* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 4 grudnia 2012

Haruki Murakami: Zniknięcie słonia

Muza SA, Warszawa 2012.

Świat absurdu

Haruki Murakami dobrze wie, że absurd może zaostrzyć smak lektury, a lekko oniryczna atmosfera sprawdza się przy opowiadaniu oryginalnych historii. Nie boi się też śmiechu i pozornej infantylności fabuł, czego najlepszym dowodem jest zbiór opowiadań „Zniknięcie słonia” – znakomity popis wyobraźni, a i kunsztu narracyjnego. Tom, w którym zdarzyć się może wszystko, i w którym nic nie zdziwi czytelników. Tom, w którym każdy kolejny utwór oznacza wejście do precyzyjnie skonstruowanego, maleńkiego ale przekonującego świata. Haruki Murakami daje szansę podglądania rutyny absurdalnego istnienia – to, co w zwyczajności nie mogłoby się pojawić, w „Zniknięciu słonia” funkcjonuje na prawach naturalnego biegu rzeczy.

Murakami swoje pomysły opiera na wydarzeniach, czasem spektakularnych, kiedy indziej pozornie nieciekawych. Pozwala bohaterom doświadczać pełni literackiej egzystencji – tu wszystko wydaje się namacalne i prawdziwe, bez względu na to, czy chodzi o napad na piekarnię, czy o czekanie na przechodzące przez ogródek koty. Czy chodzi o konsekwencje bezsenności, czy kupno szortów – Murakami zderza odbiorców z niezwykłością, owocem nieskrępowanej fantazji. Polskim czytelnikom niektóre absurdy będą przypominać sceny z opowiadań Mrożka – fabryka, w której rozrzedza się słonie czy palenie stodół przez lisa to efekty poszukiwań nonsensu i jego wewnętrznej logiki. Tańczący karzeł niesie potencjał baśniowości. Są tu też opowiadania czerpiące z literatury psychologicznej, imitujące rzeczywistość, ale zawsze przefiltrowane przez niebanalne umysły bohaterów. Murakami nawet formę traktuje jako pretekst do literackich zabaw – w których niemal zawsze chodzi o przedstawienie człowieka dążącego do (niemożliwego) spełnienia.

Atrakcyjny staje się rytm tych opowiadań. Haruki Murakami nie powtarza kompozycyjnych zasad w szkieletach kolejnych dzieł: wciąż poszukuje sposobów na przyciągnięcie uwagi czytelników, miniatury będą dla autora okazją do popisania się wyobraźnią. Postacie odrzucają reguły każdej gry, nie zachowują się zgodnie z wyznaczonym wcześniej planem, za to chętnie dają się prowadzić nierzeczywistości. To atmosfera snu wyznacza przebieg wydarzeń, nawet jeśli autor sugeruje realistyczną akcję. Brak powtarzalności w sferze konstrukcji opowiadań przekłada się automatycznie na niejednorodność w zakresie wybieranych tematów. Różne są punkty wyjścia dla kolejnych historii, tak samo jak różne są tempa ich rozwoju. Murakami niekiedy doprawia poszczególne opowiadania, wplata do nich drobiazgi, które mają przypominać o oniryczności, ale dużo częściej udaje zwyczajną egzystencję przeciętnych ludzi. Tyle że umieszczenie tych ludzi w krainie absurdu praktycznie blokuje drogę rutynie znanej odbiorcom. Rzeczywistość opowiadań ze „Zniknięcia słonia” zawsze będzie migotliwa, kolorowa i fascynująca w swojej oryginalności.

Murakami chce uniknąć banału, dlatego rezygnuje z ogranych scenariuszy. Nie ma tu jednowymiarowych międzyludzkich relacji ani scen z życia wziętych, ale też opowiadania są całkowicie pozbawione dłużyzn czy opisów bez akcji. Dal autora najciekawsze okazują się zachowania i przemyślenia postaci wtrąconych w obcy dla siebie i innych kontekst – często jest to kontekst uświadamiany sobie tylko przez bohatera opowiadań – a jednak w „Zniknięciu słonia” nie wyczuwa się goryczy samotności. Te literackie zabawy pozwoliły na udowodnienie pisarskiego kunsztu i przyniosą odbiorcom wielobarwną lekturową przygodę. Małe formy Murakamiego nie zawodzą.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Marcin Gutowski: Trójka z dżemem. Palce lizać! Biografia pewnego radia

Znak, Kraków 2012.

Życie radiowe

Dla wiernych słuchaczy „pewnego radia” to pozycja obowiązkowa, nie ulega wątpliwości. Dla reszty czytelników – zbiór wyśmienitych anegdot, któremu chce się zarzucić tylko jedno – jest zdecydowanie za krótki. Marcin Gutowski prowadzi odbiorców przez opowieści związane z radiową Trójką począwszy od pierwszego sygnału rozgłośni (który brzmiał „tim-pam-pam-pam”) aż po legendarne już licytacje, podczas których słuchacze i redaktorzy wykazywali się ogromnym poczuciem humoru. Opowieść o Trójce złożona z anegdot jest po pierwsze wielogłosowa (bo Gutowski przytacza wspomnienia pracowników i co ciekawsze relacje), po drugie wielobarwna (bo wbrew tytułowi nie ma tu miejsca ani na biografię, ani na jeden „dżem”), po trzecie – bardzo zwięzła, szybka (lecz nie niedokładna), pełna nieoczekiwanych puent. „Trójka z dżemem. Palce lizać! Biografia pewnego radia” to esencja tego, co w Programie III kochają odbiorcy. Oczywiście ceną za sprzyjającą dowcipowi skrótowość staje się wrażenie niedosytu i chęć sięgania po kolejne publikacje o Trójce, byle napisane tym samym tonem – ale ten niedosyt może się też przełożyć na zwiększenie liczby wiernych słuchaczy. Funkcjonuje zatem książka Marcina Gutowskiego jako reklama Trójki.

Krótkie rozdziały tematyczne pozwalają szybko przyjrzeć się historii radia – od intrygujących początków przez audycje muzyczne i rozrywkowe, po stan wojenny, historię przyjaciół karpia i przemiany w redakcjach. Gutowski zaledwie nakreśla wydarzenia, bardziej sygnalizuje ich istnienie i wpływ na kształt audycji niż analizuje i komentuje, o wiele bardziej zależy mu na pokazaniu atmosfery panującej w radiu. Daty, fakty i decyzje pełnią tu jedynie funkcję pomocniczą – tło dla opisywania ludzi i charakterów, a w konsekwencji prezentują też niepowtarzalność i cały urok Trójki. Zdarzają się i momenty gorzkie, jednak Gutowski przez większość czasu chętniej nawiązuje do humorystycznych aspektów tworzenia radia.

Marcin Gutowski pisze o tym, jak rodziły się pomysły na poszczególne audycje i na radiowe eksperymenty z słuchaczami. Przedstawia radio od strony odbiorcom nieznanej – między innymi wspomina o realizatorach audycji, rozszyfrowuje tajemnicę „czarnej Heleny” z piosenki Artura Andrusa i wprowadza czytelników w wewnętrzny świat żartów redaktorów. To odzwierciedla się nie tylko w opowiadanych przez ludzi Trójki ciekawostkach, ale także w warstwie graficznej (kolaże ze zdjęć i wycinanych z gazet podpisów). „Trójką z dżemem” rządzi dobra zabawa. Inaczej niż w wielu rozgłośniach, tu stawia się także na rozwój rozrywki – i satyrykom oraz audycjom rozrywkowym poświęca Gutowski sporo miejsca.

To książka o wrażeniach i zapamiętanych mniej lub bardziej komicznych scenkach, bardzo udana próba pokazania, jak świetnie jest w Trójce. Marcin Gutowski postawił na pisanie o ludziach – silnych i kreatywnych osobowościach – to pozwoliło mu na odwzorowanie niemal wymarzonego klimatu radiowego życia. Znajduje trochę miejsca na ciemniejsze karty historii Trójki – ale nie chce tym wydarzeniom poświęcać zbyt dużo uwagi – i niekoniecznie wynika to z chęci fałszowania faktycznego stanu, raczej z głębokiego podziwu. „Trójka z dżemem” nie stanowi też pomniczka wystawianego rozgłośni i jej twórcom – to bardziej próba wprowadzenia w towarzyskie relacje i dokonania dziennikarzy. Dla Gutowskiego, tak samo jak dla czytelników tej książki, życie pozaradiowe może na czas lektury zupełnie zniknąć.
Pełna zdjęć, pełna wspomnień, pełna anegdot jest ta publikacja. Nie przeprowadzi odbiorców dokładnie przez dzieje radia, za to będzie stanowić wymarzone uzupełnienie do słuchanych audycji – a i współtworzyć legendę Trójki.

niedziela, 2 grudnia 2012

Clémentine Collinet: Przytulanki szmacianki. 50 projektów zabawek z resztek

Świat Książki, Warszawa 2012.

Czar maskotek

Zabawki z charakterem i duszą – powie część odbiorców na widok proponowanych w tomie „Przytulanki szmacianki” projektów. W dobie, gdy liczy się design, podobne pomysły mogą zrobić furorę – nie muszą natomiast zdobyć uznania tych, którzy potrafią i bez podpowiedzi uszyć szmacianą zabawkę – zwierzątko bardziej podobne do oryginału. Clémentine Collinet wybiera bowiem stosunkowo proste formy i kształty i tworzy aż 50 zabawek, które ucieszą dzieci, jak i dorosłych lubujących się w nieco ekscentrycznych ozdobach wywołujących uśmiech. Z jednej strony trudno nie poprawić sobie humoru oglądaniem zawadiackich pyszczków. Z drugiej – wszystkie zabawki przygotowywane są według jednego, odrobinę modyfikowanego szablonu i w efekcie trudno tu o wiele inspirujących podpowiedzi. Książka nie zniechęci tych, którzy szyć raczej nie potrafią – ale też nie sprawi, że narodzą się nowe rękodzielnicze talenty. Tak czy inaczej, w chwili, gdy dzieci zarzucane są reklamami coraz bardziej wymyślnych zabawek, warto wrócić do prób wytworzenia maskotek oryginalnych, może niekoniecznie pięknych, za to bezpiecznych i miękkich.

Podstawowym założeniem szmacianek jest wykorzystywanie resztek materiałów, autorka dzieli większość maskotek, wykonując głowy z jednokolorowych tkanin, a doły i łapki ze wzorzystych materiałów. Od czasu do czasu postać ozdabiana jest jeszcze szaliczkiem czy łatką. Oczy zawsze wykonuje się z filcowych kółek, albo wyszywa bezpośrednio na materiale – Collinet nie podpowiada w miejsce filcu guzików, więc rodzice nie muszą się obawiać, że ich pociechy ten element połkną. Zwierzątka nie będą mogły siedzieć bez podparcia, ale też służyć mają jako przytulanki, a nie wymyślne zabawki. Warto pamiętać, że w tych prostych projektach nie mieści się pojęcie idealności – nawet gdy coś zostanie zszyte trochę krzywo, nie zepsuje to ostatecznego efektu: to również zachęta dla mniej wprawionych w szyciu dorosłych oraz dla młodzieży.

Każda przytulanka ma tu swoje imię (także z charakterem) i przedstawiana jest na wielkoformatowym zdjęciu, a potem, jako ikonka, przy sposobie wykonania. Tu czasem pojawiają się też zdjęcia zbliżeń detali, żeby ułatwić rodzicom pracę. Szczegółowy opis zajmuje jedną stronę (ale nie ma obaw, używa się tu tylko dwóch ściegów, więc zabawki nie są zbyt trudne do wykonania), na drugiej stronie natomiast pojawia się „wykrój”, który wystarczy skopiować na materiał, by uzyskać proporcje zbliżone do tych na zdjęciach. Kto skusi się na wykonanie maskotki, będzie mógł zatem wytworzyć zabawkę podobną do tej z książki.

Są tu zwierzątka zwyczajne – myszki, kotki, misie i króliki, ale są i egzotyczne czy mniej spotykane w świecie maskotek – borsuk, muł, myszoskoczek czy karibu. Zdarza się, że gatunki są umowne (koala z uszami jak łopaty, kot, który wygląda jak kwadratowy miś), ale przecież chodzi o dobrą zabawę dziecka, a nie o przyrodniczą prawdę. A te przytulanki wywoływać będą ciepłe skojarzenia. Niewiele trzeba, żeby pokazać dzieciom, że czasem warto zrezygnować z drogich i łatwych do popsucia przedmiotów na rzecz prawdziwego gałgankowego przyjaciela. Zwłaszcza że maluchy mogą sobie wybrać najlepszą według nich zabawkę i obserwować proces jej powstawania. Zbliżają się święta, a tom „Przytulanki szmacianki” może się okazać dobrym źródłem prezentów dla kilkulatków z rodziny – ale i dla przyjaciół.

sobota, 1 grudnia 2012

Agata Kołakowska: Niechciana prawda

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Rozpad związku

Agata Kołakowska mogłaby tworzyć scenariusze do tasiemcowych seriali obyczajowych – ujawnia to konstrukcja i tematyka powieści „Niechciana prawda”. Autorka chętnie operuje schematami oraz ekstremalnie silnymi emocjami, a do tego stawia na dialogi i przede wszystkim z nich konstruuje akcję. W „Niechcianej prawdzie” dochodzi jeszcze minorowy ton – Kołakowska skłóca swoich bohaterów i odsuwa od nich społeczeństwo, jakby oddaleniem szczęścia chciała zamaskować fakt wpadania w koleiny fabularne. Bo w „Niechcianej prawdzie” niby pojawia się odkrywczy (czy przynajmniej w porównaniu ze standardowymi czytadłami polskich autorek oryginalny) temat, a jednak wiadomo, co i jak się skończy. Agata Kołakowska sięga po chwyty psychologiczne – ale wykorzystuje je niemal bez obróbki, przez co historia wydaje się toczyć szablonowo.

Od Beaty odchodzi mąż. Dotąd opiekuńczy i czuły, pewnego dnia decyduje się na prywatny coming out i wybiera szczęście u boku innego mężczyzny. Z rozpadem rodziny musi się uporać także dwunastoletni syn zgodnej do niedawna pary – jeszcze nie zdaje sobie sprawy, jak okrutni bywają wobec odmienności rówieśnicy. Mąż Beaty nie chce tracić dobrej opinii jako prawnik i woli nie afiszować się ze swoją orientacją seksualną, czego z kolei zrozumieć nie może jego partner. Z pozoru najlepsza, bo oparta na szczerości, decyzja pociąga za sobą całą lawinę większych i mniejszych dramatów.

Agata Kołakowska zamyka się w małym świecie i powtarzanym przez siebie obrazie małżeństwa. Poza Beatą, Markiem i ich synem dopuszcza do fabuły bardzo zawężony krąg osób – po pewnym czasie próbuje to zmienić za sprawą internetowych komentarzy, lecz to tylko pogłębia wrażenie samotności postaci. Wydaje się też, że wszyscy reagują tu tak, jak się tego od nich oczekuje – reakcje są uporządkowane i w pełni zrozumiałe, nie ma miejsca na nieprzewidywalność czy choćby możliwość wyboru innego niż typowe i akceptowane przez czytelników drogi. Kołakowska koncentruje się całkowicie na kształtowaniu scenariusza i rozmieszczeniu kulminacyjnych emocji, nie starcza jej już miejsca na dodatkowe komplikacje w sferze charakterologicznej. Przez to zresztą wydaje się, że przedstawia sytuację modelową, czysto teoretyczną i wypreparowaną z normalnego życia.

Nie chodzi tu o prawdopodobieństwo i zgodność ze zwykłą egzystencją – a o nasycenie uczuciowe. Rozpad związku otwiera przed autorką możliwość zaprezentowania całej palety emocji – od obojętności po wrogość i agresję. Dla przeciwwagi używa Kołakowska motywu przyjaźni czy kojącej obecności psychoterapeuty – ale każde z kreślonych w tomie uczuć funkcjonuje odrębnie, jest wyizolowane i wolne od innych emocjonalnych zanieczyszczeń. Również podręcznikowo wybrzmiewają dialogi, unoszące cały ciężar fabuły. Zgodnie z zaleceniami z poradników psychologii autorka pozwala bohaterom odsłonić w rozmowach najskrytsze żale i najtrudniejsze uwagi – tu nie ma niemerytorycznych kłótni, każdy zawsze zdąży powiedzieć, co leży mu na sercu – i znajdzie do tego odpowiednie słowa, jakby rozsądek brał górę nad furią. Nierozwiązywalne problemy w dialogu przestają być tak straszne, a same zasłyszane prawdy nie wymagają niemal żadnej myślowej obróbki, u Kołakowskiej bohaterowie niemal strzelają do siebie słowami, ale są jednocześnie wyposażeni w kuloodporne stroje. Wymiana ciosów trwa, przemiana losu następuje niezauważalnie.

Kołakowska stylem nawiązuje trochę do Picoult (chociaż jest mniej drobiazgowa i też w mniejszym stopniu zależy jej na odzwierciedlaniu rzeczywistości poza wewnętrznym światem bohaterów. Ma wiele pomysłów na katalizowanie akcji, ale przydałoby się jeszcze do tej akcji wprowadzić kolejne wymiary, tak, by nie była to historia, którą da się streścić jednym zdaniem.

Ukazały się ostatnio dwie książki, w których można przeczytać moje teksty (satyryczne i bajkowe). Satyryczne znajdują się w tomie "Igraszki literackie polonistów" przygotowanym przez Henryka Markiewicza i Michała Rusinka (wyd. Universitas):


Bajka, która pierwotnie miała wejść do tomu "Strasznie trudne wierszyki", ale ostatecznie wylądowała w zbiorze bajek "Wiersze o zwierzętach" (nr 16) (DeAgostini 2012):


piątek, 30 listopada 2012

Łukasz Maciejewski: Aktorki. Spotkania

Świat Książki, Warszawa 2012.

Najlepsze z najlepszych

Mam zaufanie do Łukasza Maciejewskiego – ten autor udowadnia, że potrafi o filmie i ludziach z nim związanych pisać zajmująco a bez czołobitności, nawet kiedy przez tekst przedzierają się jego osobiste sympatie. I nie zawodzi też Maciejewski potężnym tomem „Aktorki” – zbiorem nie wywiadów i nie biograficznych esejów a spotkań z paniami, które zapisały się w historii polskiego kina i teatru. 20 nazwisk – między innymi Nina Andrycz, Anna Dymna, Barbara Krafftówna, Irena Kwiatkowska, Marta Lipińska, Danuta Stenka czy Danuta Szaflarska – to 20 historii o różnym brzmieniu, cały zestaw ogromnych i różnorodnych opowieści, emocji, wspomnień i ocen. Każda z aktorek zyskuje szansę na opowiedzenie o swojej pracy, rodzinie i pasjach, o podejściu do zawodu i lekcji u największych mistrzów, każda może zaprezentować się tak, jak chce. Bo Maciejewski jest dyskretny i przede wszystkim słucha. Nie ingeruje w opowieści, nie prostuje tego, co zafałszowała pamięć – chce przekazać obraz taki, jaki wciąż funkcjonuje w wyobraźni rozmówczyni.

Stosuje autor ciekawą formę na zaprezentowanie wszystkich wiadomości. Odchodzi od modnych biografii w stylu pop – kolaży z boleśnie wycinanych z kontekstu wypowiedzi – i buduje spójne teksty o swoich bohaterkach. Przywołuje ich role, decyzje i działania, przygląda się recenzjom – a całą ogromną pracę badawczą filtruje potem przez własne wspomnienia i wrażenia. To z kolei konfrontuje ze zwierzeniami aktorek: wplata w narrację ich (wyróżnione graficznie) komentarze i wyjaśnienia, często bardzo obszerne, a także… pełne nieistotnych, fatycznych elementów (zaproszenie do poczęstunku, opinia o autorze, drobny żarcik, komentarz dotyczący chwili a odbiorcom niepotrzebny) – i właśnie dzięki tym detalom szkice żyją i nie należą do pomnikowych nudnych wypracowań „na cześć”. Aktorki bywają złośliwe, dowcipne lub troskliwe, a z przypadkowo rzucanych a tutaj zatrzymanych uwag da się często wiele o nich powiedzieć – nie mówiąc o tym, że pełnią podobne drobiazgi również rolę humorystyczną i sprawiają, że dobrze się książkę czyta.

Maciejewski pozwala mówić swoim bohaterkom, uważnie słucha i nie próbuje promować siebie przez przytaczanie pytań, rezygnuje z konwencji wywiadu i w ten sposób nie dość, że unika rutyny (o którą byłoby łatwo w tak rozbudowanym tomie), to jeszcze zapewnia tekstowi dobrą dynamikę. Nigdy czytelnicy nie wiedzą, w którą stronę skręci kolejny szkic – niby autor nawiązuje zawsze do najbardziej znanych ról i zadań (Akogo? u Ewy Błaszczyk, Nikifor i babka Kiepska u Krystyny Feldman), ale nie zamyka się w kręgu informacji z pierwszych stron gazet, pozwala dostrzec różne oblicza aktorek i rozmawia z nimi nie tylko o rolach, które przyniosły im popularność. Także dzięki temu może uzyskać wiele odcieni emocji. Odbiorcom „Aktorki” mogą się zatem spodobać nie tylko ze względu na obecność kobiet, które stworzyły niezapomniane kreacje. Maciejewski to gwarancja ciekawych i merytorycznych tekstów, podbudowanych jeszcze poczuciem humoru. Lekkie pióro i dobry pomysł idą tu w parze i sprawiają, że lektura tego potężnego tomu mija niemal niezauważalnie. Wiele tu ciekawostek i wiadomości, które nie pojawiały się zbyt często w wywiadach, nie ma natomiast męczącej przewidywalności, schematów czy pogoni za sensacją. Między innymi dzięki świetnemu porozumieniu, jakie Łukasz Maciejewski osiąga z aktorkami, książka może się bardzo podobać.


czwartek, 29 listopada 2012

Poczytaj mi, mamo. Księga trzecia

Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.

Nie tylko dla dzieci

W pokoleniach dzisiejszych rodziców i dziadków ta seria budzi zrozumiały sentyment – w latach 70. i 80. małe, kwadratowe i niepozorne książeczki z serii „Poczytaj mi, mamo” często zastępowały dobranocki, były najlepszymi lekturami przed snem, a i antidotum na nudę. Nasza Księgarnia zdecydowała się na ekskluzywne reprinty tamtych bajek – ukazał się już trzeci tom (czyli trzecia dziesiątka bajek) i chyba ogromna większość odbiorców ma nadzieję, że na tym nie koniec – każdy chce odnaleźć tu swoje ulubione historie i cieszyć się rozpoznawanymi mimo upływu lat ilustracjami.

Nie ma tu przypadkowych autorów – twórcy z „Poczytaj mi, mamo” weszli do klasyki nie tylko literatury czwartej. Podobnie jest zresztą i z ilustratorami (bardzo cieszy odkrywanie tych najbardziej charakterystycznych – Lutczyna czy Wandy Orlińskiej). Wydawnictwo przypomina te małe bajki w całości – razem z reprintami okładek, strony ze stopką, strony tytułowej i czwartej strony okładki z charakterystycznym logo serii – wspomnienia u starszych odbiorców budzić się będą już na widok obrazka z tytułem. A odkrywane po latach tomiki wcale nie tracą na jakości, wprost przeciwnie – znaleźć w nich można nieczytelne kiedyś płaszczyzny, mrugnięcia okiem do dorosłych i rozmaite intertekstualia. Dla dzisiejszych maluchów będą to świetne historyjki – czasem życiowe (scenki z domu, przedszkola czy podwórka), czasem zakorzenione w wyobraźni lub też „informacyjne” – nigdy natomiast nie nudne. Zaletą tych tomików jest różnorodność tematyczna i emocjonalna – dawniej autorzy nie koncentrowali się przesadnie na edukacyjnej warstwie utworów, nie tworzyli zatem tendencyjnych, jednokierunkowych i przewidywalnych fabuł, a żywe i barwne historie, do których chętnie się wracało. I teraz bajki z Naszej Księgarni konkurować mogą z aktualnie wydawanymi tekstami dla najmłodszych, zadając kłam twierdzeniom, że dla młodszych dzieci bardziej odpowiednie są historie obrazkowe, a starsze pociechy muszą otrzymywać wyraźne pouczenia i wskazówki, jak postępować. „Poczytaj mi, mamo. Księga trzecia” – podobnie jak poprzednie części – przywraca wiarę w uniwersalność i moc literatury czwartej. Ta książka – a właściwie dziesięć małych wierszy i opowiadań – jest też owocem wiary w dzieci jako odbiorców inteligentnych, uważnych i łaknących zabawy.

Dwa kręgi odbiorców ma ta publikacja i dla obu została pod względem edytorskim przygotowana pięknie. Dla dzieci to zestaw bajek, tym ciekawszy, że zróżnicowany także pod względem graficznym. Maluchy są już dziś przyzwyczajane do podobnych wydań: twarda okładka i ciężki kredowy papier sugerują im tom wartościowy i konkurujący z wydawanymi bajkami. Za to dorosłym, znającym dawne „zgrzebne” wydania bajek z tej serii, książka jawić się będzie jako skarb także o sporej wartości sentymentalnej – a przy okazji i gadżet, rodzaj miłego prezentu dla bliskich. Niewiele jest takich lektur dziecięcych, na widok których dorosły chciałby powiększyć swoją biblioteczkę. Jednak seria „Poczytaj mi, mamo” należy do wyjątków: nikt z dawnych odbiorców nie będzie chciał się jej dobrowolnie pozbyć. I chociaż małe tomiki z reguły w końcu trafiały do młodszego rodzeństwa lub dzieci znajomych, wznowienia Naszej Księgarni każdy zechce mieć dla siebie. Kto wie, może za kilkanaście lat i dzisiejsze maluchy wspominać będą z przyjemnością czar książeczek, które przetrwały próbę czasu i cieszyły pokolenia. Niewiele reprintów ma taką siłę, jak seria „Poczytaj mi, mamo” w nowym, atrakcyjnym wydaniu.