Pirackie przygody
Nie trzeba znać się na matematyce, żeby wiedzieć, że herszt piratów + herszt piratów + herszt piratów = kłopoty. Trzej piraccy wodzowie trafiają na bezludną wyspę i próbują uczynić z niej swoją krainę. Tylko jak ustalić, kto będzie miał władzę? I o zrobi reszta, skoro jedyny dostępny statek to… statek z papieru? Teatr Rozrywki Trójkąt próbuje pobudzić wyobraźnię dzieci niezwykle malowniczym spektaklem. „Wyspa piratów” to historia o Czarnobrodym, Rudobrodym i Siwobrodym, których złośliwy los rzucił na malutką wysepkę na środku oceanu. Piraci walczą ze sobą, a gdy spostrzegą, że ta droga nie prowadzi do dobrego rozwiązania, rozpoczynają pojedynek na morskie opowieści. Każdy ma w zanadrzu atrakcyjną historię, którą obrazowo przedstawi reszcie. A na wyspie mieszka jeszcze sprytny Piętaszek, który doskonale wie, jak poradzić sobie z niebezpiecznymi piratami.
W tym przedstawieniu wykorzystane zostały prawie wszystkie pirackie stereotypy – dzieci zauważą tu wiele znajomych motywów, które układają się w całkiem nową bajkę. Nieustraszeni piraci mają bardzo bujną wyobraźnię oraz obfitującą w przygody przeszłość. Tymczasem Piętaszek, traktowany jak dzikus i niemądry tubylec, okazuje się najbardziej cywilizowany i może przechytrzyć wszystkich. Piracka bezludna wyspa staje się areną przygodowych zwierzeń. Nie zabraknie na niej i zbrojnych potyczek, i konfliktów z rybami, wojennych podstępów i marketingowych strategii. A przede wszystkim nie zabraknie pirackiego klimatu. Nawet lalki – pirackie zwierzęta – pojawią się pod koniec bajki, by dzielić się opiniami o swoich właścicielach. Wszystko ozdabiać będzie piracka muzyka i piosenki.
Fabuła skonstruowana została klasycznie: nadrzędną płaszczyznę stanowi wątek obecności piratów na wyspie (i próba rozwiązania tej kwestii przez Piętaszka, a potem i przez zwierzęta), do tego dodane są trzy retrospektywne opowiastki z życia poszczególnych bohaterów. Tu do spektaklu włącza się ironię, bo piraci lubią koloryzować i przechwalać się na przekór prawdzie. Ale w końcu pirackie opowieści muszą być barwne i awanturnicze. Żeby było sprawiedliwie, aktorzy kierują żarty na przemian do dorosłych i do dzieci. I jednych, i drugich chcą też zauroczyć scenograficzno-kostiumowymi rozwiązaniami.
Na prawdziwej wyspie otoczonej morzem znajdują się skały i palma z małpką oraz papugą. Skały i morze skrywają rekwizyty oraz przebrania aktorów. Postacie, zwłaszcza w opowieściach, stale się zmieniają, aktorzy wkładają imponujące stroje (na przykład egzotycznego władcy czy Neptuna) i niezwykłe lalki (mistrzowski sęp). W Chorzowskim Teatrzyku Ogródkowym, dokładnie pod wieżą Prezydent, nie korzystali z żadnych kurtyn czy zasłon, a mimo to każde pojawienie się nowego bohatera wiązało się z zaskoczeniem dzieci. Pełne i starannie dopracowane kostiumy przy tak szybkich i widocznych przebiórkach robiły spore wrażenie i bardzo pasowały do pirackiej historii. W końcu w „Wyspie piratów” nie mogło zabraknąć atmosfery bajkowości. Muzyka (trochę szantowa i trochę irlandzka) oraz bajecznie kolorowe stroje tę atmosferę dobrze podsycały.
W przedstawieniu znalazło się też miejsce na interaktywne zabawy. Dzieci mogły skuć łańcuchami groźnych piratów czy zbudować mur dla więźnia, a aktorzy, wciągając maluchy na swoją scenę, ani przez chwilę nie wypadali z ról: wystarczyło wykonywać ich precyzyjne polecenia.
I nie ulega wątpliwości, że dorośli – łącznie z aktorami – bawili się podczas spektaklu na równi z dziećmi. Bo w końcu Teatr Rozrywki Trójkąt zafundował wszystkim powrót do magicznego i klasycznego zarazem świata bajkowej wyobraźni, przyniósł śmiech i oryginalne pomysły. Z piratami przecież nudzić się nie można.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 5 września 2013
środa, 4 września 2013
Marie-Dominique Leliѐvre: Brigitte Bardot to ja!
Marginesy, Warszawa 2013.
Gwiazda za ekranem
Reportażowa w stylu opowieść o Brigitte Bardot została zrodzona z fascynacji niezwykłą postacią. Marie-Dominique Leliѐvre na początku przyznaje się do ogromnego zaangażowania emocjonalnego, ale potem w samej narracji stara się unikać przesadnych zachwytów. Szuka obiektywizmu w linii tekstu, sili się na życzliwą obojętność, bo wie dobrze, że inaczej zniechęciłaby do siebie odbiorców. Tom „Brigitte Bardot to ja!” nie wygląda na próbę poznania i nazwania fenomenu aktorki, to raczej przyspieszony przegląd jej dokonań w życiu prywatnym i zawodowym, typowa biografia w stylu pop, jak wszystkie biografie Marginesów – porządnie wydana.
Leliѐvre w równym stopniu ekscytuje się filmową drogą Bardot, jak i jej życiowymi partnerami (przygotowuje nawet listę mężczyzn ważnych dla artystki w poszczególnych latach: to rodzaj ściągi, by nie pogubić się w kolejnych miłostkach, ale i uzasadnienie dla tytułu symboli seksu). Zanim do tego dojdzie, stopniowo rozpracowuje niezbyt miłe dzieciństwo Bardot i naświetla wydarzenia, które ukształtowały późniejszą gwiazdę. To niby element typowy w niemal każdej biografii, jednak autorce bardziej zależy na tematach unikalnych, wyróżniających Bardot spośród innych artystów i sław. W ten sposób opowieść nabiera dynamizmu.
Przez cały czas Brigitte Bardot portretowana jest jako ta dobra, właściwie niewinna artystka, która wdziękiem i modą wygrywa ze wszystkimi. I nieważne, czy mowa jest akurat o dalszoplanowych rolach, czy ważnych kreacjach aktorskich: podskórny zachwyt nie słabnie i nie podlega zachwianiom. Bardot nie należy do postaci, które można oceniać, samym istnieniem zaprzecza sensowi wygłaszania mniej lub bardziej pochopnych sądów. Jej decyzje to efekt głębokich i trafnych analiz, błędy to tylko przerywniki. Nie jest to portret bez skazy, ale rozwija się tak, by aktorce nie można było nic zarzucić. To w końcu publikacja dla entuzjastów, jak większość biografii w stylu pop. Sytuacja zmienia się nieco przy temacie macierzyństwa: autorka nie przemilcza tego, co może stawiać Bardot w niechlubnym świetle i dopiero wtedy widać dokładnie, że to nie jest biografia pisana z pozycji na kolanach. Przegląd filmów i partnerów dopełniony został opowieścią o działalności na rzecz ochrony zwierząt i o prywatności Bardot jako starszej pani. Aktorka poza planem filmowym to wizerunek zajmujący jeszcze bardziej niż nimb artystki.
Swoją narrację, w której wykazuje głęboką znajomość egzystencji Brigitte Bardot (oraz materiałów źródłowych), autorka przeplata wypowiedziami znajomych artystki, cytatami z recenzji czy wywiadów. Bardzo lubi odnosić się do zewnętrznych okoliczności kolejnych sytuacji: szybko i wprawnie charakteryzuje pomieszczenia, które stają się areną wydarzeń, zwraca uwagę na stroje i znaki czasu. Często przechodzi Leliѐvre do pisania w czasie teraźniejszym, jakby chciała bardziej zaangażować czytelników w historię Bardot. Wtedy też skupia się na detalach dotyczących strojów czy gestów – tak utrwala uwielbianą postać i buduje na nowo jej wizerunek w oczach tych przedstawicielek kolejnych pokoleń, które „nie wiedzą, jak poprawnie napisać jej nazwisko”. Kipi zatem ta biografia od szczegółów, które nie trafiłyby do encyklopedycznej notki, za to składają się na realistyczny portret gwiazdy. Oczywiście nie mogło tu zabraknąć również zdjęć – ujęć z filmów, okładek kolorowych magazynów, plakatów czy fotosów – to prawdziwa gratka dla fanów artystki, a i pomysł na zilustrowanie bardzo obrazowej narracji.
Gwiazda za ekranem
Reportażowa w stylu opowieść o Brigitte Bardot została zrodzona z fascynacji niezwykłą postacią. Marie-Dominique Leliѐvre na początku przyznaje się do ogromnego zaangażowania emocjonalnego, ale potem w samej narracji stara się unikać przesadnych zachwytów. Szuka obiektywizmu w linii tekstu, sili się na życzliwą obojętność, bo wie dobrze, że inaczej zniechęciłaby do siebie odbiorców. Tom „Brigitte Bardot to ja!” nie wygląda na próbę poznania i nazwania fenomenu aktorki, to raczej przyspieszony przegląd jej dokonań w życiu prywatnym i zawodowym, typowa biografia w stylu pop, jak wszystkie biografie Marginesów – porządnie wydana.
Leliѐvre w równym stopniu ekscytuje się filmową drogą Bardot, jak i jej życiowymi partnerami (przygotowuje nawet listę mężczyzn ważnych dla artystki w poszczególnych latach: to rodzaj ściągi, by nie pogubić się w kolejnych miłostkach, ale i uzasadnienie dla tytułu symboli seksu). Zanim do tego dojdzie, stopniowo rozpracowuje niezbyt miłe dzieciństwo Bardot i naświetla wydarzenia, które ukształtowały późniejszą gwiazdę. To niby element typowy w niemal każdej biografii, jednak autorce bardziej zależy na tematach unikalnych, wyróżniających Bardot spośród innych artystów i sław. W ten sposób opowieść nabiera dynamizmu.
Przez cały czas Brigitte Bardot portretowana jest jako ta dobra, właściwie niewinna artystka, która wdziękiem i modą wygrywa ze wszystkimi. I nieważne, czy mowa jest akurat o dalszoplanowych rolach, czy ważnych kreacjach aktorskich: podskórny zachwyt nie słabnie i nie podlega zachwianiom. Bardot nie należy do postaci, które można oceniać, samym istnieniem zaprzecza sensowi wygłaszania mniej lub bardziej pochopnych sądów. Jej decyzje to efekt głębokich i trafnych analiz, błędy to tylko przerywniki. Nie jest to portret bez skazy, ale rozwija się tak, by aktorce nie można było nic zarzucić. To w końcu publikacja dla entuzjastów, jak większość biografii w stylu pop. Sytuacja zmienia się nieco przy temacie macierzyństwa: autorka nie przemilcza tego, co może stawiać Bardot w niechlubnym świetle i dopiero wtedy widać dokładnie, że to nie jest biografia pisana z pozycji na kolanach. Przegląd filmów i partnerów dopełniony został opowieścią o działalności na rzecz ochrony zwierząt i o prywatności Bardot jako starszej pani. Aktorka poza planem filmowym to wizerunek zajmujący jeszcze bardziej niż nimb artystki.
Swoją narrację, w której wykazuje głęboką znajomość egzystencji Brigitte Bardot (oraz materiałów źródłowych), autorka przeplata wypowiedziami znajomych artystki, cytatami z recenzji czy wywiadów. Bardzo lubi odnosić się do zewnętrznych okoliczności kolejnych sytuacji: szybko i wprawnie charakteryzuje pomieszczenia, które stają się areną wydarzeń, zwraca uwagę na stroje i znaki czasu. Często przechodzi Leliѐvre do pisania w czasie teraźniejszym, jakby chciała bardziej zaangażować czytelników w historię Bardot. Wtedy też skupia się na detalach dotyczących strojów czy gestów – tak utrwala uwielbianą postać i buduje na nowo jej wizerunek w oczach tych przedstawicielek kolejnych pokoleń, które „nie wiedzą, jak poprawnie napisać jej nazwisko”. Kipi zatem ta biografia od szczegółów, które nie trafiłyby do encyklopedycznej notki, za to składają się na realistyczny portret gwiazdy. Oczywiście nie mogło tu zabraknąć również zdjęć – ujęć z filmów, okładek kolorowych magazynów, plakatów czy fotosów – to prawdziwa gratka dla fanów artystki, a i pomysł na zilustrowanie bardzo obrazowej narracji.
wtorek, 3 września 2013
Brandy Engler, David Rensin: Mężczyzna na kozetce. Czego pragnie, co czuje, kogo się boi
PWN, Warszawa 2013.
Spowiedź pani seksuolog
Brandy Engler jest piękna i uwielbia czuć się kobieco – z tego też powodu nie zamierza porzucać ulubionych seksownych ubrań na rzecz „kanciastych damskich garniturów”. I chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że może prowokować pacjentów, liczy też na to, że wygląd pomoże jej w pracy. Brandy Engler jest seksuologiem. Kiedy otwierała własną praktykę, była pewna, że zajmuje się leczeniem kobiet z osłabionym libido. Tymczasem w jej gabinecie zaczęli pojawiać się mężczyźni, zaniepokojeni swoją zaburzoną seksualnością. Z doświadczeń podczas (nie zawsze prostych i skutecznych) terapii powstał tom „Mężczyzna na kozetce”, napisany przy pomocy Davida Rensina. Engler przytacza w nim co ciekawsze przypadki, urozmaicając opowieść… własnymi wspomnieniami z różnych związków. Nie jest to typowa publikacja z zakresu psychologii, bardziej połączenie praktyki lekarsko-terapeutycznej z mocno autobiograficznymi wyznaniami. Niejednego czytelnika zaskoczy skłonność autorki do przywoływania niekiedy przykrych wydarzeń z przeszłości, a także ciągłe powracanie do tematu piękna miłości.
Sporo miejsca na początku zabiera oprawa sesji, jakby pani doktor chciała się wytłumaczyć z własnych decyzji. W każdym rozdziale zajmuje się innym pacjentem (więc i innym problemem): próbuje definiować mężczyzn i ich seksualne zachowania, wyjaśnia, jak docierała do sedna kłopotów, ale też mocno analizuje własne relacje z pacjentami. Opowiada o swoich reakcjach na notorycznych podrywaczy, uwodzicieli i przystojniaków, odsłania kulisy gier, jakie toczy z niektórymi pacjentami, wskazuje odpowiedzi na ich zaczepki, opisuje przełamywanie granic między lekarzem a pacjentem lub walkę o zachowanie profesjonalizmu. Nie zatrzymuje się nad samym problemem, woli ująć temat z szerszej perspektywy, przedstawić traumy z przeszłości mężczyzny lub postawy jego partnerki. Krótko wykłada czytelnikom istotę problemu po to, by zaraz przejść do opowiadania o systemie leczenia i pomysłach na terapię. Warto zaznaczyć, że czasami przy diagnozach sięga do doświadczeń swoich oraz przyjaciółek, ale równie często przytacza też prywatne wspomnienia bez wyraźniejszego celu, po prostu jako przerywnik i dowód na to, że nie ma łatwych i skutecznych recept na stworzenie udanego związku.
Brandy Engler do końca pozostaje zdziwiona, że tak wielu mężczyzn niechętnych lekarzom szuka pomocy seksuologa. Boryka się z rozmaitymi uprzedzeniami i barierami w psychice pacjentów, a jednocześnie stale przypomina sobie o konieczności rozgraniczania życia i pracy oraz prywatnych poglądów i seksualnych upodobań innych ludzi. Przyjmuje do wiadomości istnienie rozmaitych dewiacji i skrywanych fantazji, chociaż nie zawsze w narracji potrafi ukryć niechęć do pewnych łóżkowych przyzwyczajeń czy zachcianek.
„Mężczyzna na kozetce” jest też jednak opowieścią o Brandy Engler. Kobieta chętnie dzieli się intymnymi szczegółami zwłaszcza z jednego, bardzo burzliwego związku, ale nie dokłada do nich medycznej czy psychologicznej analizy. Ma nadzieję, że jej przeżycia pomogą czytelniczkom wyciągać właściwe wnioski, ale też nie chce tych wniosków nikomu na siłę narzucać. Jej wyznania mają ocieplać samą książkę, nadawać jej walorów konfesyjności, a samą autorkę stawiać na równi z doświadczanymi przez życie pacjentami. Tak czy inaczej „Mężczyzna na kozetce” to studium przypadków, a co za tym idzie – także niebanalna lektura. Bywa, że Engler nastawieniem na siebie zirytuje czytelników – ale to właśnie takie podejście autorki przesuwa tom w stronę atrakcyjnego popularnonaukowego tytułu wolnego od schematycznego dyskursu.
Spowiedź pani seksuolog
Brandy Engler jest piękna i uwielbia czuć się kobieco – z tego też powodu nie zamierza porzucać ulubionych seksownych ubrań na rzecz „kanciastych damskich garniturów”. I chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że może prowokować pacjentów, liczy też na to, że wygląd pomoże jej w pracy. Brandy Engler jest seksuologiem. Kiedy otwierała własną praktykę, była pewna, że zajmuje się leczeniem kobiet z osłabionym libido. Tymczasem w jej gabinecie zaczęli pojawiać się mężczyźni, zaniepokojeni swoją zaburzoną seksualnością. Z doświadczeń podczas (nie zawsze prostych i skutecznych) terapii powstał tom „Mężczyzna na kozetce”, napisany przy pomocy Davida Rensina. Engler przytacza w nim co ciekawsze przypadki, urozmaicając opowieść… własnymi wspomnieniami z różnych związków. Nie jest to typowa publikacja z zakresu psychologii, bardziej połączenie praktyki lekarsko-terapeutycznej z mocno autobiograficznymi wyznaniami. Niejednego czytelnika zaskoczy skłonność autorki do przywoływania niekiedy przykrych wydarzeń z przeszłości, a także ciągłe powracanie do tematu piękna miłości.
Sporo miejsca na początku zabiera oprawa sesji, jakby pani doktor chciała się wytłumaczyć z własnych decyzji. W każdym rozdziale zajmuje się innym pacjentem (więc i innym problemem): próbuje definiować mężczyzn i ich seksualne zachowania, wyjaśnia, jak docierała do sedna kłopotów, ale też mocno analizuje własne relacje z pacjentami. Opowiada o swoich reakcjach na notorycznych podrywaczy, uwodzicieli i przystojniaków, odsłania kulisy gier, jakie toczy z niektórymi pacjentami, wskazuje odpowiedzi na ich zaczepki, opisuje przełamywanie granic między lekarzem a pacjentem lub walkę o zachowanie profesjonalizmu. Nie zatrzymuje się nad samym problemem, woli ująć temat z szerszej perspektywy, przedstawić traumy z przeszłości mężczyzny lub postawy jego partnerki. Krótko wykłada czytelnikom istotę problemu po to, by zaraz przejść do opowiadania o systemie leczenia i pomysłach na terapię. Warto zaznaczyć, że czasami przy diagnozach sięga do doświadczeń swoich oraz przyjaciółek, ale równie często przytacza też prywatne wspomnienia bez wyraźniejszego celu, po prostu jako przerywnik i dowód na to, że nie ma łatwych i skutecznych recept na stworzenie udanego związku.
Brandy Engler do końca pozostaje zdziwiona, że tak wielu mężczyzn niechętnych lekarzom szuka pomocy seksuologa. Boryka się z rozmaitymi uprzedzeniami i barierami w psychice pacjentów, a jednocześnie stale przypomina sobie o konieczności rozgraniczania życia i pracy oraz prywatnych poglądów i seksualnych upodobań innych ludzi. Przyjmuje do wiadomości istnienie rozmaitych dewiacji i skrywanych fantazji, chociaż nie zawsze w narracji potrafi ukryć niechęć do pewnych łóżkowych przyzwyczajeń czy zachcianek.
„Mężczyzna na kozetce” jest też jednak opowieścią o Brandy Engler. Kobieta chętnie dzieli się intymnymi szczegółami zwłaszcza z jednego, bardzo burzliwego związku, ale nie dokłada do nich medycznej czy psychologicznej analizy. Ma nadzieję, że jej przeżycia pomogą czytelniczkom wyciągać właściwe wnioski, ale też nie chce tych wniosków nikomu na siłę narzucać. Jej wyznania mają ocieplać samą książkę, nadawać jej walorów konfesyjności, a samą autorkę stawiać na równi z doświadczanymi przez życie pacjentami. Tak czy inaczej „Mężczyzna na kozetce” to studium przypadków, a co za tym idzie – także niebanalna lektura. Bywa, że Engler nastawieniem na siebie zirytuje czytelników – ale to właśnie takie podejście autorki przesuwa tom w stronę atrakcyjnego popularnonaukowego tytułu wolnego od schematycznego dyskursu.
poniedziałek, 2 września 2013
Teatr Dzieci Zagłębia: O dziewczynce Katarzynce Czerwonym Kapturkiem zwanej
Przestrogi
Już od dawna wilki nie jedzą Czerwonych Kapturków i od dawna żaden leśniczy nie musiał wyciągać żadnej babci z trzewi dzikiego zwierza. Chociaż Bettelheim bronił zła w baśniach, raczej nie przekona autorów, że i dzisiaj wstrząsy są maluchom potrzebne. Tak rodzą się wariacje na temat wszystkim znanych fabuł. Teatr Dzieci Zagłębia proponuje najmłodszym widzom historię „O dziewczynce Katarzynce Czerwonym Kapturkiem zwanej”, czyli połączenie klasyki, warstwy edukacyjnej i rozrywki.
Katarzynka ma zanieść babci mleko, ciasto i lekarstwa. Pamięta o przestrogach mamy i o tym, że jej prapraprababcię omal nie pożarł wilk. Ale chciałaby też, żeby traktować ją jak dorosłą: wydaje jej się, że wszystko wie najlepiej i nie musi już słuchać starszych. A skoro we własnym mniemaniu jest już duża, może postępować, jak uważa. To wpędzi ją w niemałe kłopoty, zwłaszcza że w lesie czeka wilk. Wilk jest głodny jak wilk. Cała wilcza rodzina jest głodna: synek (który mimo głodu nie traci energii i wciąż podskakuje) oraz feministycznie i bojowo nastawiona żona, która tęskni za prawdziwymi silnymi wilkami. To ona nakazuje mężowi przynieść porządny posiłek. Trzeba przygotować zasadzkę na Czerwonego Kapturka.
I tu zaczyna się wprowadzanie analogii do rzeczywistych niebezpieczeństw. Wilk proponuje dziewczynce trujące kwiatki (nauczka dla dzieci, by nie brały nic od obcych) i wywozi ją w nieznane (nie wsiadać do samochodu z nieznajomymi). Katarzynka zbyt późno dochodzi do wniosku, że trzeba było słuchać mamy – a w tym odkryciu pomaga jej głos sumienia. To motyw pouczający i ważny, chociaż aż się prosi, żeby nieco bardziej wystraszyć dzieci. Czerwony Kapturek trochę za mało przejmuje się sytuacją: wychodzi cało z obu opresji, ale warto by mocniej podkreślić, że nie każda taka przygoda skończy się dobrze. Lekcję jednak mali odbiorcy zapamiętają.
Warto zatem przejść do przyjemniejszego zagadnienia – to jest do rozrywkowej partii bajki. Mnóstwo tu detali, które ucieszą również dorosłych (parodia piosenki „Gdzie ci mężczyźni”, nawiązanie do „Wilka i zająca”, karykatura wilczycy), wiele humoru odpowiedniego dla dzieci i przez nie wychwytywanego. Twórcy przedstawienia unikają prostoty w żartach (chociaż tekściarzowi zdarzają się niepotrzebne rymy banalne i gramatyczne), decydują się za to na uruchamianie genialnych detali (wilk zahipnotyzowany jedzeniem wodzi pyskiem za koszyczkiem). Śmiech jest stale obecny na scenie i istnieje nawet w światłach (gdy Kapturek siedzi w brzuchu wilka). Bajka została przygotowana bardzo precyzyjnie, trafia do przekonania dzieciom i rzeczywiście bawi.
Zachwyca w niej scenografia (wielkie drzewa z „minami” na korze, niczym przybysze z czarodziejskiego lasu) i łatwość przebudowywania przestrzeni – las szybko zmienia się w domek babci, mieszkanie wilków czy tajemnicze niewiadomogdzie z malinami. Do tego dochodzą pomysłowe lalki – popiersia z ogromnymi głowami, uzupełniane przez aktorów. Żywy plan połączony z lalkami sprawia, że maluchy widzą „prawdziwe” bajkowe postacie i nie pamiętają ani o obecności aktorów, ani o umowności teatru, dają się pochłonąć opowieści. Uwagę przykuwają zwłaszcza wilki – przepiękne i starannie przygotowane.
Spektakl pełen jest muzycznych wstawek. Kompozytor sporo bawi się stylami i cytatami z rozpoznawalnych muzycznych fraz, sprawia, że piosenki i przyśpiewki łatwo wpadają w ucho, natomiast nie zwraca uwagi na akcenty w tekście, co czasami owocuje niezbyt wygodną transakcentacją. Tworzy za to muzyką spójne obrazki i pomaga w przenoszeniu się między różnymi płaszczyznami.
Dobre są w tym przedstawieniu rozwiązania reżyserskie: widać tu chęć zabawy i próbę pouczania dzieci, widać też radość tworzenia i chęć sprawiania przyjemności najmłodszym. Dla starszych oglądających pojawi się w tej sztuce bardzo dużo niespodzianek, mrugnięć okiem i szczegółów, które ucieszą uważnych widzów. Teatr Dzieci Zagłębia bardzo starannie przygotował tę bajkę, cenną z wielu względów. To jedna z tych historii, które dzieci oglądają z zapartym tchem.
Już od dawna wilki nie jedzą Czerwonych Kapturków i od dawna żaden leśniczy nie musiał wyciągać żadnej babci z trzewi dzikiego zwierza. Chociaż Bettelheim bronił zła w baśniach, raczej nie przekona autorów, że i dzisiaj wstrząsy są maluchom potrzebne. Tak rodzą się wariacje na temat wszystkim znanych fabuł. Teatr Dzieci Zagłębia proponuje najmłodszym widzom historię „O dziewczynce Katarzynce Czerwonym Kapturkiem zwanej”, czyli połączenie klasyki, warstwy edukacyjnej i rozrywki.
Katarzynka ma zanieść babci mleko, ciasto i lekarstwa. Pamięta o przestrogach mamy i o tym, że jej prapraprababcię omal nie pożarł wilk. Ale chciałaby też, żeby traktować ją jak dorosłą: wydaje jej się, że wszystko wie najlepiej i nie musi już słuchać starszych. A skoro we własnym mniemaniu jest już duża, może postępować, jak uważa. To wpędzi ją w niemałe kłopoty, zwłaszcza że w lesie czeka wilk. Wilk jest głodny jak wilk. Cała wilcza rodzina jest głodna: synek (który mimo głodu nie traci energii i wciąż podskakuje) oraz feministycznie i bojowo nastawiona żona, która tęskni za prawdziwymi silnymi wilkami. To ona nakazuje mężowi przynieść porządny posiłek. Trzeba przygotować zasadzkę na Czerwonego Kapturka.
I tu zaczyna się wprowadzanie analogii do rzeczywistych niebezpieczeństw. Wilk proponuje dziewczynce trujące kwiatki (nauczka dla dzieci, by nie brały nic od obcych) i wywozi ją w nieznane (nie wsiadać do samochodu z nieznajomymi). Katarzynka zbyt późno dochodzi do wniosku, że trzeba było słuchać mamy – a w tym odkryciu pomaga jej głos sumienia. To motyw pouczający i ważny, chociaż aż się prosi, żeby nieco bardziej wystraszyć dzieci. Czerwony Kapturek trochę za mało przejmuje się sytuacją: wychodzi cało z obu opresji, ale warto by mocniej podkreślić, że nie każda taka przygoda skończy się dobrze. Lekcję jednak mali odbiorcy zapamiętają.
Warto zatem przejść do przyjemniejszego zagadnienia – to jest do rozrywkowej partii bajki. Mnóstwo tu detali, które ucieszą również dorosłych (parodia piosenki „Gdzie ci mężczyźni”, nawiązanie do „Wilka i zająca”, karykatura wilczycy), wiele humoru odpowiedniego dla dzieci i przez nie wychwytywanego. Twórcy przedstawienia unikają prostoty w żartach (chociaż tekściarzowi zdarzają się niepotrzebne rymy banalne i gramatyczne), decydują się za to na uruchamianie genialnych detali (wilk zahipnotyzowany jedzeniem wodzi pyskiem za koszyczkiem). Śmiech jest stale obecny na scenie i istnieje nawet w światłach (gdy Kapturek siedzi w brzuchu wilka). Bajka została przygotowana bardzo precyzyjnie, trafia do przekonania dzieciom i rzeczywiście bawi.
Zachwyca w niej scenografia (wielkie drzewa z „minami” na korze, niczym przybysze z czarodziejskiego lasu) i łatwość przebudowywania przestrzeni – las szybko zmienia się w domek babci, mieszkanie wilków czy tajemnicze niewiadomogdzie z malinami. Do tego dochodzą pomysłowe lalki – popiersia z ogromnymi głowami, uzupełniane przez aktorów. Żywy plan połączony z lalkami sprawia, że maluchy widzą „prawdziwe” bajkowe postacie i nie pamiętają ani o obecności aktorów, ani o umowności teatru, dają się pochłonąć opowieści. Uwagę przykuwają zwłaszcza wilki – przepiękne i starannie przygotowane.
Spektakl pełen jest muzycznych wstawek. Kompozytor sporo bawi się stylami i cytatami z rozpoznawalnych muzycznych fraz, sprawia, że piosenki i przyśpiewki łatwo wpadają w ucho, natomiast nie zwraca uwagi na akcenty w tekście, co czasami owocuje niezbyt wygodną transakcentacją. Tworzy za to muzyką spójne obrazki i pomaga w przenoszeniu się między różnymi płaszczyznami.
Dobre są w tym przedstawieniu rozwiązania reżyserskie: widać tu chęć zabawy i próbę pouczania dzieci, widać też radość tworzenia i chęć sprawiania przyjemności najmłodszym. Dla starszych oglądających pojawi się w tej sztuce bardzo dużo niespodzianek, mrugnięć okiem i szczegółów, które ucieszą uważnych widzów. Teatr Dzieci Zagłębia bardzo starannie przygotował tę bajkę, cenną z wielu względów. To jedna z tych historii, które dzieci oglądają z zapartym tchem.
niedziela, 1 września 2013
Ewa Karwan-Jastrzębska: Agata z placu Słonecznego. Agata i jeszcze ktoś
Marginesy, Warszawa 2013.
Świat z bajek
W drugim tomie przygód z placu Słonecznego Agata trochę łagodnieje. Nie musi już budować swojego autorytetu na surowych poleceniach i powadze, zwłaszcza że uznanie dzieci zdobyła nietypowymi umiejętnościami. Nie musi też silić się na stanowczość: maluchy już jej słuchają. To dobrze rokuje, bo rodzice bliźniaków oraz Nieznośnych Trojaczków mają ważne zadania u ludożerców i nie bardzo mogą ze swojej misji zrezygnować. Matylda, Piotruś i ich młodsze rodzeństwo po raz kolejny zanurzą się zatem w świat przepełniony bohaterami ze znanych i nieznanych bajek. Spotkają między innymi Piotrusia Pana oraz stworki z krainy opisywanej ostatnio przez Matyldę. Nie zabraknie przygód trudnych do wytłumaczenia przez dorosłych, spełnianych życzeń czy ciekawostek – wśród nich pojawi się zupełnie niezwykły teatr w teatrze, miniaturowa i działająca kopia prawdziwego przybytku sztuki.
Mali czytelnicy, podobnie jak bohaterowie, wiedzą dobrze, że gdy Agata znajdzie się w pobliżu, nie będzie czasu na nudę. Niania w tajemniczy sposób sprawia, że ziszczają się bajki i sny. Dzieci uczestniczyć mogą w wydarzeniach rodem z wyobraźni – zapomną więc o tęsknocie za rodzicami, o codziennych niesnaskach i o przykrych obowiązkach. W końcu nikt nie będzie tracić czasu na marudzenie, jeśli alternatywą są prawdziwe przygody. Niania Agata sama jest postacią jak z bajki – dla niej doświadczenia dzieci będą naturalne. Chociaż oczywiście dla zachowania pozorów Agata nie przyzna się do aktywnego uczestniczenia w dziwnych baśniowych wyprawach.
Tym razem Karwan-Jastrzębska nieco oddala Agatę od Mary Poppins, jakby zauważyła, że postawa angielskiej guwernantki sprzed wieku niespecjalnie pasuje do polskich realiów wieku XXI, mimo że stara się zawiesić akcję w bajkowym czasie i przestrzeni. Za to bardzo wpatrzona jest w dalszym ciągu w klasykę literatury dla dzieci: rodzice piątki przypominają ojca Pippi Pończoszanki, samo rodzeństwo pochodzi bezpośrednio od „Pięciorga dzieci i czegoś”. Powracają postacie z dawnych dzieł – nie tylko jako lekturowi bohaterowie i forma zachęty do czytania, ale też jako żywi uczestnicy wydarzeń. W ten sposób Karwan-Jastrzębska próbuje przypomnieć maluchom o cenionych literackich bohaterach, ale też przekonać je co do siły wyobraźni.
W „Agacie z placu Słonecznego” (w drugim tomie) w dalszym ciągu brakuje jednak spójnego pomysłu na fabułę. Autorka rozbija opowieść, przedstawia różne wątki (z różnych dziedzin), przeskakuje od bajki do bajki i nasyca fabułę niewyjaśnialnymi rozumowo scenkami czy przygodami – lecz trochę brakuje w tym wszystkim linii mety. Na razie rzecz uzasadnia się obecnością niezwykłej niani, ale to powoli przestaje być dobrym wytłumaczeniem. Nie ma w serii o Agacie wyróżnika, motywu nowego, odkrywczego i odsuwającego tom od innych znanych historii. Istnieje zatem niebezpieczeństwo, że książka nie zapadnie dzieciom w pamięć i nie sprowokuje ich – jak chce autorka – do rozmyślania nad potęgą wyobraźni. Sama Agata to za mało, żeby zafascynować wymagających odbiorców dzisiaj. Ewa Karwan-Jastrzębska dużo lepsza jest wtedy, gdy poszukuje realistycznych kierunków rozwoju fabuły w powieściach młodzieżowych i nie trzyma się kurczowo tradycji bajkowych. Kiedy poczuje się nieskrępowana konwencjami literackimi, gdy zapomni o przeszłości książkowej – będzie mogła ulepszyć swoją Agatę i przygody jej podopiecznych. Na razie oferuje dzieciom w miarę bezpieczne i dość neutralne pod kątem emocji opowiastki, które nie będą męczyć dydaktyzmem, umiarkowanie rozbawią, ale też nieco rozbudzą fantazję.
Świat z bajek
W drugim tomie przygód z placu Słonecznego Agata trochę łagodnieje. Nie musi już budować swojego autorytetu na surowych poleceniach i powadze, zwłaszcza że uznanie dzieci zdobyła nietypowymi umiejętnościami. Nie musi też silić się na stanowczość: maluchy już jej słuchają. To dobrze rokuje, bo rodzice bliźniaków oraz Nieznośnych Trojaczków mają ważne zadania u ludożerców i nie bardzo mogą ze swojej misji zrezygnować. Matylda, Piotruś i ich młodsze rodzeństwo po raz kolejny zanurzą się zatem w świat przepełniony bohaterami ze znanych i nieznanych bajek. Spotkają między innymi Piotrusia Pana oraz stworki z krainy opisywanej ostatnio przez Matyldę. Nie zabraknie przygód trudnych do wytłumaczenia przez dorosłych, spełnianych życzeń czy ciekawostek – wśród nich pojawi się zupełnie niezwykły teatr w teatrze, miniaturowa i działająca kopia prawdziwego przybytku sztuki.
Mali czytelnicy, podobnie jak bohaterowie, wiedzą dobrze, że gdy Agata znajdzie się w pobliżu, nie będzie czasu na nudę. Niania w tajemniczy sposób sprawia, że ziszczają się bajki i sny. Dzieci uczestniczyć mogą w wydarzeniach rodem z wyobraźni – zapomną więc o tęsknocie za rodzicami, o codziennych niesnaskach i o przykrych obowiązkach. W końcu nikt nie będzie tracić czasu na marudzenie, jeśli alternatywą są prawdziwe przygody. Niania Agata sama jest postacią jak z bajki – dla niej doświadczenia dzieci będą naturalne. Chociaż oczywiście dla zachowania pozorów Agata nie przyzna się do aktywnego uczestniczenia w dziwnych baśniowych wyprawach.
Tym razem Karwan-Jastrzębska nieco oddala Agatę od Mary Poppins, jakby zauważyła, że postawa angielskiej guwernantki sprzed wieku niespecjalnie pasuje do polskich realiów wieku XXI, mimo że stara się zawiesić akcję w bajkowym czasie i przestrzeni. Za to bardzo wpatrzona jest w dalszym ciągu w klasykę literatury dla dzieci: rodzice piątki przypominają ojca Pippi Pończoszanki, samo rodzeństwo pochodzi bezpośrednio od „Pięciorga dzieci i czegoś”. Powracają postacie z dawnych dzieł – nie tylko jako lekturowi bohaterowie i forma zachęty do czytania, ale też jako żywi uczestnicy wydarzeń. W ten sposób Karwan-Jastrzębska próbuje przypomnieć maluchom o cenionych literackich bohaterach, ale też przekonać je co do siły wyobraźni.
W „Agacie z placu Słonecznego” (w drugim tomie) w dalszym ciągu brakuje jednak spójnego pomysłu na fabułę. Autorka rozbija opowieść, przedstawia różne wątki (z różnych dziedzin), przeskakuje od bajki do bajki i nasyca fabułę niewyjaśnialnymi rozumowo scenkami czy przygodami – lecz trochę brakuje w tym wszystkim linii mety. Na razie rzecz uzasadnia się obecnością niezwykłej niani, ale to powoli przestaje być dobrym wytłumaczeniem. Nie ma w serii o Agacie wyróżnika, motywu nowego, odkrywczego i odsuwającego tom od innych znanych historii. Istnieje zatem niebezpieczeństwo, że książka nie zapadnie dzieciom w pamięć i nie sprowokuje ich – jak chce autorka – do rozmyślania nad potęgą wyobraźni. Sama Agata to za mało, żeby zafascynować wymagających odbiorców dzisiaj. Ewa Karwan-Jastrzębska dużo lepsza jest wtedy, gdy poszukuje realistycznych kierunków rozwoju fabuły w powieściach młodzieżowych i nie trzyma się kurczowo tradycji bajkowych. Kiedy poczuje się nieskrępowana konwencjami literackimi, gdy zapomni o przeszłości książkowej – będzie mogła ulepszyć swoją Agatę i przygody jej podopiecznych. Na razie oferuje dzieciom w miarę bezpieczne i dość neutralne pod kątem emocji opowiastki, które nie będą męczyć dydaktyzmem, umiarkowanie rozbawią, ale też nieco rozbudzą fantazję.
sobota, 31 sierpnia 2013
J. D. Landis: Dagny. Życie i śmierć
Bukowy Las, Wrocław 2013.
Papierowe życie
Nie wiem, czy J. D. Landis chciał stworzyć powieść biograficzną, historię modernistyczną czy coś z dziedziny literatury erotycznej. Sięgnął po życiorys Dagny Juel i przekształcił go w niby-obyczajówkę ze śladami podręcznikowych informacji i w założeniach stawiał na uwypuklenie relacji intymnych, najbardziej osobistych przeżyć oraz doświadczeń bohaterki książki. W praktyce postacie wyszły mu mocno papierowe i trzeba będzie sporo wysiłku ze strony czytelników, żeby po raz kolejny tchnąć w nie życie. A wszystko przez to, że Landis nie może się zdecydować, o czym – poza życiem i śmiercią Dagny – ma być jego powieść. W rezultacie odmalowuje kolejne sceny zupełnie bez przekonania, przykłada współczesną miarę do dawnych realiów i traci kontrolę nad dalszoplanowymi bohaterami, którzy zaczynają snuć się po tomie bez celu.
W „Dagny. Życie i śmierć” liczą się dwie namiętności, pieprzenie i sztuka. Landis jest najbardziej zadowolony, gdy może podprowadzać postacie pod moment scen erotycznych, ale sam się z nich wycofuje, zaledwie napomykając o cielesnych zbliżeniach, w dodatku zwykle w niezręcznej, zawieszonej między kolokwialnością i wulgarnością wersji. Niby uśmiecha się na myśl o przetasowaniach w modernistycznych związkach, ale prowadzi go to donikąd. Sensacji w sferze erotycznej szuka – i rezygnuje w połowie drogi, jakby rozczarowany, że wybrzmiewa to wszystko zbyt zwyczajnie i naturalnie. Raz próbuje odejść w stronę turpizmu czy naturalizmu – ale nie przypada mu to do gustu i rezygnuje z rozwijania wątków w tym kierunku. Co pewien czas przypomina sobie o tym, że jego bohaterowie żyli naprawdę – i kolejne fabularne przystanki opiera na biografiach. Kto się z kim gdzie spotkał i co od kogo chciał – to kanwa rozdziałów. Wypełnienie tychże rozdziałów treścią przychodzi autorowi ze sporym trudem, a i tak efekt nie wszystkich przekona. Znajomość relacji między artystami, analiza ich pism i dzieł nie wystarczy, żeby odtworzyć żywy plan z elementami fikcji. Podstawowym błędem Landisa jest brak celu. Co z tego, że naświetla on czytelnikom prawdopodobne sceny rozmów i uczuć bohaterów, skoro sceny te nie kończą się puentą i nie prowadzą do punktu kulminacyjnego. Samo życie to za mało, by zainteresować kogoś historią. Trzeba jeszcze pomysłu na zorganizowanie całości – i to się Landisowi nie udało. Postacie rozmawiają, żeby zabić czas i wypełnić czymś kolejne strony (z rzadka – by przedstawić oryginalne poglądy na temat sztuki, która co kilka stron daje o sobie znać). Nie ma w nich jednak życia, nie ma psychologicznych komplikacji, nie ma wreszcie powiązań słów i czynów. Co z tego, że Landis przekonuje o płomiennym uczuciu Dagny, skoro czytelnik nie przejmie (ba, z trudem dostrzeże) potęgi miłości lub pożądania? Wszystko jawi się tu sucho i płasko, bez fantazji, jakby Landis za bardzo bał się odejścia od źródeł i stworzenia zbyt atrakcyjnego portretu – więc i przejęcia odpowiedzialności za wizerunek Dagny w świadomości społecznej.
„Dagny” to tylko zestaw wydarzeń, niewiele znaczących scen i spotkań pozbawionych interpretacji czy indywidualności. Landis chciał wniknąć w sferę prywatną, najbardziej chronioną przed biografami – i przedstawić jej własną wersję tak, by zawładnąć wyobraźnią czytelników oraz może przybliżyć im związki z ludźmi modernizmu. Wszystkie te plany zakończyły się niepowodzeniem, bo zabawę z lektury mogą mieć przede wszystkim śledzący prawdy i fałsze, zainteresowani modernizmem odbiorcy. Klimaty artystycznej bohemy nie wytrzymały konfrontacji z dzisiejszymi realiami – i znikają w powieści, która próbuje przybliżać życiorys Dagny Juel, a jednocześnie nawiązywać do uniwersalnych prawd o uczuciach każdego człowieka.
Papierowe życie
Nie wiem, czy J. D. Landis chciał stworzyć powieść biograficzną, historię modernistyczną czy coś z dziedziny literatury erotycznej. Sięgnął po życiorys Dagny Juel i przekształcił go w niby-obyczajówkę ze śladami podręcznikowych informacji i w założeniach stawiał na uwypuklenie relacji intymnych, najbardziej osobistych przeżyć oraz doświadczeń bohaterki książki. W praktyce postacie wyszły mu mocno papierowe i trzeba będzie sporo wysiłku ze strony czytelników, żeby po raz kolejny tchnąć w nie życie. A wszystko przez to, że Landis nie może się zdecydować, o czym – poza życiem i śmiercią Dagny – ma być jego powieść. W rezultacie odmalowuje kolejne sceny zupełnie bez przekonania, przykłada współczesną miarę do dawnych realiów i traci kontrolę nad dalszoplanowymi bohaterami, którzy zaczynają snuć się po tomie bez celu.
W „Dagny. Życie i śmierć” liczą się dwie namiętności, pieprzenie i sztuka. Landis jest najbardziej zadowolony, gdy może podprowadzać postacie pod moment scen erotycznych, ale sam się z nich wycofuje, zaledwie napomykając o cielesnych zbliżeniach, w dodatku zwykle w niezręcznej, zawieszonej między kolokwialnością i wulgarnością wersji. Niby uśmiecha się na myśl o przetasowaniach w modernistycznych związkach, ale prowadzi go to donikąd. Sensacji w sferze erotycznej szuka – i rezygnuje w połowie drogi, jakby rozczarowany, że wybrzmiewa to wszystko zbyt zwyczajnie i naturalnie. Raz próbuje odejść w stronę turpizmu czy naturalizmu – ale nie przypada mu to do gustu i rezygnuje z rozwijania wątków w tym kierunku. Co pewien czas przypomina sobie o tym, że jego bohaterowie żyli naprawdę – i kolejne fabularne przystanki opiera na biografiach. Kto się z kim gdzie spotkał i co od kogo chciał – to kanwa rozdziałów. Wypełnienie tychże rozdziałów treścią przychodzi autorowi ze sporym trudem, a i tak efekt nie wszystkich przekona. Znajomość relacji między artystami, analiza ich pism i dzieł nie wystarczy, żeby odtworzyć żywy plan z elementami fikcji. Podstawowym błędem Landisa jest brak celu. Co z tego, że naświetla on czytelnikom prawdopodobne sceny rozmów i uczuć bohaterów, skoro sceny te nie kończą się puentą i nie prowadzą do punktu kulminacyjnego. Samo życie to za mało, by zainteresować kogoś historią. Trzeba jeszcze pomysłu na zorganizowanie całości – i to się Landisowi nie udało. Postacie rozmawiają, żeby zabić czas i wypełnić czymś kolejne strony (z rzadka – by przedstawić oryginalne poglądy na temat sztuki, która co kilka stron daje o sobie znać). Nie ma w nich jednak życia, nie ma psychologicznych komplikacji, nie ma wreszcie powiązań słów i czynów. Co z tego, że Landis przekonuje o płomiennym uczuciu Dagny, skoro czytelnik nie przejmie (ba, z trudem dostrzeże) potęgi miłości lub pożądania? Wszystko jawi się tu sucho i płasko, bez fantazji, jakby Landis za bardzo bał się odejścia od źródeł i stworzenia zbyt atrakcyjnego portretu – więc i przejęcia odpowiedzialności za wizerunek Dagny w świadomości społecznej.
„Dagny” to tylko zestaw wydarzeń, niewiele znaczących scen i spotkań pozbawionych interpretacji czy indywidualności. Landis chciał wniknąć w sferę prywatną, najbardziej chronioną przed biografami – i przedstawić jej własną wersję tak, by zawładnąć wyobraźnią czytelników oraz może przybliżyć im związki z ludźmi modernizmu. Wszystkie te plany zakończyły się niepowodzeniem, bo zabawę z lektury mogą mieć przede wszystkim śledzący prawdy i fałsze, zainteresowani modernizmem odbiorcy. Klimaty artystycznej bohemy nie wytrzymały konfrontacji z dzisiejszymi realiami – i znikają w powieści, która próbuje przybliżać życiorys Dagny Juel, a jednocześnie nawiązywać do uniwersalnych prawd o uczuciach każdego człowieka.
piątek, 30 sierpnia 2013
Barbara Park: Łamigłówki Zuźki D. Zołzik
Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.
Zagadki dla dzieci
Dawniej łamigłówki dla dzieci cieszyły się większym zainteresowaniem najmłodszych – bo mniej było konkurencyjnych form rozrywki. Gry logiczne, wykreślanki, labirynty – wszystko to pozwalało na łączenie zabawy z ćwiczeniami dla umysłu. Dzisiejsze maluchy do takiego intelektualnego wysiłku trzeba zachęcać różnymi sposobami – na przykład dzięki odwołaniom do ich ulubionych literackich bohaterów. Barbara Park proponuje dzieciom apetyczną książkę „Łamigłówki Zuźki D. Zołzik”. Publikacja ta to nic innego jak zestaw klasycznych gier i zabaw dla dzieci – tyle że przefiltrowanych przez fabułę znanych już odbiorcom opowiadań.
Każda z ponad dwustu stron zawiera osobną zagadkę czy zadanie dla młodych odbiorców. Czasami trzeba będzie połączyć kropki, znaleźć właściwą drogę do wyjścia z labiryntu, ułożyć wyrazy z podanych słów, dorysować coś, czy porównać obrazki. Barbara Park proponuje więcej: pokazuje czytelnikom, jak w prosty sposób stworzyć mogą oryginalne opowiadanie (lub wpłynąć na treść już istniejącego przez uzupełnianie historii). Pojawią się tu szyfry i tajemnice – więc najmłodsi tym chętniej przystąpią do pracy. Co ważne, zadania ciągle się zmieniają. Większość można rozwiązywać samemu, ale pojawia się też kilka propozycji do wspólnych zabaw. Klasyczne rozrywki zyskują tu nowy wymiar – przez ciągłe odniesienia do przygód Zuźki. W krótkich opisach zadań Barbara Park zawsze przypomina o tym, co Zuźka lubi robić, na co się decyduje, czego nie cierpi – oraz o przygodach z opowiadań (z rzadka zdarza się, że uważni czytelnicy historii książkowych domyślą się rozwiązania – ale nie odbiera to przyjemności z pracy).
Zuźka jest najlepszą zachętą do podejmowania książkowych wyzwań. Bohaterka potrzebuje pomocy odbiorców, lub też poznaje coś, o czym czytelnicy nie wiedzą – i przekaże im wiedzę w rozwiązaniu zadania. Barbara Park potrafi zawsze dobrze uzasadnić polecenia dla maluchów – tak, że te nawet nie zwrócą uwagi na fakt podjęcia jakiegokolwiek wysiłku. Zwycięży ciekawość. Wszystkie odpowiedzi dzięki kluczowi łatwo zweryfikować – więc nie ma obaw, że dzieci zniechęcą się do przedstawianych zadań – zresztą do trudniejszych zawsze można wrócić.
Barbara Park nie wyznacza granic wiekowych, miesza ćwiczenia o różnym stopniu trudności: wszystko po to, by dzieci nie znudziły się pracą, a poza tym – żeby nie rezygnowały z podchodzenia do trudniejszych zadań. Obok ćwiczeń literowych widnieją tu więc zadania związane z rysowaniem, zamalowywaniem odpowiednich figur czy łączeniem kropek tak, by na końcu wyłoniła się odpowiedź na pytanie. Zagadki i zadania rozwijają zdolności manualne oraz wyobraźnię dzieci. Najmłodsi unikają nudy i przygotowują się do szkolnych obowiązków – korzyści płynące z takiej zabawy są ogromne.
Nie trzeba specjalnie zachęcać dzieci do zabawy: Zuźka D. Zołzik jest dla nich najlepszą reklamą. Bohaterka przez cały czas towarzyszy maluchom, pozwala im wejść w swój świat i jeszcze bardziej do siebie przywiązuje. Pamiętać należy, że tom wystarczy dzieciom na dość długo – nie da się szybko rozwiązać wszystkich zadań. Różnorodność zagadek sprawia z kolei, że najmłodsi nie zmęczą się łatwo, a jeśli zasmakują w łamigłówkach, mają ich do dyspozycji bardzo dużo. Barbara Park marketingowy sukces swoich opowiadań przekuła w książkę o walorach edukacyjnych i rozrywkowych. Jej publikacja przyda się dzieciom, które zaczną wkrótce naukę.
Zagadki dla dzieci
Dawniej łamigłówki dla dzieci cieszyły się większym zainteresowaniem najmłodszych – bo mniej było konkurencyjnych form rozrywki. Gry logiczne, wykreślanki, labirynty – wszystko to pozwalało na łączenie zabawy z ćwiczeniami dla umysłu. Dzisiejsze maluchy do takiego intelektualnego wysiłku trzeba zachęcać różnymi sposobami – na przykład dzięki odwołaniom do ich ulubionych literackich bohaterów. Barbara Park proponuje dzieciom apetyczną książkę „Łamigłówki Zuźki D. Zołzik”. Publikacja ta to nic innego jak zestaw klasycznych gier i zabaw dla dzieci – tyle że przefiltrowanych przez fabułę znanych już odbiorcom opowiadań.
Każda z ponad dwustu stron zawiera osobną zagadkę czy zadanie dla młodych odbiorców. Czasami trzeba będzie połączyć kropki, znaleźć właściwą drogę do wyjścia z labiryntu, ułożyć wyrazy z podanych słów, dorysować coś, czy porównać obrazki. Barbara Park proponuje więcej: pokazuje czytelnikom, jak w prosty sposób stworzyć mogą oryginalne opowiadanie (lub wpłynąć na treść już istniejącego przez uzupełnianie historii). Pojawią się tu szyfry i tajemnice – więc najmłodsi tym chętniej przystąpią do pracy. Co ważne, zadania ciągle się zmieniają. Większość można rozwiązywać samemu, ale pojawia się też kilka propozycji do wspólnych zabaw. Klasyczne rozrywki zyskują tu nowy wymiar – przez ciągłe odniesienia do przygód Zuźki. W krótkich opisach zadań Barbara Park zawsze przypomina o tym, co Zuźka lubi robić, na co się decyduje, czego nie cierpi – oraz o przygodach z opowiadań (z rzadka zdarza się, że uważni czytelnicy historii książkowych domyślą się rozwiązania – ale nie odbiera to przyjemności z pracy).
Zuźka jest najlepszą zachętą do podejmowania książkowych wyzwań. Bohaterka potrzebuje pomocy odbiorców, lub też poznaje coś, o czym czytelnicy nie wiedzą – i przekaże im wiedzę w rozwiązaniu zadania. Barbara Park potrafi zawsze dobrze uzasadnić polecenia dla maluchów – tak, że te nawet nie zwrócą uwagi na fakt podjęcia jakiegokolwiek wysiłku. Zwycięży ciekawość. Wszystkie odpowiedzi dzięki kluczowi łatwo zweryfikować – więc nie ma obaw, że dzieci zniechęcą się do przedstawianych zadań – zresztą do trudniejszych zawsze można wrócić.
Barbara Park nie wyznacza granic wiekowych, miesza ćwiczenia o różnym stopniu trudności: wszystko po to, by dzieci nie znudziły się pracą, a poza tym – żeby nie rezygnowały z podchodzenia do trudniejszych zadań. Obok ćwiczeń literowych widnieją tu więc zadania związane z rysowaniem, zamalowywaniem odpowiednich figur czy łączeniem kropek tak, by na końcu wyłoniła się odpowiedź na pytanie. Zagadki i zadania rozwijają zdolności manualne oraz wyobraźnię dzieci. Najmłodsi unikają nudy i przygotowują się do szkolnych obowiązków – korzyści płynące z takiej zabawy są ogromne.
Nie trzeba specjalnie zachęcać dzieci do zabawy: Zuźka D. Zołzik jest dla nich najlepszą reklamą. Bohaterka przez cały czas towarzyszy maluchom, pozwala im wejść w swój świat i jeszcze bardziej do siebie przywiązuje. Pamiętać należy, że tom wystarczy dzieciom na dość długo – nie da się szybko rozwiązać wszystkich zadań. Różnorodność zagadek sprawia z kolei, że najmłodsi nie zmęczą się łatwo, a jeśli zasmakują w łamigłówkach, mają ich do dyspozycji bardzo dużo. Barbara Park marketingowy sukces swoich opowiadań przekuła w książkę o walorach edukacyjnych i rozrywkowych. Jej publikacja przyda się dzieciom, które zaczną wkrótce naukę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






