanie, czy singielka po sześćdziesiątce może znaleźć sensownego partnera. To przeniesienie prób poszukiwania księcia z bajki na niebajkowe realia, a dla autorki i chęć przywrócenia pełnych wigoru pań „w pewnym wieku” do świata popkultury.
Singielka/seniorka pragnąca szczęścia w miłości nie jest własną karykaturą – przejmuje tylko postawy zarezerwowane dotąd dla młodych wyzwolonych kobiet. Przypomina, że o uczucie traktowane bezpruderyjnie zawalczyć można w każdym wieku, potrzeba tylko determinacji i cierpliwości, dystansu do siebie i zdrowego rozsądku. Dla Brooker seks po sześćdziesiątce nie jest tematem tabu – a sama książka nie wpisuje się w jasno określone schematy i obyczajówkowe scenariusze. Nie można tu mówić o wielkim przełomie – ale o literackiej ciekawostce jak najbardziej.
Miłość po sześćdziesiątce
W powieściach obyczajowych przeważnie młode kobiety mają prawo do miłości, szczęścia i budowania nowych związków, jeśli w starych się nie układa. Jeżeli nowe życie zaczyna czterdziestoparolatka, to już najczęściej ekstrawagancja grożąca wypadnięciem z mainstreamu. Barbara Rose Brooker decyduje się więc wydać wojnę stereotypom i w książce „Singielka/seniorka (niepotrzebne skreślić)” przedstawia miłosne podboje bohaterki po sześćdziesiątce.
Anny to felietonistka, której samotna egzystencja nie przypadła do gustu. Kobieta zamierza poszukać idealnego partnera w internecie. Trafia na faceta doskonałego – kulturalnego, obytego, przystojnego, bogatego i świetnego w łóżku: ale na tym cudzie zaczyna szybko zauważać rysy. Marv jest tajemniczy i najwyraźniej coś przed Anny ukrywa. Spotkania z nim są jednak inspirujące – Anny tworzy postać Pana X, którego czyni bohaterem felietonów o życiu uczuciowym i erotycznym kobiet po sześćdziesiątce. Pan X prezentuje zalety i wady Marva, a chociaż spotyka się ze sporym odzewem ze strony czytelników, nie pomaga w rozwiązywaniu doraźnych problemów. Anny z goryczą ocenia kolejnych starszych mężczyzn, wydobywa na światło dzienne ich słabostki, a czasem bezlitośnie wyśmiewa. W końcu walczy o swoje prawo do szczęścia.
Brooker postawiła na odwrócony schemat. Jej Anny jest pewna siebie, seksowna i pozbawiona kompleksów związanych ze starzeniem się. Jako narratorka bardzo dużo uwagi poświęca opisom strojów i zmysłowemu odbieraniu świata: to literatura mocno kobieca, ale też mocno nakierowana na powiązane ze zmysłami bodźce. Anny nie chce przecież przeżywać przygód intelektualnych, nie szuka też przyjaźni – bo to zapewnia jej Ryan. Kobieta po sześćdziesiątce dla lepszego samopoczucia potrzebuje kochanka. Mężczyźni w tym wieku nie bywają jednak skorzy do miłosnych podbojów.
Anny ma walczyć ze stereotypami i zachęcić odbiorczynie do walki o swoje pragnienia. Nie tylko przystępuje do działania zamiast zdać się na los – upublicznia jeszcze swoje doświadczenia i wystawia się na surowe oceny innych. Wśród oponentów ma anonimowych czytelników, ale i własną rodzinę. Brooker jednak nie dopuszcza do zwątpienia. Anny umie śmiać się z porażek i nie dotykają jej niepowodzenia. Udowadnia czytelniczkom, że każda może zawalczyć o miłość i o cielesne przyjemności – nawet jeśli taka walka wymagać będzie wyrzeczeń lub odporności na klęski. Zresztą Brooker podporządkowuje powieściową historię jednemu pragnieniu. Anny mniej koncentruje się na swojej pracy (którą może stracić w wyniku chwiejności rynku), córce czy codzienności. Zajmują ją spotkania z Marvem, a pomiędzy nimi – próby odpowiedzi na pytanie, czy singielka po sześćdziesiątce może znaleźć sensownego partnera. To przeniesienie prób poszukiwania księcia z bajki na niebajkowe realia, a dla autorki i chęć przywrócenia pełnych wigoru pań „w pewnym wieku” do świata popkultury.
Singielka/seniorka pragnąca szczęścia w miłości nie jest własną karykaturą – przejmuje tylko postawy zarezerwowane dotąd dla młodych wyzwolonych kobiet. Przypomina, że o uczucie traktowane bezpruderyjnie zawalczyć można w każdym wieku, potrzeba tylko determinacji i cierpliwości, dystansu do siebie i zdrowego rozsądku. Dla Brooker seks po sześćdziesiątce nie jest tematem tabu – a sama książka nie wpisuje się w jasno określone schematy i obyczajówkowe scenariusze. Nie można tu mówić o wielkim przełomie – ale o literackiej ciekawostce jak najbardziej.
wtorek, 4 marca 2014
John Boyne: Spóźnione wyznania
Znak, Kraków 2014.
Sekret z wojny
Trudno podczas lektury „Spóźnionych wyznań” Boyne’a nie myśleć o „Paragrafie 22”, przygodach Szwejka, o M.A.S.H. i o tych wszystkich produkcjach, w których absurd wojny wysuwa się na pierwszy plan i budzi sprzeciw samych walczących. John Boyne jest świadomy bezsensowności rozkazów i działania wojennej machiny. Zna ironię płynącą ze strony myślących samodzielnie żołnierzy, przymuszanych do skrywania własnych przekonań. I dlatego nie może już sięgać po łagodzący śmiech. Odziera z pozornej beztroski świat młodych chłopców, wysyłanych na front podczas pierwszej wojny światowej i pokazuje, jak wojna zmienia ich losy. Ale taki opis brzmi banalnie, a „Spóźnione wyznania” banalne nie są.
Boyne zanurza się w przeszłość. Jego bohater, Tristan Sadler, w 1979 roku podejmuje ostatnią decyzję związaną z zajściami podczas wojny. Wyjawia najbardziej mroczny sekret i sprawia, że dokonanie jednoznacznej oceny jego egzystencji okazuje się niemożliwe. W drugiej dekadzie X wieku fałszuje swoją datę urodzenia, by mimo niepełnoletniości dostać się do wojska. Na szkoleniu poznaje kilku towarzyszy broni, których ideały na zawsze go zmienią. Wolf to urodzony buntownik, nie zamierza poddać się wojskowemu rygorowi i robi wszystko, by armia z niego zrezygnowała. Will to obserwator o nienaruszalnym kodeksie wartości. Przy nich Tristan wypada blado i niezdecydowanie – on dopiero zostanie ukształtowany przez wydarzenia na froncie. Po wojnie Tristan wyrusza do siostry przyjaciela, by oddać jej paczkę listów i przekazać wspomnienia o Willu. Ale konfrontacja z panną Bancroft rzuca nowe światło na przeszłość. Tristan zdradza coraz więcej sekretów – aż w końcu dochodzi do tych, które zna już tylko on – i które zmienią jego wizerunek.
Są „Spóźnione wyznania” przede wszystkim powieścią dobrze wyważoną. Styl zbliża się do wielkich narracji z XIX wieku, a stałe wrażenie szlachetnej patyny przeszłości zapewnia podróż w czasie. Jednak autor bardzo starannie portretuje bohaterów i ich przeżycia. Nie unika naturalizmu, lecz potrafi też zaakcentować ulotne uczucia. Rezygnuje z drwin – te nie są mu potrzebne, bo materia powieści należy do niezwykle delikatnych. Chociaż tłem wydarzeń staje się frontowa codzienność, Boyne skupia się na uczuciach – całą książkę rozwija w oparciu o nie, nic innego się tu nie liczy. Autor daleki jest od schematów, potrafi subtelnie i sugestywnie zarysować relacje między postaciami, a to sprawia, że więzi czytelników w historii, której nie da się opuścić przed czasem. Idealnie operuje prawdami i półprawdami, nie wdaje się w szczegóły psychologiczne w warstwie narracyjnej, a mimo to daje się wyczuć solidna konstrukcja charakterologiczna postaci. W „Spóźnionych wyznaniach” gra potęga dobrze opowiedzianej tajemnicy – sposób budowania powieściowych napięć wyklucza obojętność. Autor nieraz postawi czytelników przed ocenami niejednoznacznymi i wymagającymi sporego zaangażowania w lekturę.
„Spóźnione wyznania” łączą klasyczny kształt powieści z aktualnymi tematami. To książka wzniesiona na dylematach moralnych i niemożliwych do rozstrzygnięcia wątpliwościach. Boyne podbija serca czytelników rezygnacją z konwencji – daje im szansę przeżywania wyborów bohatera i odważa się stosować niepopularne rozwiązania. Chociaż większość silnych wrażeń w fabule należy do przeszłości, „Spóźnione wyznania” nie dają ani chwili wytchnienia – i na długo po lekturze zostają w myślach odbiorców. To jedna z powieści dla wymagających – i nie rozczaruje.
Sekret z wojny
Trudno podczas lektury „Spóźnionych wyznań” Boyne’a nie myśleć o „Paragrafie 22”, przygodach Szwejka, o M.A.S.H. i o tych wszystkich produkcjach, w których absurd wojny wysuwa się na pierwszy plan i budzi sprzeciw samych walczących. John Boyne jest świadomy bezsensowności rozkazów i działania wojennej machiny. Zna ironię płynącą ze strony myślących samodzielnie żołnierzy, przymuszanych do skrywania własnych przekonań. I dlatego nie może już sięgać po łagodzący śmiech. Odziera z pozornej beztroski świat młodych chłopców, wysyłanych na front podczas pierwszej wojny światowej i pokazuje, jak wojna zmienia ich losy. Ale taki opis brzmi banalnie, a „Spóźnione wyznania” banalne nie są.
Boyne zanurza się w przeszłość. Jego bohater, Tristan Sadler, w 1979 roku podejmuje ostatnią decyzję związaną z zajściami podczas wojny. Wyjawia najbardziej mroczny sekret i sprawia, że dokonanie jednoznacznej oceny jego egzystencji okazuje się niemożliwe. W drugiej dekadzie X wieku fałszuje swoją datę urodzenia, by mimo niepełnoletniości dostać się do wojska. Na szkoleniu poznaje kilku towarzyszy broni, których ideały na zawsze go zmienią. Wolf to urodzony buntownik, nie zamierza poddać się wojskowemu rygorowi i robi wszystko, by armia z niego zrezygnowała. Will to obserwator o nienaruszalnym kodeksie wartości. Przy nich Tristan wypada blado i niezdecydowanie – on dopiero zostanie ukształtowany przez wydarzenia na froncie. Po wojnie Tristan wyrusza do siostry przyjaciela, by oddać jej paczkę listów i przekazać wspomnienia o Willu. Ale konfrontacja z panną Bancroft rzuca nowe światło na przeszłość. Tristan zdradza coraz więcej sekretów – aż w końcu dochodzi do tych, które zna już tylko on – i które zmienią jego wizerunek.
Są „Spóźnione wyznania” przede wszystkim powieścią dobrze wyważoną. Styl zbliża się do wielkich narracji z XIX wieku, a stałe wrażenie szlachetnej patyny przeszłości zapewnia podróż w czasie. Jednak autor bardzo starannie portretuje bohaterów i ich przeżycia. Nie unika naturalizmu, lecz potrafi też zaakcentować ulotne uczucia. Rezygnuje z drwin – te nie są mu potrzebne, bo materia powieści należy do niezwykle delikatnych. Chociaż tłem wydarzeń staje się frontowa codzienność, Boyne skupia się na uczuciach – całą książkę rozwija w oparciu o nie, nic innego się tu nie liczy. Autor daleki jest od schematów, potrafi subtelnie i sugestywnie zarysować relacje między postaciami, a to sprawia, że więzi czytelników w historii, której nie da się opuścić przed czasem. Idealnie operuje prawdami i półprawdami, nie wdaje się w szczegóły psychologiczne w warstwie narracyjnej, a mimo to daje się wyczuć solidna konstrukcja charakterologiczna postaci. W „Spóźnionych wyznaniach” gra potęga dobrze opowiedzianej tajemnicy – sposób budowania powieściowych napięć wyklucza obojętność. Autor nieraz postawi czytelników przed ocenami niejednoznacznymi i wymagającymi sporego zaangażowania w lekturę.
„Spóźnione wyznania” łączą klasyczny kształt powieści z aktualnymi tematami. To książka wzniesiona na dylematach moralnych i niemożliwych do rozstrzygnięcia wątpliwościach. Boyne podbija serca czytelników rezygnacją z konwencji – daje im szansę przeżywania wyborów bohatera i odważa się stosować niepopularne rozwiązania. Chociaż większość silnych wrażeń w fabule należy do przeszłości, „Spóźnione wyznania” nie dają ani chwili wytchnienia – i na długo po lekturze zostają w myślach odbiorców. To jedna z powieści dla wymagających – i nie rozczaruje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






