* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 5 marca 2013

Helene Plüschke, Esther von Schwerin, Ursula Pless-Damm: Wypędzone

PWN, Warszawa 2013.

Ofiary zemsty

„Wypędzone” to kolejna trudna lektura w serii „Karty historii”. Przedstawia diariuszowe i wspomnieniowe zapiski trzech Niemek – z Pomorza, Prus Wschodnich i Dolnego Śląska – prześladowanych za pochodzenie przez Sowietów i Polaków. „Wypędzone” to trzy indywidualne historie przedstawicielek różnych sfer, to trzy jednostkowe ujęcia jednego tematu. To wreszcie niezadane pytanie o słuszność zemsty i zadawania cierpienia w odwecie za poniesione krzywdy. Kolejne relacje łączy finałowy motyw ucieczki lub przymusowego wysiedlenia – ale kwestia pozostawienia rodzinnych stron i sentymentów związanych ze wspomnieniami dobrego życia właściwie nie ma tu racji bytu. Wiąże się za to wyjazd z kresem dramatów – choć i niepewnością tego, co nastąpi. Wypędzone skupiają się na przedstawianiu kolejnych sytuacji, unikają raczej analizowania, oskarżania czy usprawiedliwiania. Fakty zresztą wydają się przemawiać silniej niż jakiekolwiek oceny. Jeśli autorki zapisków zestawiają własne doświadczenia z przeżyciami okupacyjnymi Polaków, te drugie traktują z niedowierzaniem, lecz znajdują w nich i wyjaśnienie swojego losu. Ale nawet gdy któraś z kobiet zauważy, że bierność wobec poczynań hitlerowców może być postrzegana jako współodpowiedzialność za nie, pytanie o winę pozostaje bez odpowiedzi.

Obok strachu o siebie i dzieci, niemieckie kobiety doświadczają poniżenia. Pierwsza otwarcie opisuje gwałty zbiorowe, których była ofiarą – jednak czasem poczucie godności niszczą powodowane nienawiścią gesty. Wrażliwe i pozbawione opieki mężów bohaterki tych opowieści przedstawiają doznawane przykrości i upokorzenia – a obok nich i trudy walki o zachowanie twarzy. Znajdą się tu i opowieści o rozstaniach z bliskimi, i troska o losy dzieci, i rzadkie przejawy człowieczeństwa wobec samotnych bezbronnych Niemek. Za każdym razem zapiski stanowią próbę ocalenia siebie, wykrzyczenia krzywd, a także pewnego uspokojenia potomnych co do braku realnych i indywidualnych win.

Trzy relacje przybierają trzy formy. Helene Plüschke decyduje się na prowadzenie dramatycznego dziennika. W bardzo krótkich notatkach zaznacza kolejne wydarzenia, pisze niemal po męsku, stawia na opisy akcji. Krótkie zdania wzmagają jeszcze siłę wyrazu historii. Esther von Schwerin wybrała pamiętnik – swoje wspomnienia wpisuje po latach i chociaż jest w nich również szczera, nie pozwala sobie na turpistyczne relacje. Jej pamiętnik wydaje się bardziej literacki, z perspektywy czasu można zwrócić uwagę na symbole czy spojrzeć na tragedie w szerszym kontekście. Nie bez wpływu pozostaje tu też społeczne pochodzenie autorki. Wreszcie Ursula Pless-Damm w swoim dzienniku stara się na bieżąco komentować obserwowane sytuacje. W dziennych zapiskach zamieszcza wiele informacji, ale też sporą dozę naiwności. Na tych trzech zwierzeniach nie kończą się przecież opisy krzywd wypędzonych Niemek – wiele wypowiedzi innych kobiet trafiło do ilustrującego trudny temat posłowia.

„Wypędzone” zapewniają inne spojrzenie na temat wojennych krzywd. Wymagają lektury wielopoziomowej, obudowanej historyczną świadomością. Nie wywołują prostych emocji, za to skłaniają do zastanowienia nad znaczeniem wojny dla zwykłych ludzi. Dla trzech autorek opowieść o własnych losach to jedyny sposób na ocalenie. Dziś to również wstrząsające świadectwo dla myślących czytelników.

poniedziałek, 4 marca 2013

Magdalena Witkiewicz: Lilka i spółka

Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.

Wakacyjna przygoda

Takich książek dla dzieci ciągle mi mało. „Lilka i spółka” to pomysł na świetną wakacyjną lekturę, do której dzieci będą chciały wracać – bo nie da się nie lubić sympatycznego rodzeństwa z tomu Magdaleny Witkiewicz. Przygody Lilki, Wiktorii i ich małego brata – Matewki – to popis humoru, realizmu i dziecięcej wyobraźni zniekształcającej codzienne obserwacje. Autorka wprowadza czytelników w atmosferę ciepła i zrozumienia – i na takim gruncie może budować rzekomo kryminalne wydarzenia. A wszystko tradycyjnie zaczyna się od tego, że potrzeb najmłodszych nie bierze się pod uwagę, gdy wakacyjne plany dorosłych muszą ulec modyfikacji. Dzieci muszą wyjechać do domu niespecjalnie lubianej ciotki – zamiast do swojego stałego miejsca zabaw. Od początku dostrzegają zatem wyłącznie złe strony takiego rozwiązania i szukają możliwości uwolnienia się od despotycznej krewnej. Z czasem ich plany zaczynają przybierać coraz bardziej realne kształty.

Magdalena Witkiewicz wybrała emocje bliskie małym odbiorcom – oraz zrozumiałe dla nich kwestie. Młodzi bohaterowie tworzą w swoich umysłach cały obraz sytuacji – w zwyczajnych sprawach dopatrują się niezwykłości, a niby kryminalne przesłanki interpretują jak prawdziwe detektywistyczne wskazówki. Wakacyjny rytm życia pozwala im na pozorne odejście od rutyny – w oczach rodzeństwa każde zwyczajne wydarzenie może okazać się kolejnym tropem wskazującym drogę do prawdziwej przygody. Dzieci kierują się własną logiką i nie przechodzą nigdy w świat bajkowej wyobraźni – niezapomniane przeżycia mają na wyciągnięcie ręki, muszą tylko pozwolić sobie na działanie. To ułatwia fakt, że nie znajdują się chwilowo pod opieką czujnych rodziców.

Nieprzypadkowo ta historia ukazuje się w serii „Dla fanów Mikołajka”, chociaż autorka wybiera zupełnie inną poetykę i zupełnie inne tradycje literackie. Magdalena Witkiewicz stawia bowiem na humor sytuacyjny i swoją opowieść prowadzi tak, by rozbawić małych czytelników i nastroić ich pozytywnie do lektury. Tu rozszyfrowuje się perfidne zagrania dorosłych, tu w oryginalny sposób znajduje się imię dla kota-przybłędy, tu niebanalnie rozwiązuje się konflikty. Kłótnie mogą zostać zażegnane śmiechem, radość nie da się zdominować lękom. Autorka w ten sposób uzyskuje atmosferę wręcz wymarzoną: ma dostarczać dzieciom rozrywki, nie chce za to męczyć ich poważnymi problemami czy pouczeniami. Bohaterowie dadzą się lubić – zwłaszcza za optymistyczne podejście do świata. Dodatkowo u Magdaleny Witkiewicz sposób prowadzenia narracji wyda się odbiorcom naturalny i przystający do klimatu samej opowieści – tak więc nie będzie problemów z zachęcaniem dzieci do czytania o czymś, co same mogą przeżywać razem z bohaterami.

Sprawdziły się w tej książce także ilustracje Joanny Zagner-Kołat. Czarno-białe komiksowe rysunki stylem idealnie komponują się z treścią tomu. Zdeformowane sylwetki postaci nadają całości satyrycznego posmaku, a jednocześnie nie wytrącają z tempa realistycznej bajki. Zagner-Kołat tworzy niemal krewnych Calvina z komiksów Billa Wattersona, nie ma żadnych trudności z przekazywaniem książkowych sytuacji czy wrażeń – ilustracje w tej historii bardzo uprzyjemniają odbiór. Razem z tekstem zapewniają to, co w dobrych książkach ceni się najbardziej: całkowite przeniesienie do wykreowanego świata. „Lilka i spółka” to tom, którego dzieci nie odrzucą.

niedziela, 3 marca 2013

Małgorzata Maj: Weronika zmienia zdanie

Zysk i S-ka, Poznań 2013.

Romans z uśmiechem

Małgorzata Maj wybrała idealizowany motyw jedynej prawdziwej miłości dla współczesnej i niedoskonałej singielki jako oś fabularną powieści dla pań „Weronika zmienia zdanie”. Postawiła na motyw z marzeń, lekko sentymentalny i niemal klasyczny. I chociaż można mieć parę uwag co do konstrukcji tomu i kreacji niektórych postaci, „Weronika” jako czytadło sprawdza się nieźle. Wiadomo w końcu, że dwoje ludzi, którzy przypadkiem spotkają się na początku, pokonają wszelkie przeszkody, by wreszcie być razem – taka konwencja. W związku z tym wybacza się autorce uproszczenia i naiwności. Przecież książka rozrywki i wytchnienia dostarcza, a że odchodzi w dalszoplanowych wątkach od schematów – tym lepiej.

Weronika jest dziennikarką, ale atmosfera w jej pracy daleka jest od doskonałej. Zresztą o zawodowej karierze postaci mowa jest jedynie przez kilka pierwszych stron, potem temat zanika i tylko co pewien czas w pojedynczych frazach Maj o tym przypomina, koncentruje się na pozamedialnych osiągnięciach Weroniki. Poza niezbyt miłą pracą Weronika ma też nadwagę (ale dodatkowe kilogramy tylko dodają jej uroku). Cechą charakterystyczną tej postaci jest również skłonność do snów erotycznych, z których przed finałem zawsze ktoś ją wyrywa. Zwłaszcza na początku tomu bohaterka gdzie padnie, tam we śnie przeżywa rozkosze – właściwie nie wiadomo, po co Maj tak mnoży oniryczne (nie)spełnienia: na jawie więcej jest dyskrecji i wręcz pruderyjności. Weronika ponadto na rauszu przeprowadza skomplikowane procesy myślowe, w wyniku których obrzuca kalumniami ukochanego. Ukochany pojawia się znikąd i jest idealny – tyle że ma w życiu pewien sekret. Stanowi tło dla przerysowanej pod wieloma względami Weroniki.

Para głównych bohaterów nie może niczym zaskoczyć, więc Małgorzata Maj odbija to sobie w tworzeniu ich rodzin. Jerzy wychowywany jest przez dwóch ojców, Żorża i Feliksa – uroczych, dowcipnych i pomysłowych gejów, których obecność ubarwia nie tylko fabułę, ale i narrację. W dodatku opiekuje się kimś, kto przedstawia kaprysy typowe dla ciężarnych kobiet – co stanowi raczej poważną przeszkodę na drodze do wspólnego szczęścia dla Weroniki. Z jej strony z kolei pojawia się despotyczna i skłonna do robienia malowniczych awantur matka oraz nienawidzący kobiet ojciec. Ponadto matka Weroniki wraz z przyjaciółką kobiety znają się na wróżbach, aurach i przewidywaniu przyszłości. Całe to towarzystwo da się lubić i bardzo uatrakcyjnia tom.

Chociaż Małgorzata Maj świetnie tworzy charaktery, mniej udanie radzi sobie z przebiegiem akcji. Nie jest w stanie przekonać czytelników do atmosfery, którą w danej chwili pragnie wywołać. Poczucie zagrożenia blednie, chociaż postacie są nie na żarty przerażone. Niepewność bohaterki co do rozwoju sercowych perypetii dla odbiorców staje się przytłumiona przez świadomość konwencji czytadła. Sporo jest fabularnych pułapek, które przypominają o umowności książkowego świata. Co ciekawe, z lektury nie wybija dobrze prowadzona narracja – Małgorzata Maj ma pisarski warsztat, lecz niezbyt dobrze próbuje rozmieszczać powieściowe akcenty. Jej książka bawi – napisana została z humorem i znajomością zalet czytadeł – ale nie do końca pozwala na zanurzenie się w wyimaginowanej przestrzeni. Zabrakło wyraźnego samookreślenia, sprawdzenia, co jest w akcji najważniejsze i na co powinno się kłaść nacisk – Małgorzata Maj próbuje wszystkiego po trochu i przez to traci rytm książki. Co nie zmienia faktu, że czytelniczki przy lekturze będą się dobrze bawić. W końcu jest w „Weronice” całkiem sporo udanych akcentów humorystycznych, a obok baśniowej miłości pojawia się cały zestaw krzepiących wartości, z przyjaźnią rodzin, wyrozumiałością i mądrością na czele. Wiadomo, co się wydarzy, ale sama droga do finału będzie atrakcyjna na tyle, by wynagrodzić odbiorczyniom wszystkie uproszczenia i umowności.

sobota, 2 marca 2013

Ewa Przybylska: Most nad Missisipi

Akapit Press, Łódź 2012.

Kod blokowiska

Na pewnym osiedlu żyje sobie nastoletni Kuba. Jego naturalnym środowiskiem jest blokowisko i ludzie, których najchętniej większość usunęłaby ze świadomości. Kuba przyjaźni się z Lete, starszą kobietą, która potrafi przejść bramy wyobraźni i zapewnić ucieczkę z ponurej codzienności. Ale Lete kiedyś znika i nie wraca, chociaż obiecała. Kuba prowadzi śledztwo, które doprowadza go do szpitala oraz do chciwych krewnych kobiety, chcących ubezwłasnowolnić staruszkę. Wychowywany przez podwórko dzieciak postanawia zawalczyć o jedyną osobę, dla której coś znaczy. Nie zawaha się przed wydawaniem poleceń dorosłym znajomym – i przed buntem wobec swoich bliskich. Wszystko, żeby ratować bezbronną Lete.

Ewa Przybylska w „Moście nad Missisipi” wybrała narrację ponadrealną, kompletnie oderwaną od świata, który przedstawia. Język relacji uwzniośla obraz, odrywa go od bolesnej przyziemności, a przy okazji pozwala też zgrabnie zamaskować wszelkie odejścia od prawdopodobieństwa. Mały Kuba w normalnych warunkach nie miałby szansy na podjęcie walki z tymi, którzy próbują zniszczyć starszą panią, co więcej – nie miałby żadnego wpływu na dorosłych z marginesu, których sprytem, szantażem lub drwinami zmusza do działania. W tej przestrzeni możliwe jest wszystko – autorka stworzyła scenę degeneracji i ostatecznego upadku – wyzwoleniem może być tylko skazany na porażkę ostatni zryw sprawiedliwości. Kuba go dokonuje, bo nie ma już nic do stracenia. W „Moście nad Missisipi” nie ma mowy o nietypowym czy dziwnym wydarzeniu – punktem wyjścia jest zwyczajna, choć przykra, sytuacja, która dopiero w oczach dzieciaka z blokowiska zyskuje quasi-baśniową oprawę. Wszyscy posługują się językiem półprawd, unikają bezpośredniego nazywania tego, co się stało – w enigmatycznej historii zakodowane zostały wyzwalające wartości, ostatni bastion nadziei.

Ale motyw ocalających uczuć w kontekście „Mostu nad Missisipi” brzmi raczej banalnie i płytko – zwłaszcza że w powierzchniowej warstwie lektury uwagę przykuwa nietypowa poetyka. Ewa Przybylska napisała książkę, nad którą chętnie dyskutować będą dorośli, specjaliści od literatury czwartej. To pozycja, która młodych odbiorców zmusi do myślenia, ambitna i niełatwa – a przy tym wymagająca przełamania autorskiego kodu. Bo świat, który Przybylska opisała, istnieje na wyciągnięcie ręki. Ale język, którym przedstawia się bolesną historię, w niczym nie przypomina opowieści pastiszujących rzeczywistość, zupełnie jakby autorka sięgnęła po urban legend, nie chcąc sugerować czasu ani miejsca akcji.

W „Moście nad Missisipi” nie ma powodu do pytania o szczerość. U źródła historii leży prawda – ale zostaje ona przysłaniana kolejnymi fałszowanymi motywami – i w planie treści, i w planie języka. Deszyfrowanie tych autorskich zabiegów stanie się zatem ważnym lekturowym zadaniem. Ta drobna powieść gęsta jest od ukrytych znaczeń i zawoalowanych komentarzy, kipi od metafor i rozmaitych możliwości interpretacyjnych, natomiast nie dostarcza masowo pojmowanej rozrywki. Tu liczy się psychologia i etyka, pytania o kodeks wartości w nieprzyjaznym świecie i sprawozdanie z utraty. Nie zdziwiłabym się, gdyby „Most nad Missisipi” trafił do kanonu szkolnych lektur – bo warto na niego zwrócić uwagę nastolatków myślących i zbuntowanych.

piątek, 1 marca 2013

Donna Leon: Kwestia wiary

Noir sur Blanc, Warszawa 2013.

Problemy Wenecji

Donna Leon swoje kryminały traktuje nie tylko jako literaturę dostarczającą czytelnikom upragnionej porcji rozrywki. Dała się również poznać – i udowadnia to w każdej kolejnej książce o komisarzu Brunettim – jako wnikliwa obserwatorka życia społecznego we Włoszech. Porusza tematy ważne dla lokalnej społeczności, ale i dające się uogólnić tak, by odbiorcy nie czuli się lekceważeni. Swojemu bohaterowi towarzyszy przez cały czas, zna jego problemy i małe radości, co sprawia, że komisarz Brunetti może naprawdę budzić sympatię czytelników.

W „Kwestii wiary” wymagające śledztwa odkrycia dotyczą nadużyć finansowych. Sprawa jest o tyle delikatna, że dotyczy szanowanej sędzi oraz sądowego woźnego. W dodatku inspektor Vianello odkrywa, że jego krewna trwoni majątek rodzinnej firmy. Tu pomóc może tylko zaufany przyjaciel o błyskotliwym umyśle. Komisarzowi Brunettiemu pracy nie zabraknie, a wiedza o popełnianych przestępstwach nie zatrzyma fali zła. Wkrótce zrobi się znacznie mroczniej.

Tymczasem komisarz Brunetti – jak wszyscy – cierpi z powodu ekstremalnych upałów, marzy o ochłodzie i wypoczynku, najlepiej z dziećmi i kochającą oraz wyrozumiałą żoną, jego centrum normalności. Musi jednak podjąć kolejne wyzwania, bez względu na własne nadzieje o chwili prywatności. Nie da się ukryć: pracoholik Brunetti kocha swój zawód i działania śledcze są dla niego priorytetem w każdej sytuacji. Nawet gdy przyjdzie mu zatrudnić teściową. W „Kwestii wiary” intryga pleciona jest jak francuski warkocz – nowe kwestie dochodzą z czasem, wątki krzyżują się i uzupełniają, ale stale potrzebują dopowiedzeń z zewnątrz. Żeby nie zmęczyć odbiorców meandrami kryminalnych śledztw, Donna Leon rozrzedza fabułę. W tym celu po pierwsze – buduje uproszczony obraz prywatnego życia komisarza Brunettiego (oraz ciekawy portret jego żony), a po drugie – sugeruje zdradzanie psychologicznego podejścia bohatera do przesłuchiwanych. Odbiorcy są tu więc w komfortowej sytuacji – nie tylko mogą obserwować proces docierania do prawdy w zwykłym – zatem mistrzowskim – wykonaniu sympatycznego bohatera, ale również poznają kulisy jego dociekań, cały warsztat śledczego. Dla Donny Leon zresztą kwestie psychologiczne są bardzo istotne i powracają subtelnie przy kolejnych scenkach. Dzięki temu autorka nie musi skupiać się wyłącznie na rozwoju kryminalnej fabuły, a co za tym idzie – poszerza krąg odbiorców. Zadziwiająco pojemna staje się forma kryminału, gdy dla Leon zaczynają się liczyć interpersonalne kontakty oraz tematy społeczne. Nie zapomina przy tym autorka o atmosferze tajemniczości – ale sprawy, którymi na co dzień żyje komisarz Brunetti i jego koledzy po fachu, naturalnie wypływają z rozwoju akcji, Donna Leon unika literackiego fałszu. Widać, że dobrze czuje się w ramach gatunku – a i w wypracowanej przez siebie modyfikacji. Kieszonkowy format książek z serii maskuje ilość rozmaitych wątków i klimatów powieściowej rzeczywistości. Momentami nawet relacje z samego śledztwa przegrywają z przenikliwymi analizami społecznych problemów – w „Kwestii wiary”, wychodzącej od drobnych niepokojów, widać to najlepiej. Komisarz Brunetti zdobył już spore grono wielbicieli – i w najnowszej książce Donny Leon nie straci ich zaufania. „Kwestia wiary” ma cechy klasycznego kryminału, a dodatkowo porusza zagadnienia istotne dla czytelników, niełatwe chociaż potrzebne – a wszystko to w rozrywkowej i gęstej narracji.

czwartek, 28 lutego 2013

Justyna Bigos, Beata Mozer: Dzieci z chmur. Opowieść o adopcji i macierzyństwie

WNK, Warszawa 2013.

Radość macierzyństwa

„Dzieci z chmur” Justyny Bigos i Beaty Mozer to książka przede wszystkim dla matek – oraz dla tych, którzy zastanawiają się nad słusznością adopcji czy chcieliby poznać relację dwóch kobiet marzących o posiadaniu potomstwa. Po prawie trzech latach wzruszająca historia powraca na rynek – wzbogacona o dalsze losy dwóch rodzin oraz ich dzieci z chmur, adoptowanych wyczekanych maluchów. W sumie składa się na spory – i szczery – tom.

Justyna Bigos i Beata Mozer cechują się silnie rozwiniętym instynktem macierzyńskim. Z różnych względów obie nie mogą urodzić dzieci. Czytelnikom przedstawiają drogę, którą przeszły – od szukania pomocy u specjalistów, przez metody in vitro, kolejne rozczarowania i czasem upokarzające badania – aż po dojrzewanie do decyzji o adopcji. Następnie zajmują się tym zagadnieniem: wskazują sfery, w których nie mogą liczyć na pomoc państwa, a przez własne doświadczenia przygotowują też odbiorców na rozmaite kwestie związane z procesem adopcyjnym. Potem, kiedy już stają się prawdziwymi matkami dla swoich dzieci z chmur, prezentują uroki wspólnego rodzinnego życia, bagatelizując jego wady (ale nie przemilczając ich). Wsparcie odnajdują w sobie nawzajem, a i w modlitwie (jedna z kobiet męża nazywa wyłącznie Aniołem, a potomstwo – Aniołkami). Przygotować się zatem należy na dwugłos o cudzie adopcji, połączony z nieustającymi zachwytami nad dziećmi. Widać, że dla Justyny Bigos i Beaty Mozer adoptowane maluchy są całym światem – do tego stopnia, że deformują spojrzenie na codzienne sprawy.

W „Dzieciach z chmur” spragnione macierzyństwa autorki dzielą się z czytelnikami swoją radością (jeśli chodzi o dzieci – oczywiście najwspanialsze, najbardziej inteligentne, najsprytniejsze, a przy tym bardziej dowcipne niż wszystkie kabarety) oraz swoimi frustracjami (przede wszystkim związanymi z trudnościami mnożonymi przez procedury adopcyjne). O adopcji mówią z różnych perspektyw – tłumaczą między innymi, dlaczego większość ludzi chce przygarnąć jak najmłodsze dziecko a nie nastolatka, opowiadają też o przełamywaniu tabu w rozmowach z pociechami – i w konieczności zachowania tajemnicy na zewnątrz. Nie zagłębiając się w temat, przedstawiają spustoszenia, jakich w zdrowiu dziecka dokonał alkoholizm biologicznej matki. W przerwach między konkretnymi wskazówkami i opowieściami powraca czas na zachwyty nad maluchami, zdrobnienia i modlitewne westchnienia dziękczynne. Narracja prowadzona jest na przemian przez obie autorki – które od czasu do czasu wspominają o sobie nawzajem. Starają się chronić prywatność mężów, choć nie ukrywają ich problemów przed światem. Przede wszystkim jednak zależy im na przekonywaniu, że adopcja nie wyklucza szczęśliwego macierzyństwa. Na końcu książki znajdują się pisane przez rodziców bajki – bardzo naiwne rymowanki i ładne baśnie (autorstwa Beaty Mozer).

Początkowo tok opowieści wyznacza chronologia – tak najłatwiej zaprezentować kolejne etapy dojrzewania do decyzji o adopcji. Później zastępuje ten rytm podział tematyczny i drobne skojarzenia. Dzieci stawiane są na piedestale, a matki próbują podzielić się z odbiorcami swoim wyczekanym szczęściem. Ładunek emocjonalny tego dwuosobowego zwierzenia jest ogromny, a kwestie literacko-kompozycyjne schodzą na dalszy plan w obliczu przesłania. Być może autorki pomogą parom, które zmagają się z problemem bezdzietności – na pewno podsuną rozwiązanie warte rozważenia, a przy okazji i wzbudzą medialną dyskusję czy zainteresowanie tematem adopcji.

środa, 27 lutego 2013

Michelle Nouri: Dziewczyna z Bagdadu

Wielka Litera, Warszawa 2013.

Zwierzenia

Ta historia jest bardzo podobna do szeregu świadectw, które prezentują Europejki rozczarowane przebiegiem na początku baśniowego związku z Arabem. Scenariusz wydaje się niemal identyczny, tyle że o temacie opowiada córka z takiego związku zrodzona. A że opowiada w sposób przejmujący i niemal intymny – przewidywalny kierunek opowieści nie przeszkadza w lekturze. „Dziewczyna z Bagdadu” nie ma być przestrogą ani sposobem na uzewnętrznienie goryczy. To zwierzenie, szczere i pozbawione optymistycznej linii fabularnej. To opowieść o życiu jednostki, która nie potrafi znaleźć dla siebie miejsca w niegościnnym świecie.

Michelle, córka Araba i jego czechosłowackiej żony, od najmłodszych lat obserwuje szczęście swoich rodziców. Ojciec jest dla niej jak prawdziwy książę z bajki, zapewnia bezpieczeństwo i beztroskie dzieciństwo. Dzięki niemu nawet arabskie zwyczaje i hołdująca im rodzina nie mogą zakłócić radości. Michelle i jej młodsze siostry mają większą swobodę niż ich rówieśniczki wychowywane w regionalnej tradycji. Ale w końcu wszystko się zmienia: dla Michelle wybuch wojny nie jest tak wielką tragedią jak rozpad rodziny i całkowita przemiana dotąd idealnego ojca. Porzucone kobiety – matka i trzy dorastające córki – muszą zmagać się z biedą, ale i stałym zagrożeniem ze strony obcych i znajomych mężczyzn.

Michelle Nouri w „Dziewczynie z Bagdadu” prezentuje swoją historię od wczesnego dzieciństwa aż po moment znalezienia swojego miejsca na świecie. Relacjonuje naiwne złudzenia, mechanizmy nakazujące podporządkowanie się woli starszych rodu, ograniczenia, jakie nakłada na nią kultura. Opowiada o swojej znajomości z najstarszym synem Saddama Husajna, bogatsza już o wiedzę z wojennej przyszłości. Przedstawia też historię pięknej przyjaźni z sąsiadem. Z czasem jednak zamyka się na terenie prywatnej apokalipsy, skupia się na krzywdzie, jakiej doznała od bliskich – nie ma w tym tonu oskarżenia, raczej pełne zdziwienia niedowierzanie. Autorce udaje się ekstremalna zmiana tonu opowieści – z początkowej idylli nie zachowa się nic, chociaż narracja pod względem stylistycznym pozostaje taka sama, tematyka sprawia, że wyraźnie odczuwalne dla czytelników będzie tekstowe napięcie. To cenna umiejętność pisarska: zaangażowanie emocjonalne, które od strony warsztatowej nie wpływa na tok lektury. Michelle Nouri zdobywa zaufanie czytelników, a potem razem z nimi śledzi z zewnątrz dojrzewanie swojej bohaterki – siebie. Autobiograficzny charakter książki paradoksalnie ratuje całość przed scenariuszowym banałem. Nieważne, że to jedna z wielu historii o bliźniaczo podobnym przebiegu – liczy się tu autorski sposób jej postrzegania, prywatna droga do uwolnienia się z piekła.

„Dziewczyna z Bagdadu” sporą część czytelników przyciągnie ze względu na międzykulturowe różnice i konflikty – ale autorka stara się unikać generalizowania, a tym bardziej oceniania zwyczajów rodziny ojca. Mało tego: nie może pojąć ich siły, obserwuje, lecz nie do końca wierzy w to, co się dzieje. Naiwność autorka przysłania ogromem przykrości i krzywd – ale w relacji Nouri nie ma miejsca na skargę. Ta książka jest krzykiem, lecz nie krzykiem rozpaczy. Nie pojawia się w niej walka, bunt czy nienawiść – Michelle Nouri próbuje za to zadać sobie pytanie o własne dziedzictwo, o bagaż doświadczeń i odkryć. Niby jest to powtarzalna historia o nieszczęśliwym związku, z racji odmienności kultur skazanym na niepowodzenie – a jednak za sprawą osobowości autorki i jej okrutnej chwilami szczerości to książka inna niż spodziewane.